Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rodziły jedna po drugiej. Doktor Marijke Kingma przyjmowała wszystkie porody, wspólnie z dwójką położnych.

Na łóżku po lewej leżała 14-letnia Chadidża.

Na środkowym łóżku Safija z drugim dzieckiem w brzuchu, a na tym po prawej Samira – matka dwójki.

Tylko Samira urodziła bez komplikacji pięknego chłopca.

Safija dostała rzucawki, dziecko umarło w brzuchu.

Chadidża cierpiała strasznie – chuda jak patyk, jakby nie była w ciąży. Wyła z bólu przez kilka godzin. Skurcze były zbyt słabe i zaczęło się robić bardzo nerwowo, więc Alex musiał podać oksytocynę. Rokowania były niepewne – córka ważyła 2 kg, trzeba było owinąć ją w koc i rozgrzać, żeby krew zaczęła krążyć.

Za drzwiami, pod ogrzewaczem, leżał w stanie ciężkim noworodek bez imienia z infekcją płuc. Historia jak sprzed dwóch dni – jeszcze rano wydawało się, że syn Katariny będzie żył, mimo że był słaby. Umarł w południe, jakby zasypiał.

Po zmroku umarł kolejny noworodek. Sepsa.

Marijke Kingma ze szpitala do domu ma niedaleko, raptem dwieście metrów pylistą drogą i wysuszonym trawnikiem. Czas wolny w jej przypadku jest pojęciem umownym – z oddziału dzwonią o każdej porze, w dni wolne i świąteczne również. I w środku nocy. Biegnie więc do trudnych porodów albo noworodków, których stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. W ciągu dwóch lat miała kilka dni wolnego – pojechali wówczas z mężem Coendertem i synami do Holandii.

Codziennie przyjmuje minimum cztery porody, w tym najtrudniejsze. W ciągu dwóch lat było ich kilkaset. Pracuje na oddziale neonatologii i porodówce w ufundowanym przez benedyktynki Szpitalu św. Walburgi w Nyangao, najbardziej na południe wysuniętym rejonie Tanzanii, blisko granicy z Mozambikiem.

Szpital na 220 łóżek, przyzwoicie wyposażony, z dobrze wykształconym personelem, nowym oddziałem neonatologii, porodówką i wyremontowanymi salami operacyjnymi jest jak latarnia, która wysyła sygnały daleko w rudo-zielony, pofalowany pejzaż. Pacjenci przychodzą na piechotę, czasem po kilkadziesiąt kilometrów, przedzierają się aż z Mozambiku, kobiety przywożone są na motocyklach (najpopularniejszy środek transportu) w trakcie akcji porodowej albo nawet w połogu. Skomplikowane złamania, urazy wielonarządowe, zastarzałe infekcje – mieszkańcy Nyangao traktują szpital jak port ostatniej szansy, dlatego trafiają tu najbardziej skomplikowane przypadki, z którymi nie potrafili sobie poradzić lokalni uzdrawiacze, zielarze czy medycy w ubogich, porozrzucanych po prowincji przychodniach – jak ten mężczyzna, który spadając z palmy, przebił sobie na wylot brzuch gałęzią.

Trudny dzień? Marijke nie przypomina sobie, żeby w ciągu minionych dwóch lat były inne. Postawna, spokojna, kursuje pomiędzy życiem a śmiercią. Żeby przejścia odbywały się sprawniej, kazała przebić dziurę w ścianie oddzielającej porodówkę od neonatologii.

Krok – i jest po drugiej stronie.

Marijke Kingma, lekarka (z lewej), właśnie odebrała poród u 14-letniej HadidżyMarijke Kingma, lekarka (z lewej), właśnie odebrała poród u 14-letniej Hadidży Fot. Michał Olszewski

Trzy dolary dziennie

Bieda w Nyangao jest rozległa, wszechogarniająca, na pozór senna, spokojna, z sercem na dłoni i szerokim uśmiechem. Wyziera z glinianych chałup; z wiosek bez kanalizacji i ubogich dyspensariów; z pylistych, przyklejonych do dróg targowisk, na których nie widać gór kolorowych owoców, tylko suszoną, oblepioną muchami rybę, kassawę i okrę; z wyników badań szpitalnych wskazujących, że plagą wśród dzieci jest anemia, a większość noworodków przychodzi na świat z niedowagą. Niesie się wraz z wszechobecnym dymem z palenisk, na których wieśniacy przygotowują posiłki – dym jest gęsty, duszący, miesza się z pyłem z rudej ziemi.

