Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ciągu ostatniego roku na Białorusi władze aresztowały z powodów politycznych ponad 36 tys. osób. Jedna z nich to Andriej Dynko, redaktor białoruskiego magazynu „Nasza Niwa". Dwa tygodnie temu wyszedł na wolność. Toczy się przeciw niemu śledztwo w sprawie karnej.

Dynko opisuje ze szczegółami koszmarne warunki życia w mińskim areszcie Okrestino, przez który przewinęły się tysiące więźniów politycznych. Jego koledzy z „Naszej Niwy", Jahor Martinowicz (naczelny) i Andriej Skurko, znaleźli się w mińskim więzieniu Wołodarka.

Redakcja „Wyborczej"

***

Prowadzą mnie betonowym korytarzem. Szara podłoga, błyszczące olejne lamperie w brudnoturkusowym kolorze. Niczego innego nie widzę, bo nie tyle mnie prowadzą, co wloką, wykręcając lewą rękę i przyginając głowę do ziemi. Prawą rękę musiałem trzymać za plecami, ściskając w niej dyndającą na tyłku plastikową torbę z paroma rzeczami - tyle zostało mi ze świata, w którym jeszcze 12 godzin temu byłem 47-letnim ojcem trójki dzieci i redaktorem najpopularniejszego wychodzącego po białorusku pisma.

- Pod ścianę! Ręce za plecami!

20-centymetrowy klucz grzechocze w zamku.

- Do środka, bohaterze!

Cela wita mnie zgniłym, dusznym, skondensowanym zapachem moczu i kału. Zanurzam się w nim jak w wodzie nowego życia.

PRZECZYTAJ TAKŻE:
>> Terror na Białorusi przybrał niespodziewaną skalę. Łukaszenka porywa, torturuje, zabija [RAPORT]
>> Oksana Poczobut, żona uwięzionego dziennikarza: Część ludzi, z którymi byliśmy na "dzień dobry", udaje, że mnie nie zna

Jasne światło

Ostre, oślepiające światło pada nie tylko z góry, ale i z dwóch bocznych lamp. Rozglądam się, oślepiony po mroku korytarza. Piętrowe dwupoziomowe prycze bez materacy i poduszek - gołe deski. Zza prycz wyłania się ciemnowłosy koleś w wieku około 25 lat, nagi do pasa, chudy, zarośnięty. - Jegor, terrorysta - przedstawia się. Podaje rękę, pokazując jednocześnie świadectwo zatrzymania.

„Na szczęście wsadzili mnie z politycznym", myślę. Wnioskuję nie tyle z jego papierów, bo wiedziałem, że mogę trafić do celi z kapusiem lub prowokatorem, ile po wyglądzie, inteligenckim języku i szczerej, uczciwej twarzy - trochę podobny do Toma Cruise'a z „Top Gun".

- A ja jestem redaktorem „Naszej Niwy", zna pan takie pismo?

- „Nasza Niwa"! Ja pier...! Was też wsadzają!

Koleś wydaje się zachwycony nowym towarzystwem.

Przede wszystkim częstuje mnie chlebem. Całe i niedojedzone kromki piętrzą się wśród okruszków na nagim, brudnym, brunatnym stole. Brzydzę się na samą myśl o wzięciu go do ust, bo ciągle czuję, jeszcze nie nawykłem, skondensowaną woń bijącą z dawno czyszczonej lub nigdy niemytej toalety w rogu.

Wyjmuję z torby resztkę czekolady. Kiedy wyprowadzali mnie dziś na oczach pochlipujących sąsiadów, żona wsunęła mi tabliczkę i cukierek, miałem więc w radiowozie kolację. - Proszę wziąć połowę. - Jegor dosłownie rzuca się łapczywie na czekoladę, ale odłamuje tylko jedną z pięciu kostek. - Nie, nie, reszta dla pana.

Ja mówię „pan", więc on też przechodzi na „pan".

Szybko pochłania czekoladę, po czym oferuje mi swoją pryczę, na którą „pada najmniej światła". Dlaczego nie gaszą na noc? Kryminalnym gaszą, ale nie w celach, w których jest choć jeden polityczny, Jegor wie to od kryminalnych, z którymi siedział. Nie wyłączają światła, nie dają materacy ani pościeli.

Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu.Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu. Nasza Niwa

„Dostaniesz nawet 20 lat"

- Jak pan myśli, co ze mną będzie? - pyta Jegor. - Wypuszczą mnie? Ja nic nie zrobiłem, tylko byłem na protestacyjnym czacie na Telegramie. Śledczy mówi, że dostanę nawet 20 lat.

Tłumaczę, jak rozumiem logikę systemu. Myślę, że trzeba być realistą i dopuszczać wszystkie, także najgorsze warianty, np. że nigdy nie wypuszczą. Jegor jest inny, nie traci nadziei, że wkrótce wyjdzie. Godzinami głośno wylicza kiedy - wychodzi mu, że we wtorek, w poniedziałek. Ma 32 lata i wciąż jest zielony, pierwszy raz w życiu trafił za kratki. Przeżycia sprawiły, że schudł, sczerniał, nie dałbym mu jego lat. Elektryk hipermarketu Euroopt z wyższym wykształceniem, w którym nigdy się nie odnalazł.

Z pytań śledczych wywnioskował, że zatrzymali go, bo studiował na polskim uniwersytecie. - To dlatego mnie wsadzili! Ale nie mogą wsadzić wszystkich pięciu tysięcy z tego czatu! - Igor doszukuje się logiki.

Bystry a zarazem naiwny jest ten mój „terrorysta" elektryk.

- Właśnie dostałem pracę! Jest świetna, wychodzi 500 euro miesięcznie, jeśli pracuje się na półtorej zmiany. Myśli pan, że mnie zwolnią? - martwi się Jegor. - Ale niekoniecznie! Mądrzy ludzie dadzą sobie radę, przeniosą z jednego działu do drugiego. Teraz wszędzie jest wielka solidarność. I to prawda, tego sobie nie wymyśliłem.

Grosz

- Proszę spojrzeć, co znalazłem, polski grosz! Gdyby go naostrzyć, można kroić jak nożem. - Podaje mi monetę, a ja cofam rękę i grosz spada na podłogę.

- No co, myśli pan, że to prowokacja? - dziwi się Jegor.

Milczę.

Mogą, Jegorze, mogą wsadzić pięć tysięcy.

Tłumaczę mu, że teoretycznie powinni zwolnić jego i dziesiątki takich jak on „terrorystów", że masowe aresztowania w jego sprawie służą tylko zastraszaniu, pozwalają też konfiskować pieniądze i sprzęt działaczom.

- Pan też wyjdzie, zobaczy pan! - przekonuje Jegor.

- Mój przypadek jest inny - tłumaczę. - Nas też chcą zastraszyć, wsadzają ostatnich dziennikarzy, którzy nie wyjechali za granicę, żeby spanikowali i uciekli. Ale ja i moi koledzy jesteśmy też zakładnikami potrzebnymi do targów z Zachodem. W odpowiedzi na represje na Białorusi Europa nakłada sankcje. Wtedy reżim aresztuje kolejnych działaczy, zamyka media i organizacje społeczne. I tak w kółko.

Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu.Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu. Nasza Niwa

Odpoczywaj

Słychać hymn narodowy, cisza nocna. Wiercimy się na gołych deskach, próbując zasnąć. On umie, ja nie. Od chyba dwóch godzin przekręcam się to na lewy, to prawy bok, nieprzyzwyczajonemu deski wrzynają się w żebra. Komputer mojego mózgu gorączkowo przetwarza dzisiejsze i tegoroczne wydarzenia - ludzie w maskach biegną w stronę mojego domu, trzęsą mi się palce, nie trafiam w klawisze, próbując przesłać wiadomość kolegom, nie potrafię, ludzie w maskach są już pod drzwiami.

Czy mogłem zrobić coś innego, co innego powiedzieć, uratować się? Dlaczego, idiota, nie wyjechałem, dlaczego próbowałem uprawiać dziennikarstwo w kraju, w którym dziennikarstwo nie jest już możliwe? Co teraz przechodzi moja żona, dzieci, matka? Co z nami będzie?

