Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Andrzej Poczobut zatrzymany na Białorusi

25 marca rano milicja w Grodnie zatrzymała Andrzeja Poczobuta, korespondenta "Gazety Wyborczej" i członka zarządu Związku Polaków na Białorusi. 23 marca Poczobut był już legitymowany przez białoruską milicję, gdy w telewizji na żywo relacjonował aresztowanie szefowej Związku Polaków na Białorusi Andżeliki Borys. Borys została skazana na 15 dni aresztu za organizację święta Kaziuków.

Prokuratura Generalna Białorusi oskarża Andżelikę Borys, Andrzeja Poczobuta i innych działaczy Związku Polaków na Białorusi o "umyślne działania mające na celu podżeganie do nienawiści narodowej i religijnej" i "rehabilitację nazimu". Grozi im od 5 do 12 lat więzienia

Kilka godzin przed aresztowaniem Andrzej Poczobut przesłał do redakcji bardzo krytyczny tekst o relacjach polsko-białoruskich oraz o podejmowanych przez rząd PiS próbach zjednania reżimu Łukaszenki.

Adam Michnik do Andrzeja Poczobuta: Wyjdziecie w godności i dumie na jasne słońce wolności

***

Tekst został opublikowany 17 lipca 2011 r. w "Gazecie Wyborczej"

Andrzej Poczobut z "Gazety Wyborczej" został skazany na trzy lata z zawieszeniem na dwa lata za zniesławienie prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki. W kwietniu został aresztowany i 91 dni spędził w więzieniu śledczym w Grodnie.

6 kwietnia. Napiszesz o tym

Kajdanki zakładają mi w pokoju nr 14 grodzieńskiej prokuratury obwodowej. Śledczy Arsenij Nikolski - krótko ostrzyżony mężczyzna koło trzydziestki - próbuje mnie pocieszać:

- To tylko zatrzymanie, za trzy dni pan wyjdzie.

Milicja zabiera mnie do suki, ręce mam skute kajdankami za plecami. Po chwili jedziemy ulicami nocnego Grodna. Widzę zakochanych idących przez centralny plac Lenina. Robi się smutno. Ale mówię sobie: Aleksander Łukaszenka zaoferował ci nie lada podróż. Zwiedzisz miejsca, o dotarciu do których inni dziennikarze nie mogą nawet marzyć. Potraktuj to jako trudną delegację.

To pomaga. Uspokajam się.

Samochód skręca w ślepą uliczkę. Na posterunku milicji prowadzą mnie do małego pokoju, jest tam kilku innych zatrzymanych. Spisują ich dane osobowe. Jednak kajdanki na rękach mam tylko ja. To znaczy, że ja jedyny jestem podejrzany o popełnienie przestępstwa. Pozostałym zarzuca się tylko wykroczenie.

Wśród milicjantów rozpoznaję chłopaka, którego spotkałem pod koniec lat 90. Był aktywistą opozycyjnej młodzieżówki. Też mnie poznaje. Unika spojrzenia.

Zdejmują mi kajdanki i rewidują. Zabierają komórkę, klucze, pieniądze, maleńkiego orzełka... Wszystko spisują. Po kilkunastu minutach razem z innymi zatrzymanymi jedziemy do aresztu.

- Pana walka została za murem. My z panem żadnej wojny nie prowadzimy. Jedynie wykonujemy polecenie prawa - oznajmia mi kierownik zmiany w areszcie.

- Jak będziecie przestrzegać moich praw, nie będzie żadnych problemów - odpowiadam.

Robią kolejną, tym razem bardziej szczegółową, rewizję. Każą się rozebrać, przetrzepują ubranie, wszystko spisują i część rzeczy zabierają do przechowalni. Wręczają mi materac i koc, prowadzą do celi nr 5.

Wchodzę. Siedzi tam mężczyzna około pięćdziesiątki. Szczupły, wysoki, ubrany w czarny sweter i czarne spodnie.

- Cześć - rzucam materac na pryczę.

- Ja się nazywam Igor. Za co cię zatrzymali? - pyta.

- Za zniewagę Łukaszenki.

- A, to jesteś BNF-owiec - rzuca. BNF to największa partia opozycyjna znienawidzona przez łukaszenkowską propagandę.

- Nie jestem BNF-owiec - próbuję tłumaczyć.

- Jesteś, jesteś - w głosie słychać pogardę i narastającą agresję.

- Przymknij się. I bez ciebie mi niewesoło - mówię i robię krok w jego stronę.

Igor coś jeszcze burczy, ale już bardziej pokojowo. Kładę się na materacu. Mija kilka godzin, nim sen mnie dopada.

Czytaj też: Andrzej Poczobut zatrzymany w Grodnie. "Fala represji wobec Polaków na Białorusi"

7 kwietnia. Damski bokser

Z rana Igor przeprasza. - Wiesz, wczoraj... Trochę mnie poniosło.

Opowiada, że został aresztowany za znęcanie się nad żoną. Że nigdy wcześniej nie siedział. Jednak ma w 100 proc. opanowany więzienny slang. Zna też realia panujące w białoruskich więzieniach. Tłumaczy to tym, że ma kolegów, którzy siedzieli.

Po południu do naszej celi wrzucają młodego chłopaka. Ma 24 lata. Jest podejrzany o kradzież.

Andrzej PoczobutAndrzej Poczobut Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

8 kwietnia. Przeproś Łukaszenkę

Igor wraca z przesłuchania. Z papierosami.

- Adwokat mi dał - tłumaczy. Mówi, że ma przerąbane, że już zapadła decyzja o jego tymczasowym aresztowaniu.

Po obiedzie w trójkę gramy w domino.

- Mógłbyś łatwo wyjść na wolność - mówi nagle Igor. - Trzeba byłoby tylko Łukaszenkę przeprosić.

- Nie mam za co - odpowiadam.

- A ty co tak się palisz na parę lat do więzienia?

Po kilku godzinach pyta niespodziewanie, czy publikowałem artykuły pod pseudonimem.

- Nie, po co miałbym to robić? - odpowiadam. I w głowie zapala mi się czerwona lampka.

