Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

WIKTORIA BIELIASZYN: Wróciła pani do spacerów nad Niemnem?

OKSANA POCZOBUT: Teraz już się staram. Gdy Andrzeja zabrali, długo nie mogłam się zmusić. Tyle kilometrów razem wzdłuż rzeki zrobiliśmy, sami i z dziećmi, nie wyobrażałam sobie pójść tam bez niego. Bałam się, że gdy wtargnę sama w naszą wspólną przestrzeń, odczuję pustkę jeszcze bardziej. Andrzej kocha Niemen, świetnie zna te tereny, za każdym razem potrafił opowiedzieć nam o nich coś nowego.

W jednym z listów napisał pani, że prosi, by pani spacerowała za was dwoje.

– Nie wiem jak, bo nie pisałam mu przecież o tym, ale domyślił się chyba, że bez niego nie mamy ochoty wychodzić na spacery, na wycieczki. Napisał, że Niemen często mu się śni i żebyśmy ja, dzieci spacerowali tam, gdzie wcześniej chodziliśmy z nim. To trochę tak, jakby z nami był.

Jesteście małżeństwem ponad dwadzieścia lat.

– Dwadzieścia jeden, a znamy się prawie dwadzieścia cztery.

Poznaliśmy się w rodzinnej wiosce jego babci na zachodniej Białorusi. Przedstawili nas sobie wspólni znajomi. Nie kryje się za tym jakaś wielka historia, po prostu spędzaliśmy czas. Andrzej od samego początku robił na mnie wrażenie spokojnego, mądrego, uczciwego. Taki też się okazał. Miałam osiemnaście lat, nie miałam wtedy wykształconych poglądów, byłam jeszcze dzieckiem. Przy Andrzeju dojrzałam.

Po raz pierwszy rozmawiamy po rosyjsku, wcześniej mówiła pani po polsku.

– Andrzej mnie nauczył. Jestem Białorusinką, nie mam raczej polskich korzeni, może w jakichś odległych pokoleniach. Ale dzięki Andrzejowi po polsku rozmawiam z dziećmi, zwłaszcza z synem, który jest młodszy od córki o dziesięć lat. Już jako dojrzali rodzice podjęliśmy decyzję, by rozmawiać z nim w domu wyłącznie po polsku, żeby był w pełni dwujęzyczny. Po polsku zaczęliśmy do niego mówić od jego pierwszych dni, jeszcze w szpitalu.

Jak pani tę polskość postrzegała na początku znajomości?

– Dla mnie była naturalna. Zachodnia Białoruś to miejsce, gdzie większość rodzin jest mieszanych, bardzo wiele osób ma albo miało w rodzinie Polaków, ale nie tylko, także Rosjan. Dlatego zaskakują mnie i oburzają w państwowych mediach oskarżenia pod adresem Andrzeja, jakoby był szowinistą nienawidzącym Białorusinów. Nie trzeba daleko sięgać, nie trzeba nawet znać Andrzeja, by wiedzieć, że to nieprawda, wystarczy przyjrzeć się naszej rodzinie. Andrzej ma żonę Białorusinkę, jego brat, Stas, ożenił się z Rosjanką. Żyjemy w zgodzie.

Życie „na dwa kraje", także dla rodzin osób o dwóch tożsamościach, bywa trudne. Pani też to odczuwa?

– Szczególnie widziałam to w czasie lockdownu, kiedy zamknięto granice. Andrzej jest człowiekiem bardzo przywiązanym do ziemi, do miejsc. Bardzo doskwierało mu to, że nie może pojechać do Polski, bo często ją odwiedzał, tęsknił nie tylko za znajomymi i przyjaciółmi, ale też za Warszawą – chyba jedynym miastem, które naprawdę lubi i które go nie męczy. Teraz z kolei czytam listy, w których pisze mi, że śni mu się Niemen i Grodno, przy czym nie to współczesne, ale to, które pamięta z dzieciństwa.

Pani też jest tak związana z tymi miejscami?

