Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie cieszę się z cementującego przeklęty duopol PiS-PO powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki, tym niemniej, w kwestii rozgrywającej się na wschodniej granicy Polski tragedii Tusk wypowiada się jak polityk, który rozumie, że przynależność Polski do UE to nie tylko otwarte granice, służące w mniemaniu lokalnych miłośników "europejskości" do tego, by wyskoczyć sobie tanimi liniami na citybreak do Lizbony, ale również zamknięte granice zewnętrzne. I trudno się tu z nim nie zgodzić.

Jest wiele płaszczyzn na których można politykę migracyjną UE analizować i krytykować, można dowodzić, że jest ona fundamentalnie niemoralna, można domagać się jej gruntownej reformy, ale zaiste nie zaczyna się tej rozmowy od atakowania polskiego rządu za to, że robi to, co UE robi na każdej granicy zewnętrznej, zagrożonej niekontrolowanym przepływem migrantów, tzn rozwija drut kolczasty. Zezwolenie przez Polskę ze względów humanitarnych na niekontrolowany przepływ uchodźców do strefy Schengen tylko rozwścieczyłoby Unię, otwierając kolejny niemożliwy do wygrania front pisowskich wojenek i bez wątpienia nie byłoby wstępem do rozpoczęcia dyskusji o sformułowaniu bardziej moralnie akceptowalnej polityki migracyjnej w UE.

Oczywiście urzędnicy państwowi chwalący się drutem kolczastym na Twitterze wystawiają bardzo złe świadectwo swojej inteligencji i wrażliwości, bo jest to raczej przykra konieczność, nie zaś coś, z czego należałoby być dumnym, jednak takie druty otaczają Europę zewsząd. Tam, gdzie nie da się wybudować płotu, czyli na morzu między Włochami a Libią albo Turcją a Grecją, UE buduje od 2017 "mur z euro", mający zatrzymywać migrantów jeszcze zanim wsiądą na łodzie – jak pisze Stephen Smith w świetnej książce "The Scramble for Europe. Young Africa on Its way to the Old Continent". Zastrzeżenia w kwestii drutu należy zgłaszać do Brukseli, albo raczej w środek trójkąta Paryż - Berlin - Rzym, nie zaś do Warszawy.

Niestety, poziom polskiej dyskusji na temat tych nieszczęsnych, oszukanych ludzi uwięzionych między dwiema granicami najlepiej podsumowują dwa rysunkowe komentarze, jeden liberalny, w której Polska otoczona jest pisowskim, jak rozumiem, różańcem, zaś na wschodniej granicy drutem kolczastym, drugi zaś prawicowy, w których czerwono-czarna sylwetka polskiego pogranicznika ma husarskie skrzydła – jak rozumiem "obrońcy cywilizacji chrześcijańskiej". Wierzę, że ich autorzy reprezentują całkowicie sprzeczne światopoglądy, jednakże pod względem infantylizmu ich wizji rzeczywistości, ociężałego poczucia humoru i inteligencji są do siebie podobni jak dwie krople wody.

Słusznie tutaj może ktoś jednak zapytać – co z ludźmi, uwięzionymi między dwoma kordonami, białoruskim i polskim?

Otóż nie wiem, co z tymi ludźmi i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Kiedy oglądam relacje z tego pola, łamie mi się serce z żalu, bo przecież ja albo moje dzieci możemy łatwo znaleźć się na ich miejscu. Jest to humanitarna tragedia oraz bez wątpienia porażka rządów PiS i sukces szukającego destabilizacji polskiej polityki Łukaszenki. Na widok polskich faszystów cieszących się tam z ich dramatu na przemian chce mi się rzygać i walić pięścią w ich zakazane gęby. Rozumiem i podziwiam posła Koniecznego za to, że robi to co robi i cieszę się, że na niego głosowałem. Jako poseł jest reprezentantem pewnego światopoglądu i nie oczekuję od niego, że w takiej kwestii będzie kierował się jakimikolwiek innymi względami, niż humanitarne. Tego spodziewam się po autentycznie lewicowym parlamentarzyście.

