Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Napisanie artykułu, którego najważniejsze fragmenty publikujemy, Władimir Putin zapowiedział w trakcie niedawnej „Linii bezpośredniej", audiencji telewizyjnej, jakiej co roku udziela narodowi. Obiecywał, że przedstawi w nim swój pogląd na relacje Rosji i Ukrainy.

Opublikowany trzy tygodnie temu tekst, otwarty manifest imperialny, zgodnie z rozkazem ministra obrony Siergieja Szojgu został zalecony wszystkim służącym w armii rosyjskiej jako lektura obowiązkowa.
Wacław Radziwinowicz

***

WŁADIMIR PUTIN, "O HISTORYCZNEJ JEDNOŚCI ROSJAN I UKRAIŃCÓW"

Niedawno podczas programu „Linia bezpośrednia" na pytanie o relacje rosyjsko-ukraińskie odpowiedziałem, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród, jedna całość. Nie był to hołd złożony jakiejś koniunkturze, bieżącym okolicznościom politycznym. Mówiłem o tym wielokrotnie, bo tak myślę. Dlatego też uważam za konieczne szczegółowe przedstawienie mojego punktu widzenia, podzielenie się moimi ocenami obecnej sytuacji.

Z góry powiem, że mur, który wyrósł w ostatnich latach między Rosją a Ukrainą, między częściami w istocie jednej przestrzeni historycznej i duchowej, uważam za wielkie, wspólne nieszczęście, za tragedię. To przede wszystkim skutek naszych błędów, popełnianych w różnych okresach. Ale także skutek celowych działań sił, które zawsze próbowały podkopać naszą jedność. Pasuje tu znana od wieków formuła: dziel i rządź. Nic nowego. Stąd próby grania kwestią narodową, siania niezgody między ludźmi. I zadanie nadrzędne - podzielić, a potem rozegrać przeciw sobie części jednego narodu.

Aby lepiej zrozumieć teraźniejszość i wejrzeć w przyszłość, musimy zwrócić się ku historii. W ramach tego artykułu nie sposób, rzecz jasna, opisać wszystkich wydarzeń na przestrzeni tysiąca lat. Zajmę się więc tymi kluczowymi, punktami zwrotnymi, o których zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie winniśmy pamiętać.

CZYTAJ TAKŻE: Petro Poroszenko dla "Wyborczej": Ukraińcy nie pretendują do Moskwy tylko dlatego, że założył ją książę kijowski

Władimir Putin: Wspólny język, wspólna wiara

Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini są dziedzicami starożytnej Rusi, największego państwa ówczesnej Europy. Na rozległych przestrzeniach od Ładogi, Nowogrodu i Pskowa po Kijów i Czernihów plemiona słowiańskie i inne jednoczył język, zwany dziś staroruskim, więzy gospodarcze i rządy Rurykowiczów. A po chrzcie Rosji także jedna, prawosławna wiara. Duchowa scheda św. Włodzimierza, który był księciem Nowogrodu i wielkim księciem kijowskim, określa dziś w znacznej mierze nasze pokrewieństwo.

W państwie staroruskim przewodził książęcy dwór w Kijowie. Tak było od końca IX wieku. Słowa Olega Mądrego o Kijowie, „niech będzie matką rosyjskich miast", przekazała potomnym „Powieść minionych lat".

Później, jak inne europejskie państwa, starożytna Ruś musiała radzić sobie z osłabieniem władzy centralnej i rozdrobnieniem. Zarazem wszyscy, szlachta i pospólstwo, widzieli w niej wspólną przestrzeń, swoją Ojczyznę.

Rozdrobnienie pogłębił najazd Batu-chana, który zrujnował liczne miasta, w tym Kijów. Północno-wschodnia Rosja popadła w zależność od Ordy, zachowując jednak ograniczoną suwerenność. Południowo-zachodnie ziemie rosyjskie weszły w większości w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, które, pragnę przypomnieć, w dokumentach historycznych nazywało się Wielkim Księstwem Litewskim i Rosyjskim.

Członkowie rodów książęcych i bojarskich służyli raz jednemu, raz innemu księciu, toczyli spory, zawierali przyjaźnie i sojusze. Na Kulikowym Polu u boku wielkiego księcia moskiewskiego Dmitrija Iwanowicza walczyli wojewoda Bobrok z Wołynia i synowie wielkiego księcia litewskiego Olgierda, Andrzej Połocki i Dymitr Briański. Jednocześnie na pomoc Mamajowi ruszył ze swym wojskiem wielki książę litewski Jagiełło, syn księżniczki twerskiej. Oto karty naszej wspólnej historii, odzwierciedlenie jej złożoności i wielowymiarowości.

Zauważmy, że zachodnie i wschodnie ruskie ziemie łączył wspólny język i wspólna prawosławna wiara. Aż do połowy XV wieku zachowała się wspólna cerkiewna administracja.

Na nowym etapie historycznego rozwoju punktem koncentracji i konsolidacji ziem starożytnej Rusi mogła stać się zarówno Ruś litewska, jak i umacniająca się moskiewska Wielkoruś. Zrządzeniem historii stała się nim Moskwa, kontynuująca tradycje dawnej ruskiej państwowości. Moskiewscy kniaziowie - potomkowie księcia Aleksandra Newskiego - zrzucili obce jarzmo, by zacząć łączyć historycznie rosyjskie ziemie.

Władimir Putin: „Ukraina"? To nie kraj, to pogranicze

W Wielkim Księstwie Litewskim zachodziły inne procesy. W XIV wieku rządząca elita Litwy przyjęła katolicyzm. W XVI wieku zawarto unię lubelską z Królestwem Polskim - powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów (de facto polskiego i litewskiego). Polska katolicka szlachta otrzymała na terenie Rusi znaczne posiadłości ziemskie i przywileje. Na mocy unii brzeskiej z 1596 r. część zachodnioruskiego prawosławnego duchowieństwa przeszła pod władzę rzymskiego papieża. Następowała polonizacja i romanizacja, słabło prawosławie.