Trzaskają kraty na korytarzu, gumowe podeszwy klaszczą po betonie, z łomotem otwierają się żelazne drzwi. Do celi wtaczają się dwa stworzenia. Jedno w brudnych, podartych dżinsach i nigdy niepranej koszulce, z czarnymi sińcami pod oczami, i drugie chude jak robak, w nieświeżej pomarańczowej koszulce i w zatłuszczonych długich szortach, kiedyś niebieskich w zielone groszki. Stworzenia wpadają na nas, a ja zaciskam pięści. Od razu widać, że nie polityczni.

- Kur…, co do chu…? Gdzie materace? Ludzie, wy śpicie bez materacy? Strażnik, kur... - wali z całych sił w żelazne drzwi. - Strażnik, dlaczego wsadziłeś mnie do karceru? - Łomot trwa jakiś czas. Klawisz odkrzykuje, że materace na dezynfekcji i nie wiadomo, kiedy wrócą. Dobiega mnie jego ostatnie słowo, szydercze, z przeciągniętą końcową sylabą: „Odpoczywaj!".

Andrej Dyn'ko po wypuszczeniu z więzienia.Andrej Dyn'ko po wypuszczeniu z więzienia. Nasza Niwa

Pod celą rączki przy sobie

Nowi łapią chleb ze stołu i zaczynają jeść, przez cały dzień w MSW głodowali. Wyciągam czekoladę i daję im po kostce. Po ich twarzach przemyka błysk zadowolenia. Nie wiem, jak radzić sobie z recydywistami, przyglądam się im, chodząc po celi od ściany do ściany jak zwierzę w zoo. Jegor zna tych dwóch, spędzili tu już noc. Obserwuję go. Traktuje ich normalnie, rozmawia jak ze zwykłymi ludźmi - jak z sąsiadami lub kolegami z roku, zwyczajnie i spokojnie. Kiedy jednemu z nich spada z górnej pryczy brudna maseczka, Jegor podnosi i podaje mu, tak jak podałby kobiecie w autobusie upuszczony bilet. Ten dziękuje normalnym tonem, tak jak podziękowałaby za bilet kobieta.

To jedna z małych cel, w Okrestinie i na Wołodarce są takie, w których siedzi po 25 osób. Albo 16 osób w czteroosobowej - w takich warunkach przetrzymuje się więźniów politycznych skazanych na areszt administracyjny, „reedukacja" smrodem.

Okazuje się, że kryminalni przywykli do politycznych. Wszyscy zetknęli się już z nimi w tych czy innych okolicznościach i traktują wspólne siedzenie jak nową normę. Ogólnie rzecz biorąc, w więzieniu jest jak na wysepce, gdzie uciekające przed powodzią leśne zwierzęta - wilk, zając, lis, chomik i niedźwiedź - wszystkie cierpią razem, czekając aż opadnie woda, i nikt nikogo nie kąsa ani nie zjada. Może do czasu, aż przeważy głód, nie wiem.

Któregoś z kryminalnych dziwi mój białoruski i zwyczaj zwracania się na „pan". - Przyzwyczajajcie się do nowej władzy - żartuję. Wszyscy to drobni przestępcy: złodzieje, alkoholicy, damscy bokserzy - żaden kwiat przestępczego świata. Opowiadają, jak się siedzi w różnych miejscach, jakie są tam reguły i normy, że w areszcie śledczym nie ma bójek - „pod celą rączki przy sobie" - a po wyroku, w łagrze, i owszem, tam często dochodzi do mordobicia.

Kryminalni, za politycznymi, zaczynają myśleć np., co to znaczy, jak pisał białoruski klasyk Janka Kupała, „zwać się człowiekiem".

Wypalone zapałki i list do Swiatłany Aleksijewicz

Kryminalni równie dotkliwie jak my, polityczni, doświadczają głównej dolegliwości naszego systemu penitencjarnego, którą opisał w powieści „Zmartwychwstanie" Lew Tołstoj i która tu, w areszcie śledczym, sięga doskonałości, przyprawiając więźniów o szaleństwo - to bezczynność, nicnierobienie, brak jakiegokolwiek zajęcia. W celach, w których siedzą polityczni, nie wolno mieć gazet i książek, a nawet, wbrew normom, długopisów i ołówków. Moim największym skarbem są dwie znalezione w szczelinie podłogi spalone zapałki. Nimi właśnie napisałem na odwrocie protokołu krótki list do noblistki Swiatłany Aleksijewicz, który udało się przemycić na wolność.