– Tak, ale nie w takim stopniu. Mamy lato, więc często przypominają mi się różne rzeczy. Wcześniej jeździliśmy całą rodziną na wakacje nad morze, Andrzej robił to dla nas, bo nie lubi takiej formy odpoczynku, opalanie się na plaży go męczy. Później zaczął chorować na serce, więc unika upałów i nad morze wysyłał nas samych, a po powrocie odpoczywaliśmy razem nad Niemnem, wśród przyrody. Braliśmy namioty, spacerowaliśmy.

Andrzej mówi, że wszędzie jest dobrze, ale w domu, na łonie natury, jest mu najlepiej. To też jedna z cech, która mnie urzekła.

Umiejętność cieszenia się tym, co się ma?

– I brak zawiści, zazdrości. Andrzej nie porównuje się z innymi, nie bierze udziału w żadnym wyścigu, umie się cieszyć życiem. Zawsze podkreśla, że ma wszystko, co mu potrzebne. Nie ma dużych potrzeb.

To dobra, rzadka cecha.

– I przejawia się nawet teraz. Trudno się nawet od niego dowiedzieć, co mu włożyć do paczki. Bez skrępowania mówi jedynie o lekach, bo wie, że nie może sobie pozwolić, by ich zabrakło, ale dowiedzenie się czegokolwiek innego jest niezwykle trudne, właściwie trzeba go w listach zmuszać, żeby sobie czegoś zażyczył, żeby mu jakoś ułatwić pobyt tam. A nawet jeśli już się na coś zdecyduje, to zawsze podkreśla, że tylko jeśli to nie problem i żeby specjalnie po to nie chodzić, nie jechać.

Biorąc pod uwagę warunki, jakie panują w Żodzinie...

– Od byłych więźniów wiem, że trudno tam przeżyć na racjach więziennych. I że te posiłki trudno nawet nazwać jedzeniem.

Co pani czuje, kiedy pani czyta te listy?

– Na każdy list czekam, choć często czytać je jest mi bardzo trudno. Zwłaszcza kiedy Andrzej pisze np., że śni mu się, że siedzi w pokoju dziecka przy komputerze, ale w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie pamięta momentu uwolnienia z więzienia. I że już w tym śnie rozumie, że to tylko sen, że znowu obudzi się w celi. Albo że każdego wieczoru myśli sobie, że ma przed sobą o jeden dzień mniej odsiadki, że jest o jeden dzień bliżej domu. A my wciąż nie wiemy nawet, ile tych dni będzie, choć wszystko wskazuje na to, że bardzo wiele. Sądy są zamknięte, a prawo i tak nie działa. Boję się, że nie zobaczę Andrzeja nawet podczas rozpraw, bo nas nie wpuszczą.

Musi być pani bardzo trudno.

– Całe moje życie się zmieniło. Jesteśmy razem tyle lat, Andrzej jest nie tylko moim mężem, partnerem, ojcem naszych dzieci, ale też najlepszym przyjacielem. Człowiekiem, który zna mnie najlepiej na świecie. Jesteśmy blisko, zawsze gdy miałam do wyboru: towarzystwo przyjaciółek albo towarzystwo Andrzeja, wybierałam jego. I to nie było poświęcenie. Z nim czuję się najlepiej. Mimo że minęło już ponad 130 dni, mnie wciąż trudno jest przyzwyczaić się do tego, że najbliższa mi osoba zniknęła z dnia na dzień.

I że przebywa w takich warunkach. – Białoruskie więzienie pozbawia nie tylko wolności, ale też zdrowia, a nawet życia. Nie wszyscy więźniowie wytrzymują. Jak pani sobie radzi na co dzień z tą świadomością?

– Wiele osób pyta mnie, jak się trzymam, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Bo przywyknąć się nie da. Ale z drugiej strony nie mam wyboru, muszę żyć dalej. Jedynym wyjściem, by tego wszystkiego nie czuć, uwolnić się, byłoby zakończenie życia, a to nie jest sposób.