W odpowiedzi w XVI i XVII wieku nasilał się ruch narodowowyzwoleńczy prawosławnego Naddnieprza. Punktem zwrotnym były wydarzenia czasów hetmana Bohdana Chmielnickiego. Jego stronnicy domagali się od Rzeczypospolitej autonomii.

W petycji z 1649 r. do króla Rzeczypospolitej armia zaporoska upominała się o prawa rosyjskich prawosławnych i o to, by „wojewoda kijowski był z ludu rosyjskiego i zakonu greckiego, aby nie nastawał on na bożą Cerkiew". Głosu zaporożców nie wysłuchano.

Chmielnicki słał potem do Moskwy pisma, które rozpatrzył Sobór Ziemski. 1 października 1653 r. najwyższy organ przedstawicielski państwa rosyjskiego postanowił wesprzeć współwyznawców i objąć ich patronatem. W styczniu 1654 r. potwierdziła tę decyzję Rada Perejasławska. Potem posłowie Chmielnickiego i Moskwy odwiedzili kilkadziesiąt miast, w tym Kijów, którego mieszkańcy zaprzysięgli się rosyjskiemu carowi. Nawiasem mówiąc, nie było takich konsultacji przy zawieraniu unii lubelskiej.

W słanym do Moskwy w 1654 r. piśmie Chmielnicki dziękował carowi Aleksemu I Michajłowiczowi za to, że „raczył przyjąć pod swoją silną i wysoką carską rękę całą armię zaporoską i cały rosyjski prawosławny mir". Oznacza to, że w apelach zarówno do króla polskiego, jak i cara rosyjskiego zaporoscy Kozacy nazywali siebie i określali się jako rosyjski prawosławny lud.

Podczas długiej wojny państwa rosyjskiego z Rzecząpospolitą część hetmanów, spadkobierców Chmielnickiego, „wypierała się" Moskwy, a inni szukali wsparcia w Szwecji, Polsce i Turcji. Ale powtórzę, dla ludu była to wojna narodowowyzwoleńcza, która zakończyła się rozejmem andruszowskim w 1667 r. Zatwierdził go zawarty w 1686 r. „wieczysty pokój". Państwo rosyjskie obejmowało wówczas miasto Kijów i ziemie lewobrzeżnego Dniepru, w tym Połtawę, Czernihów i Zaporoże. Ich mieszkańcy zjednoczyli się z głównym zrębem rosyjskiego ludu prawosławnego. Dla samego tego regionu przyjęła się nazwa „Ruś Mała" (Małorosja).

Termin „Ukraina" pojawiał się wówczas częściej w znaczeniu, w jakim staroruskie słowo „okraina", kresy, występowało w źródłach pisanych od XII wieku - chodziło o tereny przygraniczne. Jak zaś wynika także z dokumentów archiwalnych, słowo „Ukrainiec" pierwotnie oznaczało pograniczników, którzy chronili zewnętrzne rubieże.

W części prawobrzeżnej, która pozostała w Rzeczypospolitej i gdzie przywrócono stare porządki, nasilał się ucisk społeczny i religijny. Część lewobrzeżna, przeciwnie, rozwijała się pod ochroną jednego państwa. Masowo przenosili się tu mieszkańcy drugiego brzegu Dniepru. Szukali wsparcia u ludzi tego samego języka i oczywiście tej samej wiary.

Podczas III wojny północnej ze Szwecją mieszkańcy Rusi Małej nie mieli wyboru, z kim być. Bunt Mazepy poparła mniejszość Kozaków. Ludzie różnych stanów uważali się za Rosjan i prawosławnych.

Członkowie starszyzny kozackiej, zaliczani do stanu szlacheckiego, osiągali w Rosji szczyty kariery politycznej, dyplomatycznej i wojskowej. Absolwenci Akademii Kijowsko-Mohylańskiej odgrywali wiodącą rolę w życiu Cerkwi. Tak było w czasach hetmaństwa - a właściwie autonomicznego tworu państwowego z własnym ustrojem wewnętrznym - i potem w cesarstwie rosyjskim. Małorusini pod wieloma względami współtworzyli jeden wielki kraj, jego państwowość, kulturę, naukę. Brali udział w eksploracji i rozwoju Uralu, Syberii, Kaukazu i Dalekiego Wschodu. Nawiasem mówiąc, w ZSRR rdzenni mieszkańcy Ukrainy zajmowali ważne, w tym najważniejsze stanowiska w kierownictwie wspólnego państwa. Dość powiedzieć, że przez prawie 30 lat KPZR przewodzili Nikita Chruszczow i Leonid Breżniew, których partyjna biografia ściśle wiązała się z Ukrainą.

W drugiej połowie XVIII wieku, po wojnach z imperium osmańskim, w skład Rosji wszedł Krym, podobnie jak ziemie regionu Morza Czarnego, które nazwano „Noworosją". Zasiedlali je mieszkańcy wszystkich rosyjskich prowincji. Po rozbiorach Rzeczypospolitej cesarstwo rosyjskie oddało starożytne ziemie zachodniorosyjskie, z wyjątkiem Galicji i Zakarpacia, które weszły w skład cesarstwa austriackiego, a potem Austro-Węgier.

Władimir Putin: Oni nie mają własnego języka

Integracja ziem zachodniorosyjskich we wspólną przestrzeń państwową była następstwem decyzji politycznych i dyplomatycznych, ale jej podłożem była wspólnota wiary i tradycji kulturowych. A także, co chcę szczególnie podkreślić - powinowactwo językowe. Jeszcze na początku XVII wieku jeden z hierarchów Cerkwi unickiej Józef Rutski donosił Rzymowi, że mieszkańcy Moskowii nazywają Rosjan z Rzeczypospolitej braćmi, że ich język pisany jest zupełnie taki sam, a język mówiony nieznacznie tylko inny, według jego słów jak u mieszkańców Rzymu i Bergamo. To, jak wiemy, centrum i północ współczesnych Włoch.

