Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie za pomocą lat, miesięcy, konkretnych dni czy pór roku odmierzają dzisiaj Białorusini upływający czas. Dla większości z nich życie dzieli się teraz na „przed" i „po". Dla milionów z nich, niezależnie od stopnia zaangażowania w politykę, statusu społecznego, ambicji czyzawodu, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zmieniło się wszystko.

Punktem odniesienia Białorusinów stał się początek najbardziej masowych w historii niepodległej Białorusi protestów przeciwko dalszym rządom Aleksandra Łukaszenki, sfałszowanym wyborom prezydenckim oraz przemocy funkcjonariuszy struktur siłowych wobec obywateli. „Przebudzenie białoruskiego narodu" i gwałtowna, niespotykana dotąd potrzeba walki o własną godność, bo tak o reakcji na sfałszowanie wyborów, w których po raz szósty rzekomo zwyciężył Łukaszenka, mówi noblistka Swietłana Aleksijewicz, kosztuje naszych sąsiadów wiele. Zaprowadzono terror, który zwykli obywatele, politolodzy, obrońcy praw człowieka, ludzie kultury porównują do czasów stalinowskich represji.

Białoruś: za kratki za wszystko

Represji doświadczyć mogą wszyscy. Rzecz jasna narażone są przede wszystkim osoby bezpośrednio zaangażowane w politykę, a może nawet w pewnym stopniu odpowiedzialne za skalę protestów, jak bloger Roman Protasiewicz, były redaktor kanału Nexta prowadzonego w komunikatorze Telegram. Działalność opozycjonisty rozjuszyła Łukaszenkę do tego stopnia, że zdecydował się na terror na skalę międzynarodową, uprowadzając samolot Ryanaira lecący nad Białorusią. Zmuszając maszynę do awaryjnego lądowania w Mińsku, władze dopięły swego i aresztowały Protasiewicza ściganego przez Białoruś listem gończym.

To nie jedyna sytuacja, kiedy na oczach całego świata reżim daje niepokornym nauczkę. Na gniew władz, a co za tym idzie, śmiertelne niebezpieczeństwo naraziła się także Kristina Cimanouska, białoruska sportsmenka, paradoksalnie od zawsze pozycjonująca się jako osoba apolityczna. Wystarczyło, że publicznie skrytykowała decyzję Narodowego Komitetu Olimpijskiego o wystawieniu jej w dyscyplinie, której nigdy nie trenowała. Władze próbowały siłą wywieźć ją z Tokio. Cimanouską uratowała natychmiastowa interwencja japońskiej policji, która, widząc napisany naprędce w internetowym słowniku komunikat dziewczyny: „Ratunku, siłą próbują mnie wywieźć z kraju. Jestem w niebezpieczeństwie", nie dopuściła, by zaprowadzono ją na pokład samolotu.

Są także przypadki, w których dowodów brak, ale które opozycyjnym politykom, działaczom i aktywistom mogą spędzać sen z powiek. Jak tajemnicza śmierć Witala Szyszoua, szefa Domu Białoruskiego w Kijowie, który udzielał pomocy represjonowanym rodakom. Dwudziestosześcioletni Szyszou wyemigrował z Białorusi jesienią. Za udział w protestach w Homlu groziła mu sprawa karna i kara więzienia. Za granicą był śledzony przez służby, notorycznie odbierał też głuche telefony. W tym tygodniu ukraińska policja odnalazła go powieszonego w parku, do którego wyszedł pobiegać. Na ciele Szyszoua zdnaleziono ślady pobicia.

Większość z nas słyszy o tych najbardziej medialnych przypadkach. Tymczasem każdego dnia na Białorusi dochodzi do zatrzymań i aresztów, a później wymierzania kar na podstawie absurdalnych zarzutów. Obrońcy praw człowieka informują o miesięcznych karach aresztu dla Białorusinów, którzy „wyrażali swoje poglądy polityczne w miejscu publicznym poprzez wywieszenie w oknie czystych, białych kartek papieru", wysokich grzywnach za złożenie kwiatów w miejscu zabójstwa uczestnika protestów. Za kratkami można znaleźć się nie tylko za jawną opozycyjną działalność, ale nawet za „działanie na szkodę państwa poprzez nieprzedłużenie umowy wynajmu mieszkania pomocnikowi prokuratora".

