Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od redakcji: W Białorusi od kilkunastu dni trwają protesty przeciwko wyborczym fałszerstwom. Białorusini i Białorusinki domagają się, by ich kraj był wolny i demokratyczny, by uwolnił się od dyktatury, kłamstwa i przemocy.
Przypominamy "Białoruską balladę", napisany wiosną 1985 r.  esej Adama Michnika o relacjach polsko-białoruskich

---

Konradowi Bielińskiemu*

Motyw powstania styczniowego powraca w polskiej literaturze często i to w sposób szczególny. Każdy z tych powrotów to pogrążenie się w smaku klęski, by oddać cześć pokonanym lub by pozbawić ich pośmiertnej chwały. Spór o powstanie styczniowe nie jest wszakże batalią historyków o przeszłość: uwikłany w konteksty całkiem współczesne jest szukaniem rozwiązania dla równie współczesnych zadań.

Czym było to powstanie? Jakim jawi się naszym współczesnym? Czy było kompletnym fiaskiem polskiej irredenty, jak twierdzili krakowscy „stańczycy”? Czy było finalnym dowodem absurdalności polskich insurekcji? Czy może punktem wyjścia dla konstruowania nowych orientacji ugodowych? A może z tego powstania wyłoniła się nowa, rozumniejsza „polska mentalność”?

Tak czy inaczej — tę klęskę, wyklętą przez konserwatystów, uczyniono odskocznią do namysłu nad polskim losem.

Kiedy Ksawery Pruszyński i Stanisław Stomma — jeden w 1944 roku, drugi w dwadzieścia lat później — wystąpili z apologią margrabiego Wielopolskiego, cień pana z Chrobna służył im za figurę dla — różnie zresztą pojmowanych — koncepcji orientacji prorosyjskiej. Kiedy kardynał Wyszyński w słynnym kazaniu wygłoszonym w setną rocznicę powstania polemizował ze Stommą i odrzucał jego tezę o „antyrosyjskim kompleksie” Polaków, bronił sensu niepodległościowego zrywu i odrzucał ideę ugody z zaborcą konstruowanej ponad polskimi głowami. Także Paweł Jasienica w Dwóch drogach bronił politycznego rozumu powstańców i oddawał im hołd spadkobiercy tradycji wolnościowych. Podobny sens miała monumentalna monografia powstania pióra Stefana Kieniewicza.

W kilku świetnych opowiadaniach wrócił do tego tematu Jarosław Iwaszkiewicz. Zawsze to była dlań okazja do odtworzenia splątanego węzła stosunków polsko-rosyjsko-ukraińskich i zadumy nad tragiczną beznadziejnością niewykorzenionej aspiracji Polaków do niepodległości. Inaczej Władysław Terlecki — tego zafascynował problem policji i prowokacji, zarażenia polskiego życia tymi chorobami i spaczenie podziemnym życiem.

Wreszcie Tadeusz Konwicki. Jego dwa opowiadania o powstaniu styczniowym, wpisane w całkiem współczesną fabułę Kompleksu polskiego — dzisiaj odczytywane — brzmią jak proroctwo, przestroga i błogosławieństwo zarazem dla tego wszystkiego, co się dobrego wydarzyło w Polsce w następnych latach. Kto chce pojąć genezę, sens i moralny wymiar dzisiejszego polskiego oporu — niechaj sięgnie do tych opowiadań Konwickiego, który w 1977 roku, obserwując kolejkę przed sklepem jubilerskim, dostrzegł okiem wizjonera czas przyszły... Ten czas, w którym nie wiemy jeszcze, czy tkwi sens, lecz wiemy przecież, że tkwi mus.

Niechaj też sięgnie do wcześniejszej książki Tadeusza Konwickiego, do Kalendarza i klepsydry. Niechaj przeczyta pomieszczone tam fragmenty o Białorusinach, Ukraińcach, Żydach; niech ze szczególną uwagą i powagą wczyta się w pisarskie ślubowanie Tadeusza Konwickiego, w jego wyznanie o tym, jak przysiągł, że nigdy przeciw obcoplemieńcom nie skieruje swego pióra.

Ta przysięga Konwickiego stanowi nie tylko o jego niezwykłym miejscu w naszej literaturze, ale jest również poprzeczką moralną postawioną polskiemu piśmiennictwu. Kto tej zasadzie się sprzeniewierzy — zdaje się mówić do nas Tadeusz Konwicki — kto ożywiać zechce polską ksenofobię, służyć swym piórem megalomanii, rozpalać słowem pisanym nienawiść międzyplemienną — ten podepce najcenniejsze wartości polskiej kultury i duchowości. Amen.