Andrzej nie pierwszy raz został osadzony przez białoruskie władze za swoje opozycyjne poglądy. Czy zdarzenia sprzed dziesięciu i dziewięciu lat, kiedy był represjonowany za krytykę Łukaszenki, w jakiś sposób panią zahartowały?

– Zupełnie nie. Pamiętam, że wtedy wydawało mi się, że znaleźliśmy się w dramatycznie trudnej sytuacji, że jest nam tak ciężko i że jak świat może być tak okrutny i straszny. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, jakie to wszystko było łatwe i spokojne. Kiedy Andrzej był w areszcie, dwa razy w miesiącu chodziłam do niego na widzenia. Mogłam go zobaczyć, porozmawiać z nim, usłyszeć jego głos. Teraz widzeń konsekwentnie odmawiają i mnie, i naszej córce Janie. Nie podają przyczyny. Po prostu mogą odmówić, więc odmawiają.

Andrzej pisze mi, że z tego, co słyszał w więzieniu, większość jego znajomych jest uwięzionych. Że więcej jego kolegów przebywa obecnie w więzieniach niż na wolności. I że doszło do tego, że nie tylko rodziny czekają na ojców, mężów, ale też mężczyźni czekają na żony, więźniarki polityczne. Po raz pierwszy w historii współczesnej Białorusi kobiety za działalność opozycyjną, za krytykę władzy masowo, na całe lata osadza się w więzieniu.

Na Białorusi wiele rodzin jest w podobnej sytuacji, wszystko wskazuje na to, że oficjalna liczba więźniów politycznych wkrótce dobije do tysiąca. Odczuwa pani jakieś wsparcie z ich strony?

– Często widzę, że ktoś też znalazł się w takiej sytuacji. Dzwonimy do siebie albo piszemy. Czasami to słowa wsparcia, czasami jakieś praktyczne informacje, np. co można przekazać w paczce, do jakiego adwokata zadzwonić, jak napisać podanie.

My z Andrzejem żyliśmy bardzo rodzinnie, nasz krąg znajomych, z którymi mieliśmy większy kontakt, nie był duży. Ale z tymi, z którymi się przyjaźniliśmy, kontakt pozostał dobry. Wiem, że mogę na nich liczyć.

A z innymi?

– Ludzie są różni. Zdarza się, że mijam na ulicy czy w sklepie osobę, z którą wcześniej przynajmniej się witaliśmy, byliśmy na „dzień dobry". Teraz część mija mnie, udając, że mnie nie zna. Nie mam żalu. Po prostu ludzie pokazują, jacy są naprawdę.

Między państwa dziećmi jest dziesięć lat różnicy. Jak pani z nimi rozmawia o tym, co się dzieje?

– Córka ma już dwadzieścia jeden lat, mam wrażenie, że teraz to już ona bardziej ze mną rozmawia niż ja z nią, jest w stanie wiele rzeczy wytłumaczyć. Staram się, żeby dzieci nie miały poczucia, że wydarzyła się jakaś nieodwracalna katastrofa. Nie mamy wpływu na tę sytuację, a kiedy nie można nic zrobić, to trzeba się maksymalnie przystosować. I żyć.

Syn ma wielu kolegów z polskiej szkoły. Kiedy ich odwiedza, często słyszy od rodziców, że ma mądrego, odważnego ojca.

Cała nasza rodzina bardzo się w ostatnich miesiącach zbliżyła. Wcześniej dzieci potrafiły, jak to dzieci, posprzeczać się o rzeczy zupełnie nieistotne albo na mnie się obrażać. Teraz tego nie ma. Wspieramy się jak tylko się da. Dzieci rozumieją teraz, że w życiu mogą wydarzyć się naprawdę poważne problemy.

Pani na te poważniejsze problemy była przygotowana?

– Intuicja podpowiadała mi, że coś się wydarzy. A jak zaczęli wsadzać już wszystkich wokół, to czułam, że i nas to nie ominie. Wiedziałam, że to niedorzeczne, żeby wszystkich wokół zamknęli, a Andrzeja, dziennikarza, członka Związku Polaków, oszczędzili. Słuchałam wiadomości, w których władze zaczęły przedstawiać Polskę jako wroga, i wiedziałam, że to niemożliwe, żeby po niego nie przyszli.