Niewielki fragment biedy widać w campie, jak nazywają to miejsce medycy, przylegającym do szpitalnego płotu już od zewnętrznej strony. To tutaj czekała na poród Chadidża. Za murem naszpikowanym kawałkami potłuczonego szkła mieszkanki Nyangao i rozsianych na powierzchni setek kilometrów kwadratowych wiosek czekają na poród. Tak jeszcze dwa lata temu wyglądała duża część szpitala. Śpią w ciemnych od brudu salach, na materacach bez prześcieradeł, pod porwanymi moskitierami rozwieszonymi jak wielkie niebieskie pajęczyny.

Pod ścianami wiązki drewna, wiadra, kiście świeżego szpinaku, na sznurach suszy się pranie. W okopconym narożniku płonie ogień, na którym gotuje się kassawa, ustawione na kamieniach garnki czarne od sadzy. Kobiety siedzą od świtu do nocy na cementowym klepisku. Dni wyznaczane są porannym biciem dzwonów, wieczornym śpiewem muezina i gwałtownie zapadającym zmierzchem. Czekają na poród, siedząc albo leżąc na cementowych podłogach. Zdania płyną powoli, jak gdyby kobiety uczyły się oszczędzać słowa.

Poród, opowiadają kobiety, to kosztowna sprawa. Sama tylko wiązka drewna do przygotowania posiłku kosztuje tysiąc szylingów, pół dolara, a to dla mieszkańców południowej Tanzanii znaczna kwota.

Puszka mleka w proszku wystarcza na tydzień, ale kosztuje jakieś 7 dolarów, i to suma zawrotna, bo przecież wieloosobowa rodzina żyje za 3 dolary dziennie. Do szpitala rodzina zabiera więc kassawę, szpinak, ryż, fasolę, mięso, mąkę kukurydzianą, żeby młoda matka miała co jeść, dużą ilość proszku do prania (używa się go również do mycia rąk) i worek kolorowych chust do przewijania dziecka – pieluchy są zbyt drogie.

Oddział neonatologii i porodówka w ufundowanym przez benedyktynki Szpitalu św. Walburgi w Nyangao, najbardziej na południe wysuniętym rejonie TanzaniiOddział neonatologii i porodówka w ufundowanym przez benedyktynki Szpitalu św. Walburgi w Nyangao, najbardziej na południe wysuniętym rejonie Tanzanii Fot. Michał Olszewski

Zrzutka na życie

Marijke, odkąd pamięta, chciała wyjechać do Afryki. Rodzice wspominają, że zaczęła o tym mówić jako pięciolatka. Na początku chodziło o dziecięce wyobrażenie, ekscytację i przygodę. Potem inna motywacja. – Im więcej czytałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że to kontynent, który ciągle potrzebuje pomocy. A ja chciałam i chcę pomagać.

Zaczęło się od krótszych wyjazdów stażowych do Ghany i Kenii. Potem na chwilę zwolniła, bo rodziły się dzieci. W końcu nadarzyła się okazja – szpital w Nyangao ogłosił, że potrzebuje wolontariuszy.

Przyjechała z rodziną do miejsca, gdzie potrzeby są niezmierzone, a każda para rąk na wagę złota. W kraju o powierzchni trzy razy większej od Polski i zamieszkanym przez blisko 60 mln ludzi pracuje około 300 chirurgów, co sprawia, że zamożni i zdesperowani mieszkańcy latają na zabiegi do Indii. Brakuje wszystkiego: specjalistów, sprzętu medycznego, fartuchów, próżnociągów i gazików, prześcieradeł, krwi, podpasek, rękawiczek jednorazowych, inkubatorów, szkoleń dla pielęgniarek, infrastruktury. Dla ubogiego nawet jak na warunki tanzańskie Nyangao szpital jest darem od losu. Gdyby nie on, mieszkańcy musieliby jeździć po pomoc nawet do odległej o 800 kilometrów stolicy.