Oczywiście na przestrzeni wieków wskutek rozdrobnienia, życia w granicach różnych państw, wytwarzały się regionalizmy i dialekty. Język literacki wzbogacał się dzięki ludowemu. Ogromną rolę odegrali tu Iwan Kotlarewski, Hryhorij Skoworoda i Taras Szewczenko. Ich dzieło jest naszym wspólnym dziedzictwem literackim i kulturowym. Taras Szewczenko pisał wiersze po ukraińsku, a prozę przeważnie po rosyjsku. Książki Mikołaja Gogola, patrioty rosyjskiego rodem z Połtawy, pisane były po rosyjsku, lecz pełne są małoruskich określeń ludowych i folklorystycznych motywów. Jak podzielić to dziedzictwo między Rosję i Ukrainę? I po co?

Południowozachodnie ziemie cesarstwa rosyjskiego, Małorosja i Noworosja, wreszcie Krym rozwijały się w sposób zróżnicowany pod względem składu etnicznego i religijnego. Żyli tam Tatarzy krymscy, Ormianie, Grecy, Żydzi, Karaimi, Krymczacy, Bułgarzy, Polacy, Serbowie, Niemcy i inne ludy. Wszyscy zachowywali własną wiarę, tradycje i obyczaje.

Nie chcę niczego idealizować. Znamy zarówno cyrkularz wałujewski z 1863 r., jak i ukaz emski z roku 1876, które ograniczały publikację i wwóz z zagranicy ukraińskojęzycznej literatury religijnej i społeczno-politycznej. Ale ważny jest kontekst historyczny. Decyzje te zapadły w obliczu dramatycznych wydarzeń w Polsce, zamysłów przywódców polskiego ruchu narodowego wykorzystania „kwestii ukraińskiej" we własnym interesie. Dodam, że nadal powstawały dzieła sztuki, ukazywały się zbiory ukraińskich wierszy i pieśni ludowych. Obiektywne fakty dowodzą, że w cesarstwie rosyjskim rozwijała się dynamicznie małoruska tożsamość kulturowa w ramach szerokiego etnosu rosyjskiego, który łączył Wielkorusów, Małorusów i Białorusinów.

Jednocześnie wśród polskiej elity i części małoruskiej inteligencji powstawało i utrwalało się wyobrażenie odrębnego od rosyjskiego, ukraińskiego narodu. Nie miało to i nie mogło mieć żadnych podstaw historycznych, wnioski budowano więc na różnych fikcjach. Nawet takich, że Ukraińcy rzekomo nie są w ogóle Słowianami, albo wprost przeciwnie, są Słowianami prawdziwymi w odróżnieniu od Rosjan, czyli „Moskali". Takie „hipotezy" wykorzystywano coraz częściej do celów politycznych, jako instrument rywalizacji między krajami Europy.

Od końca XIX wieku władze Austro-Węgier podchwyciły ten temat jako przeciwwagę zarówno dla polskiego ruchu narodowego, jak i dla promoskiewskich nastrojów w Galicji. Podczas I wojny światowej Wiedeń przyczynił się do sformowania tzw. Legionu Ukraińskich Strzelców Siczowych. Na mieszkańców Galicji podejrzanych o sympatie do prawosławia i Rosji spadły surowe represje, trafiali do obozów internowania w Talerhof i Terezinie.

Władimir Putin: Bolszewiccy też nabroili

Dalszy rozwój wydarzeń łączy się z upadkiem europejskich imperiów, zażartą wojną domową na rozległych terenach dawnego cesarstwa rosyjskiego i obcą interwencją.

Po rewolucji lutowej, w marcu 1917 r., w Kijowie utworzono Centralną Radę, pretendującą do roli najwyższego organu władzy. W listopadzie tegoż roku, w swoim III uniwersale, proklamowała ona utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej (URL) wchodzącej w skład Rosji.

W grudniu 1917 r. przedstawiciele URL przybyli do Brześcia Litewskiego, gdzie Rosja Radziecka prowadziła negocjacje z Niemcami i ich sojusznikami. Na posiedzeniu 10 stycznia 1918 r. przewodniczący delegacji ukraińskiej odczytał notę ogłaszającą niepodległość Ukrainy. Następnie w IV uniwersale Centralna Rada ogłosiła niepodległość Ukrainy.

Proklamowana suwerenność nie trwała długo. Po zaledwie kilku tygodniach delegacja Rady podpisała odrębny traktat z państwami bloku niemieckiego. Niemcy i Austro-Węgry były w trudnej sytuacji, potrzebowały ukraińskiego chleba i surowców. Aby zapewnić sobie dostawy na dużą skalę, zgodziły się na wysłanie swoich do URL żołnierzy i personelu technicznego. A de facto wykorzystały to jako pretekst do okupacji.

Ci, którzy oddają dziś Ukrainę pod pełną kontrolę zewnętrzną, winni pamiętać, że wtedy, w 1918 r., decyzja taka okazała się fatalna dla władz w Kijowie. Przy bezpośrednim udziale sił okupacyjnych Centralna Rada została obalona, a do władzy doszedł hetman Paweł Skoropadski, proklamując zamiast URL państwo ukraińskie, de facto pod niemieckim protektoratem.

W listopadzie 1918 r. - po rewolucyjnych wydarzeniach w Niemczech i Austro-Węgrzech - Skoropadski, pozbawiony wsparcia niemieckich bagnetów, obrał inny kurs i oświadczył, że „Ukraina jako pierwsza szykować się musi do utworzenia Federacji Wszechrosyjskiej". Jednak wkrótce doszło do kolejnej zmiany reżimu. Nadszedł czas tzw. Dyrektoriatu.

Jesienią 1918 r. ukraińscy nacjonaliści proklamowali Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL), a w styczniu 1919 ogłosili jej zjednoczenie z Ukraińską Republiką Ludową. W lipcu tegoż roku wojska polskie rozgromiły oddziały ukraińskie, a terytorium byłego ZURL znalazło się pod polskim panowaniem.

W kwietniu 1920 r. Symon Petlura (jeden z „bohaterów" narzucanych dzisiejszej Ukrainie) zawarł w imieniu Dyrektoriatu URL tajne porozumienie, zgodnie z którym w zamian za wsparcie militarne oddał Polsce Galicję i zachodni Wołyń. W maju 1920 r. petlurowcy wkroczyli do Kijowa z polskimi oddziałami. Nie trwało to długo. Już w listopadzie tego roku, po zawieszeniu broni między Polską a Rosją Radziecką, resztki oddziałów Petlury poddały się tymże Polakom.

