Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Bieliaszyn: Odszedłeś z systemu jako jeden z pierwszych. Dlaczego?

Andriej Ostapowicz: – Nie wiem, ilu zwolniło się przede mną. Odwróciłem się od systemu, dopiero kiedy sam się zetknąłem z fabrykowaniem spraw, blokowaniem postępowań wobec siłowików torturujących obywateli, mimo że każdego dnia otrzymywaliśmy – i to w naszej, najmniejszej filii w jednym z rejonów Mińska – kilkadziesiąt skarg. Te sprawy były nieoficjalnie zabronione.

Wcześniej obserwowałem wszystko z boku, nie zgadzałem się z metodami OMON-u i milicji, ale to były tylko słowa. Ale kiedy na nasze biurka zaczęły trafiać skargi torturowanych, bitych osób, a góra żądała, żebyśmy prowokacje siłowików traktowali jak atak obywatela na funkcjonariusza, to poczułem złość.

Ktoś się odważył zająć sprawą przeciwko siłowikowi?

– Skoro mówią, że tego nie robimy, to nie robimy. Tam nie można powiedzieć: „Idźcie w cholerę, ja się zaraz tym zajmę”. Od razu po ciebie przyjadą.

Zorientowałeś się, że coś jest nie tak, dopiero kiedy zaczęły wpływać skargi poszkodowanych?

– Podczas pierwszych protestów kazano nam siedzieć w budynku, mieliśmy gromadzić siły, by w razie czego bronić się przed protestującymi. Wcześniej pracowałem w terenie. Teraz wypełniałem dokumenty, drukowałem papiery i przeglądałem akta. Nuda. W pewnym momencie włączasz telefon i zaczynasz czytać wiadomości. Wchodzisz na opozycyjny kanał NEXTA. Czytasz, oglądasz i dociera do ciebie, że widzisz coś zupełnie innego niż w rządowych wiadomościach.

No i sam zacząłem brać udział w protestach. Nielegalnie, bo funkcjonariuszowi nie wolno. Razem z innymi uciekałem przed strzałami, ludzie otwierali nam drzwi do klatek, zapraszali do mieszkań, by przeczekać. Jeszcze byłem w systemie, ale już przeszedłem na drugą stronę.

Czyli świadomość przyszła dopiero tego lata.

– Wcześniej niespecjalnie interesowałem się tym, kto jest u władzy. Mało tego – kiedy obserwowałem Ukrainę, Majdan, wojnę, walki o władzę po rewolucji, cieszyłem się, że u nas tego nie ma. Gdy byłem w akademii, myślałem sobie, jakie to szczęście, że Łukaszenka nie dopuszcza do wojny.

Jak wspominasz akademię MSW?

– Jak inny świat. Tam na cztery lata traci się kontakt z rzeczywistością, wpada się w bańkę, do której nie przenikają informacje, ogląda się tylko rządowe programy.

Czyli na początku dałeś się uwieść Łukaszence – jego opowieściom o porządku i niskiej przestępczości.

– W pracy już zacząłem dostrzegać błędy systemu, choćby niewydolność służby zdrowia.

W raporcie, który był jednocześnie podaniem o zwolnienie, napisałeś: „Nie będę milczeć, brać udziału w zatajaniu przestępstw. Nie będę wykonywać przestępczych rozkazów. Proszę, koledzy, opamiętajcie się”.

– Pisałem go w emocjach podczas nocnych dyżurów. Wiedziałem, że jeśli złożę go od razu, to nikt się o tej decyzji nie dowie – całą akcję zamiotą pod dywan, a mnie uciszą. Więc gdy skończyłem, zrobiłem zdjęcie, żeby móc je opublikować w sieciach społecznościowych dla większego rozgłosu, i pojechałem do domu. Odsypiałem nocki. W domu przeczytałem to jeszcze raz i zrozumiałem, że mogę mieć bardzo poważne problemy – tekst był zbyt emocjonalny i oceniał cały blok siłowy.