9 kwietnia. Śledczy udaje zmartwionego

Mijają trzy dni. Czyli: dziś dowiem się o swoim dalszym losie. Od rana na każdy szmer na korytarzu Igor reaguje tak samo: - Poczobut z rzeczami do wyjścia! - powtarza ze śmiechem.

Właśnie tak ma powiedzieć klawisz, jeżeli będą mnie wypuszczali na wolność.

- Jakie wyjście, ja do więzienia pojadę - odpowiadam za każdym razem.

- Nie będziesz siedział. Ty już jesteś w domu - przekonuje Igor.

Czas się wlecze. Po południu wywołują mnie na korytarz.

- Trzymaj ręce za plecami - zwraca mi uwagę strażnik.

Już rozumiem. Zgodnie z regulaminem na korytarzu tymczasowo aresztowany musi trzymać ręce za plecami. Dotychczas byłem tylko zatrzymany i klawisze nie zwracali na to uwagi. Więc za chwilę mnie poinformują, że jadę do więzienia.

Śledczy jest sam.

- A gdzie adwokat? - pytam.

- Trochę się spóźni - odpowiada, udając zmartwionego.

Taka taktyka - wezwanie więźnia na kilka minut przed przyjściem adwokata - będzie wobec mnie stosowana nagminnie. Śledczy chciałby porozmawiać ze mną "w cztery oczy".

- Sam jestem w szoku - oznajmia. - Myślałem, że będzie tylko zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. A tu tymczasowe aresztowanie, więzienie! Oczywiście w więzieniu będzie gorzej niż w tym areszcie...

Zapewnia, że będzie się starał jak najszybciej zakończyć postępowanie i przekazać moją sprawę do sądu. Że dostanę karę grzywny albo może sąd skróci wyrok o czas spędzony w więzieniu.

Wygląda na autentycznie przejętego moim losem. Daję się na to się nabrać. - No, niech się pan stara - przytakuję. To błąd, który śledczy natychmiast próbuje wykorzystać. - Niech pan mi pomoże. Niech pan złoży zeznania - przekonuje.

- Odmawiałem składania zeznań, kiedy byłem na wolności. Myślicie, że jak mnie wsadziliście, to od razu zmięknę? - śmieję się. - Nie będzie żadnych zeznań.

W tym momencie zjawia się adwokat. Słyszę, że wysunięto wobec mnie nowe oskarżenie o zniesławienie Łukaszenki i że jako środek zapobiegawczy na czas śledztwa prokuratura stosuje tymczasowy areszt. Wracam do celi.

- Igor, jadę do więzienia! - mówię z uśmiechem. Chcę, by wiedział, że jestem spokojny.

Odpowiada, że pojedziemy razem. - W poniedziałek będzie konwój, zabierze nas i witaj, tiurma.

Po wizycie śledczego Igor na jakiś czas przestaje się mną interesować. Zajmuje się teraz młodym chłopakiem, który ma 24 lata i ksywę "Kuzia". Mieszka w Jeziorach pod Grodnem. Po pijaku pobił się ze znajomym, który był mu winien pieniądze.

- Słuchaj, "Kuzia", a jaki alarm jest w waszym sklepie? - pyta Igor.

- Zwykły alarm, słabiutki - odpowiada chłopak.

- A ty coś ze sklepu podebrałeś? - dopytuje Igor.

- Piwo tam kradłem. Ale się nie włamywałem, korzystałem z nieuwagi ekspedientek.

- A w pracy u ciebie coś podebrać można? - pyta znowu Igor.

- Oczywiście. Karmę dla krów na lewo sprzedawaliśmy - chwali się "Kuzia".

Boże, co za dureń. Mógłbym go ostrzec przed agentem, ale w końcu jest kryminalistą. Widać nie mam jeszcze odruchu więziennej solidarności.

10 kwietnia. Agent mnie straszy

- Chcę do domu - powtarza w kółko Igor. - Chcę do domu.

Może chce mnie zmiękczyć?

- Tobie to dobrze, ty możesz w każdej chwili wyjść - mówi znowu. - Wystarczy, że poprosisz Łukaszenkę.

Tracę cierpliwość. - Igor, odpierdol się. Chcesz, to sam proś Łukaszenkę, ja go o nic prosić nie będę.

I zaczynam wypytywać "Kuzię" o więzienie dla niepełnoletnich przestępców w Witebsku, gdzie ten siedział trzy lata. - Wiesz, zwyczaje tam były dzikie. Po ryju dostawało się codziennie. Od strażników i od współwięźniów - opowiada. - Takie więzienie dla małolatów to istne wariatkowo. Nie można: jeść kiełbasy (bo jest podobna do członka), iść na widzenie z krewnym, jeżeli ma na sobie choćby szalik czerwonego koloru (czerwone - znaczy milicyjne) itd. Nie wiadomo, kto wymyśla te reguły, ale wszystkich trzeba przestrzegać. Inaczej spada się na dno, można nawet zostać zgwałconym.

Widząc, że opowieść "Kuzi" zrobiła na mnie wrażenie, Igor zaczyna rysować czarne więzienne scenariusze - bicie przez klawiszy, tortury... Wieczorem rozmyślam o tym, co mnie czeka. Opisywałem w "Gazecie", jak torturowano opozycyjnych kandydatów na prezydenta w więzieniu śledczym KGB w Mińsku. Czy też spotkam tam ludzi w kominiarkach?

Czytaj też: Prokuratura Białorusi o Borys i Poczobucie: "Dążyli do odbudowy nazizmu". Polskim działaczom grozi nawet 12 lat więzienia

11 kwietnia. Umiesz doić krowę

Za chwilę transport. Mam kilka minut na zebranie rzeczy. Wywołują tylko mnie. Igor zostaje.

- Dziwne, że mnie nie zabierają - mówi niepewnym głosem.

- A czegoż to masz się martwić? Wypij w domu kielicha za moje zdrowie - mówię, szeroko się uśmiechając i patrząc mu w oczy. Nie wytrzymuje spojrzenia.

Klawisze wyprowadzają mnie z celi. Oddaję więzienny materac. Kiedy zostaję sam na sam z jednym z funkcjonariuszy, ten wyciąga do mnie rękę. - Chcę, by pan wiedział, że jestem z panem solidarny. Niech się pan nie martwi, wszystko będzie dobrze - mówi.

Ściskam jego dłoń.