Na przykładzie URL widać, jak niestabilne były różnego rodzaju formacje parapaństwowe powstające podczas wojny domowej i smuty na terenach dawnego cesarstwa rosyjskiego. Nacjonaliści dążyli do stworzenia własnych, odrębnych państw, a przywódcy Białych opowiadali się za niepodzielną Rosją. Także wiele republik utworzonych przez stronników bolszewików nie widziało dla siebie miejsca poza Rosją. Ale bywało, że bolszewiccy przywódcy, z różnych powodów, dosłownie wypychali je poza granice Rosji Radzieckiej.

I tak, proklamowana na początku 1918 r. Doniecko-Krzyworoska Republika Radziecka zwróciła się do Moskwy z prośbą o przyłączenie do Rosji Radzieckiej. Moskwa odmówiła. Włodzimierz Lenin spotkał się jej kierownictwem i wezwał do działalności w ramach radzieckiej Ukrainy. 15 marca 1918 r. Komitet Centralny Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) - RKP(b) - podjął decyzję o wysłaniu na ukraiński Zjazd Rad delegatów, w tym znad Donu, celem powołania na zjeździe „jednego rządu całej Ukrainy". Doniecko-Krzyworoska Republika Radziecka obejmowała w większości tereny przyszłej południowo-wschodniej Ukrainy.

Na mocy traktatu ryskiego z 1921 r., zawartego między RSFSR, Ukraińską SRR i Polską, zachodnie ziemie dawnego cesarstwa rosyjskiego przypadły Polsce. W okresie międzywojennym polskie władze zainicjowały politykę przesiedleń, dążąc do zmiany składu etnicznego „kresów wschodnich" - tak bowiem nazywano w Polsce tereny dzisiejszej zachodniej Ukrainy, zachodniej Białorusi i części Litwy. Trwała bezwzględna polonizacja, niszczenie miejscowej kultury i tradycji. Później, podczas II wojny światowej, radykalne ugrupowania ukraińskich nacjonalistów wykorzystały to jako pretekst do siania terroru wymierzonego nie tylko w ludność polską, lecz także w Żydów i Rosjan.

W 1922 r., po utworzeniu ZSRR, którego jednym z założycieli była Ukraińska SRR, po gorącej dyskusji w gronie bolszewickich przywódców, zrealizowano plan Lenina powołania państwa związkowego jako federacji równych republik. Do deklaracji założycielskiej ZSRR, a potem jego Konstytucji z 1924 r., wpisano prawo republik do wystąpienia ze Związku. Tak oto w fundament naszej państwowości wmontowano najgroźniejszą „bombę zegarową". Wybuchła, gdy przestał działać zabezpieczający mechanizm ochronny w postaci kierowniczej roli KPZR, która w istocie rozpadła się od wewnątrz.

Ruszyła „parada suwerenności". 8 grudnia 1991 r. podpisano tzw. porozumienie białowieskie o utworzeniu Wspólnoty Niepodległych Państw, zgodnie z którym przestał istnieć „ZSRR jako podmiot prawa międzynarodowego i rzeczywistości geopolitycznej". Nawiasem mówiąc, Ukraina nie podpisała ani nie ratyfikowała przyjętej w 1993 r. Karty WNP.

W latach 20. i 30. bolszewicy promowali politykę „korienizacji" [powrotu do korzeni], a w przypadku Ukraińskiej SRR - ukrainizacji. Symboliczne znaczenie ma to, że w ramach tej polityki, za zgodą władzy radzieckiej, Mychajło Hruszewski - były przewodniczący Centralnej Rady i jeden z ideologów ukraińskiego nacjonalizmu, który cieszył się swego czasu poparciem Austro-Węgier - wrócił do ZSRR i został członkiem Akademii Nauk.

„Korienizacja" odegrała bez wątpienia wielką rolę w rozwoju i umacnianiu ukraińskiej kultury, języka i tożsamości. Zarazem pod pozorem walki z tzw. wielkomocarstwowym rosyjskim szowinizmem często ukrainizowano siłą tych, którzy nie uważali się za Ukraińców. I tak zamiast wielkiego rosyjskiego etnosu, trójjedności narodu Wielkorusów, Małorusów i Białorusinów, radziecka polityka narodowa utrwaliła na poziomie państwowości tezę o istnieniu trzech odrębnych narodów słowiańskich - rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego.

Władimir Putin: Ukraina, „twór radziecki"

W 1939 r. ziemie zajęte przez Polskę wróciły do ZSRR. Znaczna ich część została przyłączona do radzieckiej Ukrainy. W 1940 r. w skład Ukraińskiej SRR weszła zajęta przez Rumunię w 1918 r. część Besarabii oraz północna Bukowina, a w 1948 Wyspa Węży na Morzu Czarnym. W roku 1954 krymski region RSFSR został przeniesiony do ukraińskiej SRR z rażącym naruszeniem ówczesnych norm prawnych.

Osobno opowiem o losach Rusi Podkarpackiej, która po rozpadzie Austro-Węgier przypadła Czechosłowacji. Znaczną część jej mieszkańców stanowili Rusini. Rzadko pamięta się dziś, że po wyzwoleniu Zakarpacia przez wojska radzieckie zjazd prawosławnej ludności regionu zaapelował o włączenie Rusi Podkarpackiej do RFSRR albo bezpośrednio do ZSRR jako odrębnej republiki karpackiej. Ich głos nie został wysłuchany. A latem 1945 r. ogłoszono - jak poinformowała „Prawda" - o historycznym akcie zjednoczenia Ukrainy Zakarpackiej „ze swoją dawną ojczyzną, Ukrainą".

Tak więc dzisiejsza Ukraina jest w pełni tworem epoki radzieckiej. Wiemy i pamiętamy, że w znacznej mierze powstała kosztem historycznej Rosji. Wystarczy porównać ziemie, które połączyły się z państwem rosyjskim w XVII wieku, z terytoriami, z którymi Ukraińska SRR opuściła Związek Radziecki.

