Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdyby ktoś chciał opisać Mińsk jednym obrazkiem, to najlepszy byłby budynek na rogu prospektu Pobieditielej, w którym mieści się KFC. Nad wejściem do krainy kurczaków wmontowano płaskorzeźbę radzieckich robotników z obowiązkowym sierpem i młotem.

Kilka dni przed wyborami spacerowałam z kolegami dziennikarzami i usłyszałam od kogoś przypadkowego: „To miasto jest takie czyste, przytulne, zadbane, czemu oni się buntują? Mógłbym tu mieszkać!”. Dziennikarze unosili brwi, niektórzy sięgali nerwowo po papierosy. Zaledwie kilka dni później taka fraza, choćby i wypowiedziana bezmyślnie, nie wybrzmiałaby z ust kogokolwiek, kto obserwował białoruskie protesty antyrządowe. Kiedy proszę Alesia Bialackiego, dyrektora Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna”, o skomentowanie działań siłowików, słyszę: – Areszty, przemoc, tortury i znęcanie się nad zatrzymanymi, protestującymi pokojowo obywatelami jest bezprecedensowe dla współczesnej Białorusi. Z podobnym okrucieństwem ludzie spotykali się tutaj ostatnio w czasie II wojny światowej.

Niemający kultury protestu Białorusini odnoszący się neutralnie, często ufający milicji, wojsku i funkcjonariuszom OMON-u, których przez wiele lat postrzegali jako gwarantów bezpieczeństwa, zostali skonfrontowani z przemocą. Naprzeciw ubranych w letnie koszulki, krótkie spodenki, kwieciste sukienki Białorusinów i Białorusinek, skandujących na stacji metra Puszkinskaja czy u podnóży steli hasła: „Wolności!”, „Łukaszenka do awtozaku”, „Trybunał!”, „Niech żyje Białoruś”, stanęły uzbrojone po zęby oddziały OMON-u. Przeciwko ludziom, którzy zanim wejdą na miejską ławkę, by wykrzyczeć wolnościowe hasła, zdejmują buty, a podczas demonstracji zatrzymują się na czerwonym świetle, bo nie chcą dezorganizować ruchu drogowego.

Od kobiet w białych sukniach i z bukietami kwiatów w dłoniach odgradzał się żywym murem OMON, a z czasem także zasiekami i drutem kolczastym. Wszystko, by jak w latach poprzednich zdusić protest w zarodku, zapędzić obywateli z powrotem do domów, najlepiej z podkulonym ogonem i wylizujących własne rany. Białoruskie władze wprawiły jednak w ruch śniegową kulę protestu, która zwiększa się i przybiera na sile. Dzięki jej rozpędowi już teraz oczywiste jest, że procesu zapoczątkowanego tego lata na Białorusi nie da się cofnąć ani zatrzymać.

Białoruś. Selekcja naturalna

Mylą się ci, którzy myślą, że Białorusini masowo wyszli na ulice miast w całym kraju, bo po 26 latach łukaszenkowskiej dyktatury wrócił głód wolności, Europy i demokracji. Tych, którzy kierowaliby się w tej nierównej walce głównie demokratycznymi wartościami, na Białorusi już nie ma – spośród starych dysydentów pozostały jednostki, nierzadko represjonowane i żyjące w skrajnej nędzy, reszta od dawna przebywa za granicą, w więzieniach albo w innym świecie.

Co więcej, w białoruskich akcjach protestu po raz pierwszy od 25 lat na całym poradzieckim terytorium biorą udział niemal wszystkie grupy i warstwy społeczne. Na ulice miast wychodzą więc starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, nastolatki, studenci, mińscy hipsterzy, lekarze, sportowcy, emeryci, robotnicy, taksówkarze. Paradoksalnie, każda z tych osób zapytana o powód swojego zaangażowania może wymienić inny.

Jeśli wymieniać czynniki, które do tego doprowadziły, to tworzą one taką listę: koronawirus, cynizm i chamstwo władzy, pogłębiający się kryzys gospodarczy i coraz niższe pensje, brutalność siłowików oraz stosowane represje, sfałszowane wybory.