Skutego prowadzą mnie do samochodu więziennego. Droga z aresztu do grodzieńskiego więzienia zajmuje kilkanaście minut. Brama otwiera się niemal natychmiast.

- Nazwisko, imię? - pyta w dyżurce kapitan w zielonym mundurze straży więziennej.

- Poczobut Andrzej.

- Imię ojca i imię matki?

- Stanisław i Wanda.

- Paragraf?

- 367 i 368.

- Rzadkie artykuły - kwituje.

- Dawno nie mieliście politycznych? - pytam.

Nie odpowiada.

Z dyżurki prowadzą mnie do położonej naprzeciwko klitki - najwyżej metr kwadratowy. Prócz mnie są tam jeszcze trzy osoby. Stoimy jeden przy drugim. Po godzinie nas zabierają.

Zbudowane jeszcze w XVIII wieku grodzieńskie więzienie składa się z dwóch skrzydeł. Później się dowiem, że jedno nazywane jest przez więźniów "amerykanką", drugie - "bastionem". Trafiam do "amerykanki".

"Amerykanka" ma czteroosobowe cele; na 6,5 metra kwadratowego mieszczą się dwie dwupiętrowe prycze, toaleta i kran z chłodną wodą. Okno jest zakratowane, z zewnątrz żelazne blendy.

Pierwsza cela, do której trafiam na 24 godziny, ma numer 17. Słyszałem, że w takiej celi kwarantannie może przebywać jednocześnie do 20 osób. Łóżek nie starcza, więc przygotowałem się, że dobę nie będę spał. Jednak na razie jesteśmy we czwórkę. Zajmuję pryczę na dole.

Siedzą ze mną: "Czerep" - wielokrotnie sądzony kryminalista około pięćdziesiątki, teraz ma sprawę o niepłacenie alimentów; Igor "Guria", 30-latek skazany na kilka miesięcy za kierowanie samochodem bez prawa jazdy - w grodzieńskim więzieniu czuje się jak u siebie w domu; i jeszcze "Wania" - 39 lat, chociaż wygląda na 60, alkoholik. Też ma sprawę o niepłacenie alimentów, ale w więzieniu jest po raz pierwszy. Panicznie się boi.

Kiedy słyszą, że siedzę za zniewagę Łukaszenki, rozmowa schodzi na politykę. "Guria" próbował w 2006 roku dojechać do Mińska, by wziąć udział w protestach w trakcie wyborów prezydenckich. - Łukaszenka to kołchoźnik, generalnie żenujący facio. Ten jego wąs i głupawa fryzura...

"Guria" jeździł po Europie, był w więzieniu w Szwecji. - U nas ludzi się nie szanuje. Człowiek tu to kawałek gówna. Co innego Zachód. Tam jesteś wolny - mówi "Guria".

Po godz. 16 do celi wprowadzają jeszcze siedem osób. Do więzienia przybył "etap" z krańców Grodzieńszczyzny (Oszmiany, Smorgonie, Iwje, Lida). - Chłopaki, jak ja tu na was czekałem! - radośnie wita ich "Guria".

Wszyscy się śmieją.

- Dużo ludzi, dużo "dwiżu" - tłumaczy mi "Guria". "Dwiż" w więziennym slangu oznacza atrakcje: ruch, zmianę otoczenia. "Gurię" rozpiera energia. Wśród nowo przybyłych widzi maleńkiego człowieczka - z 1,5 metra wzrostu, strasznie chudy, milczący i zastraszony. Od razu widać, że więzienne życie będzie miał ciężkie.

- Chłopie, ty się nie martw, ze mną nie zginiesz - śmieje się "Guria".

I wypytuje, za co maleńki trafił do więzienia. Ma 28 lat i siedzi po raz pierwszy. Ukradł sąsiadowi piłę elektryczną, którą chciał odsprzedać, ale nie zdążył. Następnego ranka zgarnęła go milicja. Już w areszcie dostał ksywę "Piła". A że ma na imię Kola, nazywają go "Kola-Piła".

"Guria" pyta, czy "Kola-Piła" umie doić krowę.

- Oczywiście.

"Guria" skręca czapkę na kształt rury i prosi, by Kola pokazał jak, bo on - miejski człowiek - nie wie. "Kola-Piła" chętnie pokazuje, wodząc ręką po skręconej czapce, która w jego mniemaniu ma symbolizować wymię. Wtedy "Guria" szybko wkłada skręconą czapkę między nogi i szydzi: - Chłopie, z takim talentem to będziesz miał w więzieniu wzięcie...

Wszyscy się śmieją. "Kola-Piła" też.

Wprowadzają nowego więźnia. Aleksander jest moim rówieśnikiem, ma 37 lat. Był szefem firmy meblarskiej, dziś usłyszał wyrok: pięć lat za oszustwa. Jest wysportowany i pewny siebie.

Jest nas już 12. Spanie w takich warunkach - niemożliwe. Czas upływa na rozmowach przy mocnej herbacie zwanej "czyfirem".

- Wiesz, jesteś gościem. Szkoda, że na wolności się nie poznaliśmy. Jedyny z nas siedzisz za poglądy. A przecież - tu Aleksander rzuca ciężkie spojrzenie na współwięźniów - wszyscy nienawidzimy Łukaszenki. Tylko nikt z nim zadzierać nie chce.

Wszyscy przytakują w milczeniu.

12 kwietnia. Trzech biznesmenów

Rano prowadzą nas do bani. Ma zaledwie trzy natryski. Stoję pod gorącą wodą, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że pływam w basenie. Uczucie wolności. Nie chce się wychodzić spod prysznica... Jednak strażnik zakręca kurek i trzeba szybko się ubierać. Sam się dziwię, jak mało trzeba człowiekowi do szczęścia. Zmywam z siebie lęk.

Po bani więzienny lekarz pobiera mi krew, robi prześwietlenie klatki piersiowej. Na koniec biorą odciski palców i wracamy do celi. Po chwili przychodzi klawisz.

- Na "P" - woła od progu.

- Poczobut - odpowiadam.

- Bez rzeczy, do wyjścia - mówi.