Dla bolszewików naród rosyjski był niewyczerpanym polem eksperymentów społecznych. Marzyli o światowej rewolucji, która miała całkowicie znieść państwa narodowe. Dlatego arbitralnie wytyczali granice i szczodrze rozdawali „dary" terytorialne. W ostatecznym rozrachunku nieważne, czym właściwie kierowali się ich przywódcy, krojąc kraj. Można spierać się o szczegóły, tło i logikę pewnych decyzji, ale jedno jest jasne - Rosja została de facto okradziona.

Przygotowując ten artykuł, nie korzystałem z żadnych tajnych archiwów, tylko dostępnych dokumentów zawierających dobrze znane fakty. Przywódcy obecnej Ukrainy i ich zagraniczni patroni wolą o nich nie pamiętać. Toteż z różnych powodów, słusznie lub niesłusznie, także za granicą, potępia się dziś „zbrodnie radzieckiego reżimu", w tym nawet te wydarzenia, z którymi ani KPZR, ani ZSRR, ani tym bardziej współczesna Rosja nie ma nic wspólnego. Poza tym nie uznaje się za zbrodnię działań bolszewików zmierzających do oderwania od Rosji jej historycznych ziem. Wiadomo dlaczego. Dlatego, że osłabiały one Rosję, co cieszy tych, którzy życzą nam źle.

W ZSRR granice republik nie były oczywiście traktowane jak granice państwowe, miały umowny charakter w ramach jednego kraju, który, choć miał wszystkie cechy federacji, był w istocie silnie scentralizowany - ze względu, powtarzam, na kierowniczą rolę KPZR. Ale w 1991 r. wszystkie te terytoria, a przede wszystkim ludzie, którzy je zamieszkiwali, nagle znaleźli się za granicą. Zostali naprawdę odcięci od historycznej Ojczyzny.

Cóż rzec? Wszystko się zmienia. Także kraje i społeczeństwa. Oczywiście część jakiegoś narodu w wyniku rozwoju, z wielu powodów i okoliczności historycznych, może na pewnym etapie poczuć się odrębnym narodem. Jak powinniśmy się do tego odnosić? Odpowiedź może być jedna - z szacunkiem! Chcecie utworzyć własne państwo? Proszę bardzo! Ale na jakich warunkach?

Warto przypomnieć tu opinię jednego z najwybitniejszych polityków nowej Rosji, pierwszego mera Petersburga Anatolija Sobczaka. Jako prawnik ze wspaniałymi kwalifikacjami uważał, że każda decyzja musi mieć podstawy prawne i dlatego w 1992 r. wyraził następującą opinię: republiki, które zakładały Związek, po tym jak same unieważniły traktat z 1922 r., powinny powrócić do granic, w których do Związku przystąpiły. Wszystkie inne nabytki terytorialne podlegają dyskusji i negocjacjom, przestała istnieć podstawa prawna.

Innymi słowy, wyjdźcie z tym, z czym żeście przyszli. Z tą logiką trudno dyskutować. Dodam tylko, że jak wspomniałem, bolszewicy zaczęli arbitralnie zmieniać granice jeszcze przed utworzeniem ZSRR, manipulując woluntarystycznie terytoriami z pominięciem opinii mieszkańców.

Władimir Putin: My, rzekomi agresorzy

Federacja Rosyjska uznała nowe realia geopolityczne. Nie tylko uznała - uczyniła wiele dla niepodległości Ukrainy. W trudnych latach 90. i w nowym tysiącleciu udzielaliśmy jej znacznego wsparcia. Kijów posługuje się własną „rachubą polityczną", ale w latach 1991-2013 tylko dzięki niskim cenom gazu Ukraina zaoszczędziła ponad 82 miliardy dolarów w swoim budżecie, a dziś dosłownie „trzyma się" kurczowo 1,5 miliarda rosyjskich opłat za tranzyt naszego gazu do Europy. Utrzymanie więzi gospodarczych między naszymi krajami przyniosłoby Ukrainie korzyści warte dziesiątki miliardów dolarów.

Ukraina i Rosja rozwijały się od dziesięcioleci - od stuleci - jako jeden organizm gospodarczy. Intensywności naszej współpracy 30 lat temu mogłyby dziś pozazdrościć kraje UE. Jesteśmy naturalnymi, wzajemnie uzupełniającymi się partnerami gospodarczymi. Tak bliska relacja może podnieść konkurencyjną przewagę i potencjał obu krajów.

Potencjał Ukrainy był wielki, obejmował potężną infrastrukturę, system przesyłu gazu, zaawansowany przemysł stoczniowy, samolotowy, rakietowy i maszynowy, instytuty naukowe i projektowe, szkoły inżynieryjne na światowym poziomie. Mając taką spuściznę, przywódcy Ukrainy, ogłaszając niepodległość, obiecali, że ukraińska gospodarka będzie jedną z wiodących, a poziom życia jeden z najwyższych w Europie.

Dzisiaj upadły przemysłowe giganty technologiczne, niegdyś duma zarówno Ukrainy, jak i całego kraju. Przez ostatnie dziesięć lat produkcja maszynowa spadła o 42 proc. Skalę dezindustrializacji i, szerzej, degradacji gospodarki uwidacznia wskaźnik, jakim jest produkcja energii elektrycznej, która przez 30 lat spadła na Ukrainie o prawie połowę. I wreszcie, według danych MFW, w 2019 r., jeszcze przed epidemią koronawirusa, ukraiński PKB na głowę ludności wynosił niespełna 4 tys. dolarów - mniej niż w Albanii, Mołdowie i nieuznawanym Kosowie. Ukraina jest dziś najbiedniejszym krajem Europy.

Kto ponosi winę? Mieszkańcy Ukrainy? Oczywiście nie. Winne są władze ukraińskie, które roztrwoniły i puściły z wiatrem dorobek pokoleń. Wiemy, jak pracowici i utalentowani są Ukraińcy. Potrafią wytrwale i uparcie dążyć do sukcesu, osiągać wybitne wyniki. Cechy takie, jak otwartość, naturalny optymizm, gościnność nie zniknęły. Nie zmieniły się uczucia milionów ludzi, którzy myślą o Rosji nie to, że dobrze, wręcz z wielką miłością, jaką my czujemy do Ukrainy.