– Podczas epidemii koronawirusa zmarli oboje moi rodzice. Byli starzy, schorowani, dzisiaj wiem, że byli w grupie ryzyka. Kiedy oni umierali w szpitalu, w którym brakowało dosłownie wszystkiego, nawet zwyczajnych maseczek, Aleksander Grigoriewicz [Łukaszenka] śmiał się w państwowej telewizji z tych, którzy chorują, negował istnienie koronawirusa. A my wszyscy słyszeliśmy zza okien nieustający odgłos syren karetek pogotowia – opowiada Lena, mieszkanka Mińska.

Wtóruje jej Sasza: – Jestem pewien, że każda osoba, z którą tutaj w ciągu miesiąca zdążyłaś porozmawiać, ma w rodzinie kogoś, kto umarł na COVID-19, choć oficjalne statystyki wskazujące, że na Białorusi umarło 650 osób, temu przeczą. A co mówił na ten temat Łukaszenka? Że selekcja naturalna, że umierają słabeusze.

Epidemię koronawirusa jako główny czynnik mobilizujący wszystkie warstwy społeczeństwa wymienia m.in. Andriej Lenkin, były szef sztabu Waleryja Capkały, niedoszłego kandydata na urząd prezydenta.

– Od lat pracuję w branży IT, dobrze zarabiam i zdaję sobie sprawę, że żyję w niejakiej bańce. Do wybuchu pandemii nie bardzo wiedziałem, kiedy mają się odbyć wybory. Ich wynik był dla mnie oczywisty, od lat nie głosowałem, bo nie widziałem w tym sensu, a sam Łukaszenka był dla mnie dziwnym tworem żyjącym poza moją orbitą. W trakcie epidemii odczułem jednak, jak cyniczna i chamska jest władza, która nie spełnia swoich podstawowych zadań i pozostawia ludzi samym sobie. Poczułem gniew i chęć działania, choć jeszcze kilka miesięcy temu, gdyby ktoś mi powiedział, że będę się jakkolwiek angażować, popukałbym się w głowę.

Problem z czekoladą

Popukaliby się też ci, którzy wprost mówią, że brak demokracji i dyktatorskie rządy Łukaszenki niespecjalnie im do tej pory przeszkadzały, ale pobicia, zatrzymania, tortury i zabójstwa protestujących – już tak.

– Moi rodzice zagłosowali na Cichanouską, bo ich o to poprosiłem. Opowiedziałem im historie moich znajomych, którzy jeszcze przed wyborami byli brutalnie potraktowani przez siłowików, bo brali udział w wiecach poparcia opozycji. Długo rozmawialiśmy, przyznali mi rację, tata nawet zrobił zdjęcie karty wyborczej i wysłał ją na platformę „Gołos”, żeby można było ten głos potwierdzić. Wcześniej jednak zdawali się wierzyć, że każda władza jest zła. Mówili: „Łukaszenka przynajmniej się już nakradł i jest źle, ale stabilnie. A nowi przyjdą z niczym i skupią się na napełnianiu kabzy”. Na szczęście przejrzeli na oczy – opowiada mi 22-letni Paweł, student i kelner. Polityką aktywnie interesuje się od niespełna pół roku. To, że w kraju jest źle, zauważył podczas pierwszego wyjazdu za granicę. Nie mógł zrozumieć, dlaczego jego niemieccy rówieśnicy bez wahania i zastanowienia sięgają w marketach po czekolady Lindt czy Milka, a on przez 10 min zastanawia się, na którą może sobie pozwolić i czy nie ma tańszej.

Czynnik ekonomiczny jako jeden z głównych faktorów wymieniają wszyscy moi rozmówcy, wśród których znaleźli się m.in. alternatywna kandydatka na urząd prezydenta Swiatłana Cichanouska, znany i ceniony politolog Artiom Szrajbman, obrońca praw człowieka i dyrektor Wiasny Aleś Bialacki, szefowa sztabu Wiktara Babaryki Maryja Kalesnikawa, ale też Sasza Bielikow, aktywista pracujący w firmie zajmującej się podłączaniem internetu, Swiatłana – nauczycielka angielskiego, czy taksówkarz Piotr.