Ma również jednak rację Morawiecki, że wpuszczenie tych nieszczęśników do Polski niczego nie rozwiąże, albowiem za tydzień Łukaszenka może na tej granicy postawić stu, potem tysiąc, a potem dziesięć tysięcy uchodźców i jeśli Polska miałaby wpuszczać wszystkich, to wracamy do kwestii tego, iż jest to zewnętrzna granicy Unii i póki polityka UE w tej kwestii się nie zmieni, to Polska, na szczęście ciągle w UE pozostająca, nie może i nie powinna podejmować unilateralnych decyzji w tym zakresie. Nie można słusznie smagać nieudolnych rządów PiS za lekceważenie unijnych norm w jednej kwestii oczekując jednocześnie, że będą je łamali w kwestii innej, równie ważnej. Nie można – no chyba, że pozostaje się mentalnym zaścianku, w którym wewnętrzna polska wojna polityczna z PiS okazuje się zasadą porządkującą cały świat społeczny, czego dobrą ilustracją był twit Tomasza Lisa, porównującego afgańskich talibów do polskich talibów z PiS. Czy kiedy wojska Nigerii walczą z Boko Haram, to też jedna strona reprezentuje PiS, a drugą fajną i uśmiechniętą Polskę?

To tylko retoryczne pytanie, proszę mi oszczędzić odpowiedzi.

Wracając zaś do wspomnianego wcześniej Stephena Smitha i jego znakomitej książki. Smith, biorąc pod uwagę dynamikę przyrostu naturalnego Afryki Subsaharyjskiej, przeżywającej największą prawdopodobnie w dziejach ludzkości eksplozję demograficzną i gwałtownie starzejącą się Europę prognozuje, iż w ciągu najbliższych trzydziestu lat do Europy trafi sto pięćdziesiąt milionów młodych Afrykanów i będą to jednostki najbardziej przedsiębiorcze, albowiem sama wyprawa prawdopodobnie pozostanie jak dziś niełatwa i kosztowna. Smith nie jest tą perspektywą przerażony, co go martwi, to raczej los Afryki, którą Europa wydrenuje z jej najlepszego "materiału ludzkiego". Analizuje też różne scenariusze tej wielkiej, nowej wędrówki ludów, lektura jest to fascynująca i aż dziw, że książka ta jeszcze nie ukazała się po polsku. W każdym razie, warto go czytać, bowiem to, z czym mamy do czynienia dziś, jest tylko skromną prefiguracją tego, z czym przyjdzie się Afryce i Europie zmierzyć w nadchodzących dekadach. Smith stawia też sprawę jasno – zarówno scenariusz szczelnie zamkniętej murami z euro i drutów kolczastych "Festung Europa", jak i scenariusz niekontrolowanych, otwartych granic jest niemożliwy do zrealizowania. Afryka i Europa będą musiały, a przynajmniej powinny, w kwestii migracji współpracować.

Wracam do Smitha jeszcze z jednego powodu. Analizuje on kryzys migracyjny na Morzu Śródziemnym z lat 2015 - 2017. Pisze, iż na skutek działań organizacji humanitarnych, ratujących imigrantów na morzu, prawdopodobieństwo śmierci podczas przekraczania Morza Śródziemnego wzrosło. Im bliżej, niosące pomoc humanitarną statki, znajdowały się wód terytorialnych Libii, tym tańszych i bardziej niedostosowanych do morskich warunków łodzi używali libijscy przemytnicy. Początkowo wyznaczali jednego z migrantów na "kapitana", wyposażali w kompas i zlecali obsługę silnika. Ale ceny silników zaburtowych zaczęły gwałtownie rosnąć i w efekcie, aby zminimalizować swoje koszty, przemytnicy wywozili imigrantów na granicę wód terytorialnych, wręczali im telefon satelitarny, aby sobie wezwali pomoc, demontowali silnik i wracali do siebie. Przepełnione ludźmi, chińskie pontony zostawiali na łaskę losu. Libijscy przemytnicy byli w stanie wysyłać na morze ludzi szybciej, niż statki humanitarne były w stanie ich ratować. Ten tragiczny w skutkach proceder zakończył się dopiero, kiedy w 2017 Włochy porozumiały się z libijskimi watażkami i wyekwipowały libijską straż graniczną – budując wspomniany już wcześniej "mur z euro" - oraz przyjęły politykę nie przyjmowania do włoskich portów statków, niosących pomoc humanitarną.

Smith nazywa to okrutnym paradoksem, ja zaś przywołuję ten tragiczny w ścisłym tego słowa znaczenia przykład, aby przypomnieć coś, co wiedzieli już Sofokles z Eurypidesem: szlachetne odruchy moralne i wynikające z nich działania nie zawsze prowadzą ku moralnie akceptowalnym efektom.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.