Przed 2014 r. setki umów i wspólnych projektów wspierały rozwój naszych gospodarek, więzi biznesowych i kulturalnych, przyczyniały się do umacniania bezpieczeństwa i rozwiązywania wspólnych problemów społecznych i ekologicznych. Przyniosły ludziom wymierne korzyści - zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie. I to właśnie uważaliśmy za najważniejsze. Dlatego owocnie współpracowaliśmy ze wszystkimi, podkreślam, wszystkimi przywódcami Ukrainy.

Już po znanych wydarzeniach w Kijowie w 2014 r. poleciłem rosyjskiemu rządowi, by rozważył możliwości kontaktów za pośrednictwem odpowiednich ministerstw i resortów celem utrzymania i wspierania naszych relacji gospodarczych. Jednak z drugiej strony nie było takiej woli i nie ma jej nadal. A przecież Rosja pozostaje jednym z trzech głównych partnerów handlowych Ukrainy, a setki tysięcy Ukraińców przyjeżdżają do nas pracować i są serdecznie traktowani. Tak wygląda „kraj agresora".

Po rozpadzie ZSRR wielu zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie nadal szczerze wierzyło, mając w pamięci nasze bliskie więzi kulturowe, duchowe i gospodarcze, że z pewnością przetrwają one, podobnie jak przetrwa wspólnota ludzi, którzy zawsze czuli się w istocie jednością. Jednak wydarzenia - najpierw stopniowo, potem coraz szybciej - potoczyły się w innym kierunku.

Jednak ukraińskie elity postanowiły uzasadnić niepodległość kraju negowaniem jego przeszłości - owszem, z wyjątkiem granic. Zaczęły mitologizować i przepisywać historię, usuwać z niej wszystko, co nas łączy, nazywać okupacją czas, kiedy Ukraina wchodziła w skład cesarstwa rosyjskiego i potem ZSRR. Wspólna tragedia, jaką była kolektywizacja i głód początku lat 30., przedstawiane są jako ludobójstwo na narodzie ukraińskim.

Nie kryli swych coraz bardziej bezczelnych ambicji radykałowie i neonaziści. Pobłażały im władze państwowe i oligarchowie, którzy obrabowawszy ukraiński naród, przechowują skradzione dobra w zachodnich bankach, gotowi za swój kapitał sprzedać własną matkę. Dodajmy do tego chroniczną słabość instytucji państwa jako dobrowolnego zakładnika cudzej geopolitycznej woli.

Przypomnę, że już dawno temu, na długo przed 2014 r., USA i kraje UE planowo i wytrwale zachęcały Ukrainę do ograniczenia współpracy gospodarczej z Rosją. Jako największy partner handlowy i gospodarczy Ukrainy, proponowaliśmy przedyskutowanie pojawiających się problemów w formacie Ukraina-Rosja-UE. Ale za każdym razem słyszeliśmy, że Rosja nie ma z tym nic wspólnego, że to sprawa UE i Ukrainy. Zachód odrzucił de facto ponawiane rosyjskie propozycje dialogu.

Krok po kroku wciągano Ukrainę w niebezpieczną grę geopolityczną, zmierzającą do przekształcenia jej w barierę między Europą a Rosją, przyczółek antyrosyjskich działań. Nieuchronnie nastał czas, kiedy hasło „Ukraina to nie Rosja" przestało wystarczać. Potrzebna była „anty-Rosja", a tego nigdy nie zaakceptujemy.

Zleceniodawcy tego projektu wykorzystali dawne osiągnięcia polsko-austriackich ideologów „antymoskiewskiej Rusi". Nie oszukujmy, że robi się to w interesie narodu ukraińskiego. Rzeczpospolita nigdy nie potrzebowała ukraińskiej kultury, nie mówiąc już o kozackiej autonomii. Austro-Węgry bezlitośnie eksploatowały historyczne ruskie ziemie, spychając je w skrajną nędzę. Naziści, którym wysługiwali się kolaboranci z OUN-UPA, nie potrzebowali Ukrainy, tylko przestrzeni życiowej i niewolników dla aryjskich panów.

Władimir Putin: Rosjan eliminują

Interesy Ukraińców nie liczyły się też w lutym 2014 r. Słuszne niezadowolenie spowodowane zaostrzającymi się problemami społeczno-gospodarczymi, błędami i niekonsekwencją ówczesnych władz zostało cynicznie wykorzystane. Państwa zachodnie wtrąciły się bezpośrednio w wewnętrzne sprawy Ukrainy, poparły zamach stanu. Za taran posłużyły im radykalne ugrupowania nacjonalistów. Ich hasła, ideologia i nieskrywana, agresywna rusofobia zaczęły na różne sposoby determinować politykę ukraińskiego państwa.

Ofiarą padło wszystko, co nas do tej pory łączyło i zbliżało. Przede wszystkim język rosyjski. Przypomnę, że nowe „majdanowe" władze postanowiły w pierwszym rzędzie uchylić ustawę o państwowej polityce językowej. Potem przyszedł czas na ustawę o „oczyszczeniu władzy" i o edukacji, która praktycznie eliminowała język rosyjski z procesu edukacyjnego.

I wreszcie, już w maju tego roku, urzędujący prezydent wniósł do Rady projekt ustawy o „ludach tubylczych". Uznaje się za nie tylko te mniejszości etniczne, które nie mają poza granicami Ukrainy dostępu do własnej państwowej edukacji. Ustawa została uchwalona. Zasiano nowe ziarna niezgody. I to w kraju, jak wspomniałem, bardzo złożonym z racji terytorialnych, narodowościowych i językowych, a także ze względu na historię jego narodzin.

Padnie argument, że skoro mowa o jednym wielkim etnosie, o narodowej trójjedności, co za różnica, za kogo człowiek się uważa - Rosjanina, Ukraińca, Białorusina. W pełni się z tym zgadzam. Tym bardziej, że wybór narodowej przynależności, zwłaszcza w rodzinach mieszanych, jest prawem każdego człowieka, to jego swobodna decyzja.