- Wodzu, daj chociaż kawałek gazety! - złodziejaszek prosi pokornie przez podajnik każdego przechodzącego więziennym korytarzem. W odpowiedzi słyszy twarde, kłamliwe „To zabronione". Marzy o przeniesieniu do aresztu śledczego, gdzie „w każdej celi są książki i można zamówić więcej z biblioteki". Prosta kulturalna potrzeba, pragnienie czytania. „To zabronione!"

Koledzy spod celi pytają, a ja odpowiadam. Przeradza się to w wykłady z historii Europy. Życie odzyskuje sens, otrząsamy się z wywołanego bezsennością odrętwienia.

W tym więzieniu nie robi się nic, by zmienić człowieka, rozwijać w nim to, co najlepsze, pokazać jakieś wyjście. Nie, cel jest jeden - stworzyć warunki tak nieznośne, by człowiek bał się tu wrócić. Ale to nie działa. Białoruś zajmuje pierwsze miejsce w Europie pod względem liczby osadzonych na 100 tys. mieszkańców. To chyba jedyne, w czym jest liderem.

W karcerze nie będzie nawet tego

Większość tych nieszczęśników, z którymi zetknął mnie los, żyje z dnia na dzień. Jutro zapomną o wczorajszych niedolach, myślą o porcji przyjemności na ten konkretny dzień - o butelce taniego wina, o działce. Ale to wszystko wymaga pieniędzy. Więc krążą ciągle od nowa po kręgach piekła, gdzie - na krótko lub na zawsze - zamienią ich w „już nie człowieka", istotę wegetatywną, dostającą tyle paszy, żeby nie umarła, tyle tlenu przez otwarty podajnik, żeby się nie udusiła, i tyle szarych pasków papieru toaletowego, żeby nie zaczęła podcierać się gołą ręką.

Zdobycze europejskiej kultury są daleko stąd. Tutaj obrona ludzkiej godności to przede wszystkim zachowanie elementarnych standardów higieny i zdrowia. Życie politycznych zamienia się tu w całodobową walkę o to, by nie zamienić się w zwierzę.

Przejmują od kryminalnych życiowe mądrości. Spać można z plastikową butelką wody pod głową, nie do końca pełną, bo wtedy jest miękka i nie uraża.

Ludzie systemu - majorzy, kobiety oficerowie, pielęgniarki - miewają przebłyski miłosierdzia, ale system z jego instrukcjami zamienia człowieka w wyzute z praw zwierzę, które marzy o jednym - żeby mu nie zabrali kawałka chleba i miejsca do leżenia. Bo w karcerze nie będzie nawet tego.

Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu.Mieszkania redaktorów 'Naszej Niwy' po przeszukaniu. Nasza Niwa

Czy to jest człowiek?

System działa poprzez drobiazgi. W toalecie w tej celi, czyli dziurze w podłodze z wyżłobieniami z przodu, nie działa spłuczka. Mamy tylko butelkę z wodą do picia i do spania, którą można spłukiwać po sobie. W celach są szczotki toaletowe, ale starte praktycznie do gołego drewna, więc bardzo trudno usunąć nimi resztki kału tak, żeby dało się je zmyć wodą z butelki.

Są cele, w których siedzi po 15 osób, a za kibel służy wiadro. Znam świetną absolwentkę szkoły średniej, która przesiedziała 15 dni za nieostrożne słowa na balu maturalnym. Nie mogła przemóc wstydu i załatwiać się przy wszystkich do wiadra. Wyszła z więzienia z niedrożnością jelit.

Inna cela. Sracz odgradzają grube blachy, z dołu całkiem zardzewiałe od wody i moczu. Co najważniejsze, przy otwieraniu i zamykaniu ciężkie metalowe drzwi na zawiasach wyją przeraźliwie jak jakucki wiatr. Jeśli w celi jest 16 osób i jedna musi w nocy iść do toalety, wszyscy, także w sąsiednich celach, budzą się od złowrogiego zgrzytu. Więźniowie walczą desperacko o minimum komfortu. Próbują wyznaczyć odcinek łuku, na którym drzwi nie skrzypią i umawiają się, że nie będą ich otwierać na oścież ani domykać - ruch odtąd dotąd. Ale umowa nie jest w pełni przestrzegana, bo w celi znajdzie się zawsze jakiś bezdomny, żyjący w swoim prywatnym kosmosie, i ktoś pogrążony w beznadziejnej rozpaczy, kto niczego nie słyszy i nie czuje poza bezgranicznym strachem, że zostanie na zawsze w tym koszmarnym świecie.