– Biełstat, czyli państwowy komitet statystyczny Białorusi, mydli nam oczy i wciska kit, że średnia pensja utrzymuje się na poziomie 500-600 dol. Nieprawda. Większość, nawet w Mińsku, zarabia ok. 300-400 dol. miesięcznie, na wsiach – 150 dol. Jak przeżyć? Nie wiem, biorąc pod uwagę, że ceny są u nas prawie takie same jak w Polsce. Ludziom starcza na jedzenie na tydzień, dwa, później jedzą to, co udało im się wyhodować. Pracuję na umowę o dzieło, nie mam urlopów, składek, świadczeń zdrowotnych czy emerytalnych. Pracuję tyle, ile chcę, czyli nawet kilkanaście godzin dziennie. Dzięki temu zarabiam bardzo dużo, ok. tysiąca dolarów – opowiada Sasza.

Białoruś. Niezależni od Rosji i Zachodu

To, co wszystkich moich rozmówców irytuje i mierzi, to coraz bardziej widoczne zaniedbanie obywateli przez państwo, przy jednocześnie wysokich podatkach.

Władimir Kowalczuk, ekonomista, mówi mi, że niemal połowę swoich dochodów Białorusini zmuszeni są oddawać do budżetu państwa. Płacą podatki także ci, którzy w danym momencie nie zarabiają. „Darmozjady”, bo tak o osobach bezrobotnych mówi Aleksander Łukaszenka, jeszcze niedawno mieli płacić państwu karę za brak miejsca zatrudnienia, teraz zobowiązani są do płacenia wyższych niż reszta społeczeństwa rachunków za media: prąd, gaz, woda i światło dla bezrobotnych są kilka razy droższe. Wszystko to w obliczu galopującego spadku wartości białoruskiego rubla, ochłodzenia relacji na linii Mińsk – Moskwa, polegającej wcześniej na wymianie rosyjskich pieniędzy i ropy na łukaszenkowskie pocałunki, czy kryzysu gospodarczego, który sprawił, że na Białorusi nie wprowadzono kwarantanny.

Białorusini zdali sobie sprawę, że przy Łukaszence nie jest już nawet „źle, ale stabilnie”, tylko po prostu źle, z perspektywą, że w najbliższej przyszłości będzie gorzej.

– Nawet jeśli teraz nam się nie uda, to władza nie pociągnie roku. Nie będzie za co. Ludzie, już naprawdę wszyscy, wyjdą na ulice, gdy nie będą mieli co żreć. Wtedy już nic nie będzie im straszne. Ani cela, ani pała. Pytasz mnie o czyste miasto i czystą Białoruś, że taka niby zadbana. Słuchaj, mogę mieszkać nawet na śmietniku, byle godnie zarabiać – irytuje się Bielikow.

Podczas białoruskich protestów prawie nigdy nie widać flag Unii Europejskiej. Obecna jest jedynie narodowa symbolika, biało-czerwono-białe flagi i symbole „pogoni”. Nieprzypadkowo. Zarówno białoruscy liderzy społeczeństwa obywatelskiego i opozycji, jak i zwykli obywatele podkreślają, że do Brukseli im się nie spieszy. Ich zdaniem Białoruś sama jest w stanie się rozwinąć przy początkowym wsparciu świata.

– Tylko proszę podkreślić, że nie chcemy integracji z Rosją – stresuje się Polina, niezależna obserwatorka podczas wyborów prezydenckich, której komisja ani razu nie wpuściła do lokalu wyborczego – zależy nam na dobrych relacjach z Rosją i Zachodem, ale chcemy być suwerenni, rozwijać się, uzyskać pełną niezależność. Przez 26 lat zabijano w nas białoruskiego ducha, całą naszą tożsamość. Musimy to wszystko odbudować.

Potwierdza to Swietłana Aleksijewicz, która mówi mi tak: – Białoruska młodzież obawia się, że Rosja do nas przyjdzie. Nie mówię o żołnierzach, czołgach i wojnie, ale o tym, że Rosja jest w stanie zmusić Białoruś, by padła przed nią na kolana.

Innego zdania jest Artiom Szrajbman, który temat geopolitycznego położenia Białorusi, stanowiącej niejako swoistą granicę między Europą a Rosją, komentuje tak: – Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie. Kwestia relacji z Rosją czy z Europą to na razie temat peryferyjny dla opozycji i dla reszty społeczeństwa. Warto jednak pamiętać, że oczekiwanie, iż do władzy dojdzie kandydat antyrosyjski, jest naiwne, biorąc pod uwagę, że Białorusini w znacznej mierze są prorosyjscy.

Białoruś. Kościół na mediatora?

