Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Klaus Bachmann - profesor politologii Uniwersytetu SWPS, publicysta

Odkąd Związek Radziecki się rozwiązał i władze sowieckie w poszczególnych republikach zastąpiły pluralistyczne demokracje, oligarchie, systemy jawnie autorytarne i hybrydy łączące cechy autokratyczne z instytucjami formalnie demokratycznymi, Białoruś służy opinii publicznej w Polsce jako rodzaj lustra. Kiedy polscy komentatorzy patrzyli na Białoruś, dostrzegali głównie te cechy, które upodobniły ten kraj do Polski i do polskiej drogi do demokracji i gospodarki rynkowej.

Tak było w latach 90., zanim Aleksander Łukaszenka objął tam władzę i krok po kroku podporządkowywał sobie instytucje, które mogły ograniczyć jego władzę. Tak było, kiedy jego rządy wywoływały protesty - najczęściej podczas wyborów i referendów, za pomocą których Łukaszenka zmieniał konstytucję i umacniał swoją władzę.

Przez wiele lat przedstawiciele białoruskiej demokratycznej opozycji starali się utwierdzić swoich polskich kolegów w przekonaniu, że ich kraj zaraz wkroczy na drogę Polski, że Białoruski Front Narodowy (BNF) będzie białoruskim odpowiednikiem „Solidarności” i że Białoruś zaraz obali Łukaszenkę i zmierza na Zachód, ku demokracji i reformom gospodarczym.

Państwo łupem rządzących elit

Ale tak się nigdy nie stało. Przez kilkanaście lat Łukaszenka kontrolował media (choć nie wszystkie), zamykał opozycjonistów (też nie wszystkich), przejmował niezależne organizacje i wprowadzał system polityczny, który wielu obserwatorom w Europie wydawał się tak unikalny, że ochrzcili go „ostatnim dyktatorem Europy”.

Z nieco szerszej perspektywy ten system taki unikalny wcale nie był, naukowcy znają go pod nieco akademicką nazwą: neopatrymonializm. W takich systemach, które istnieją w innych krajach postsowieckich, w niektórych częściach Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, wąska elita rządząca podporządkuje sobie nie tylko instytucje demokratyczne, ale też środki produkcji, surowce i handel. Elita nie likwiduje ani prywatnej własności, ani przedsiębiorczości, lecz przejmuje strategiczne, najbardziej dochodowe firmy, wyciska z przedsiębiorstw wszelkie zyski, które potem zasilają - przez podstawione firmy, zagraniczne konta i raje podatkowe - dochody członków elit, i sprzeniewierza wpływy z podatków, koncesji, nakładając haracze na zagranicznych inwestorów. Takie systemy bywają bardzo stabilne nawet w warunkach kryzysu, ponieważ elita części swoich dochodów używa, aby kupować sobie poparcie w wyborach i pacyfikować (niekoniecznie przemocą) ewentualne protesty.

Może ona rozszerzyć swoją bazę społeczną przez kooptację opozycyjnych elit i przez strategiczną redystrybucję dochodów. Wtedy np. do dużego zakładu państwowego przyjeżdża wysłannik przywódcy i przedstawia załodze ofertę nie do odrzucenia: jeśli frekwencja wyborcza i poparcie dla przywódcy w nadchodzących wyborach będą odpowiednio wysokie, załoga dostanie podwyżki. Jeśli nie, będą zwolnienia i obniżki pensji.

Taki system potrafi eliminować przeciwników za pomocą szykan, prześladowań i szwadronów śmierci i sterować procesami formalnie demokratycznymi, wykorzystując do tego narzędzia państwa. Takie systemy nie muszą mieć więźniów politycznych, politycznych przeciwników represjonuje się za pomocą wybiórczego stosowania prawa. Inspekcja podatkowa, inspekcja handlowa, inspekcja pracy kontrolują wszystkich z wyjątkiem pupilków władzy, a jej przeciwników kontrolują szczególnie często i dokładnie.

Rządzący mogą też naciskać na prywatnych pracodawców, aby wyrzucili niewygodne dla władzy osoby z pracy.

To brzmi jak opis Białorusi lub Rosji, ale pasuje też do Wenezueli, Zimbabwe, Burundi, Egiptu, Demokratycznej Republiki Konga, Kazachstanu, Iranu, Węgier czy Turcji.