Przyszedł mój adwokat Alaksandr Biryłau. Obaj mamy świadomość, że rozmowa w odrapanym pokoju jest nagrywana. Alaksandr mówi, że codziennie na pierwszej stronie pisze o mnie "Gazeta", że niepokoją się koledzy ze Związku Polaków. Nie chce powiedzieć nic więcej.

Adwokat przekazał mi (prosiłem o to już w momencie zatrzymania) ustawę "O przetrzymywaniu osób w więzieniu śledczym" i regulamin praw i obowiązków więźniów. Kiedy wracam do celi, te dokumenty robią furorę. Nikt, choć niemal połowa celi wcześniej siedziała, nigdy ich nie widział. Najwyżej czytali wybrane przez administrację więzienia fragmenty o obowiązkach więźnia.

Po jakimś czasie prowadzą mnie do niewielkiego pokoju na pierwszym piętrze. W środku oficer.

- Jestem więziennym psychologiem - przedstawia się. Pyta o moje samopoczucie.

- W porządku.

- Niech pan nie myśli, że tu sama dzicz pracuje. Jakby chciał pan kiedyś porozmawiać, to się polecam - mówi.

Psycholog? A może oficer operacyjny? Żadnej rozmowy nie ma i być nie może.

W sąsiednim pokoju czeka na mnie kolejny oficer.

- Interesuje mnie pańska sprawa, co tam pan pisał w internecie?

- A z kim rozmawiam?

Po chwili milczenia: - Jestem oficerem operacyjnym.

Uśmiecham się. - Przecież pan wie, że nie składam żadnych zeznań i nie rozmawiam z ludźmi pańskiego fachu.

- Nie prowadzę żadnego dochodzenia przeciw panu - zapewnia.

- Więc tym bardziej nie mamy o czym rozmawiać - odpowiadam.

Prowadzą mnie z powrotem do celi.

Po kilku godzinach przenoszą mnie do dużego pokoju - dostaję materac, poduszkę z poszewką, koc oraz aluminiowy kubek. To znaczy, że kwarantanna się skończyła.

W celi jest już trzech więźniów.

50-letni Andriej z Grodna, dyrektor białorusko-holenderskiej firmy zajmującej się oprogramowaniem komputerowym, od roku czeka na rozpatrzenie swojej sprawy. Jest oskarżony o nadużycia finansowe.

30-letni Dzmitryj "Dimycz" siedzi za udział w gangu złodziei samochodów.

48-letni biznesmen z Witebska Anatol, dyrektor firmy budowlanej, jest oskarżony o oszustwo.

Z niedowierzaniem słuchają, że ja jestem oskarżony o zniewagę Aleksandra Łukaszenki.

Wolna jest górna prycza, tam kładę swoje rzeczy. Po nieprzespanej dobie chciałbym nareszcie zasnąć.

Czytaj też: Polska wchodzi na grabie Łukaszenki. Ostatni tekst Andrzeja Poczobuta przed zatrzymaniem przez milicję

13 kwietnia. Droga kozła

Od 6 do 22 nie można leżeć na pryczy. Wolno siedzieć, chodzić po celi, rozmawiać...

Niespodzianka. Okazuje się, że na Białorusi wychodzi gazeta dla więźniów. Nazywa się "Trudowoj Puć", czyli "Droga Pracy". Od 1954 roku wydaje ją raz na dwa tygodnie Departament Wykonywania Wyroków MSW. Dostajemy ją razem ze świeżym numerem prezydenckiej gazety "Sowietskaja Biełorussija".

Pokaźną część więziennej gazety zajmują listy więźniów. Próżno w nich szukać rady bądź skargi na warunki w więzieniu. "Z każdym dniem słońce świeci jaśniej. Przyroda ożywa po śnieżnej i mroźnej zimie, a w oddziale nr 7, którym kieruje major wewnętrznej służby A.W. Gładkow, zauważalnie polepszyły się wskaźniki pracy wychowawczej, a także warunki bytu" - pisze więzień Ewgenij Czuasow z łagru nr 19.

Więźniowie z celi nazywają gazetę pogardliwie "Kozlinyj Put", czyli "Droga Kozła". "Kozioł" w slangu oznacza więźnia, który współpracuje z administracją, licząc na lepsze warunki i przedterminowe zwolnienie.

Po obiedzie idę na mój pierwszy więzienny spacer. Klawisze prowadzą nas do betonowej celi, od naszej różni ją tylko brak prycz. I że zamiast dachu ma drut kolczasty i kraty.

Wymierzam celę krokami: 8 w przód i 8 w tył. Ot i cały spacerniak. Przynajmniej jest czyste powietrze. Gdyby nie ochrona, można by sobie uciąć rozmowę z ludźmi z sąsiednich cel. Ale strażnicy są czujni.

14 kwietnia. Kapuś

Po obiedzie "Dimycz" wraca z sądu z wyrokiem: 10 lat i 6 miesięcy. Uznano go za lidera grupy przestępczej, która kradła samochody. Twierdzi, że to zemsta śledczych. - Chcieli, bym kablował. Mówili: pohandlujemy. Ty nam, my - tobie - wspomina.

W celi panuje przygnębienie. Wszyscy szczerze mu współczują.

- Wolę odsiedzieć więcej, niż być śmierdzącym kapusiem - mówi "Dimycz".

15 kwietnia. Nigdzie się nie spieszę

Doprowadzają mnie do śledczego.

- A gdzie mój adwokat? - pytam.

- Zaraz będzie - odpowiada i próbuje nawiązać "nieoficjalną rozmowę". - No i jak w więzieniu?

- Jak w więzieniu - odpowiadam chłodno.

- Żona prosi o pozwolenie na widzenie. Mamy dać?

- Oczywiście, chciałbym żonę zobaczyć.

- Będzie pan to miał.

Radzi mi zastanowić się nad napisaniem artykułu, który polepszy mój los.

- Dawajcie komputer, chętnie stąd napiszę reportaż - odpowiadam.

Kiedy przychodzi adwokat, śledczy oznajmia, że moje komputery będą poddane ekspertyzie, czy wykorzystywałem je do napisania tekstów obrażających Aleksandra Łukaszenkę. Muszę razem z adwokatem podpisać, że poinformowano mnie o przeprowadzeniu ekspertyzy. To pierwsze działanie śledcze od momentu mojego aresztowania.

- Będę się starał, by ekspertyza była wykonana jak najszybciej - mówi śledczy na do widzenia.