Przypomniałem sobie to wszystko, czytając wspaniałe Rozmowy polskie Jarosława Marka Rymkiewicza. Aliści o Konwickim i Rymkiewiczu myślałem, czytając niepozorną, niemal nie zauważoną książeczkę białoruskiego pisarza Sokrata Janowicza. Składa się ona z trzech opowiadań. Akcja pierwszego z nich toczy się w epoce Władysława Jagiełły; tematem ostatniego jest współczesność. Łączy te nowele opowieść z czasu powstania styczniowego zatytułowana Srebrny jeździec. Taki też jest tytuł całej książki.

Trzy opowiadania traktują o trzech — jakże różnych od siebie — momentach w dziejach narodu białoruskiego. Bohaterem pierwszego jest człowiek „tutejszy”; drugie opowiada o białoruskim „wybijaniu się na niepodległość”; trzecie traktuje o szukaniu w dniu dzisiejszym korzeni białoruskiej historycznej tożsamości.

To trzecie opowiadanie — o młodych Białorusinach z Białostocczyzny odkrywających skarby kultury białoruskiej z XVI wieku — jest wyzwaniem dla współczesnych Białorusinów i wezwaniem skierowanym pod ich adresem. Janowicz wskazuje ich niemal palcem: tu są wasze źródła, tu ich szukajcie, ratujcie swą identyczność narodową, wbrew wszystkiemu bądźcie sobą. Wiele w tym wezwaniu niedomówień. Nie mając możliwości pisania całej prawdy o teraźniejszości, Sokrat Janowicz kieruje wzrok ku historii. Czyż nie taką samą strategię obrał estoński pisarz Kross czy litewski — Avyżius?

Bohaterem pierwszego z opowiadań jest Skrouba, zwiadowca służący w wojsku Wielkiego Księcia Litewskiego. Niewiele pojmuje ten prosty Białorusin z otaczających go konfliktów, a własna jego tożsamość narodowa daleka jest od klarowności. Kim jest? Jest klasycznym „tutejszym”, mieszkańcem ziemi wciśniętej między burze dziejowe mocarnych, świadomym swej odrębności, choć może nieumiejącym jej dostatecznie jasno wyrazić. Próbując zrozumieć otaczający go świat, myślał sobie:

„Wielmoże z wielmożami, jak ci panowie polscy, żon sobie siłą nie poodbierają, rozbierać się do pościeli nie zmuszą ich, córek białorękich na śmiech ludzki nie wystawią, nie zhańbią, gardeł sobie nawzajem nie poderżną; pocałunkami drańskimi ugodę między sobą obwieściwszy całą nawałę drużynników butnych na wioski sprowadzą dla zdzierstwa i na hańbę białogłów chłopskich, oprycznikom uciechę obiecując, rozpustę i rozbój po chatach czyniąc im zapłatą za wierność i wytrwałość dziarską... (...) No, władza jest władzą na pohybel ludzikom!”.

Ten „ludzik” to właśnie on — Skrouba. Nie tylko dlatego, że jest biedakiem. Głównie dlatego, że jest Białorusinem, synem ziemi wydanej obcym na grabieże. Nie myśli wszakże o buncie. Przeciwnie. Powtarza sobie: „Kiedy zwyciężyć kogoś nie ma mocy, przyjacielstwo z takim gotuj!”. Z trwogą spoglądał na mocarnych: „Nie można przecież władzy utrzymać, nie zabijając i nie oszukując” — powtarzał. I dodawał w duchu: „Wojnę sam Bóg zesłał, tę porę wywyższenia się łatwego dla każdego, komu sumienie nie jest zbyt twardą zasadą”.