Marijke: – Że wyjedziemy do Afryki, wiedzieliśmy z mężem już podczas studiów. Kiedy znalazłam ofertę wolontariatu w Nyangao, nie zastanawialiśmy się długo. Zaczęliśmy się pakować.

Przyjechali do kraju, w którym wskaźnik śmiertelności niemowląt jest ponad 10 razy wyższy niż w Holandii. Różnica skali jest trudna do wyobrażenia nie tylko ze względu na to, że sam region, w którym położone jest Nyangao, zajmuje powierzchnię półtora raza większą niż cała Holandia. Areały nie są tak ważne jak to, że według szacunków UNICEF w Tanzanii umiera rocznie około 70 tysięcy niemowląt, podczas gdy w Holandii – nieco ponad 500.

Po dwóch latach wtopili się w tutejszy krajobraz. Kupili z Coendertem kozy, żeby chłopcy mieli się czym zająć, a ostatnio jeszcze kurczaki. Dookoła ocienionej werandy po szkole uganiają się za piłką tłumy dzieciaków, a wśród nich dwójka zadziornych blondynów. Harmider taki, że trudno usłyszeć własne myśli. W suahili mówią niemal równie płynnie jak po holendersku. Język jest wspaniały, śpiewny i płynny, Marijke mówi szybko, zdecydowanie i głośno, „Mtoto” znaczy dziecko, a jej imię oznacza anioła.

Pieniędzy wciąż brakuje, Marijke pisze i wydzwania do holenderskich przyjaciół. Zrozum, tłumaczy, za dolara dziennie możesz uratować dziecku życie. Znajomi ratują, wysyłając pieniądze, za które można potem utrzymać w szpitalu niemowlęta i ich matki. Niektóre leżą nawet kilka tygodni, a to już wielki wydatek. Czasami Marijke zatrzymuje je niemal na siłę, żeby dzieci nabrały sił, a matki po wyczerpującym porodzie wydobrzały, zamiast wracać od razu do pracy.

Dawcy pod drzwiami

Pobyt w szpitalu jest wielkim wyzwaniem logistycznym dla całej rodziny pacjenta.

Po pierwsze, ze względu na dystanse. Z dalej położonych wiosek trudno dostać się do szpitala nawet w porze suchej. Wiele kobiet nadal rodzi tam samodzielnie, kuruje się domowymi sposobami.

Po drugie, z chorymi do szpitala idą ich rodziny, czasem również dzieci. To konieczne, by chory miał co jeść i leżał w czystym ubraniu, a czasem również pozostał przy życiu – ponieważ brakuje krwi, konieczni bywają dawcy, którzy w trakcie operacji czekają pod drzwiami.

Po trzecie, system opieki zdrowotnej w Tanzanii daje bezpłatną opiekę tylko na poziomie podstawowym. Za pobyt w szpitalu nie płacą rodzice z dziećmi do piątego roku życia. Opatrunek rany kosztuje niecałego dolara, cewnikowanie – 5 dolarów, usunięcie ciała obcego z ucha lub nosa oznacza wydatek rzędu 10 dolarów, cesarskie cięcie – 50 dolarów, mastektomia – 100 dolarów.

Dla mieszkańców Nyangao, gdzie zarabia się ciężką, niewymagającą kwalifikacji pracą w rolnictwie, są to kwoty niebotyczne. Dlatego ze szpitala próbują wyjść jak najszybciej, co ma konsekwencje: kobiety po cesarskich cięciach są przekonane, że najlepszym środkiem na gojenie się rany są okłady z miodu. Część niedługo później wraca do placówki z infekcjami bakteryjnymi.

Rodziny pacjentów mieszkają za szpitalem, w budynku z ciasnym wejściem i obszernym dziedzińcem. Paleniska żarzą się tam od świtu: o czwartej rano pierwsze kobiety rąbią drewno, piorą szpitalne brudy, duszą mięso i rozmawiają. Jedyną rozrywką jest wyjście na pobliskie stragany albo do wioski, gdzie można kupić wszystko – suszone ryby, świeże mięso, węgiel drzewny, klapki i kolorowe chusty. Z zepsutego kranu leje się woda. Mężczyzn tu niewielu, za to dzieci masa. Śpi się wszędzie i o każdej porze: za studzienką kanalizacyjną, z głową w pyle, w pełnym słońcu, za sklepikiem z klapkami, za pryzmą cegieł, na podłodze w szpitalnej poczekalni.