- Ja już się nigdzie nie spieszę - odpowiadam chłodno.

16 kwietnia. Prezent

Dziś moje urodziny. Wieczorem siadamy do stołu: herbata, czekolada, pieczywo. Koledzy z celi dorzucają, kto co może.

- Życzę, byś nigdy więcej w takich warunkach nie świętował urodzin, no i zdrowia, szczęścia i wolności - mówi Andriej.

Jako prezent dostaję od niego wedlowską czekoladę. "Dimycz" daje mi obcięte opakowanie po jogurcie na pastę i szczoteczkę do zębów. Taki kubek to znak, że więzień jest zaradny i ma gust.

Myślę o rodzinie i o kolegach. Jak oni tam sobie radzą beze mnie?

17 kwietnia. Szczęście na Białorusi

Dimycza zabierają do celi dla osądzonych. W drzwiach mija się z nowym więźniem. Jan Bujko lat 65, Polak z Litwy. Aresztowany za nielegalne przekroczenie granicy litewsko-białoruskiej.

- Na Litwie pracy nie ma, kołchozów nie ma, chciałem spróbować szczęścia na Białorusi - tłumaczy.

Cela się śmieje. - Wszyscy idą na Zachód, a ty jeden na Wschód - mówię.

Czytaj też: Andżelika Borys o Łukaszence i sytuacji Polaków na Białorusi

18 kwietnia. 2,5 metra na osobę

Od rana na korytarzach słychać energiczne zamiatanie.

Po południu otwierają się drzwi. Klawisze stoją na baczność. Zgodnie z przepisami wstajemy i my.

- W celi trzy osoby, dyżurny Poczobut - mówię.

Do celi wchodzą dwaj pułkownicy służby więziennej i cywil z Departamentu Wykonania Wyroków. Jeden z pułkowników to Aleksander Olijew, szef grodzieńskiego więzienia. Drugi jest naczelnikiem Departamentu Wykonania Wyroków MSW. Jednak od razu się czuje, że najważniejszy jest trzeci - ubrany na czarno wygolony brunet.

- Wiktar Marozau, prokurator obwodu grodzieńskiego - przedstawia się, patrząc mi prosto w oczy.

A więc tak wygląda człowiek, który wszczął wobec mnie postępowanie karne.

- Macie jakieś skargi? - pyta.

- Oczywiście - odpowiadam. - W kraju jest dyktatura, postępowanie wobec mnie wszczęto bezprawnie, a teraz bezprawnie tu siedzę - mówię, uśmiechając się.

- Poczobut, wam na dobre jeszcze ta odsiadka wyjdzie. Kapitał polityczny tu zdobędziecie - mówi cywil z Departamentu Wykonania Wyroków.

- To może pan tu będzie gromadził kapitał polityczny, a ja pójdę do domu, do rodziny? - proponuję.

Cywil nie odpowiada.

- Macie jakieś skargi? - powtarza pytanie prokurator.

- Zgodnie z ustawą o warunkach przetrzymywania więźniów na jedną osobę w więzieniu śledczym powinno przypadać nie mniej niż 2,5 metra kwadratowego. Czy tu mamy 2,5 metra na osobę? - pytam.

- Nie my to więzienie budowaliśmy - odpowiada prokurator.

- Jedna osoba z waszej celi zostanie przeniesiona i wtedy wszystko będzie zgodnie z przepisami - zabiera głos naczelnik.

- Myślicie, Poczobut, że chcieliśmy was wsadzić do więzienia? Nie trzeba było demonstracyjnie jechać do Mińska. Przecież wręczono panu zakaz opuszczania miejsca zamieszkania - ciągnie prokurator.

- Ja go nie podpisałem. I poinformowałem śledczego, że jadę. Radził jedynie, bym jechał następnego dnia. Przecież wiedzieliście, że zgodziłem się na udział w telekonferencji z Parlamentem Europejskim. Dlatego mnie aresztowaliście - odpowiadam.

- Pojechaliście demonstracyjnie i za to zostaliście ukarani. Ale macie szansę opuścić więzienie. Zapewne pan słyszał o sprawie w Lidzie, kiedy młody człowiek znieważył w internecie kierownika rejonu. No to informuję, że po tym, jak on publicznie wyraził skruchę i poprosił o przebaczenie, postępowanie karne wobec niego zostało umorzone.

- Ja się kajać nie będę.

- Jeżeli pan zmieni zdanie, proszę mi dać znać przez adwokata - mówi na odchodnym prokurator.

Jan Bujko, amator białoruskich kołchozów, jest zszokowany. - Andrzej, oni są naczalstwo, ale i ty też jesteś naczelnikiem jakimś...

Wcześniej rozmawiał ze mną tylko po rosyjsku. Od teraz w celi rozmawiamy po polsku.

Dziennikarz i działacz Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut, 16 grudnia 2013 r.Dziennikarz i działacz Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut, 16 grudnia 2013 r. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

19 kwietnia. Kartka z Polski

Zabierają z celi Andrieja. Zostajemy w trójkę. Jest luźniej. Ale jest mi głupio. Dla pokazowego przestrzegania standardów w mojej celi ktoś gdzie indziej będzie spał na podłodze.

- Nie martw się, w więzieniu każdy dba o siebie - mówi Andriej.

Dostaję pierwsze kartki z Polski. Widokówki z morzem, ładnymi polskimi miastami i miasteczkami, ciepłe słowa pod moim adresem... To sprawia, że świat skurczony w ostatnich dniach do malutkiej celi rozszerza się znowu.

20 kwietnia. Wysłanie konia

W sąsiedniej celi nowy więzień robi dużo hałasu. Wacek "Biały" z Iwja ma ponad 60 lat, połowę spędził w łagrach.

Jest kilka sposobów na utrzymywanie łączności między celami. Pierwszy - "rozmowa po panoramie", czyli przez kanalizację. Odłącza się rurę od umywalki i mówi jak do telefonu. Taką rozmowę słyszą w pięciu sąsiednich celach (dwie na pierwszym piętrze, dwie na drugim, no i przez ścianę).

Drugi sposób to "wysłanie konia", czyli zrzucenie do celi niżej listu bądź niedużej przesyłki na lince.