Rzecz jednak w tym, że dziś sytuacja na Ukrainie jest zupełnie inna, bo mówimy o wymuszonej zmianie tożsamości. A najobrzydliwsze jest to, że Rosjanie na Ukrainie muszą nie tylko wyrzec się swoich korzeni, całych pokoleń przodków, ale też uwierzyć, że Rosja jest ich wrogiem. Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że kurs na twardą asymilację, budowanie czystego etnicznie, wrogiego Rosji państwa ukraińskiego da się w swoich skutkach porównać z użyciem przeciw nam broni masowego rażenia. W wyniku prymitywnego, sztucznego podziału na Rosjan i Ukraińców całkowita liczba Rosjan może spaść o setki tysięcy, a nawet miliony.

Uderzono też w naszą duchową jedność. Jak kiedyś, w epoce Wielkiego Księstwa Litewskiego, planują nowy podział Cerkwi. Nie kryjąc politycznych celów, władze świeckie brutalnie interweniowały w życie cerkiewne, doprowadzając do rozłamów, zajmowania cerkwi i ataków fizycznych na duchownych i mnichów. Nie odpowiada im zupełnie nawet szeroka autonomia Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego, przy zachowaniu więzi duchowej z Patriarchatem Moskiewskim. Chcą zniszczyć ten widomy, wielowiekowy symbol naszego pokrewieństwa.

Nic wedle mnie dziwnego, że przedstawiciele Ukrainy głosują raz po raz na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ przeciwko rezolucji potępiającej gloryfikację nazizmu. Władze państwowe chronią tam parady i marsze z pochodniami ku czci niedobitków zbrodniarzy wojennych z SS. Do szeregów bohaterów narodowych awansował Mazepa, który zdradził wszystkich dookoła, Petlura, który za polski patronat płacił ukraińskimi ziemiami, i Bandera, który kolaborował z nazistami. Robią wszystko, by wymazać z pamięci młodych pokoleń imiona prawdziwych patriotów i zwycięzców, z których Ukraina była zawsze dumna.

Dla Ukraińców walczących w szeregach Armii Czerwonej i oddziałach partyzanckich Wielka Wojna Ojczyźniana była niczym innym jak Wojną Ojczyźnianą, bo bronili oni swojego domu, swej wielkiej, wspólnej Ojczyzny. Ponad dwa tysiące zostało Bohaterami Związku Radzieckiego. Byli wśród nich legendarny pilot Iwan Nikitowicz Kożedub, nieustraszona snajperka, obrończyni Odessy i Sewastopola Ludmiła Michajłowna Pawliczenko i dzielny dowódca partyzantów Sidor Artiemiewicz Kowpak. To nieugięte pokolenie walczyło i oddawało życie za naszą przyszłość, za nas. Zapominanie o ich czynach to zdrada dziadków, matek i ojców.

Projekt „anty-Rosji" odrzuciły miliony Ukraińców. Mieszkańcy Krymu i Sewastopola dokonali historycznego wyboru. A ludzie na południowym wschodzie próbowali pokojowo bronić swego stanowiska. Jednak wszystkich, w tym dzieci, uznano za separatystów i terrorystów. Grożono czystkami etnicznymi i użyciem wojska. A mieszkańcy Doniecka i Ługańska chwycili za broń, by chronić swoje domy, język i życie. Czy mieli inny wybór po pogromach, które przetoczyły się przez miasta Ukrainy, po koszmarze i tragedii z 2 maja 2014 r. w Odessie, gdzie ukraińscy neonaziści spalili ludzi żywcem - to był drugi Chatyń?

[Chatyń - wieś na Białorusi, która została spalona wraz z mieszkańcami 22 marca 1943 r. przez niemieckie SS-Sonderkommando Dirlewanger; zbrodnia i nazwa nagłaśniane były po wojnie przez propagandę radziecką, żeby poprzez podobieństwo obu nazw tworzyć zamieszanie wokół zbrodni w Katyniu, przedstawianej w ZSRR jako zbrodnia niemiecka].

Piewcy Bandery gotowi byli zrobić to samo na Krymie, w Sewastopolu, Doniecku i Ługańsku. Nie porzucili swoich planów. Czekają na swój czas. Ale nie doczekają się.

Zamach stanu i dalsze działania władz w Kijowie musiały wywołać konfrontację i wojnę domową. Według Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka łączna liczba ofiar konfliktu w Donbasie przekroczyła 13 tys. Wśród nich są starcy i dzieci. To wielka, niepowetowana strata.

Rosja zrobiła wszystko, żeby powstrzymać bratobójcze walki. Podpisano porozumienia mińskie, zmierzające do pokojowego uregulowania konfliktu w Donbasie. W moim przekonaniu nadal nie ma dla nich alternatywy. W każdym razie nikt nie wycofał podpisu pod mińskim „pakietem wdrożeniowym", ani pod oświadczeniami przywódców „normandzkiej czwórki". Nikt też nie dąży do rewizji rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 17 lutego 2015 r

Władimir Putin: Chcą zniszczyć swój kraj

Podczas oficjalnych negocjacji, zwłaszcza po „przywołaniu do porządku" przez zachodnich partnerów, przedstawiciele Ukrainy deklarują raz po raz „pełne zaangażowanie" na rzecz porozumień mińskich, lecz de facto kierują się stanowiskiem, wedle którego są one „nie do przyjęcia". Nie zamierzają poważnie rozmawiać ani o specjalnym statusie Donbasu, ani o gwarancjach dla mieszkających tam ludzi. Wolą być „ofiarą obcej agresji" i kupczyć rusofobią. Organizują krwawe prowokacje w Donbasie. Słowem, próbują za wszelką cenę przyciągnąć uwagę obcych patronów i panów.

Sądząc po tym wszystkim, o czym jestem coraz bardziej przekonany, Kijów po prostu nie potrzebuje Donbasu. Dlaczego? Gdyż po pierwsze, mieszkańcy tych regionów nigdy nie zaakceptują porządków, które próbowano i próbuje się nadal narzucić im siłą, blokadą i groźbami. Po drugie, rezultaty Mińska I i Mińska II, dające realną szansę na pokojowe przywrócenie integralności terytorialnej Ukrainy drogą bezpośrednich negocjacji z DRL i ŁRL przy pomocy Rosji, Niemiec i Francji, obalają całą logikę projektu „anty-Rosji", który wymaga nieustannego kultywowania wizerunku wroga wewnętrznego i zewnętrznego. Dodam - pod protektoratem, pod kontrolą zachodnich mocarstw.