Przed godziną trzynastą formuje się pochód: objuczony torbami z jedzeniem tłum kobiet i dzieci przechodzi na teren szpitala. Chorzy wychodzą z sal, rozkładają się w podcieniach i na ławkach, delektują miską ugali – słonej papki z mąki kukurydzianej – i herbatą z termosu. Jedzenie jest postne, niskokaloryczne. Witamin niewiele, bo dominuje przekonanie, że owoce dobre są jedynie dla dzieci.

Dzień po ciężkim porodzie Chadidża jest już na nogach. Nie chce rozmawiać. Siedzi na ławce, pije z termosu, bo matka przyniosła rozcieńczone wodą mleko w proszku, i przegryza tutejszym lichym chlebem.

Za butelkę napoju

Nyangao jest sympatyczne, otwarte, pogodne, z sercem na dłoni i szerokim uśmiechem, ciekawe świata. Kolorowa, pełna słońca materia, tylko czasami pruje się albo dziurawi.

Chadidża rodzi po raz pierwszy w wieku 14 lat. Czy ktoś pytał ją o zdanie? Tego się dowiedzieć nie sposób.

W Dar es-Salam antykoncepcja jest dostępna i tania, a kobiety próbują zapobiegać kolejnym ciążom, biorąc w tajemnicy przed mężami zastrzyki antykoncepcyjne. W Nyangao nadal dominuje model, w którym kobieta przeznaczona jest do ciężkiej pracy i rodzenia kolejnych dzieci.

Albo ta 44-letnia matka, która przyszła do szpitala, żeby rodzić po raz dwunasty. Marijke pamięta, że lekarze zaproponowali jej podwiązanie jajowodów. Zapytała o zgodę męża. Stanowczo zaprotestował. Żona, przekonywał, może jeszcze urodzić jedno, dwoje dzieci.

Większość dziewczyn na tanzańskiej prowincji kończy swoją edukację na poziomie szkoły podstawowej. Do średniej idą nieliczne, na studia – wyjątki.

– Zatrudniłem opiekunkę – opowiada jeden ze szpitalnych lekarzy. – Okazało się, że przychodzi z małym dzieckiem na plecach i ośmioletnią córeczką i dużą część energii poświęca swojemu potomstwu. Trochę mnie to zaczęło irytować, ale okazało się, że nie jest w stanie zostawić starszej córki w domu: mężczyźni z targu proponują dziewczynom, by prostytuowały się za butelkę napoju gazowanego.

Aborcja jest w Tanzanii nielegalna i powszechna jednocześnie. Co zostało zakazane przez prawo, próbują rozwiązać znachorzy za pomocą ziołowych mieszanek. Zdarza się, że do Szpitala św. Walburgi trafiają w strasznym stanie kobiety, którym zioła nie pomogły. Miejscowy uzdrawiacz Samar Shabani (za 5 dolarów pomodli się do bawolich rogów oraz magicznego drzewa, a następnie zaordynuje mieszankę sproszkowanych ziół, podobno dobrą na każdą dolegliwość) przyznaje, że większość spośród blisko stu kobiet, które przychodzą do niego każdego miesiąca, boryka się z „kłopotami ginekologicznymi”.

Niedaleko jest szkoła z internatem dla albinosów. Widać podobno poprawę, dzieci nie są już zabijane podczas rytualnych praktyk. Dyrekcja placówki nie zezwala jednak uczniom na samodzielne podróże z obawy, że ktoś będzie próbował odciąć im rękę. Ręka albinosa w Tanzanii to nadal wielki talizman.

W ostatnich latach szpital wystrzelił w kosmos, wraz z nim personel. Nowe budynki, nowe sprzęty, lekarze po stypendiach w Chinach, wolontariusze z zagranicy, czystość, reżimy sanitarne. Miejscowi mówią, że lepiej tu niż w stolicy. Czasami tylko w nieźle funkcjonującej maszynerii coś się zacina i powraca do starego trybu.