Kolonia karna dla przeciwnika 

Nikt nie spodziewał się, że terror przybierze taką skalę. 9 sierpnia 2020 r., tuż po zamknięciu lokali wyborczych, tysiące mieszkańców Mińska i innych miast wyszło na ulice i i centralne place, by wyrazić swoją niezgodę na wstępne wyniki wyborów. Według exit poll po raz szósty wygrał Łukaszenka, w dodatku z miażdżącą przewagą 80 proc. Jego główna konkurentka, niezależna kandydatka, której udało się zjednoczyć przeciwników reżimu i zwolenników zmian, zaledwie 7 proc. Tymczasem przed lokalami wyborczymi w całym kraju, jak nigdy wcześniej, wciąż stały długie kolejki. Z danych niezależnych obserwatorów wyborów wynikało, że przeważająca większość wyborców zamierzała oddać głos na Swiatłanę Cichanouską. Nie wszystkim się udało, niektórzy, prosto z kolejki, zabrani zostali przez OMON na komendy milicji i do aresztów, inni zwyczajnie nie zdołali wejść do środka. A nawet jeśli, to, jak się okazało wieczorem, głosy te nie zostały uwzględnione przez Centralną Komisję Wyborczą.

To był kolejny policzek wymierzony Białorusinom przez władze. Poprzednim, który mocno odczuli wszyscy, było negowanie istnienia koronawirusa i pozostawienie obywateli i lekarzy samym sobie. Innym, dla białoruskiego społeczeństwa, nie szczególnie zaskakującym, stało się niedopuszczenie trzech silnych, niezależnych kandydatów do wyborów.

Popularny bloger Siarhiej Cichanouski, znany z krytyki reżimu mąż dzisiejszej liderki opozycji, został aresztowany przed startem kampanii i oskarżony w czterech sprawach karnych. Komitet śledczy zarzuca mu „organizację masowych zamieszek", „organizację działań, poważnie naruszających porządek społeczny", „podżeganie do nienawiści społecznej" i „zakłócanie pracy Centralnej Komisji Wyborczej". Sąd w Homlu w czerwcu rozpoczął rozpatrywanie tzw. „sprawy Cichanouskiego", w której oskarżonych jest jeszcze kilkunastu innych aktywistów. Posiedzenia organizowane są w trybie zamkniętym. Cichanouskiemu grozi do piętnastu lat.

Wiktar Babaryka, były bankier, uważany za najpoważniejszego przeciwnika Łukaszenki, został aresztowany na progu siedziby Centralnej Komisji Wyborczej. Miał akurat złożyć zebrane podpisy wymagane do zarejestrowania w wyborach. Tego samego dnia KGB zatrzymało jego syna, Eduarda. Obaj rok przebywali w areszcie śledczym, oskarżeni o przestępstwa finansowe. Miesiąc temu sąd skazał Babarykę na czternaście lat w kolonii karnej o zaostrzonym reżimie. Były prezes Biełgazprombanku został uznany za winnego przyjęcia łapówki w dużym rozmiarze i prania brudnych pieniędzy. W kolonii karnej pracuje, jest palaczem, dorzuca do pieca w piekarni.

Były dyrektor Parku Wysokich Technologii, czyli białoruskiej doliny krzemowej, a wcześniej dyplomata, Walery Cepkało wyjechał z kraju z dwojgiem małych dzieci w trakcie kampanii, kiedy odmówiono mu rejestracji. Od dawnych kolegów ze struktur państwowych otrzymał sygnał, że władze szykują sprawę karną. Mieszka w Rydze. Na Białoruś nie ma powrotu.

Pokojowe protesty, w których w każdym z miast pierwszego dnia brało udział zaledwie kilka tysięcy obywateli, zostały gwałtownie i agresywnie spacyfikowane. Funkcjonariusze zastosowali gumowe pałki, gaz łzawiący, granaty hukowe, armatki wodne i gumowe kule. Z nagrań mieszkańców Mińska oraz dziennikarzy wynika, że 9 sierpnia milicyjny autobus – wyraźnie celowo – przyspiesza na widok przechodzących przez jezdnię uczestników protestu, jeden z nich upada pod koła. Dzień później, przy mińskiej stacji metra Puszkinskaja, siłowicy strzelają w mężczyznę, jak się później okaże – Aleksandra Tarajkowskiego, mimo że ten unosi wysoko dłonie. Tarajkowski ginie na miejscu.

Ani za tą, ani za żadną inną z co najmniej dwunastu ofiar śmiertelnych, które zginęły na skutek pacyfikacji protestów, w aresztach lub w innych, podejrzanych okolicznościach, władze nie wzięły odpowiedzialności. Nie wszczęto też ani jednego śledztwa, by je wyjaśnić i w których stroną podejrzaną, mimo licznych dowodów, byli funkcjonariusze struktur siłowych lub administracja aresztu czy więzienia. Śmierć Tarajkowskiego ówczesny szef MSW Białorusi Jurij Karajew skomentował: „Być może strzelano do niego z broni nieśmiercionośnej. Nie wiem, nie jestem śledczym. Umarł. Ale ile osób umarło podczas zamieszek w Ameryce?".