I taka jest praktyka. To przede wszystkim tworzenie w ukraińskim społeczeństwie atmosfery zagrożenia, to agresywna retoryka, pobłażliwość wobec neonazistów i militaryzacja kraju. Do tego dochodzi nie tyle pełne uzależnienie, co wręcz bezpośrednia kontrola zewnętrzna, w tym nadzór zagranicznych doradców nad władzami kraju, jego służbami specjalnymi i siłami zbrojnymi, militarne „zagospodarowanie" terytorium Ukrainy i rozmieszczenie tam infrastruktury NATO. Nie przypadkiem wspomniana skandaliczna ustawa o „ludach tubylczych" została uchwalona pod osłoną zakrojonych na szeroką skalę manewrów NATO na Ukrainie.

To także osłona dla wchłaniania resztek ukraińskiej gospodarki, eksploatacji jej zasobów naturalnych. Nie gdzieś na antypodach trwa wyprzedaż ziemi rolnej - wiadomo, kto ją kupi. Owszem, od czasu do czasu wydziela się Ukrainie środki finansowe, pożyczki, ale na własnych warunkach i we własnym interesie, z preferencjami i ulgami dla firm zachodnich. A poza tym, kto spłaci te długi? Najwyraźniej zakłada się, że spadnie to na barki nie tylko obecnego pokolenia Ukraińców, ale też ich dzieci, wnuków i pewnie prawnuków.

Zachodni autorzy projektu „anty-Rosji" tak ukształtowali ukraiński ustrój, że zmieniają się prezydenci, posłowie i ministrowie, ale nie zmienia się kurs na rozbrat z Rosją, na obopólną wrogość. Głównym hasłem wyborczym urzędującego prezydenta był pokój. Dzięki niemu zdobył władzę. Obietnice okazały się kłamstwami. Nic się nie zmieniło. A pod pewnymi względami sytuacja na Ukrainie i wokół Donbasu uległa pogorszeniu.

W projekcie „anty-Rosji" nie ma miejsca na suwerenną Ukrainę, ani na siły polityczne, które chcą naprawdę bronić jej niepodległości. Tych, którzy mówią o pojednaniu na Ukrainie, o dialogu, o szukaniu wyjścia z impasu, nazywa się „prorosyjskimi" agentami.

Powtarzam, dla wielu na Ukrainie projekt „anty-Rosji" jest zwyczajnie nie do przyjęcia. A takich są miliony. Ale im nie wolno podnieść głów. Są praktycznie pozbawieni legalnych możliwości obrony swego punktu widzenia. Są zastraszani, zapędzani do podziemia. Za swoje przekonania, za wypowiadane słowa, za otwarte wyrażanie swoich opinii są prześladowani - ba, zabijani. Mordercy zwykle pozostają bezkarni.

Za „prawdziwych" ukraińskich patriotów uchodzą dziś tylko ci, którzy nienawidzą Rosji. Rozumiemy, co więcej, że cała ukraińska państwowość ma być w przyszłości zbudowana na tej idei. Jak dowiodła niejednokrotnie historia świata, nienawiść i gniew są bardzo niepewnym fundamentem suwerenności, towarzyszy im wiele istotnych zagrożeń i poważnych konsekwencji.

Widzimy jak na dłoni wszystkie sztuczki projektu „anty-Rosja". I nigdy nie pozwolimy, żeby nasze historyczne ziemie i bliscy nam mieszkający tam ludzie zostali wykorzystani przeciw Rosji. A tym, którzy podejmą taką próbę, chcę powiedzieć, że zniszczą swój kraj.

Obecne władze Ukrainy lubią odwoływać się do zachodnich doświadczeń, traktowanych jak wzór do naśladowania. Spójrzmy więc, jak współżyją ze sobą Austria i Niemcy, USA i Kanada. Mają podobny skład etniczny, podobną kulturę i w istocie ten sam język, a są suwerennymi państwami, dbającymi o własne interesy i prowadzącymi własną politykę zagraniczną. Ale nie kłóci się to z ich ścisłą integracją i sojuszniczymi relacjami. Mają dość umowne, przeźroczyste granice. A przekraczający je obywatele czują się jak w domu. Zakładają rodziny, uczą się, pracują, prowadzą firmy. Nawiasem mówiąc, tak samo jak miliony żyjących dziś w Rosji rdzennych mieszkańców Ukrainy. Dla nas są krewnymi.

***

Rosja jest otwarta na dialog z Ukrainą i gotowa do dyskusji o najtrudniejszych sprawach. Ale ważne, byśmy rozumieli, że partner broni swoich, a nie cudzych interesów narodowych, nie jest narzędziem w czyichś rękach do walki z nami.

Szanujemy ukraiński język i tradycje. Szanujemy też pragnienia Ukraińców, którzy chcą własnego wolnego, bezpiecznego i dostatniego państwa.

Wierzę, że prawdziwa suwerenność Ukrainy możliwa jest właśnie w partnerstwie z Rosją. Nasze więzi duchowe, międzyludzkie i cywilizacyjne kształtują się od wieków, czerpią z tych samych źródeł, hartowały nas wspólne próby, osiągnięcia i sukcesy. Nasze pokrewieństwo przekazujemy z pokolenia na pokolenie. Żyje w sercach, w pamięci mieszkańców współczesnej Rosji i Ukrainy, w więzach krwi, które łączą miliony naszych rodzin. Razem zawsze byliśmy i będziemy po wielokroć silniejsi, odniesiemy większe sukcesy. W końcu jesteśmy jednym ludem.

Niektórzy przyjmą te słowa wrogo. Mogą je interpretować jak chcą. Ale wielu mnie usłyszy. Powiem więc jedno - Rosja nigdy nie była i nie będzie „anty-Ukrainą". A jaka chce być Ukraina? Decyzja w rękach jej obywateli.

12 lipca 2021

przeł. Sergiusz Kowalski

Śródtytuły: Wyborcza. Tekst oryginalny TUTAJ

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.