Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktor Jerofiejew – ur. w 1947 r., znany rosyjski pisarz, autor m.in. „Rosyjskiej piękności”, „Encyklopedii duszy rosyjskiej” i „Dobrego Stalina”. W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się jego powieść „Różowa mysz”

W sierpniu byłym radzieckim imperium wstrząsnęły dwie potężne eksplozje, które wpędziły je do grobu. Cały świat widział, jak furiacka reakcja Łukaszenki na ogólnonarodowy, iście rewolucyjny ruch protestu i koszmarna sprawa otrucia przywódcy rosyjskiej opozycji Aleksieja Nawalnego wykroczyły poza politykę, przeobrażając się w tragedię kłamstwa, okrucieństwa i idiotyzmu. Szekspir i Orwell mogą dać sobie spokój.

Ale złożenie do grobu dawnego imperium nie oznacza końca jego istnienia. To etap „życia po życiu”, który ma nieprzewidywalne konsekwencje dla niego i dla świata. Uwolniwszy się wreszcie od moralnych obowiązków wobec elementarnej ludzkiej wspólnoty, nie mówiąc już o wysokich wartościach cywilizacji, niekoronowani carowie Białorusi i Rosji gotowi są na wszystko, by na zawsze utrzymać nieograniczoną władzę.

Zastanówmy się, po co im ta potęga i co się kryje za ruchem protestu.

Łukaszenka jest banalny

Gdy chodzi o carów i protesty, mamy do czynienia z dwiema różnymi wielkościami. Ogólnie rzecz biorąc, i na Białorusi, i w Rosji żyjemy w królestwie krzywych luster. Propaganda i sowieckie stereotypy pokutujące w społeczeństwie zamieniają życie polityczne w bohomaz. Krzywe lustra zostają, ale trzeszczą, pękają i coraz mniej się w nie wierzy.

A na czym polega różnica? O ile car Rosji jest silniejszy od białoruskiego, o tyle białoruski protest jest o wiele silniejszy, potężniejszy niż rosyjski.

Białoruski car (careczek?) Łukaszenka jest tak naprawdę banalny. Kocha władzę i jak sam przyznał niedawno w wywiadzie, nie chce i nie umie być nikim innym niż prezydentem. Chce też najwyraźniej zrobić careczkiem swego syna Kolę.

Do władzy doszedł w 1994 r. na fali powszechnego strachu przed widmem niepojętego kapitalizmu i próbował zamienić Białoruś w duży kołchoz. Za lojalność wobec Rosji zgarniał sporą kasę, 6-8 mld dol. rocznie. Zapłatę za lojalność wasala.

Ale z czasem się okazało, że Rosja jest złym feudalnym panem. Żąda uległości, mało tego – chce wchłonąć Białoruś, grając ostro i twardo. Rosyjski imperializm ma skłonność do sadystycznego upokarzania słabszego partnera.

Łukaszenka przełknął upokorzenia, przetrwał i zaczął, jak mądre cielę, szukać do ssania drugiej matki. To był Zachód. Dla Białorusi jest on o rzut kamieniem. To jak wycieczka na daczę – 180 km do granicy. Umożliwił oświeconej części społeczeństwa komunikację z Zachodem, a wtedy się okazało, że Zachód dysponuje wartościami, których sam specjalnie nie ceni, jakby o nich zapomniał, i które potrzebne są jak witaminy krajowi dotkniętemu chorobą dyktatury.

Proeuropejskie ruchy Białorusinów i Nawalnego są czymś zupełnie oczywistym.

Nikt nie chce żyć w cieniu niesprawiedliwych sądów, korupcji, brutalnej policji i sprokurowanej przez reżim nędzy. Protestujący mówią: chcemy żyć jak ludzie.

Białoruś obudziła się i żąda cywilizacyjnej normalności, obywatelskich swobód i europejskiego dobrobytu. Łukaszenka nie da tego swojemu krajowi. Dlatego biega jak szaleniec z bronią i w kuloodpornej kamizelce, udając ofiarę zachodniej agresji.

Łukaszenka lepszy dla Kremla od proeuropejskich białoruskich liberałów

Białoruski protest przypomina jako żywo polski, który sprowadził Polaków z powrotem do Europy. Owszem, Białorusini nie mają Lecha Wałęsy, a to istotny brak. Jednak protestujących poparła klasa robotnicza, wielka siła rewolucji. Co więcej, białoruska klasa robotnicza jest upolityczniona – chce żyć lepiej, ale ma też po dziurki w nosie dyktatury.

Rewolucyjne poruszenie ogarnia wszystkie obszary życia, także sektor rządowy, pęknięcia krzywych luster idą w różnych kierunkach. Pora, by Łukaszenka odłożył kałasznikowa i się poddał. Ale ma w rezerwie kałasznikowa z milionami luf – armię rosyjską i jej głównodowodzącego, który w każdej chwili może wyciągnąć pomocną dłoń. Związek Radziecki przećwiczył ten gest w stosunku do Węgier i Czechosłowacji. O zdolnościach Putina świadczy też zdobycie Krymu.

Być może Kreml ma dosyć dwulicowości Łukaszenki. Ale Łukaszenka jest wciąż, rzecz jasna, lepszy od proeuropejskich białoruskich liberałów. Wynik łamigłówki – pomóc, nie pomóc – nie jest jeszcze jasny. Ale jeśli nadarzy się kandydat na nowego prezydenta Białorusi chętny wejść w komitywę z Moskwą, to żegnaj, Łukaszenka! Moskwa może spróbować się dogadać i stopniowo ugasić gniew ludu.

Tak czy inaczej, Białoruś oswobodziła się z niewoli prokremlowskich wartości, nie wejdzie w skład rosyjskiego imperium i nawet jeśli reżim Łukaszenki przetrwa jakiś czas, będzie to imitacja życia. Białoruś wyrwała się z niewoli.