– Niedawno w nocy umarło dziecko na sepsę. Pielęgniarka robiła wszystko, co do niej należało, to znaczy notowała co godzinę spadające tętno – opowiada jeden z lekarzy. – I tak notowała, notowała, ale do głowy jej nie przyszło, żeby zaalarmować lekarza dyżurnego. Widziałem te wyniki i jasno z nich wynikało, że dziecko jest w coraz gorszym stanie. Nie wiem, czy dziecko udałoby się uratować, ale to było działanie w starym stylu: wykonujemy wyłącznie nasze obowiązki, nie zadajemy pytań, zgadzamy się na wszystko.

Zdarza się i tak, że położne dzwonią w nocy do lekarza dyżurnego pięć razy. Bezskutecznie, więc muszą przyjąć poród samodzielnie. W wielkim szpitalu dyżuruje dwóch lekarzy, nie zawsze zdążą.

Dlaczego ogrzewacz, w którym zmarło chore na sepsę dziecko, nie został zdezynfekowany? Dlaczego rano leży w nim kolejne dziecko?

Marijke: – W Holandii miałam równie dużo trudnych przypadków jak tutaj, ale odpowiedzialność rozkładała się inaczej. Wiedziałam, że w trudnych przypadkach mój przełożony weźmie na siebie ciężar decyzji. Tutaj jestem sama. Przedstawiając trudny przypadek i dwa kierunki działania, słyszę krótkie „okej”, a potrzebuję czegoś więcej. Sprawa kolejna: ludzie są uprzejmi i sympatyczni, dlatego też nie rozwiązuje się problemów w zarodku. Odpowiedzią na wszystko jest pełne uśmiechu „tak”. To sprawia, że konflikty nabrzmiewają, rosną i kiedy już nie sposób ich ukryć, kończą się awanturą w gabinecie dyrektora. Trochę podobnie bywa z wizytą u lekarza: chorzy zwlekają do ostatniej chwili i często przychodzą, kiedy jest już za późno.

Marijke nigdy nie zapomni matki z ciążą bliźniaczą. Kobieta miała bardzo wysokie ciśnienie – dzieci udało się uratować, są zdrowe i wspaniale rosną, ale matka umarła. Gdyby przyszła do szpitala wcześniej, szanse na to, że przeżyje, byłyby znacznie większe.

Przy tym wszystkim Tanzańczycy sprawiają wrażenie nieustannie uśmiechniętych. Wyraźne oznaki niezadowolenia czy otwarte opowiadanie o dolegliwościach oznaczają w Tanzanii złamanie kodu społecznego.

Między innymi dlatego Marijke ma tak trudne zadanie: pacjentki przekonuje, żeby otwarcie mówiły o tym, co je boli, a personel ma dyskutować, zadawać pytania, nie bać się sporu i odpowiedzialności.

Dlatego na neonatologii powiesiła kartkę z napisem: „Na tym oddziale doktor jest gościem, pacjent królem, a pielęgniarka KRÓLOWĄ”.

Prezerwatywy nie lubią

Żeby zobaczyć, jak wygląda dostęp kobiet do opieki medycznej, jadę z finansowanym przez Polską Misję Medyczną zespołem wyjazdowym w teren. Ambulans ma dotrzeć do położonej jakieś 20 kilometrów na południe od Nyangao wioski Mahiwa. Jedziemy bezdrożami, droga kurczy się chwilami do rozmiarów wąskiej ścieżki, coraz więcej chałup lepionych z gliny i krytych strzechą. Szczęście, słońce, pogoda ducha, a jeśli wierzyć statystykom szpitalnym, to wśród dzieci, które raźno wracają poboczami ze szkoły, również malaria, anemia, zatrucia przewodu pokarmowego i gruźlica. Gdyby nie ten ambulans, w ogóle nie przyszłyby na konsultacje do szpitala.

Już czekają w cieniu potężnego, rosnącego w środku wioski mangowca. Wizyta zespołu wyjazdowego jest dużym wydarzeniem towarzyskim i pokazuje, że daleko od twardych dróg dzieci rodzą się na potęgę.