600 politycznych. Będzie więcej

Mimo starań siłowików, by zmusić Białorusinów do pokornego powrotu do domów, przez kilka miesięcy ludzie aktywnie protestowali. I chociaż, jak alarmowali obrońcy praw człowieka, w aresztach zatrzymanych bito, gwałcono różnymi przedmiotami, m.in. gumowymi pałkami, rażono prądem, a powszechną praktyką było układanie ludzi na leżąco warstwami na podłodze w areszcie i bieganie po nich - protest trzymał się aż do pierwszych mrozów. Przeciwko władzy wystąpili nie tylko wykształceni mieszkańcy dużych miast, ale także ludność małych miasteczek, emeryci, studenci, lekarze, robotnicy.

Z informacji Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna" wynika, że białoruskich więzieniach przebywa obecnie ponad 600 więźniów politycznych i każdego dnia ich przybywa. W ciągu roku prokuratura i komitet śledczy wszczęły ponad 3 tys. spraw. Ponad 35 tys. osób zostało zatrzymanych lub aresztowanych, dziesiątki tysięcy doświadczyły różnych form przemocy. 4644 osoby złożyły skargi do międzynarodowych organizacji, m.in. do ONZ, w których udokumentowały tortury. Dziesiątki tysięcy osób zostały zmuszone do emigracji. Nawet według oficjalnych danych tylko w pierwszym miesiącu protestów z kraju wyjechało 13 tys. ludzi.

Białoruś: nie ma już niezależnych mediów

W pewnym momencie władze zrozumiały, że przemoc nie wystarczy do zduszenia protestu. Przeciwnie, pod wpływem wspólnego doświadczenia tortur i represji obywatele jednoczyli jeszcze mocniej. W obawie przed odrodzeniem się protestu wiosną, co zapowiadała działająca z Litwy nieoficjalna zwyciężczyni wyborów Swiatłana Cichanouska, reżim sięgnął po rozwiązania systemowe. Jednym z głównych wrogów stali się niezależni dziennikarze.

Początkowo jedynie utrudniano im pracę. Podczas pierwszych dni protestów dziennikarze i reporterzy byli zatrzymywani i bici przez OMON. Strzelano do nich gumowymi kulami. Kilka tygodni później zagranicznych dziennikarzy pozbawiono akredytacji lub deportowano. Białoruskich regularnie wtrącano do aresztów, a w końcu – zaczęto skazywać na lata więzienia w pokazowych procesach. Jednym z najbardziej skandalicznych był ten, w którym dziennikarka redakcji Tut.by Katerina Borisewicz została skazana na pól roku bezwzględnego pozbawienia wolności za „ujawnienie tajemnicy lekarskiej". Borisewicz podważyła w tekście wersję władz, jakoby jedna z ofiar śmiertelnych siłowików, opozycjonista Raman Bandarenka, był nietrzeźwy i sam sprowokował bójkę, przedstawiając jego dokumentację medyczną. Niezależna organizacja Reporterzy bez Granic jeszcze jesienią ogłosiła Białoruś najniebezpieczniejszym miejscem w Europie dla niezależnych dziennikarzy.

Teraz dla niezależnych mediów na Białorusi nie ma już miejsca. W ostatnich miesiącach rozgromione zostały najbardziej popularne redakcje, np. Tut.by, Nasza Niwa, Euroradio. Redaktorów naczelnych i część pracowników osadzono w aresztach z zarzutami karnymi, wśród których najpopularniejszym jest „uchylanie się od płacenia podatków" i „działanie na szkodę państwa". Strony zablokowano, redakcje pozbawiono sprzętu, a przeciwko tym, którzy wyjechali, również wszczęto postępowania karne, by zniechęcić ich do powrotu.

„Czyszczenie pola z radykałów" dotknęło też obrońców praw człowieka, aktywistów, działaczy niezależnych organizacji, adwokatów, świadczących pomoc prawną uczestnikom protestów. Ci ostatni, jak Ludmiła Kazak, była obrończyni jednej z działaczek opozycji Maryji Kalesnikawej, pozbawiani są licencji i prawa do wykonywania zawodu.

Zgodnie z zapowiedzią Łukaszenki, który podczas ostatniego spotkania z Putinem w Sankt Petersburgu oświadczył, że „wyłapie na Białorusi wszystkich radykałów i pociągnie do surowych konsekwencji", w kraju trwa proces wielkiej czystki. Wszelkie niezależne organizacje, począwszy od Białoruskiego Komitetu Helsińskiego, przez Centrum Ochrony Praw Człowieka aż po Centrum Pomocy dla Osób Niepełnosprawnych oraz niezależny Związek Pszczelarzy oficjalnie zlikwidowano. Najbardziej wyraziści działacze zostali osadzeni w aresztach. Wśród najczęstszych zarzutów są m.in. „działanie poważnie naruszające porządek publiczny i społeczny", „organizacja masowych zamieszek" oraz „uchylanie się od płacenia podatków". Zdaniem Łukaszenki to niezależne organizacje są odpowiedzialne za „sianie terroru pod pozorem demokratyzacji państwa".