Przez chwilę chciałem po prostu napisać podanie o zwolnienie. I wtedy spojrzałem przez okno, a tam dziewczyny z kwiatami zbierały się w „łańcuch solidarności”. Kurczę, to bezbronni ludzie ryzykują, dają radę? Opublikowałem zdjęcie, spakowałem się i wyjechałem do znajomych do Moskwy. Myślałem, że tydzień wystarczy, by sytuacja się uspokoiła.

Masz 27 lat i już byłeś starszym śledczym. Takie tytuły uzyskują raczej starsi stażem.

– W Komitecie Śledczym dość szybko rzucono mnie na głęboką wodę. Trafiłem do działu ekspertyzy medycznej, takich specjalistów jest u nas mało, jakoś sobie poradziłem, byli zadowoleni. Równocześnie – w pierwszym roku – wyśledziłem pedofila. Nikt nie wierzył w jego winę, a ja zebrałem dowody. Po tej sprawie przeszedłem do najcięższych przestępstw. Gwałty, zabójstwa. Zaczęli mi zlecać najtrudniejsze zadania. Miałem na tyle silną pozycję, że pozwalałem sobie na łamanie zasad. Nie goliłem się, tylko zapuszczałem brodę, nie chodziłem w garniturze, tylko przychodziłem w dżinsach, w bluzie z kapturem, zrobiłem nawet tatuaż na ręce.

Skąd w ogóle pomysł na ten zawód?

– Wszyscy nauczyciele byli w szoku, bo w szkole byłem trochę chuliganem. Nie popełniałem przestępstw, nic takiego, ale raczej nie kojarzyłem się ze stróżem prawa.

W szkole nie zastanawiałem się szczególnie, kim chciałbym być, ale wiedziałem, że muszę coś ze sobą zrobić. Akademia MSW dawała stypendium niewiele niższe od standardowej pensji – plus wyżywienie, mundur i pokój. Mama jako bibliotekarka zarabiała niewiele, a wychowywała mnie i starszą siostrę, która jeszcze studiowała, ojciec żył za granicą, nie mogłem liczyć na jego wsparcie. Teraz trochę żałuję, że nie poszedłem na pilota jak on. No i byłem wysportowany, dobrze radziłem sobie ze stresem, a ten zawód wydawał mi się ciekawy, dostarczał adrenaliny.

Atmosfera w pracy zmieniła się podczas protestów?

– Mundur zawsze wzbudzał szacunek i zaufanie, aż w pewnym momencie zauważyłem, że nie da się pracować. Kiedy przychodziłem do jakiegoś domu zebrać dowody przestępstwa, bo np. doszło tam do zabójstwa, nikt nie chciał być świadkiem, nikt nie chciał mi nawet otworzyć drzwi, żeby odpowiedzieć na standardowe pytania, czy coś słyszał, czy nie. Kiedy wszedłem w mundurze do sklepu po wodę, ekspedientka, wydając resztę, cisnęła mi monety w twarz. Spuściłem głowę i wyszedłem bez słowa – czułem się winny czegoś, czego nie zrobiłem i co sam potępiałem. Od kolegów taksówkarz nie przyjął pieniędzy za kurs. Powiedział: „Gdybym wiedział, kim jesteście, tobym nie pojechał”.

Lubiłeś swoją pracę?

– Nie da się lubić pracy, w której codziennie widzi się trupy, rany od noży, spisuje zeznania zgwałconych, zranionych fizycznie i moralnie. Ta praca może kręcić, dawać satysfakcję, adrenalinę, interesować – ale żeby ją lubić? Nie da się.

A przywileje?

– Mit. Mówi się o mieszkaniach, emeryturach, dodatkach. Mnie przez dziesięć lat pracy udało się kupić telewizor na raty, telefon na raty i komputer też na raty. Dwa razy byłem na nartach na Ukrainie.

