Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rusłan Grinberg – ur. w 1946 r., rosyjski ekonomista i publicysta, w latach 2005-15 szef Instytutu Gospodarki Rosyjskiej Akademii Nauk. Naczelny pisma „Mir Pieriemien"

Masowe protesty na Białorusi po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich były całkowitym zaskoczeniem. Nic nie zapowiadało tak dramatycznego rozwoju wydarzeń. Zwycięstwo Łukaszenki było przesądzone. Władza oczyściła pole polityczne m.in. z jego realnych konkurentów. Zmobilizowała wszystkie zasoby administracji, by zapewnić mu zwycięstwo gwarantujące mu władzę na lata.

Wydawało się, że senne, uległe społeczeństwo pogodziło się z bezterminową prezydenturą Łukaszenki. Nie lubiło go i wykpiwało, ale uważało jego rządy za mniejsze zło od tego, co spotkałoby Białorusinów, gdyby sprzeciwili się jawnie jego dyktaturze. Wszyscy mieli w pamięci przykład Ukrainy.

Sytuacja społeczno-gospodarcza również nie dawała powodu do masowych protestów społecznych. Niepodległa Białoruś (w odróżnieniu od Ukrainy) mogła się poszczycić skromnym, ale stałym wzrostem PKB. Przetrwały prawie wszystkie gwarancje socjalne z czasów ZSRR. Przedszkola, szkoły, szkolnictwo wyższe, emerytury i medycyna zaspokajały potrzeby większej części ludności. Fabryki pracowały, robotnicy mogli liczyć na niskie – jak na standardy Unii Europejskiej – ale stabilne płace. Bezrobocie było niskie.

Rezygnując z szerokiej prywatyzacji, państwo zachowało pod kontrolą duże przedsiębiorstwa odziedziczone po ZSRR, co zapewniło bardziej równomierny podział owoców wzrostu gospodarczego i pozwoliło, inaczej niż w Rosji, uniknąć głębokiego rozwarstwienia społecznego i powszechnej biedy.

Oczywiście na poziom rozwoju społeczno-gospodarczego Białorusi wpłynęła znacząco pomoc gospodarcza Rosji – dostawy po preferencyjnych cenach surowców energetycznych i ich reeksport na rynki zachodnie.

Słyszałem nieraz od znajomych Białorusinów, że „dzielny Baćka umie się targować ze starszym bratem”. Można powiedzieć, że społeczeństwo zawarło z przywódcą cichą umowę: on robi wszystko, by zagwarantować obecną stopę życiową, a w zamian dostaje zgodę społeczną na autorytarne rządy. Obie strony wywiązywały się z zobowiązań. Wydawało się, że będzie to trwało w nieskończoność. I na to chyba liczył także białoruski prezydent.

Ale się przeliczył – nie zauważył, że stabilizacja zamienia się w stagnację. Rosły warstwy społeczne niewidzące perspektyw w twardym autorytaryzmie nastawionym na status quo, a nie na cywilizowany rozwój oparty na demokratycznych wartościach, jakimi są wolność i sprawiedliwość. Zadziałał kluczowy czynnik – pokoleniowa jedność młodych Białorusinów i ich rodziców. Ich solidarność nadała masowy charakter protestom przeciwko samowoli dyktatora.

Łukaszence nie pomogę represje

Jak widać, znaczna część społeczeństwa cofnęła kredyt zaufania Łukaszence – sądzi, że jako polityk zgrał się i powinien zrezygnować z prezydentury. Nawet według oficjalnych danych w białoruskim społeczeństwie blisko jedna trzecia dorosłej populacji nastawiona jest opozycyjnie. To sporo.

Państwu Łukaszenki nie pomogą represje, to oczywiste. Wzmogą tylko konfrontację między rządem a opozycją, stawiając kraj na krawędzi wojny domowej. Potrzebne jest więc poszukiwanie kompromisu. Jakiego, nie jest jeszcze jasne. Ale Łukaszenka nie ma już przyszłości. Spóźnił się. Mówi się w środowisku teatralnym: „Ze sceny lepiej zejść rok za wcześnie niż dzień za późno”. Nawiasem mówiąc, dotyczy to jak najbardziej rosyjskiej autokracji.