Białorusini uciekają

Więzienie, sprawy karne, śmierć, to nie wszystko, co grozi Białorusinom. Każdy ma pełne prawo obawiać się także o swój byt. Pracę straciło kilkudziesięciu nauczycieli i wykładowców akademickich, a z listy studentów masowo wykreślano wszystkich tych, którzy brali udział choćby w jednej akcji protestu. Od września z list skreślono co najmniej 153 osoby, a służby zatrzymały co najmniej 466 studentów. 42 osoby mają sprawy karne, co najmniej 12 skazanych zostało na dwa i pół roku więzienia.

Pracę tracili też ci pracownicy państwowych organizacji, którzy byli zatrzymani. Z kolei z fabryk, w których pod wpływem apelu Cichanouskiej doszło jesienią do strajku, zwalniano robotników. Przytoczenie dokładnych liczb nie jest możliwe. Wielu z nich, by uniknąć wilczego biletu, zgodziło się na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron.

Jako jedni z pierwszych zaczęli już latem wyjeżdżać pracownicy świetnie prosperującego przed wyborami sektora IT. W ślad za nimi podążyły osoby represjonowane i ich rodziny, studenci, pracownicy zakładów państwowych, których kierownictwo zwolniło, a nawet siłowicy. Z informacji opublikowanych przez niezależną fundację BYPOL po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich niemal 500 funkcjonariuszy struktur siłowych oficjalnie „przeszło na stronę narodu".

Teraz to już niemożliwe. Jak informują byli funkcjonariusze struktur siłowych, którzy utrzymują kontakt z dawnymi kolegami, zwolnienie się z własnej woli traktowane jest jako „brak lojalności" i powód do wszczęcia postępowania.

Artiom Szrajbman, politolog, również zmuszony był do emigracji z powodu grożącej mu sprawy karnej, wyjaśnia: Represje dotykają wszystkich, do których władze mogą dotrzeć. Zaczynają od tych, których uważają za bezpośrednie zagrożenie: polityków, działaczy. Kiedy zostali wydaleni z kraju lub aresztowani, przenieśli się na społeczeństwo obywatelskie, media, analityków. Doszło już do politologów. I będzie rozwijać się dalej. Zaczynają brać się za biznes, który albo wydaje im się podejrzany, albo atrakcyjny.

Białoruś silna opozycją

W tym samym czasie w kraju i zagranicą białoruska opozycja dokonuje czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Cichanouska i jej drużyna sprawiają, że Białoruś nie tylko nie znika z międzynarodowej sceny, ale wręcz jest w ścisłej czołówce tematów. Liderka opozycji nie zadowala się uściskami dłoni światowych przywódców (w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy spotkała się z ponad trzydziestoma prezydentami i premierami europejskich państw oraz ważnymi politykami z USA), ale także nieustannie apeluje o kolejne pakiety sankcji, także gospodarczych.

Ostatni, czwarty, wprowadzony w odpowiedzi na uprowadzenie samolotu z Pratasiewiczem na pokładzie, był tak naprawdę pierwszym, który mógł dotknąć reżim, uderzając w sektor bankowy, tytoniowy, petrochemiczny, naftowy. Zamknięta została także przestrzeń powietrzna nad Białorusią. Poprzednie były jedyne symboliczne, dla reżimu - śmieszne.

Mimo że nie ma już śladu po zjednoczonym sztabie kobiet, który tworzyły Weranika Cepkała, Swiatłana Cichanouskam i Marija Kalesnikawa, to przedstawiciele opozycji zachowują zdrowy rozsądek i nie rozmieniają się na drobne. - Mamy wspólny cel: uwolnienie wszystkich więźniów politycznych, doprowadzenie do odsunięcia Aleksandra Łukaszenki i, co za tym idzie, wolną Białoruś i wolne wybory - podkreśla Gleb German, rzecznik Babaryki.

***

Białoruskie protesty już teraz nazywane są przez politologów „rewolucją". Ale choć wyniki wyborów nie zostały uznane m.in. przez UE, Norwegię oraz USA, a sam Łukaszenka wraz z najbliższym otoczeniem objęty został przez Unię sankcjami, do przełomu jeszcze daleko. Bo Łukaszenka, choć wspierany przez Kreml, nie ma dokąd się cofnąć.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.