Kiedy dyktatorzy upadają i kiedy nie

To, że takie systemy potrafią być bardzo stabilne, nie oznacza, że są sympatyczne ani że nie mogą upaść. Wenezuela od wielu lat jest pogrążona w znacznie głębszym kryzysie niż Białoruś kiedykolwiek, ale Maduro trzyma się tam mocno mimo masowej emigracji, hiperinflacji, powszechnego głodu, szalejącej korupcji i międzynarodowej izolacji. W podobnej sytuacji był w 2000 r. Slobodan Miloszević w Serbii - rządził w warunkach szalejącej inflacji, embarga ONZ, międzynarodowej izolacji i rosnącego bezrobocia, pustosząc budżet wydatkami na wojny w Bośni, Chorwacji i Kosowie, ale stracił jednak władzę w wyniku wyborów i masowych protestów. Masowe protesty doprowadziły do demokratyzacji w Tunezji, ale też do wojny domowej w Libii i Syrii, a w Egipcie skończyły się wprowadzeniem dyktatury wojskowej.

Jednym z najważniejszych czynników decydujących o sukcesie opozycji w takim starciu są jej instytucjonalizacja, otoczenie międzynarodowe kraju i spójność rządzących elit. Protesty w Polsce zmieniały czasami układ sił wewnątrz nomenklatury (w 1956 i 1970 r.), ale upadek całego systemu władzy wywołały dopiero wtedy, kiedy z tych protestów rodziły się opozycyjne instytucje (po 1976 r.). Potem to instytucje opozycji organizowały i koordynowały protesty, które zmusiły władze do negocjacji: legalna, potem podziemna „Solidarność”, „Solidarność” Rolników Indywidualnych, później rady pracownicze, partie polityczne, komitety obywatelskie. Tym, co Aleksieja Nawalnego uczyniło tak groźnym dla systemu władzy w Rosji, nie była jego charyzma, lecz jego zdolność do budowania sieci współpracowników i kanałów informacyjnych.

Inaczej mówiąc: zamiast jednorazowo naciskać na władzę poprzez krótkotrwałe protesty, które robią wrażenie na mediach i na zagranicznych obserwatorach, mozolnie budował organizację, która umożliwiła przeprowadzenie wielokrotnych protestów, wzajemną pomoc i koordynację strategicznych akcji, np. podczas wyborów na niższych szczeblach władzy.

Na Białorusi takie organizacje powstają dopiero teraz. Komitet Koordynacyjny opozycji jest wynikiem protestów, on ich nie organizował, podobnie jak w Polsce ROPCiO i KOR rodziły się w wyniku protestów robotników w 1976 r., ale ich nie organizowały.

Kiedy rząd już nie może się wyżywić sam

Spontaniczne protesty, nawet masowe, nie są groźne dla władzy. Można je przeczekać, ludzie kiedyś idą do domu, muszą się zajmować dziećmi i zarabiać, a rząd, jak kiedyś słusznie, choć cynicznie powiedział rzecznik rządu w schyłkowym PRL-u, „sam się wyżywi”. Groźne dla władzy są protesty dobrze przygotowane, zorganizowane i skoordynowane przez organizacje, które po protestach nie znikają. One też mogą być partnerem do rozmów.

Tłum, protestujący „naród”, oburzone społeczeństwo nie są w stanie negocjować, dopóki nie wyłonią z siebie liderów, trwałych struktur, nadadzą sobie hierarchię wewnętrzną i podejmą zbiorowe decyzje, których przestrzeganie jest kontrolowane - to znaczy stworzą instytucje.

Takiej instytucjonalizacji na Białorusi dotąd nie było. Łukaszenka rozbił organizacje obywatelskie już w latach 90. BNF, który był jednocześnie ruchem narodowym i prozachodnim, nigdy nie miał znaczącego poparcia poza zurbanizowaną częścią zachodniej Białorusi i Mińskiem, m.in. dlatego, że był też niechętny integracji z Rosją.

Opozycjoniści nowego pokolenia wyciągnęli z tego wnioski i unikają jakichkolwiek akcentów antyrosyjskich, nie tylko ze względu na obawy, że sprowokuje to Rosję, ale też ze względu na powiązania gospodarcze Białorusi z Rosją i prorosyjskie nastawienie wielu Białorusinów, w tym wielu z tych, którzy już Łukaszenki nie popierają.