Marsze i wiece protestacyjne, które przetoczyły się przez Białoruś, nie były skutkiem starannie zaplanowanych działań zachodnich fundacji, służb wywiadowczych i antyłukaszenkowskich struktur. Za jego rządów kraj został z nich starannie wyczyszczony. Obwinianie ich o pojawienie się ruchów protestacyjnych – jak to robią białoruskie władze, a za nimi liczni rosyjscy politycy i państwowe media – jest bez sensu. Tak naprawdę społeczeństwo musi się po prostu zmęczyć każdym, nawet najświatlejszym dyktatorem, zwłaszcza że obecny, Łukaszenka, raczej na takie miano nie zasługuje.

Głęboki kryzys polityczny, który ogarnął kraj, jest bardzo poważnym wyzwaniem dla Rosji. Na Białorusi do głosu dochodzi pokolenie, które niezbyt pamięta – całkiem nie pamięta – życia w Związku Radzieckim. Nie tęskni do ZSRR, nie darzy Rosji szczególnym sentymentem.

Młodzi Białorusini dużo podróżują po Europie, odwiedzają Polskę i Litwę, mogą porównywać warunki życia tam i w Rosji. Zwykle porównanie wypada na niekorzyść Rosji.

Nasza bieda, nieład i korupcja popychają ich ku Europie. Przeciwstawianie jej współczesnej Rosji nie ma sensu. Moskwa nie zachęci młodych Białorusinów dostawą tańszych surowców. Łukaszenka wyczuł te nastroje i chcąc się do nich dostosować, prowadził zawiłą „wielowektorową” grę z Zachodem.

Dni Łukaszenki są policzone

Białoruski protest jest jak dotąd niemal całkiem pozbawiony antyrosyjskich akcentów. Liderzy opozycji i zwykli protestujący Białorusini szczerze chcą dobrych stosunków z Rosją, i to nie ze względu na korzyści ekonomiczne, tylko dlatego, że uważają Rosjan za najbliższych sobie kulturowo, historycznie i, najogólniej, w pojmowaniu dobra i zła. Jednak wszystko może się zmienić, jeśli Rosja w obecnej bardzo delikatnej sytuacji popełni fatalny błąd.

Chodzi o to, że rosnąca świadomość obywatelska Białorusinów, ich pragnienie demokratyzacji są absolutnie nie do pogodzenia z perspektywą ograniczenia suwerenności. Tymczasem takie zagrożenie istnieje, a jego prawdopodobieństwo jest wysokie. Jeżeli nasilą się procesy integracyjne w ramach niby-unijnego porozumienia, Rosja i Białoruś znajdą się nieuchronnie w sytuacji, którą określiłbym jako „głęboką pułapkę integracyjną”.

Każda mniej czy bardziej poważna integracja partnerów innego kalibru źle wróży. Równy udział w państwie związkowym jest obiektywnie niemożliwy, bo kraj o większym potencjale gospodarczym nieuchronnie zdominuje każdy ponadnarodowy konstrukt. W naszym przypadku to oczywiście Rosja, której PKB jest jakieś 30 razy (!) wyższe od PKB Białorusi. Równość partnerów w państwie związkowym jest możliwa pod warunkiem, że integracja ograniczy się do kształtowania obszaru wolnego handlu.

W każdym innym wariancie „pogłębionej” integracji Białoruś traci niezależność – najpierw gospodarczą, potem polityczną. Nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć szybki wzrost nastrojów antyrosyjskich w społeczeństwie białoruskim po wprowadzeniu w życie planu „pogłębionej” integracji.

Jeżeli uda się nam narzucić Białorusinom rosyjskiego rubla jako walutę narodową, będzie to doskonały prezent dla białoruskiego nacjonalizmu, który zburzy fundamenty naszych przyjaznych stosunków.

Jaka jest główna białoruska lekcja? Łukaszenka może wygrać dziś, ale dni jego władzy i tak są policzone. Wszystko, co dziś widzimy na Białorusi, dowodzi, że we współczesnym globalnym świecie nie da się oddzielić wartości narodowych, suwerenności i państwowości od tradycyjnych wartości europejskich, a przede wszystkim wolności i godności człowieka. W XXI wieku idea narodowa nie usprawiedliwia dyktatury i samowładztwa. Weźmy to poważnie pod uwagę, myśląc o losach dzisiejszej Rosji.

Tekst pochodzi z pisma „Mir Pieriemien”, nr 3/2020. Tytuł: „Wyborcza”

przeł. Sergiusz Kowalski

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.