Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Timothy Garton Ash – ur. w 1955 r., brytyjski historyk, pisarz i publicysta. Profesor na Uniwersytecie Oksfordzkim i członek think tanku Hoover Institution przy Uniwersytecie Stanforda. Autor m.in. książki „Wolność słowa. Dziesięć zasad dla połączonego świata” (Znak, 2018).

Ze wszystkich poruszających scen z Białorusi jedna utkwiła mi głęboko w pamięci. Mężczyzna, zapewne po trzydziestce, trzymający w ramionach dziecko, mówi do kamery: „Te wybory były…” – milknie, wyraźnie zdenerwowany, na dłuższą chwilę, zerka na dziecko i wreszcie wybucha – „sfałszowane!”.

To właśnie jest kluczowy moment dla każdego ruchu protestu przeciwko każdej dyktaturze – człowiek przełamuje barierę strachu. Jeszcze wczoraj nie odważyłby się dokończyć publicznie tego zdania. Teraz znalazł się wśród dziesiątek tysięcy tych, którzy wykrzykują to samo na całe gardło, wymachując czerwono-białymi flagami, które symbolizują lepszą Białoruś. Broni przyszłości dziecka w jego ramionach.

Białoruś dołącza do długiego szeregu antyradzieckich i antypostradzieckich ruchów protestu, z których jedne zwyciężyły, a inne zawiodły. „Kolorowe rewolucje” to słabe, politycznie skompromitowane pojęcie, oferujące zbyt krótką perspektywę. Białoruś jest najbardziej radzieckim ze wszystkich poradzieckich krajów, można więc sięgnąć wstecz nawet do protestów w NRD w 1953 r.

Widząc w konfrontacji z Aleksandrem Łukaszenką robotników dużych państwowych fabryk, którzy podobno utworzyli międzyzakładowy komitet strajkowy, jesteśmy w Polsce w roku 1980. Może bardziej w Armenii w 2018? Czy raczej na Ukrainie w 2014? A może – co nieuchronnie przychodzi na myśl – widzimy kontynuację środkowoeuropejskich rewolucji roku 1989? I nie zapominajmy, że sami Białorusini próbowali już wiele razy. To nie pierwsze wybory sfałszowane przez Łukaszenkę.

W każdym przypadku rozpoznajemy elementy wcześniejszych ruchów obywatelskiego oporu, ale zawsze pojawia się coś nowego. Na Białorusi to „kobiety w bieli” łączące ręce w łańcuchu pokojowego protestu – doskonały teatralny kontrast z Łukaszenką, upartym jak osioł uosobieniem męskiego szowinistycznego despoty.

Byle nie było gorzej niż jest

Zgadywanie, jak to się skończy, to zajęcie dla naiwnych i daremny trud. W takich sytuacjach nikt nie wie, co zdarzy się po południu, nie mówiąc o jutrze. Ale nie jest za wcześnie, by przekazać jedno czytelne przesłanie białoruskiej ulicy.

W recenzji fascynującej nowej książki Anne Applebaum „Zmierzch demokracji” politolog Ivan Krastev upomina ją i nas, byśmy nie uważali ideałów i „oczywistych prawd” 1989 r. za punkt wyjścia do przebudowy dzisiejszego świata. Wszystko zależy od tego, co uznamy za „oczywistą prawdę” roku 1989. Myli się jak zawsze ten, kto sądzi, że historia powiedzie nas gładko i nieuchronnie ku zachodniej liberalnej demokracji.

Chciałbym, żeby Białoruś, jak jej bałtyccy sąsiedzi, stała się krajem liberalnej demokracji, bezpiecznym dzięki członkostwu w Unii Europejskiej i w NATO. Ale w najbliższym czasie to niemożliwe, głównie dlatego, że nie pozwoli na to Władimir Putin, ale też dlatego, że nie ma na to zgody większości obywateli.

Białoruska opozycja mądrze powtarza, że nie jest to geopolityczny spór Rosji z Zachodem. Parę lat temu słyszałem w Mińsku, jak szef białoruskiego MSZ przywoływał świetlaną wizję Białorusi jako prosperującego neutralnego kraju między Unią a Rosją, „czegoś w rodzaju Szwajcarii”. Kto nie chciałby być Szwajcarią? Ale realistycznie patrząc, chaotycznie wynegocjowane przekazanie władzy innemu, mniej autorytarnemu kierownictwu, jak w Armenii, jest zapewne najlepszym, na co można liczyć w najbliższej przyszłości – a biorąc pod uwagę Łukaszenkę, zanim będzie lepiej, może być zdecydowanie gorzej.

Jeden z pracowników mińskiej fabryki traktorów, w której nękano Łukaszenkę pytaniami, wyraził nader powściągliwą opinię: „Następny oligarcha, który będzie kierował fabryką, nie będzie gorszy od tego”.

Jednak neoheglowski nonsens historycznego determinizmu nie był w 1989 r. żadną oczywistą prawdą. Historyczną pychę Zachodu widać było tym wyraźniej po skutecznej, jak się zdawało, transformacji w Europie Środkowej, w pierwszych latach tego stulecia, kiedy niektórzy neokonserwatyści w administracji George'a W. Busha uwierzyli, że Irak może stać się nową Polską, i kiedy arabską wiosnę okrzyknięto nowym rokiem 1989.

Nie, oczywista prawda roku 1989 była taka, że ludzie, którzy żyli długo pod rządami dyktatury, zwykle tęsknią za wolnością. I pewnego dnia zaczynają mówić.

„Ludzie są zmęczeni kłamstwami i brakiem wolności słowa” – mówi 41-letni elektryk Aleksander. „Świętujemy wyzwolenie spod dyktatury” – mówi właścicielka kawiarni, 23-letnia Marni. „Obudził się nowy zbiorowy duch, dżin, którego już nigdy nie da się wcisnąć z powrotem do butelki” – mówi 24-letnia anestezjolożka Łesia (wielkie dzięki Johnny'emu O'Reilly za te cytaty z mińskiej ulicy). Oto poezja ludowa, po której przyjdzie, rzecz jasna, rozczarowująca proza.

A były wykładowca Centralnej Szkoły Partyjnej w Chinach Cai Xia mówi w wywiadzie dla „Guardiana”, że pewnego dnia także w Chinach nastąpią demokratyczne przemiany, bo „ludzie tęsknią za wolnością, a wolność jest możliwa tylko wtedy, gdy chronione są prawa człowieka”. Nie pierwszy raz ci, którzy latami doświadczali zniewolenia, przypominają nam o wartości i urokach wolności.

Analizując wnikliwie liczne w minionych 30 latach niepowodzenia liberalnej demokracji, możemy łatwo popaść w swego rodzaju historyczny fatalizm – wszak po „zmierzchu” demokracji logicznie musi nastać noc. Byłby to, ponownie, błąd „historycznego determinizmu”, tylko w drugą stronę, dający autorytarnym przywódcom niezasłużoną, znaczną psychologiczną przewagę. Nazwijcie mnie, jeśli chcecie, Amerykaninem, ale myślę, że winniśmy bardziej uwierzyć w siłę wolności – i to nie tylko dlatego, że sama ta wiara decyduje w znacznej mierze o jej sile.

przeł. Sergiusz Kowalski

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.