O antykoncepcji wiadomo sporo, tym bardziej że HIV nadal jest tu częścią krajobrazu. Mimo spadającej odrobinę w ostatnich latach liczby urodzeń trend jest ciągle ten sam: dziecko jest darem od losu, polisą ubezpieczeniową, świadectwem siły ojca i potwierdzeniem kobiecości matki. Im więcej dzieci, tym lepiej. Mężczyźni antykoncepcji nie lubią. Jak wytłumaczy mi później napotkany w barze Severine Pita, wypalacz węgla drzewnego o stalowym uścisku, według powszechnej opinii prezerwatywy zabierają przyjemność, jedną z nielicznych, jakie są w Nyangao dostępne.

W wiosce na jakieś 200 chat 60 kobiet przychodzi z małymi dziećmi, a 15 jest w ciąży. Na gałęzi sanitariusz wiesza wagę dla dzieci, nastolatki ustawiają się w kolejce do szczepionki HPV, kobiety w ciąży idą do budynku, gdzie stają na innej wadze. Ponieważ nieliczne są w stanie określić datę ostatniej miesiączki, pielęgniarz wpisuje do książeczki przybliżony wiek dziecka na podstawie wagi i obwodu brzucha. W tym czasie pielęgniarka wygłasza pogadankę dla młodych matek.

– Matka karmiąca musi dobrze się odżywiać, również owocami, a jeśli będziecie głodować, dziecko będzie źle się rozwijać – tłumaczy.

Przekonuje też, że w razie niepokojących objawów lepiej korzystać z usług lekarza niż znachora; że akuszerki wiejskie nie poradzą sobie z każdym porodem; że nieleczona anemia u dziecka może prowadzić do ciężkich powikłań, a nawet śmierci; że warto przyjechać do szpitala wcześniej, zamiast czekać do odejścia wód płodowych.

Można jechać jeszcze dalej, do szpitali w Kilwa, Sokoline i Lindi, tam, gdzie na wyposażeniu oddziałów dziecięcych znajdują się tylko łóżko, ogrzewacz, koncentrator tlenu, waga i nie ma pielęgniarek – zamiast nich nieliczni opiekunowie medyczni, często bez podstawowej wiedzy.

– Przyznaję: wtedy, dwa lata temu, nie bardzo zdawałem sobie sprawę, w co się ładujemy. Skala pilnych potrzeb i ludzkich dramatów jest tu trudna do ogarnięcia – przyznaje Coendert Slendebroek. – W którąkolwiek stronę spojrzysz, tam konieczna jest interwencja.

Zmęczenie i duma

Po dwóch latach Marijke i Coendert zaczynają powoli pakować walizki – będą pracować w Maastricht. Kończy się kontrakt, na ich miejsce przyjadą inni. Bilans dwóch lat w Nyangao: wielkie zmęczenie i duma.

O wielkim zmęczeniu mówi półsłówkami Coendert, który pracuje jako koordynator lokalny PMM. Rzecz nie dotyczy wyłącznie duchoty, ciągłego ryzyka malarii czy pytań o przyszłość dzieci, które w Tanzanii odnajdują się świetnie.

Praca w Nyangao, poza tym, że od świtu do zmierzchu, wymaga intuicji i obcych Europejczykowi umiejętności dyplomatycznych. Spotkania biznesowe mają inny charakter niż w Europie, gdzie bez zbytnich ceremonii przechodzi się do rzeczy. Tu odwrotnie: zanim przejdziemy do tematu remontu sali operacyjnej, konieczne są długie spotkania pełne kordialnych podziękowań i zapewnień. Pewne tematy, jak cieknący kran w noclegowni dla rodzin, urastają do niebotycznych zadań. Wodę, wiadomo, trzeba oszczędzać. Ale to nie oznacza, że hydraulikowi chce się reperować ot, tak zaraz kran, z którego woda ucieka na potęgę. Zdarza się, że pomiędzy najprostszym zleceniem a jego wykonaniem mija wiele dni – mieszkańcy Nyangao nie lubią pośpiechu, swoje obowiązki wykonują dostojnie i z godnością.

Pobyt w Nyangao obarczony jest niepewnością i znakami zapytania. Większość dzieci wyzdrowieje, ale na NICU słychać czasem przeraźliwy krzyk matki, a potem znowu wszystko cichnie i uspokaja się, zalane jaskrawym słońcem i duchotą. Żałoba trwa krótko, pojawia się ojciec, który zabiera ciało dziecka owinięte w koc albo kolorową chustę, potem skromny pogrzeb, zazwyczaj przy domu. Na miejsce martwego dziecka pojawia się błyskawicznie inne, walczące o życie.