W innej celi - politycznych stale przerzuca się z jednej do drugiej, co wzmaga poczucie bezradności i wykorzenienia, nie dając czasu na nawiązanie znajomości - nie ma kosza na śmieci, ale wszystko pokrywa gruby i drobniejszy brud. Raz po raz upokarzająco prosisz przez podajnik o kosz lub torbę, a klawisz warczy „nie". Nazajutrz na porannym apelu tenże klawisz wrzeszczy nad stosem śmieci, które starannie zamiotłeś w kąt. - A wy co, ochu...eli? Zaraz mi to posprzątać, ku...wy! - Ale nie mamy kosza - beczysz smętnie. - A mi na chu… - cedzi klawisz tonem doskonalonym przez lata praktyki.

Cały czas chodzi mi po głowie książka Primo Leviego, który przeżył Auschwitz, „Czy to jest człowiek". Odebrano ci wszystko: wolność, własność, czas. Ale kat pierwszy traci człowieczeństwo, a nie ofiara.

Więzienie na Białorusi. Jedno mydełko dla wszystkich

W celach zwykle są miotły, ale nigdy nie widziałem zmiotki. Śmieci trzeba zebrać na kartkę papieru - a papiery to postanowienie o zatrzymaniu, które musisz mieć przy sobie i - ha, ha! - lista przysługujących ci praw. Jeśli nie na kartę papieru, można zebrać śmieci brudną szmatą do podłogi i spłukać do zlewu, nad którym się myjesz, nigdzie indziej. Jeśli jest osobna szmata do zlewu, namydlasz ją kostką mydła wielkości pudełka zapałek, którą wszyscy w celi myją ręce, głowy i inne części ciała, piorą skarpetki i płuczą łyżki przed jedzeniem. Na celę przypada jedna kostka mydła.

Mydło leży na zlewie bez mydelniczki, więc unosi się i rozprowadza. Gdyby w celach były mydelniczki, to nawet to mydło, szare i miękkie jak plastelina - widać na nim fragment dumnego napisu „toaletowe" - nawet ono starczyłoby na dwa razy dłużej. Ale mydelniczek nie ma.

A myć się trzeba, rozumiesz? Inaczej popadasz w otępienie. Jeśli masz podkoszulkę, zdejmujesz ją i używasz zamiast ręcznika. Myjesz głowę pod kranem umywalki, a tyłek z butelki nad kiblem. Dni są upalne, w celi prawie 40 stopni i parno, bo ktoś ciągle myje się, a ktoś suszy wypraną bieliznę.

Zaczynasz nienawidzić Białoruskiego Czerwonego Krzyża i jego gładkich szefów z Ministerstwa Zdrowia, który ponoć zapewniają więźniom środki higieniczne. Tego Czerwonego Krzyża, którego przedstawiciele podczas każdych „wyborów" zasiadają w prawie każdej „komisji wyborczej".

Miska gotowanych jajek

Kiedy w celi jest tłoczno, ktoś zgłodniały łapczywie pochłania śniadanie, a ktoś inny, metr obok, wypróżnia się, żeby zrobić miejsce na porcję kaszy na wodzie i kawałek chleba specjalnego wypieku.

Czarny chleb jest gliniasty, biały, zeschły, kruszy się. Oba bez smaku, bez przypraw, jak reszta jedzenia. Co parę dni ćwiartka pomidora, jeszcze rzadziej pół ogórka. Czasem łyżka kiszonej kapusty. Po paru dniach pojawia się wręcz fizyczne pragnienie brakujących witamin. Marzysz o jabłkach, śnisz, że przychodzisz do babci, a ona daje ci miskę czerwonych jabłuszek.