Od czasu do czasu mogłem sobie pozwolić na wyjście ze znajomymi. Nie skarżę się, nie żyło mi się źle, ale na założenie rodziny nie było mnie stać. Stałem w kolejce po mieszkanie z przydziału, niby byłem drugi, ale jakoś nigdy nie dostałem. Myślałem sobie, że jak Łukaszenka odejdzie, to je dostanę i będę pracował dalej, a jak nic się nie zmieni, to poczekam na mieszkanie i wtedy się zwolnię.

Za pensję śledczego nie da się kupić mieszkania. Ludzie myślą, że zarabiamy kokosy, a ja miałem 1400 rubli na rękę, 460 euro. Trochę więcej niż koledzy, bo nie jestem z Mińska i miałem dodatek na wynajęcie pokoju. A to nie jest praca od 8 do 18, nie raz i nie dwa spałem na biurku.

A jak bardzo pracownicy Komitetu Śledczego są zależni od władzy? Tak naprawdę.

– Wszyscy powyżej pułkownika są wyznaczani przez prezydenta. Do pewnego stopnia może awansować każdy – jak ja – ale wyższe stanowiska są dla swoich, rodziny, synów wpływowych osób. Nikt się nie sprzeciwi, bo każdy ma rodzinę na utrzymaniu, mieszka w służbowym mieszkaniu, czeka na mieszkanie, ma kilka lat do emerytury…

Dlaczego uciekłeś akurat do Rosji?

– Mam tam znajomych, lubię Moskwę, czuję się trochę jak w drugim domu – brak problemów z językiem, wszystko jest takie znajome. Przez chwilę brałem pod uwagę, że tam zostanę, jeśli powrót na Białoruś okaże się niemożliwy, ale Rosja wydala uciekinierów.

Potem chciałeś wyjechać na Łotwę.

– Bo tam dostać się z Rosji byłoby najłatwiej. Liczyłem na azyl. Dzwoniłem do MSZ Łotwy, opowiedziałem swoją historię, powiedzieli, że dadzą wizę na granicy. Ale Rosjanie mnie nie wypuścili, mówili, że przez koronawirusa przekroczyć granicę mogą tylko osoby z wizą pracowniczą.

Łotewski konsulat najbliżej granicy jest w Pskowie. Pojechałem ze znajomymi, wszystko miało zająć trzy dni, ale dostałem cynk od kolegi z Komitetu, że sprawa jest poważna, że toczy się śledztwo i już wiedzą, gdzie jestem.

W Pskowie zatrzymali cię siłowicy.

– Przyszli do pokoju w hotelu, który nawet nie był zarezerwowany na moje nazwisko. Oskarżyli mnie o awanturowanie się i przeklinanie w miejscu publicznym. Najpewniej znaleźli mnie tak szybko, bo przyuważyli na granicy nasz wynajęty samochód, ale już wcześniej czułem, że coś jest nie tak. W Pskowie od razu podszedł do mnie mężczyzna spytać o drogę. Nie poszedł we wskazanym kierunku, nie zagadnął nikogo innego. Oho!

Zdążyłem uprzedzić przyjaciół, jak mają się zachować w przypadku mojego zatrzymania. Że mają poinformować natychmiast media, znaleźć adwokata, jak czytać między wierszami moje komunikaty, kiedy rozmawiamy przez telefon w obecności funkcjonariuszy.

Czego się dowiedziałeś w komendzie?

– Że naruszyłem przepisy migracyjne wprowadzone ze względu na koronawirusa. A to nieprawda – spełniałem wszystkie warunki legalnego pobytu w Rosji. Ale uznałem, że powiem to dopiero sędziemu, nie policjantom, bo wtedy zdążą wymyślić coś innego.

Jak traktowali cię rosyjscy policjanci?

– Zupełnie inaczej niż białoruscy. Nie mogę narzekać, nie mogę też wszystkiego powiedzieć, żeby im nie zaszkodzić, ale dzięki nim rozeznałem się w sytuacji. Co 15 minut sprawdzali, czy wszystko w porządku, przynosili herbatę, jedzenie. Herbaty nie piłem, ale to raczej ze względu na jakąś paranoję, akurat w tym czasie otruto przecież Nawalnego.