Białoruś w objęciach geopolityki

To zaś oznacza, że jeśli dojdzie do jakiejkolwiek transformacji politycznej na Białorusi, nie zmieni ona geopolitycznej orientacji tego kraju. Wynika to też z prostego faktu, że żaden inny sojusz lub blok geopolityczny nie oferuje Białorusi integracji. Ani Łukaszenka, ani jego ewentualny następca nie staną przed dylematem Wiktora Janukowycza z 2014 r.: czy rozgrywać Moskwę przeciwko Brukseli, czy odwrotnie? Ukraina, kraje Europy Środkowej i państwa powstałe po rozpadzie socjalistycznej Jugosławii miały alternatywy geopolityczne w stosunku do integracji ekonomicznej i geopolitycznej z Rosją i silne, prozachodnie ruchy i partie.

Białoruś tego nie ma. Gdyby Władimir Putin postępował racjonalnie i w Rosji nie było społecznych napięć, mógłby teraz kupić sobie popcorn i śledzić w telewizji, jak na Białorusi bieg wydarzeń tak czy owak wychodzi mu naprzeciw. Ale Białoruś nie jest Armenią (gdzie doszło do zmiany władzy w wyniku protestów bez rosyjskiej interwencji) - jest ona strategicznie ważniejsza, ma wspólną granicę z Rosją i może protestującym w Rosji służyć jako inspiracja, nawet jeśli się demokratyzuje bardzo ostrożnie.

Z punktu widzenia logiki rządzenia w Rosji Swiatłana Cichanouska, która siedzi nieco zagubiona w Wilnie (choć w piątek wystąpi przed Radą Bezpieczeństwa ONZ), starając się kierować akcjami protestu na Białorusi, jest o wiele mniej groźna niż Nawalny, sterujący swoją organizacją z Mińska, gdzie miałby poparcie części elit i byłby poza zasięgiem rosyjskich władz. Białoruś bez Łukaszenki jest możliwa, ale jako państwo gospodarczo i politycznie ściśle powiązane i uzależnione od Rosji, jako państwo dające gwarancję, że nie będzie odgrywać podobnej roli, jaką Hongkong po 1999 r. odgrywał wobec Chin.

Kiedy władza negocjować nie musi

Następne ważne ograniczenie dla transformacji to spójność obozu władzy. W Polsce późnych lat 80. reżim był mało spójny i mało stabilny, starał się bezskutecznie dokooptować opozycję. Odmówiła ona wejścia w fasadowe struktury, rady konsultacyjne i nawet uczestnictwo w rządzie, i mogła skutecznie odmówić, unikając podziałów i nie dając się rozgrywać, bo miała swoje instytucje. W schyłkowym PRL-u rządy się zmieniały, wybuchały konflikty w Komitecie Centralnym, były rozgrywane publicznie, w PZPR powstawały rysy, toczyły się walki frakcyjne, a część nomenklatury szukała kontaktu z opozycją. Tak wyglądała też schyłkowa NRD, upadający Związek Radziecki i koniec systemu segregacji rasowej w RPA.

Na Białorusi nie ma żadnych widocznych podziałów wśród rządzących, protesty nie spowodowały ani dymisji ministrów, ani ucieczki członków elity do opozycji.

Przedstawiciele reżimu odmawiają zarówno negocjacji z Komitetem Koordynacyjnym (który obecnie, mając kilkuste członków, nie jest sterowalny), jak i mediacji ze strony zachodnich państw i Unii Europejskiej.

Legitymacje służbowe rzucili dotąd pojedynczy policjanci, ale nikt z kierownictwa armii, policji, OMON-u albo służb specjalnych. Odbywają się strajki w zakładach, ale nie są to strajki okupacyjne i przy zwolnieniach strajkujący są zdani na siebie. To nie jest „Solidarność” z 1980 r., to nie jest Afrykański Kongres Narodowy. Tamte organizacje były w stanie opiekować się represjonowanymi i ich rodzinami. Bez takiej opieki liczba ludzi chętnych do otwartego poparcia opozycji i narażenia się na represje szybko skurczy się do entuzjastów i rozemocjonowanych młodzieńców. Ale z nimi nie da się przeprowadzić pokojowego przekazania władzy ani odbudowania kraju w ramach rządu tymczasowego.

Wojsko, Kościół czy Rosja?

Mimo to jakaś transformacja - Białoruś bez Łukaszenki - jest możliwa. W Zimbabwe układ rządzący pozbył się - też w wyniku masowych protestów - swojego wodza Roberta Mugabe. Ale ten układ był na tyle silny, że mimo istnienia zaprawionej w walce, dobrze zinstytucjonalizowanej opozycji następcą Mugabego został inny członek kierownictwa partii rządzącej, Emmerson Mnangagwa. Teraz neopatrymonializm w Zimbabwe ma po prostu innego wodza, ale nadal jest neopatrymonializmem.