Pewnego razu ktoś wsunął nam do podajnika miskę gotowanych jajek, ale baliśmy się jeść po dwa naraz, żeby nie dostać zaparcia, i nie odważyliśmy się trzymać ich w 40-stopniowym upale, więc oddaliśmy z powrotem. Innym razem była to miska groszku konserwowego, przez dwa dni dodawaliśmy go do zupy i kaszy. Za trzecim razem dostaliśmy od klawisza miskę zielonych kiszonych pomidorów z zeszłorocznych lub wcześniejszych zbiorów, a my je schowaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy drugi nam ich nie zabierze, wrzeszcząc: „Co za, kur…, niehigieniczne warunki".

Z czasem, trzeciego, piątego dnia, najbardziej wrażliwi zaczynają zdrapywać perłowy śluz ze ścianek metalowych misek, żeby nie stracić ani kalorii, ani mikrograma witaminy C. Przeżyć. Przeżyć i pozostać człowiekiem! Tak sobie nakazuję. Chleb kładę na misce, żeby nie dotykał stołu. Po jedzeniu myję ją szybko - szybkimi ruchami palca wskazującego, co nie jest trudne, bo nigdy nie jest tłusta. Frytura jest w kotlecie, a kotleta nie ma. Na wolności od smrodu frytury można się porzygać, a tu ją jemy, bo to przecież tłuszcz, w którym mogły przetrwać jakiś rozpaczliwie kochające życie aminokwasy.

Śmiech kobiety

W sąsiednich celach w takich samych warunkach siedzą polityczne. Pewnego razu słyszymy śmiech. Co je rozbawiło? Kobiecy chichot wyzwala w nas fontanny dopaminy, jest jak powiew normalności ze świata żywych.

Później spotkałem przypadkiem kobietę z tej celi. Jak powiedziała, roześmiały się, kiedy wprowadzono kobietę z parówkami. Aresztowali ją, kiedy wracała do domu z zakupami. Do więzienia trafiła z tymi parówkami. - To była nasza najsmaczniejsza kolacja - westchnęła koleżanka spod celi. Niestety, ta od parówek nadal siedzi. 44-letnia wolontariuszka fundacji „Kraina dla życia" pozostaje za kratkami, przeniesiona do innego więzienia. Oficjalnie „została zatrzymana 9 lipca podczas operacji Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego eliminowania elementów radykalnych".

Gatunki podludzi

Obok, w innych celach, siedzą obcokrajowcy czekający na deportację, niektórzy pół roku, rok, nawet dwa, bo rodzinna Gambia lub Ukraina nie spieszą się z ich przyjęciem. Mają materace, a w nocy gaszą im światło. I dwa złote bonusy - codzienny dwugodzinny spacer na więziennym dziedzińcu, a wieczorem dodatkowa racja czarnego i białego chleba. Nawet najbardziej bezduszne klawiszki i lekarze dyżurni nie mają serca patrzeć na ludzi wepchniętych do tego świata na całe miesiące i lata.

Klawiszki stają przy podajniku - nawet one kryją pod spodniami kobiece kształty, wspomnienie świeżości, wolności- by po ludzku porozmawiać z wygłodniałymi nieborakami o różnym kolorze skóry. A lekarze nie szczędzą pigułek - aspiryny, difenhydraminy i mniej wyrafinowanych specyfików, żeby mogli przynajmniej zasnąć w tym zaduchu.

Setki kilometrów stąd ku granicom Unii Europejskiej zmierzają migranci. Drogą morską z Libii, lasami ku litewskiej granicy. Nieszczęście, koszmar Europy. Nabrali się na obietnice łotrów obiecujących koniec wszelkich kłopotów. Jakże szczęśliwi są ci nieszczęśnicy na morzu i w lesie w porównaniu z nami tu, na Okrestinie.

Tutaj nawet azylanci są podludźmi pierwszego sortu. A my, polityczni, jesteśmy podludźmi sortu najniższego, mamy rogi i kopyta.

Więzienie na Białorusi. "W celu destabilizacji"

Mój kolega z celi jest w złym nastroju - my, polityczni, znowu zostaliśmy sami, bo recydywistów zabrano do aresztu - więc wkruszam do owsianki ostatnie deko czekolady, po pół na każdego, i kasza nabiera cudownego smaku. Każda łyżka smakuje teraz domem, przeszłością, szczęściem. Świąteczne śniadanie podnosi na duchu.