Rozmawiali państwo o tym? Przygotowywali się?

– Nigdy. Nie byliśmy przygotowani. Wiem, że niektórzy jakoś się zabezpieczają, nie trzymają w domu gotówki, a nawet komputerów. Nam zabrali wszystko: karty do bankomatu, telefony, komputery nasze i dzieci. Nie mieliśmy nawet podpisanej umowy z adwokatem. Może w jakiś sposób jednak wypieraliśmy to, że coś się może wydarzyć? Andrzej jest człowiekiem, który nie ma nic do ukrycia, stosuje się do przepisów, nawet jeśli funkcjonariusze stosują je bezprawnie. Podczas rewizji też tak było. Przyszli rano, przeprowadzili rewizję. Andrzej był spokojny, nie przeszkadzał im, nie stawiał oporu.

Czuła pani chęć powiedzenia Andrzejowi, że starczy, że nie warto, bo to niebezpieczne?

– Bardzo chciałabym, żeby Andrzej był na wolności. Nie jestem sobie jednak w stanie wyobrazić sytuacji, w której próbuję Andrzejowi czegoś zabronić albo coś na nim wymusić. Gdybym próbowała go namówić, by zaprzestał działalności, musiałby przecież stać się innym człowiekiem.

Zawsze mieliśmy możliwość wyjazdu. Gdyby tylko Andrzej podjął taką decyzję, wyjechalibyśmy razem bez żalu, całkowicie go wspierając. Ale Andrzej nie chciał i nie chce. Zawsze powtarza mi, że może być sobą, tylko żyjąc tutaj, na Białorusi, i że jego praca nie miałaby takiego znaczenia, jakie ma, kiedy wykonuje ją na miejscu. Że nie da się pisać o Polakach na Białorusi, jeśli się z nimi nie żyje.

A pani chciała wyjechać?

– Kocham swój dom. I tak jak Andrzej kocham tutejsze okolice. I chcę, żeby Andrzej czuł się komfortowo w środku, żeby mógł żyć w zgodzie ze sobą. Na emigracji to niemożliwe. Białorusini, którzy dzisiaj muszą wyjechać z kraju, często czekają na możliwość powrotu, traktują życie w innym kraju jako formę przeczekania.

To niedobre. Rozmawialiśmy o tym z Andrzejem. Powiedział mi, że jeśli już się wyjedzie, to trzeba żyć tak, by nie oglądać się przez ramię, i budować nowe życie w nowym miejscu. Nie czekać. Ale on by tak nie umiał. On Grodno zawsze miałby tuż za plecami, ciągle by się zastanawiał, co dzieje się w domu.

W listach Andrzej pisze do pani i dzieci, że prosi, byście rozumieli, że to wszystko, przez co teraz przechodzi, robi także dla was.

– W więziennych listach nie da się wszystkiego napisać. Nie można zadawać pewnych pytań, próżno więc liczyć na konkretne odpowiedzi. Staram się Andrzejowi w pełni ufać. Mam nadzieję, że wie, co robi, bo jest ode mnie znacznie bardziej doświadczony. I że się nie pomyli w swoich decyzjach, bez względu na to, do czego doprowadzą.

Da się do kogoś kochanego napisać swobodnie list, który przechodzi przez ręce cenzora? Nie łapiąc się co chwila na tym, że czegoś nie wolno powiedzieć?

– Nie. Ale listy więzienne to jedyna forma kontaktu. Niteczka, która nas łączy. Piszemy jedynie o rzeczach przyziemnych, o codzienności. Bardzo chciałabym móc z Andrzejem otwarcie porozmawiać, poprosić, żeby mi wyjaśnił, dlaczego nie wyjechał. Nie pytam o to w listach. Nie ma takiej opcji.

Dyrektorka Biełsatu Agnieszka Romaszewska poinformowała, że Andrzej i Andżelika Borys, przewodnicząca Związku Polaków, mieli możliwość wyjazdu z kraju, ale odmówili. Ma pani żal?