Wacek przemyca przez okno papierosy do celi nr 19, herbatę do celi nr 41 i non stop rozmawia "po panoramie". Klawisze traktują go ulgowo. Wszystkim się to podoba, bo jest "dwiż".

22 kwietnia. Pierwsze widzenie

Więzienny psycholog zabiera mnie na pierwsze piętro do kierownika oddziału, kapitana Aleksandra Gryncewicza. - Pan nie może pisać listów po polsku - oznajmia mi psycholog, trzymając w ręku mój list do ojca. - Języki państwowe w naszym kraju to rosyjski i białoruski - tłumaczy.

- Zgodnie z konstytucją mniejszości narodowe mają prawo do korzystania z języka ojczystego - odpieram.

Milczą obaj.

- To jest dyskryminacja. Jeżeli moje listy napisane po polsku nie będą dochodziły do adresata, złożę skargę.

- Jeśli pan chce koniecznie... Ale listy będą dochodziły z opóźnieniem, musimy je tłumaczyć dla cenzury - mięknie Gryncewicz.

Tuż przed obiadem mam pierwsze widzenie z żoną. Rozmawiamy przez telefon rozdzieleni szkłem. Oksana jest roztrzęsiona. Została sama z dwójką dzieci. Daje mi niezły wycisk. Rozumiem, że musi to z siebie wyrzucić.

24 kwietnia. Koncert wielkanocny

O 6 rano budzi nas krzyk "po panoramie": - Chrystus zmartwychwstał!

To Wacek "Biały" śpieszy przekazać współwięźniom pozdrowienia wielkanocne. Na śniadanie dostajemy farbowane jajka.

Wieczorem jedna z więźniarek zaczyna śpiewać. Najwyraźniej siedzi tuż przy oknie, bo dobrze ją słychać. Ma nadzwyczaj ładny głos i śpiewa rosyjskie przeboje rockowe.

Przez "panoramę" dowiadujemy się, że ma na imię Ola, siedzi w celi 40, ma 27 lat i niedawno dostała osiem lat za handel narkotykami.

29 kwietnia. Listy

Gryncewicz przynosi trzy listy od żony. Dowiaduję się, że na wolności toczy się kampania w mojej obronie. Że trwają pikiety pod ambasadą, że wypowiedziała się w mojej obronie Catherine Ashton. Dostaję też list od Adama Michnika.

Czytaj też: Adam Michnik do Andrzeja Poczobuta: Wyjdziecie w godności i dumie na jasne słońce wolności

1 maja. Agent drugi

Od rana żartujemy, że popędzą nas na pochód pierwszomajowy.

Wieczorem Tola mówi, że nie muszę wcale długo siedzieć. - Przy prezydencie jest komisja do spraw ułaskawień. Wystarczy, że po wyroku napiszesz prośbę o ułaskawienie - oznajmia.

Jakbym to już gdzieś słyszał...

2 maja. Gorąca woda

Wchodzi podpułkownik Goj, wiceszef więzienia. Boją się go nie tylko więźniowie, ale i klawisze. Od razu mnie zaczepia:

- A wy, Poczobut, dlaczego się nie witacie?

Nie reaguję. Jak mam się witać, skoro nie jestem dyżurnym i w trakcie kontroli celi mam milczeć?

- Przecież ja do was powiedziałem "dzień dobry" - oburza się.

- Dzień dobry - odpowiadam.

- Są jakieś skargi? - pyta.

Wszyscy milczą. Goj już chce wychodzić, kiedy się odzywam.

- W bani od kilku tygodni nie ma gorącej wody.

- Będzie gorąca woda - warczy niezadowolony.

5 maja. Zemsta

Od czterech dni, czyli od wizyty Goja, mamy codziennie rewizje. Wpadają klawisze i wyprowadzają nas z rzeczami osobistymi na korytarz, tam wszystko przetrzepują. Tymczasem problem higieny staje się poważny. Z celi tylko ja jeden wchodzę pod lodowaty prysznic.

6 maja. Piszę skargę

"Nawet w Gułagu więźniom dawali miednicę gorącej wody" - piszę do pułkownika Olijewa. Kopię skargi wysyłam do adwokata.

Podoficer przyjmujący moją skargę tłumaczy: - To wina służby komunalnej. Zabrali nam ciepłą wodę, bo więzienie zbyt dużo jej zużywa.

7 maja. Krzyki

W nocy na pierwszym piętrze ktoś wali z całej siły w drzwi: - Wypuśćcie mnie... Wszystko zrozumiałem. Wypuśćcie! Chcę do domu!

I znów wali z całej siły w drzwi. Nikt nie reaguje.

10 maja. Zwycięstwo

Kapitan Gryncewicz oznajmia, że będziemy mieli gorącą wodę. Wygrałem potyczkę z wiceszefem więzienia!

- Co zrobimy z pańską skargą? - pyta Gryncewicz.

- Nie upieram się, żeby została wysłana - odpowiadam.

I teraz wszyscy są zadowoleni.

12 maja. Zarzuty w dwóch tomach

Śledczy w obecności adwokata poinformował mnie, że dochodzenie w mojej sprawie zostało zakończone. Jestem oskarżony o zniesławienie Aleksandra Łukaszenki w ośmiu publikacjach w "Gazecie Wyborczej" i komentarzu zamieszczonym na witrynie internetowej "Biełorusskij Partizan" oraz w prywatnym blogu.

Akta sprawy składają się z dwóch tomów. Pierwszy przygotowała KGB, drugi wyprodukowała prokuratura. Dowodem winy są orzeczenia trzech ekspertów. Tylko jeden z nich jest lingwistą. Ekspertyzy zgodnie stwierdzają, że nazywając Aleksandra Łukaszenkę dyktatorem i pisząc o fałszerstwach wyborczych, popełniłem przestępstwo.

17 maja. Żona

Byłem na widzeniu. Żona w lepszym stanie. Jednak kiedy zaczęliśmy mówić o tym, jaki dostanę wyrok, rozpłakała się.

Próbuję ją przygotować na to, że mogę dostać nawet cztery lata.

Czytaj też: Andżelika Borys, szefowa Związku Polaków na Białorusi, skazana na 15 dni aresztu

3 czerwca. Za zamkniętymi drzwiami

W trakcie spaceru dostałem zawiadomienie z sądu, że na wniosek prokuratury moja rozprawa odbędzie się przy drzwiach zamkniętych.