Operację tę przeprowadziło dowództwo wojska. Białoruskie wojsko dotąd nie przejawiało takich chęci angażowania się w politykę. A bez takiego czynnika stabilizującego, który może obu stronom gwarantować dotrzymanie raz podjętych w negocjacjach zobowiązań, bardzo trudno jest przeprowadzić zmianę wodza, nie mówiąc o zmianie reżimu. Musi tego dokonać instytucja, która ma wystarczającą władzę i zaufanie obu stron konfliktu.

W Polsce w 1989 r. były to wojsko i Kościół katolicki. Na Białorusi nie ma jednej dominującej kościelnej hierarchii, a wojsko dotąd nie przejawiało chęci odgrywania roli mediatora między opozycją i Łukaszenką.

Kiedy Unia broniła swych wartości, ale ich nie obroniła

Zostaje więc tylko Rosja, bo ani Unia, ani Stany Zjednoczone nie są obecnie zdolne odegrać takiej roli wbrew woli Rosji. To może nas oburzać, ale tak jest: ani pogrążone w kampanii wyborczej i epidemii Stany, coraz bardziej izolacjonistyczne i rządzone przez prezydenta i partię republikańską z wyraźnymi sympatiami dla rozwiązań autorytarnych, ani targana wewnętrznymi sporami i pandemią Unia nie są w stanie robić więcej, niż hamować represje na Białorusi i oferować swoje usługi jako „uczciwy makler”.

Stany Zjednoczone nawet tego nie robiły. Unia zaś ma dylemat: może być pośrednikiem między Łukaszenką, opozycją i Rosją - ale wtedy nie może mieć własnej agendy. Z nią Unia stanie się po prostu jeszcze jedną stroną konfliktu - tak jak na Ukrainie i tak jak w Wenezueli. Tam Unia „broniła swoich wartości” i uznała pozbawionego realnej władzy opozycjonistę za nowego prezydenta - ale nic to nie zmieniło w układzie sił.

Kraj jest dziś biedniejszy, niż był, Maduro i jego otoczenie są silniejsi, niż byli, a Unia ma mniej wpływu na sytuację niż kiedykolwiek wcześniej, bo sama się wyeliminowała jako potencjalny mediator, opowiadając się po jednej stronie.

Może ten manewr powtórzyć na Białorusi, uznając Swiatłanę Cichanouską za prawowitego prezydenta. Wtedy stanie się częścią problemu, zamiast przyczynić się do jego rozwiązania.

Ruchy, które mogą podpalić, ale nie mogą zakładać komitetów

Jeśli wyjmiemy Białoruś z prostych porównań z Polską i popatrzymy na nią jako na jeszcze jeden przykład możliwej transformacji podobnej do transformacji powojennych, tych po 1989 r. i podczas arabskiej wiosny, widzimy, że mamy do czynienia z dość typowym przykładem bardzo asymetrycznej, negocjowanej i zewnętrznie bardzo ograniczonej transformacji, która się na Białorusi jeszcze nie zaczęła. Ona może nieco poszerzyć zakres swobód, ale będzie ją cechować wyraźna kontynuacja elit.

Naprzeciwko spójnego, zwartego układu rządzącego, który całkowicie panuje nad aparatem przemocy i administracją, stoi pluralistyczna, słabo zorganizowana, pozbawiona doświadczenia opozycja, której jedynym atutem jest masowa, bardzo trudna do utrzymania przez dłuższy czas mobilizacja. Decentralizacja, brak hierarchii i centralnego ośrodka dowodzenia dotąd grały na korzyść białoruskiej opozycji, bo utrudniały represje reżimu wobec liderów. Trudno aresztować kierownictwo ruchu, jeśli go nie ma. Ale wtedy też nie sposób negocjować.

To akurat dobrze widać na przykładzie „żółtych kamizelek” we Francji: taki ruch może obalić rząd, ale nie może tworzyć spójnego programu ani własnego rządu, bo natychmiast wybuchają spory ideologiczne i kłótnie personalne, lokalni liderzy walczą o przywództwo i ruch się rozpada.

Mówiąc językiem Jacka Kuronia: taki ruch może tylko podpalać komitety, nie może zakładać własnych.