– Mam mieszane uczucia. Z jednej strony czuję dumę. Andrzej zawsze mówi, że wolność to nie jest coś, co dostaje się ot tak. Że trzeba o nią walczyć. I on to robi. W pięknym stylu. Wiem, że i Andrzej, i Andżelika byli podczas przesłuchań nagrywani, tak jak inni więźniowie polityczni, ale mimo to władze nie były w stanie ich wypowiedzi w jakikolwiek sposób wykorzystać przeciwko nim, pokazać w jakimś propagandowym materiale telewizji.

Ale z drugiej, cóż… Nie zmartwiłabym się, gdyby Andrzej i Andżelika zgodzili się na zwolnienie w zamian za wyjazd z Białorusi. Dla mnie najważniejsze jest, by mój mąż był żywy i zdrowy. O Andżelikę również bardzo się martwię, jest przecież kobietą, ma delikatne zdrowie.

Pani była w Żodzinie z przesyłkami i żeby dowiedzieć się o stanie zdrowia Andrzeja, kiedy chorował na koronawirusa.

– Miałam ogromne szczęście, że dyżurny przekazał mi numer telefonu więziennego lekarza. Jakimś cudem udało mi się do niego dodzwonić z wewnętrznego telefonu więzienia. Powiedział mi, jak czuje się Andrzej i że został przeniesiony do innej celi, w piwnicy. Wtedy mnie to ucieszyło, bo były straszne upały, Andrzej źle je znosi, w piwnicy było mu łatwiej oddychać. Dopiero później dowiedziałam się od Andrzeja, gdy listy zaczęły przychodzić po kilku tygodniach milczenia, że przez niemal miesiąc był w izolatce. W dodatku bez listów.

Lekarz mówił pani, że jest w kilkuosobowej celi, prawda?

– Teraz dociera do mnie, że chyba sama sobie to dopowiedziałam, że lekarz pominął to pytanie milczeniem. Może nie chciał mnie jeszcze bardziej denerwować.

Czas, kiedy Andrzej był chory, był nie do zniesienia. Lekarz powiedział mi, jaką Andrzej ma temperaturę, ale dodał, że nie ma możliwości, by w więzieniu okazać Andrzejowi fachową pomoc. Nie ma nawet jak wypisać recepty, więc jeśli jakieś leki na receptę są potrzebne, to trzeba się nagłowić, by je kupić. Bałam się. I choć staram się wierzyć, że lekarz zawsze pozostaje lekarzem, to nie byłam pewna, czy mogę mu wierzyć.

Rozstawali się kiedykolwiek państwo na tak długo?

– Nigdy. Kiedy Andrzej siedział poprzednim razem, mieliśmy widzenia. A kiedy pracował, to jego delegacje najdłużej trwały dwa tygodnie, mieliśmy stały kontakt. Prawie zawsze byliśmy razem. A teraz wiem, że to jeszcze potrwa. Sprawa Andrzeja idzie bardzo wolno, myślę, że będą ją ciągnąć około roku, dopiero później zapadnie wyrok.

Czekam, aż będzie sąd i Andrzeja, już z wyrokiem, przewiozą do kolonii karnej. Żeby było już wiadomo, jak liczyć ten czas do jego powrotu. Poza tym po sądzie i wyroku muszą zezwolić na widzenia, więc czekam, żeby móc go zobaczyć choćby przez szklaną ścianę.

W pani głosie słychać rezygnację.

– Na własnej skórze przekonuję się, że żyjemy w kraju, w którym władze mogą zrobić z człowiekiem, co im się żywnie podoba, i nikt nie ponosi za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ale jednocześnie się na to nie godzę. Nie wolno się przyzwyczajać do takiego stanu, tak jak nie wolno się bać. Niektórzy mówią, że lepiej milczeć, bo może być jeszcze gorzej. Ja tak nie uważam. Trzeba nagłaśniać wszystko to, co się dzieje. I nie bać się. Strach jeszcze nigdy nikomu nie pomógł.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.