Bo jak by to mieli ludziom wytłumaczyć?

11 czerwca. Gorączka

Razem z adwokatem ustalamy, że nie będę składał zeznań, jedynie odczytam oświadczenie, w którym przyznam się do autorstwa tekstów oraz oświadczę, że nie ma tam żadnych oszczerstw i pomówień, tylko krytyka, zaś sprawa karna jest zemstą za działalność dziennikarską i społeczną. Nie będę też odpowiadał na pytania sędziego i prokuratora.

Biryłau mówi, że niemal wszystkie działania śledcze w tej sprawie przeprowadzono z naruszeniami proceduralnymi i że każdy normalny sąd to wychwyci. Ale ponieważ to sprawa polityczna, nie mam żadnych szans na uczciwy proces. Spodziewa się wyroku dwóch lat.

Z widzenia zabiera mnie podoficer nazywany przez więźniów "Car-Żopa". Ma ze 2 metry wzrostu, waży jakieś160 kilo.

- No co, Poczobut, chudniecie? - pyta po drodze do celi.

- To akurat nic złego - odpowiadam z uśmiechem.

- No, to faktycznie jest dobra sprawa - przyznaje.

Wieczorem dostaję gorączki, z oczu płyną łzy. Do celi zagląda lekarz w stopniu starszego lejtnanta. Od progu stawia diagnozę: przeziębienie. Dostaję kilka pigułek.

12 czerwca. Lekarz nie przychodzi

Mam gorączkę. Pigułki się skończyły. Lekarz nie przychodzi mimo wielu próśb. Nie idę na spacer.

13 czerwca. Cholerne łzy

Zjawia się lekarz. Obiecuje przynieść pigułki.

Po obiedzie klawisz oznajmia, że muszę iść na spacer. Wcześniej pisemnie prosiłem szefa służby lekarskiej o zwolnienie ze spacerów z powodu choroby. Żadnej odpowiedzi.

Klawisz jest stanowczy, spacer trwa o 40 minut dłużej niż zwykle.

Jutro rozprawa. Czy stanę przed sądem chory? Przeraża mnie ta myśl, bo cały czas lecą mi łzy. Wyobrażam sobie, jak ekipa reżimowej telewizji filmuje mnie płaczącego w sądowej klatce.

Wieczorem zaparzam dwa litry gorącej herbaty, wypijam. Wkładam na siebie wszystkie ubrania, które mam, i kładę się do łóżka.

14 czerwca. Jak Al Capone

Nie spałem, ale rano łzy już nie lecą.

Sąd jest oblężony. Wszędzie pełno tajniaków. Prowadzą mnie dwaj milicjanci, jeden przypięty do mnie kajdankami.

Pracownicy sądu patrzą na mnie ciekawie i szepczą. Chce mi się śmiać. Czy ja jestem jakiś Al Capone, żeby stosować takie środki?

W sali nr 15 już są moi adwokaci. Dopiero w klatce zdejmują mi kajdanki.

Po kilku minutach wchodzi sędzia Witalij Lecko. Adwokat informuje sąd, że chciałby nagrywać przebieg procesu na dyktafon, co ma mu ułatwić przygotowanie mowy końcowej.

Nie można.

Obrońcy domagają się odtajnienia procesu.

Nie można.

Pytam prokuratora Aleksandra Jużyka, na jakiej podstawie proces został utajniony, skoro nie ma tu tajemnic państwowych ani nie jest to proces o przestępstwa seksualne.

- Pan już usłyszał odpowiedź - mówi sędzia.

Składam wniosek o odwołanie sędziego, który nie jest bezstronny.

Wniosek oddalony.

Prokuratura odczytuje akt oskarżenia i pyta, czy przyznaję się do winy.

- Jestem niewinny - odpowiadam.

Odmawiam składania zeznań.

Prokuratura przesłuchuje ekspertów. Jest ich troje. Paweł Skrabko - szef działu ideologii Grodzieńskiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego, sekretarz prasowy mera Grodna Wiktor Żelazniakowicz oraz dziekan wydziału filologii rosyjskiej Uniwersytetu Grodzieńskiego Aleksej Nikiciewicz.

Wszyscy zgodnie stwierdzają, że zniesławiłem i znieważyłem w swych publikacjach Aleksandra Łukaszenkę, nazywając go dyktatorem i stwierdzając, że fałszuje on wybory, oraz obraziłem Republikę Białoruś w swoim blogu, porównując białoruskie KGB do gestapo.

Kiedy pytania zaczynają zadawać moi obrońcy, eksperci się plączą. Żaden nie potrafi zdefiniować, co to jest zniesławienie, co to jest znieważenie (w jaki sposób więc ustalili, że popełniłem przestępstwo?), nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co to jest honor, co to jest godność - a to przecież one rzekomo miały doznać uszczerbku.

- Co to jest "pion ideologiczny"? - pytam Pawła Skrabkę.

Uśmiecha się z politowaniem. - To wszystkie wydziały ideologiczne na Białorusi - odpowiada.

- Kto stoi na ich czele? - pytam.

- Wydział ideologii administracji prezydenta.

- Kto jest głównym ideologiem? - pytam dalej.

- To skomplikowane pytanie - mówi Skrabko.

- Czy Aleksandra Łukaszenkę można nazwać głównym ideologiem Białorusi?

- Tak - mówi Skrabko.

- Wiec pan jako ideolog jest podporządkowany Łukaszence, który rzekomo przeze mnie został skrzywdzony. A ekspert musi być bezstronny - podsumowuję.

- To nie ma nic do rzeczy - przerywa sędzia.

Prokuratura nieoczekiwanie prosi o przerwę w rozprawie, bo chce postawić mi nowe oskarżenie.

- No i doigrałeś się - mówi mi adwokat. Jego zdaniem nowe oskarżenie może się oprzeć na donosach z więziennej celi.

Konwój wyprowadza mnie z sali rozpraw. Po drodze do samochodu widzę tłum ludzi, krzyczą: "Andrzej!" i "Wolność!". Unoszę rękę do góry, pokazując im "V".