Ta asymetria - bardziej niż „wola polityczna” stron konfliktu, oburzenie obserwatorów i entuzjazm protestujących - decyduje o tym, jak ewentualna transformacja polityczna może wyglądać. Pojawią się w niej wszystkie dylematy dobrze znane z innych transformacji. Jednym z nich jest „dylemat zakładnika”, który opozycja musi rozwiązać, jeśli chce się pozbyć Łukaszenki. To ona jest obecnie jego zakładnikiem, w przenośni (bo on panuje nad środkami przymusu) i dosłownie: reżim obecnie trzyma w więzieniu kilku czołowych opozycjonistów, w tym męża Cichanouskiej.

W swoim własnym, dobrze pojętym interesie Łukaszenka może ustąpić tylko, jeśli opozycja zagwarantuje jemu, jego rodzinie i najbliższemu, najbardziej narażonemu na procesy karne kręgowi współpracowników bezkarność, i to w sposób wiarygodny. Bez takiej gwarancji Łukaszenka i jego ludzie mają wszelkie powody, aby się zachować tak jak Muammar Kaddafi w 2011 r. w Libii i nieco później Baszar al-Asad w Syrii. Kaddafi, pozbawiony możliwości schronienia się w innym kraju, walczył dosłownie do ostatniej kropli krwi, pogrążając swój kraj w krwawej wojnie domowej. Przykład Asada dowodzi, że taką walkę dyktator może wygrać, zwłaszcza przy braku zaangażowania USA i przy wsparciu Rosji.

Jednak taka konieczna dla pokojowej zmiany władzy oferta bezkarności naraża opozycję na oburzenie jej własnych zwolenników, którzy domagają się ukarania winnych zbrodni i korupcji. Nawet jeśli Putin rozwiąże ten problem opozycji i da Łukaszence schronienie w Rosji, opozycja stoi przed gigantycznym wyzwaniem przeprowadzenia wyborów prezydenckich (i potem parlamentarnych) przy udziale aparatu zdominowanego przez elity, które dyktatura wytworzyła w ostatnich 26 latach.

Nie ma na Białorusi alternatywnych elit politycznych, tutejsza opozycja nie ma „swoich oligarchów”, nie ma opozycjonistów w samorządach i w parlamencie. Kto w ostatnich 26 latach walczył z reżimem, dzisiaj znajduje się albo w więzieniu, albo na emigracji. A w takich wcześniejszych wyborach zagłosuje nie tylko tych kilkaset tysięcy obywateli, którzy w ostatnim czasie wychodzili na ulice, ale wszyscy uprawnieni do głosowania, których jest wielokrotnie więcej: zwolennicy autorytarnej władzy, wielbiciele Putina, zwolennicy większej integracji Białorusi z Rosją, przeciwnicy Zachodu i kapitalizmu oraz nacjonaliści, słowem wszyscy, którzy obecnie milczą i na ulice nie wychodzą.

W takich wyborach dotychczasowi zwolennicy i beneficjenci systemu Łukaszenki będą mieli lepszy dostęp do mediów, więcej pieniędzy i lepszą organizację niż opozycja. I w dodatku będą mogli liczyć na poparcie Rosji. Co to oznacza, o tym mogą opowiadać weterani ukraińskiego Ruchu, którzy w latach 90. próbowali walczyć z takimi układami. Jak na swój impet i na gwałtowność wybuchu społecznego nawet ukraiński Majdan zaskakująco niewiele zmienił w oligarchicznym, klientelistycznym systemie politycznym Ukrainy.

Zmienił układ władzy wśród elit, rozszerzył pluralizm i przechylił szalę na korzyść opcji prozachodniej (w tym akurat Rosja ma swój mimowolny udział), ale Ukraina nadal jest neopatrymonialną oligarchią.

Nie ma więc co marzyć o nowym rozdaniu, opcji zerowej albo nieskażonym starym systemem początku na Białorusi, o budowaniu prozachodniej, demokratycznej, niezależnej od Rosji republiki, z której w cudowny sposób znikną zwolennicy, beneficjenci i sojusznicy systemu, jaki Łukaszenka zbudował przez 26 lat.

Białorusini, którzy wychodzą na ulice, o to nie walczą, wielu polskich obserwatorów patrzy na ich protesty poprzez swoje fantazje. Protestujących łączy jeden postulat: chcą się pozbyć Łukaszenki i mają na to szansę, jeśli znajdą poparcie w jego aparacie i w Rosji. Ale to poparcie będzie miało swoją cenę, którą to Białorusini, a nie elity polityczne, będą musieli zapłacić.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.