Czego nie da się powiedzieć o Rosji. I z jakiej niewoli miałaby się ona wyrwać, skoro zawiadują nią jej własne władze? W takim razie my, Rosjanie, musimy się wyrwać z naszych własnych władz. A to trudniejsze.

Putin jest bardziej skomplikowany niż Łukaszenka. To człowiek wielkiej, mrocznej idei. Rzekłbym – idei chorej, bo nie tylko niewykonalnej, lecz też wysoce niepożądanej.

Chce on, mianowicie, wskrzesić ZSRR, a przynajmniej jego ducha. Łukaszenka był kołchoźnikiem, Putin zaś oficerem sowieckiego KGB. Odebrał gruntowne ideowe wykształcenie, odcisnęły na nim piętno postsowieckie gangsterskie lata – przeżył, ba, odniósł niezrównany sukces. Zrobił fenomenalną karierę – z chłopaka z leningradzkiego podwórka na prezydenta. I nadal zapewne się rozgląda.

Rosja, wiadomo, może zniszczyć rakietami cały świat. Co ciekawsze, świat Rosję szanuje, a nawet się jej słucha, bo na podwórku liczy się silny, zuchowaty chłopak.

I ten to chłopak robi u nas od 20 lat za prezydenta – rozczarował się ludźmi, co często widać po jego twarzy, ale imperialny sen jest silniejszy od rozczarowania. Jednak niewiele silniejszy, i stąd biorą się problemy, to dlatego prezydent tak często zaciska szczęki – oj, nie podoba mu się ten świat.

Nawalny miał być wyśmiany, zanim umrze. Ale nie umarł!

I jest ktoś, kto szczególnie psuje mu obraz świata – Nawalny. Nigdy nie wymienia jego nazwiska. Ludzie pierwotni nie nazywali po imieniu dzikich zwierząt. Nawet niedźwiedź – po rosyjsku: miedwied’ [wie, gdzie miód] – to omówienie.

Nawalny to największy rosyjski opozycjonista. Znam go trochę osobiście i powiem, że to silny, pewny swego polityk. Nie chce dla Rosji niczego nadzwyczajnego. Jak Białorusini. Chce normalnego kraju z normalnym demokratycznym ustrojem. Niełatwo zbudować go w Rosji. Rosja to nie Białoruś.

Władza radziecka okaleczyła ludzi w całej Rosji – zaprzedaliśmy nasze normalne ludzkie wartości w 1917 r., wyzbyliśmy się wyobrażenia honoru i godności naszych dziadów i ojców – lecz nie na całej Białorusi. Do 1939 r. znaczna część zachodniej Białorusi należała do Europy.

W zeszłym roku byłem w Mińsku na festiwalu literackim. Już wtedy poczułem oddech Europy. Powiedziano mi, że połowa Białorusinów nie popiera aneksji Krymu. W Rosji tylko 2 proc. To w naszych głowach propaganda Putina zasiała mity o strasznej Ameryce, o zdeprawowanej Europie – bezsensowne, nieudolnie sklecone, ale klejkie, lepkie. Ponadto Rosjanin żyje dzień i noc pod telewizorem. A nasz car nieustannie podkreśla, że wszystko na świecie da się kupić i sprzedać (oprócz niego i najbliższych przyjaciół), a teraz, proszę, Nawalnego kupił Zachód.

Aleksiej jest oczywiście człowiekiem surowych zasad. Nie bolszewikiem, ale ideowym towarzyszem Piotra Wielkiego. By przebić się do wartości europejskich, Rosja – co możliwe – potrzebuje nowego Piotra Wielkiego. Ostatnio Nawalny zaczął odnosić sukcesy. Wymyślił „inteligentne głosowanie”, które uniemożliwiło partii prorządowej całkowite przejęcie moskiewskiej Dumy. Udało mu się też wiele innych rzeczy. Drażnił władze, stał się niebezpieczny, zwłaszcza że zbliżały się wrześniowe wybory regionalne.

Oczywiście władze nigdy się nie przyznają do otrucia Nawalnego. Na użytek wewnętrzny ogłosi się nieoficjalnie, że otruli go Niemcy, już w Berlinie. Ale w samym otruciu jest coś z sadyzmu Iwana Groźnego. Nawalny krzyczał w samolocie, dostał konwulsji – stał się postacią tragikomiczną, miał być wyśmiany, zanim umrze. Ale nie umarł!

Przypadek Nawalnego to cios dla imperium. Zachód ze wstrętem odpycha Rosję – nie będzie drugiej Jałty, a więc i drugiego, hipotetycznego Związku Radzieckiego. Biedny, biedny Putin – po co on rządzi? Czekają nas izolacja i infamia. Chiny oczywiście wykorzystają naszą izolację i włączą to w plany na przyszłość.

Ale w samej Rosji trucicielce przyszłość znów będzie życiem po życiu, niemrawą egzystencją. Może pojawią się robotnicy z jakąś kulturą polityczną, może nasze kobiety, jak te w Mińsku, utworzą kiedyś kwietny łańcuch. W końcu my też protestujemy. Ot, Chabarowsk. Mieszkańcy prowincjonalnego miasta wciąż nie mogą się uspokoić, bo odebrano im i zapudłowano popularnego gubernatora.

Niemniej jest różnica. U nas na ulice wyszli niezadowoleni ludzie, którzy chcieli dowalić władzy bez specjalnej kultury politycznej. Na Białorusi, powiem raz jeszcze, rewolucja przybrała kształt polskiej „Solidarności”. Daleko nam do tego. Ale nie tak daleko, jak się wydaje.

przeł. Sergiusz Kowalski

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.