- Z tobą to po ludzku nie można - warczy podoficer. Odtąd w drodze do sądu będą mi już zawsze wykręcać ręce.

Więźniowie w samochodzie są przejęci. - Będę dzieciom opowiadać, że jechałem z tobą w więźniarce - mówi jeden i ściska mi rękę.

Andrzej PoczobutAndrzej Poczobut Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

15 czerwca. Czy chodzi o pajaca

W celi myślę o nowym oskarżeniu. Dorzucą szkalowanie Białorusi? Pilnowałem się przecież, żeby w celi nic nie palnąć. Ale kiedy żona przywiozła mi do więzienia telewizor - a w nim bez przerwy jest Łukaszenka - kilkakrotnie nazwałem go pajacem. Czyżby to?

17 czerwca. Odmowa wszystkiego

Kolejny raz w sądzie. Prokurator odczytuje nowy akt oskarżenia. Jest dłuższy, ale nowych wątków nie ma.

Znowu przesłuchują ekspertów.

Proszę o przesłuchanie Aleksandra Łukaszenki.

Odmowa. Nie jest to związane ze sprawą.

Zgłaszam na świadków byłych kandydatów na prezydenta Andreja Sannikaua, Mikołę Statkiewicza, Aleksandra Milinkiewicza, Aleksandra Kazulina... Wszyscy mają opowiedzieć o wypadkach fałszowania wyborów.

Odmowa. Nie jest to związane ze sprawą.

Wnioskuję o dołączenie do akt zapisu konferencji prasowej Aleksandra Łukaszenki, na której przyznaje się do fałszowania wyborów.

Odmowa. Nie jest to związane ze sprawą.

Proszę o przesłuchanie Garego Paganiajły, Mieczysława Gryba oraz Alesia Bielackiego, obrońców praw człowieka, niezależnych obserwatorów wyborów.

Odmowa. Nie jest to związane ze sprawą.

- Czy są jeszcze jakieś wnioski? - pyta sędzia.

Nie, nie mam, tylko odczytuję oświadczenie, które kończę słowami: - Mam nadzieję, że wkrótce niezawisły sąd będzie rozpatrywał wszystko, co tu się dzieje. I że wy, panowie, wtedy będziecie mieli więcej środków do obrony, niż dzisiaj daliście mnie.

Sędzia ogłasza przerwę. Prokuratura i obrona mają przygotować się do wygłoszenia końcowych przemówień.

23 czerwca. Nie wiadomo co

Prokurator Aleksander Jużyk żąda trzech lat pozbawienia wolności.

Od razu potem przerwa. Samochód szybko odwozi mnie do więzienia. Tu długo przetrzymują mnie w malutkiej celi poczekalni. Jest pora obiadowa i klawisze się nie spieszą. Chcę się awanturować, ale coś mi podpowiada, bym tego nie robił. Siedzę, czekając nie wiadomo na co.

28 czerwca. Bez obrony

Adwokaci nie zostawiają suchej nitki na akcie oskarżenia. Każde działanie śledcze było przeprowadzone z proceduralnymi naruszeniami ograniczającymi moje prawo do obrony. Żądają uniewinnienia.

Sąd znowu ogłasza przerwę.

5 lipca. Wyrok

Rano zabierają mnie do sądu. Po wyprowadzeniu znowu pokazuję ludziom "V". Strażnicy wykręcają mi ręce do góry tak wysoko, że aż się przewracam.

- Co robicie? Tak się wysłużyć chcecie? - wrzeszczę i uprzedzam, że złożę skargę. Oni wrzeszczą, że gdybym nie podnosił rąk, to nie trzeba byłoby mi ich wykręcać.

Doprowadzają mnie na salę rozpraw. Informuję sędziego, jak mnie potraktowano, i odmawiam wygłoszenia ostatniego słowa. - W Biblii jest napisane: "Nie rzucajcie perły przed wieprze", więc i ja nic wam mówić nie będę - oznajmiam.

Sędzia ogłasza przerwę do 14. W piwnicy czekam z byłym oficerem operacyjnym MSW sądzonym za nadużycia finansowe. Jest też chłopak sądzony za rozprowadzanie narkotyków, jego sprawę prowadziło KGB. - W sądzie rejonowym zawsze wyrok zapada po myśli KGB. Czasem udaje się go złagodzić w sądzie obwodowym - tłumaczy były milicjant dilerowi.

Odstawiają mnie do więzienia na obiad. Podoficer, który wyprowadza więźniów na spacerniak, pyta: - No co, Poczobut, pójdziemy dziś spacerować?

- Oczywiście - odpowiadam z uśmiechem.

Tak naprawdę chciał zapytać, jaki dostanę wyrok. Bo spacer odbywa się po południu. Jak mnie zwolnią, nie będzie spaceru. Ale ja w uwolnienie nie wierzę.

W sądzie znów ląduję na godzinę w maleńkiej celi w piwnicy. Czas wlecze się niemiłosiernie. Co parę minut ktoś zagląda do judasza. W głębi duszy iskrzy się nadzieja, że może wypuszczą, jednak ze wszystkich sił odganiam ją od siebie.

- Pojedziesz do łagru. Tam tyle tematów, tyle losów. To bez wątpienia jest ciekawe - mówię do siebie.

Jednak tym razem nadzieja na wolność sprawia, że serce wali jak dzwon.

Prowadzą mnie na salę rozpraw. W drodze widzę samochód więzienny na podwórku przed sądem. Czeka na mnie. Wprowadzają mnie skutego na salę. Po raz pierwszy jest wypełniona publicznością. Jednak nie ma dziennikarzy. Widzę ledwie kilka znajomych twarzy. Pozostali to albo przebrani milicjanci, albo członkowie prołukaszenkowskiej młodzieżówki. Żona pokazuje mi z daleka duże zdjęcie synka Jarosława. Urósł przez trzy miesiące tak, że mógłbym go nie poznać.

Sędzia odczytuje wyrok. Kiedy słyszę "z zawieszeniem na dwa lata", patrzę na żonę i mówię jej, że zaraz opuszczę tę klatkę.

Klatka się otwiera. Wychodzę i obejmuję żonę. Na schodach tłum dziennikarzy i koledzy ze Związku Polaków. Pokazuję im "V" i nikt nie wykręca mi rąk.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.