Większość Białorusinów nie zastanawia się, jakie będą konsekwencje rewolucji. Jasne jest, że Łukaszenkę należy zwolnić. „Stabilność”, która przez tyle lat stanowiła wartość, odeszła w niebyt. Nagle Białorusini zaczęli się interesować tym, ile rezydencji ma Łukaszenka, że od dawna nie są modernizowane szkoły i szpitale i dlaczego państwo jest zadłużone na ponad 40 mld dol. – Mamy świetnych lekarzy, programistów, specjalistów, którzy – jeśli władza się zmieni – nie będą zmuszeni do wyjazdu z kraju, by się rozwijać. Dzięki nim uda nam się rozruszać państwo, gospodarkę. Nie jesteśmy głupsi od Polaków, przecież oni po 1989 r. świetnie sobie poradzili – słyszę od Paszy, lekarza jednego z mińskich szpitali.

Twardo stąpają po ziemi jedynie analitycy i eksperci. Pytany o przyszłość Białorusi Szrajbman mówi: – To będą miesiące, a może i lata niepewności. Będzie to okres przejściowy, podczas którego niewiele będzie się zmieniać w kwestii polityki zewnętrznej czy gospodarki kraju. Dojdzie do zmiany konstytucji, ograniczenia roli prezydenta, rozpadu struktur siłowych.

Scenariusz ten, choć na razie majaczący na horyzoncie, traktowany jest przez społeczeństwo jako w pełni realny. Utworzona przez opozycję Rada Koordynacyjna zapowiada gotowość przeprowadzenia rozmów z obecną władzą i kierowania procesem jej przekazania. A biorąc pod uwagę trzeszczący w szwach budżet Białorusi, trudno nie przypuszczać, że z czasem do władzy dotrze, że o wiele mniej kosztowne i ryzykowne jest dla niej rozpoczęcie negocjacji z „młodymi”. Rzecz jasna, zmuszając ich najpierw do zapewnienia sobie wszelkich możliwych przywilejów w rodzaju dożywotniej nietykalności.

W roli mediatora Białorusini nie widzą jednak Moskwy ani Brukseli: – Pośrednik z zewnątrz musi zostać odrzucony, bo kryzys białoruski jest całkowicie wewnętrzny. Będzie to trudne, bo w kraju nie ma prawie żadnych niezależnych autorytetów, które byłyby przekonujące dla obu stron i którym można byłoby zaufać, nie bojąc się, że same zechcą zagarnąć władzę. W tym momencie najlepszymi mediatorami byłyby wg mnie kościoły i cerkwie – tłumaczy mi Szrajbman.

Być może rola mediatora, jak zresztą uważa także Rada Europy, rzeczywiście powinna spocząć na barkach niezależnych Białorusinów. Wsparcie świata, a przede wszystkim Europy, jest jednak kluczowe. Bez niego protest może ponownie zostać zduszony, a pozbawieni wsparcia Białorusini – krwawo i ostatecznie spacyfikowani. Zadaniem Europy Zachodniej ważne i cenne jest okazywanie wsparcia białoruskiemu społeczeństwu, wsparcie moralne, finansowe, prawne – szczególnie w przypadku osób, które z powodu represji musiały z kraju wyjechać.

Andrej Sannikau, kandydat na urząd prezydenta Białorusi w 2010 r., represjonowany, więziony i mieszkający obecnie w Polsce, mówi mi: – Świat bardzo długo wspierał Łukaszenkę. I mówię tu także o Europie. Do niedawna bywał zapraszany do Europy, prowadzono z nim interesy. Można to kontynuować, ale jeśli tak dalej będzie, to rosyjskie czołgi pójdą przez Białoruś do Europy. Nawołuję europejskich demokratycznych liderów, by w tych trudnych momentach byli w Mińsku. Przyjedźcie. Pomóżcie nam. Wesprzyjcie Białoruś.

Rok temu Aleksander Łukaszenka w jednym ze swoich oficjalnych wystąpień powiedział: – Historia nauczyła nas, by chronić spokój i niezależność. Wiemy, że przyszłością Białorusi jest wspólnota narodu, jego solidarność. To największy sukces naszego państwa i najlepszy możliwy spadek, jaki pozostawimy dzieciom i wnukom.

Nie spodziewał się pewnie, że te słowa idealnie będą brzmieć w innych okolicznościach.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.