Rozmawiałeś z nimi o sytuacji na Białorusi?

– Tak, ale nie chcę mówić o szczegółach. Czemu ich narażać? Powiem tylko, że byli bardzo ludzcy i sprawiedliwi.

Na drugi dzień wypuścili cię z aresztu.

– Przyszli do celi, oddali rzeczy i powiedzieli, że jestem wolny. Wyprowadzili mnie bocznym wejściem, a tam czekał busik, kilku mężczyzn w maskach. Przed samochodem znowu mnie zatrzymano, tym razem dość brutalnie, na głowę założyli czarną maskę, przypięli do na oko 30-kilogramowego ciężarka i wrzucili do samochodu. Myślałem, że tym razem to już koniec. Że mnie utopią. Zacząłem się denerwować, żądałem adwokata, odmawiałem podpisywania czegokolwiek.

Aż w pewnym momencie zorientowałem się, że mnie nie biją, że jedyne, czego chcą, to hasła do telefonu.

To cię uspokoiło?

– Tak. Zacząłem się sam uspokajać. Mówiłem sobie, że dam radę, że zwyciężymy, że radzę sobie dobrze. Modliłem się. Dużo. W okolicy oka tkanina była rzadsza i udawało mi się spoglądać na zegarek, patrzyłem, jak upływają godziny, więc domyśliłem się, że raczej nie wiozą mnie, żeby zabić i porzucić, ale do jakiegoś miejsca. Do Petersburga, do Moskwy, na granicę?

Wywieźli mnie na granicę, wysadzili. Oddali rzeczy. Powiedzieli nawet, gdzie mniej więcej jestem, jaki to rejon. Uprzedzili, że nie jestem w Rosji przez najbliższe pięć lat mile widziany.

Chwilę później zobaczyłem nadjeżdżający nieoznakowany busik. Uciekłem.

Nie przekazali cię białoruskim kolegom?

– Nie mogli bezpośrednio, bo media natychmiast dowiedziałyby się, że Rosja jawnie współpracuje z Łukaszenką.

Co się z tobą działo?

– Z perspektywy czasu trudno mi nazwać myśli, które wtedy biegały po głowie. Bardziej uczucia: stres, strach, paranoja, bo w pewnym momencie i ona przychodzi, ale to dobrze, bo pomaga zachować maksymalną ostrożność. Schudłem kilkanaście kilo, nie mogłem jeść.

Czego się o sobie dowiedziałeś?

– Że jestem w stanie się ukryć, nawet na Białorusi, tak że nikt mnie nie odnajdzie. I że jestem w stanie zrobić rzeczy, o które nigdy bym siebie nie podejrzewał.

Jakie rzeczy?

– …

Gdzie byłeś?

– W wielu miejscach. Przyjąłem maksymalne środki bezpieczeństwa. Nie powiem jakie, żeby nie palić tych miejsc i sposobów. Byłem sam, więc mogłem sobie na to pozwolić. W Rosji byłem z przyjaciółmi, nie mogłem uciec, zostawić ich z wynajętym samochodem. Tutaj byłem tylko ja i oni.

Przeszedłem właściwie całą Białoruś.

Najtrudniejszy moment, o którym możesz opowiedzieć?

– Świadomość tego, że jeśli mnie znajdą, to zabiją, zakopią i prawdopodobnie nikt mnie nigdy nie znajdzie. Ale wiesz, miałem taki moment, kiedy chciałem, żeby mnie znaleźli. Byłem przemoczony, zmęczony. Każdego dnia przemierzałem kilkadziesiąt kilometrów, często wpław, przez jeziora, błota, rzeki. W błota wpadałem po szyję, nie raz i nie dwa myślałem, że to koniec. Kiedy zaatakowały mnie dziki, pomyślałem sobie, że jednak trochę wstyd tak umrzeć. Biegłem z całych sił. Tego wieczoru padłem na polanie, na trawie. Serce biło mi jak szalone, adrenalina opadła, czułem ból. I poczułem, że nie mam już siły.