Dzisiejszy współwięzień to kolejny „podejrzany o terroryzm". Nie trzymają ich razem, rozsadzają po jednym do celi. Towarzystwo inteligentne, wykształcone. Ten wykłada na Białoruskim Narodowym Uniwersytecie Technicznym. Cały ich terroryzm polega na tym, że zapisali się na protestacyjny czat, który pewnie założyły służby specjalne.

W protokołach aresztowania mają identyczne wpisy. „26 czerwca, ob. Głotow, w zmowie z nieznanymi osobami, instalując urządzenie wybuchowe (tu następuje długi opis jego licznych elementów), dokonał wysadzenia jedenastej anteny radiolokacyjnego kompleksu »Antej« rosyjskiej marynarki wojennej w obwodzie mińskim Republiki Białorusi". A, zapomniałem, na początku, przed „ob. Głotow", dodano „w celu destabilizacji sytuacji społeczno-politycznej kraju".

- Sześć i pół roku siedzę i po raz pierwszy widzę terrorystę! - przyznał wczoraj z niejakim szacunkiem krępy, rudowłosy 25-latek, ziomal z robotniczego mińskiego osiedla.

- A pokazali ci wysadzoną antenę? - pyta. - To kłamstwo, konkluduje. - Gdybyście naprawdę wysadzili, wszędzie by to pokazywali.

Przestępczy świat przywykł wątpić we wszystko i nikomu nie wierzyć. „Nie wierz, nie bój się, nie pytaj" - to stara zasada przetrwania w radzieckich więzieniach.

Trzymajcie się!

„Terroryści", jeśli naprawdę - a nie ma powodu, bo są naiwni, im nie wierzyć - tylko czytali ten czat i niczego nie pisali, wyjdą za dziesięć dni, choć bez skonfiskowanych telefonów i pieniędzy. Co czeka ciebie? Redaktora można oskarżyć o wszystko. Widziałem przez podajnik prowadzonych kolegów. Słyszałem jak przywożą kolejnych aresztowanych, w tym światowej sławy obrońcę praw człowieka Alaksandra Bialackiego z centrum „Wiosna".

Ziomal z osiedla chrapie na górnej pryczy po prawej. Pod nim chowa się przed światłem za rozwieszoną mokrą podkoszulką chłopak oskarżony o „obrazę funkcjonariusza państwowego" (szepnął nam wczoraj, że jeden z tych, którzy go aresztowali, prowadząc go szepnął: „Trzymajcie się!").

Nade mną, jak na niewidzialnym rowerze, wierci się narkoman. Był na terapii metadonem, ale znęciła go czyjaś torebka. Teraz ma objawy odstawienia, niczego nie je i rzyga śluzem. To jego piąta odsiadka. Jest chudy, ma woskowo żółtą cerę i kuleje - w wieku 37 lat musi wszczepić staw biodrowy. Kręci się i jęczy, a ja kulę się na gołych deskach z butelką zamiast poduszki, chronię dłonią oczy przed przenikliwym światłem i zmagam się z trudną, nieznośną myślą - co będzie ze mną i z moimi dziećmi?

100 i 99,7 procent

Jeżeli przewiozą mnie do Wołodarki, to będzie koniec. Ci, którym przedstawiono zarzuty, nie wychodzą. Na Białorusi 100 procent oskarżeń w procesach politycznych kończy się wyrokiem skazującym (zresztą w procesach karnych w naszym kraju skazuje się 99,7 proc. oskarżonych, wybronić się nie sposób). Wczoraj z lękiem zrozumiałem, że ja - jak oskarżeni w procesach moskiewskich w 1937 r., którzy obwiniali się, żeby przerwać tortury - proszę Boga o jak najszybsze przeniesienie do Wołodarki. Pewność wieloletniego więzienia jest lepsza od czekania bez końca w białym świetle z butelką pod głową.

Na dnie mojej więziennej torby wciąż leży zmięty, wręcz zmiażdżony przez ten inny świat, cukierek od żony - 40-gramowy „miński grylażowy" zawinięty w jasnoczerwone sreberko z obrazkiem, na którym pogodny, dumny jeżyk ciągnie ogromne żółte jabłko.

Przeł. Sergiusz Kowalski

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.