Bardzo wiele zależy od hojności darczyńców z Europy. PMM chciała zabrać się do remontu campu, żeby kobiety czekały na poród w przyzwoitych warunkach. Remontu jednak nie będzie – projekt nie otrzymał grantu z MSZ na kontynuację renowacji szpitala, co oznacza, że kobiety nadal będą gnieździć się w ciemnych, brudnych salach. W PMM wierzą, że wrócą do Nyangao w 2021, ale czy to nastąpi – nie wiadomo.

Nie ma kiedy myśleć o zaklętym kole niemożności: cała Tanzania płodzi na potęgę, a potem na potęgę chowa ciała martwych dzieci w dołach wykopanych niedaleko domów. I to się nie zmieni, wszak prezydent John Magufuli, zdeklarowany katolik, powiedział wyraźnie, że kobiety, które stosują antykoncepcję, są leniwe i powinny porzucić metody planowania rodziny. Marijke ma inny cel niż dyskusja z prezydentem – przyjechała ratować dzieci, pomagać przy porodach, i na tym się koncentruje.

Ważniejsza od zmęczenia jest wielka duma: w ciągu dwóch lat szpital zmienił się nie do poznania. Dzięki Polskiej Misji Medycznej i funduszom programu „Polska pomoc” wyremontowano sale operacyjne, porodówkę. Powstał nowy budynek, w którym pacjenci konsultowani są przed operacjami chirurgicznym. Pacjentki nie rodzą już na betonowej podłodze. Oddział intensywnej terapii noworodka został zbudowany od zera. Do szpitala trafiły próżnociągi, inkubatory, lampy do naświetlań, resuscytator, monitor do śledzenia czynności życiowych, łóżka, materace, pościel, sprzęt jednorazowy. Personel przeszedł szkolenia z nowoczesnych metod opieki nad noworodkami, powstał też zespół wyjazdowy. W Nyangao zaczęli pojawiać się lekarze i położne jako konsultanci i eksperci. W efekcie błyskawicznie spadła śmiertelność najmłodszych dzieci. Jeszcze w 2017 roku przy porodach umierało 16 proc. wszystkich pacjentów. Dwa lata później wskaźnik obniżył się do 11 proc. Z punktu widzenia europejskiego lekarza to nadal katastrofalne dane.

Z punktu widzenia Marijke – wielki krok naprzód. W szpitalu na końcu świata lekarze są w stanie wyprowadzić na prostą nawet ważące ledwie kilogram noworodki. Zespół jest o krok od historycznego momentu – jeśli uda się śmiertelność pacjentów intensywnej terapii noworodkowej sprowadzić do poziomu jednocyfrowego, będzie to jeden z najważniejszych momentów w historii szpitala.

Jeszcze ważniejsze, że personel zaczął rozmawiać. Podczas porodu Chadidży doszło do wymiany zdań pomiędzy Marijke i Alexem, położnym. Alex był zdania, że dziecko trzeba odebrać matce i położyć w inkubatorze, żeby mogła odpocząć. Marijke – przeciwnie: zarządziła, żeby córeczka jak najdłużej została z matką. Do niedawna taka rozmowa była nie do pomyślenia.

Teraz córeczka Chadidży leży w inkubatorze obok wcześniaka ważącego nieco ponad kilogram i nabiera sił.

Chadidża, co rzadkie w tych stronach, nie uśmiecha się i nie mówi nic, spoglądając na swoje pierwsze dziecko, które wyjmuje z inkubatora. Przystawia córkę do piersi, ta zaczyna ssać. Z kawałków szmatek zrobiła gałganek, po karmieniu próbuje zabawiać nim dziecko.

Marijke jest dobrej myśli – wszystko wskazuje na to, że córka Chadidży przeżyje. Znowu w locie, patrzy przez chwilę na dziecko i biegnie do kolejnego porodu.

Projekt współfinansowany w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Polska Misja Medyczna działa w krajach, których mieszkańcy nie mają dostępu do podstawowej opieki medycznej. Pracę organizacji można wesprzeć, wpłacając darowizny na konto 62 1240 2294 1111 0000 3718 5444

Więcej na stronie pmm.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.