Ten moment jednak minął.

– Spojrzałem w gwiazdy. Zdałem sobie sprawę z tego, że po raz ostatni w gwiazdy patrzyłem w dzieciństwie, podczas wakacji u babci na wsi. Później je zauważałem, ale nie zastanawiałem się nad nimi. Patrzyłem w nie kilka godzin, wydawało mi się, że czuję, jak porusza się Ziemia. I dotarło do mnie, że jeśli mnie znajdą, to zapakują mnie do tej klatki na kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt lat. Że może już nigdy nie będę mógł oglądać tych gwiazd.

Na Białorusi ukrywałeś się wiele dni.

– Bo nie wyszedł mój plan. Zamknięto akurat granicę z Ukrainą. Później wpadłem na inny pomysł. Nie mogę powiedzieć jaki, żeby nie utrudniać ucieczki innym. Ale wykorzystałem całą wiedzę, którą posiadłem w zawodzie, wszystkie znajomości. Jeżeli jesteś dobrym człowiekiem, to nawet bandyta ci pomoże.

Pierwsze dni po przekroczeniu granicy z Polską spędziłeś na dworcach.

– To nie było takie straszne, chociaż zauważyłem, że u was jest więcej osób, które śpią na ulicy, niż na Białorusi. Na szczęście było wtedy ciepło, a mnie w poprzednim kraju, do którego dostałem się z Białorusi, udało się kupić kurtkę.

„Poprzedni kraj”. Rozumiem, że nie chcesz ujawnić który?

– Mogę powiedzieć, że to państwo Unii. Tam poczułem się bezpiecznie na tyle, że wypłaciłem pieniądze z bankomatu – wszystko, co miałem, 600 euro. Starczyło mi na kurtkę, czapkę, telefon, bo mój został w Rosji. Zatrzymanie się na jedną noc w hotelu. Byłem tak przemarznięty, że kiedy wchodziłem do wanny, nogi musiałem przełożyć nad krawędzią za pomocą rąk. Następnego dnia ruszyłem do Warszawy.

Dlaczego akurat do nas?

– Polski jest łatwiejszy od języka tamtego kraju. Wiedziałem, że jest tu dużo naszych, dużo rosyjskojęzycznych, słyszałem, że Polacy lubią Białorusinów. Tutaj jest jakoś bardziej domowo, lepiej was rozumiem niż Niemców czy Duńczyków. Mogłem jechać dalej, nęcili mnie wyższymi pensjami, wsparciem państwa. Ale nie chciałem. Chcę kiedyś wrócić na Białoruś, stąd mam bliżej.

Pierwsze kilka dni spędziłem na dworcach, miałem zranioną nogę, byłem chory, głodny. Poszedłem do urzędu ds. cudzoziemców, ale nie było urzędnika, który mówiłby po rosyjsku. Kupiłem kartę SIM, podłączyłem się do internetu i natknąłem się na Białoruskie Centrum Solidarności. Na drugi dzień się mną zaopiekowali, zaprowadzili do lekarza, do szpitala i kupili leki.

I po raz pierwszy skontaktowałeś się z rodziną?

– Mama nie wierzyła, że to mój głos. Myślała, że przyjaciele ją okłamują, mówiła, że ja pewnie już nie żyję.

Po tym wszystkim nie żałujesz?

– Skupiam się na tym, co tu i teraz, na bezpieczeństwie rodziny, na pomocy innym naszym. Po naszej rozmowie pójdę do nowego mieszkania, w którym są rybki. Wolę poczytać, jak je karmić, niż rozpamiętywać, czy było warto pisać ten raport.

Chciałbyś kiedyś wrócić?

– Do kraju – tak. Ciągle o tym myślę. Ale nie wrócę do pracy śledczego.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.