Podczas wyprawy zwiadowczej wziął Skrouba jeńca, Mazowszanina. Wiodąc tego młodego Polaka na przesłuchanie do swych litewskich panów, dumał: „Jakże ja mam nie wiedzieć tego, że ty, Mazowszaninie, chociaż i na naszej ziemi schwytany, uważasz mnie za kudłacza zbójnego, którego bez drgnięcia prawicy zarąbałbyś jak nic. Zastanów się, o co ty możesz mieć do mnie żal, kiedy ja takim sposobem domu swojego bronię i innych tymże w krainie mej umęczonej. Jestem taki, jakim trzeba, żebym był! A i ty bronisz swoich, i ja rozumiem to bardzo pięknie. Więc my obaj dwa, ja i ty, w stanowisku, w jakim nam przyszło się znaleźć, nie możemy nie stać się dla siebie bezlitosnymi. Ja nie mam prawa żadnego do współczuwania dla ciebie; nakazano mi myśleć tutaj o wszystkich, podobnie jak i tobie. Nie w imię swoich zachceń prowadzę cię na zgubę. Tobie bieda. Tobie sądzone już tak właśnie we krwi swoje ciało młodzieńcze skąpać jutro o świcie, odmówiwszy modlitwy straszliwe o zorzy porannej. Nie uniknąć i mnie tego samego kiedyś, jak nie jutro, to pojutrze czy za rok-dwa na służbie takiej. (...) Tak oto i walczą narodowie ze sobą za pomocą ludzi swoich, a bratku mój — jedni, żeby żyć, inni — nażyć się od sąsiadów albo kogoś innego. I do czego to świat nam dojdzie?...”.

Tak oto przemawiał Białorusin do Polaków. Jest w tym wyznaniu białoruska gorycz i lęk przed polskimi sąsiadami; jest wszakże i wyzwanie rzucone w przyszłość — że przecież tak być nie musi. Że inaczej mogłoby być...

***

„Jeszcze na jesieni 1863 roku zarzewie powstania styczniowego w Białorusi wciąż gorzało. Białorusini czekali wiosny, aby — wziąwszy samorobną broń oraz kosy i siekiery, znowu iść walczyć. O wolność — o Białoruś bez cara i panów. Tak miało być”.

Od tych słów zaczyna się Srebrny jeździec, jedno z najpiękniejszych opowiadań o powstaniu styczniowym, jakie zdarzyło mi się czytać. Opowiadanie — manifestacja białoruskiej woli wolności, a zarazem opowiadanie dokument wątków tak polskich, tak bardzo obecnych choćby u Terleckiego i Konwickiego. Zespala ono namysł nad funkcjonowaniem policji politycznej z ref leksją nad kondycją człowieczą styczniowych insurekcjonistów. Bohaterami są funkcjonariusze policji i konspiratorzy, a tłem policyjny koszmar Wileńszczyzny rządzonej przez generałagubernatora Murawiewa — „Wieszatiela”; bohaterami są pułkownik Łosiew, szef służby kontrwywiadowczej, i Konstanty Kalinowski, plebejski przywódca białoruskiego powstania. Srebrny jeździec opowiada o polowaniu Łosiewa na Kalinowskiego.

Sokrat Janowicz ukończył pracę nad tym opowiadaniem w 1976 roku. W tym samym czasie powstał Kompleks polski Tadeusza Konwickiego. Wtedy też powstały pierwsze instytucjonalne zalążki opozycji demokratycznej w Polsce...

Pułkownika Łosiewa skrytykowano na naradzie u generała-gubernatora: nie zdołał zlikwidować nowego ośrodka kierowniczego białoruskiej konspiracji. Studiując akta i donosy, Łosiew myślał:

„Wszystko to nie ma istotnego znaczenia. Wykrycie ośrodka kierującego powstaniem w Białorusi jest niemożliwe za pomocą wyłącznie agentury. Nie mam agentów, którzy nie wywołując podejrzeń, potrafiliby odegrać rolę partnera w kontaktach z niebezpiecznymi inteligentami, a jednocześnie zdobyć ich zaufanie w tym stopniu, który pozwala na szczere rozmowy, ujawnianie tajemnic... To niemożliwe!” — zakonkludował. Przed oczami zjawiały mu się tępe twarze szpiclów i różnego rodzaju sprzedawczyków z chytrymi uśmiechami, którzy sens życia widzieli w pieniądzach i słodkiej rozwiązłości. Praca była dla nich karą i dlatego, idąc na służbę do policji, spodziewali się przede wszystkim lekkiego chleba. Łosiew był na tyle kulturalnym i inteligentnym człowiekiem, że nie mógł nie czuć nienawiści do tych ludzi, ale jednocześnie uświadamiał sobie, że w jego służbie nie może być inaczej.

„To oczywiście, smutne, iż wysoki tron cesarza trzeba ochraniać przy pomocy ludzików mających brudne ręce i splugawione sumienia — pomyślał pułkownik. — Inteligenci przez duże I, a tym bardziej intelektualiści są w policji, niestety, taką rzadkością, że pułkownik tylko słyszał o tym, jak o jakimś kosztownym minerale...”.

„Zdekonspirowanie centrum — myślał — jest operacją nadzwyczaj złożoną. Potrzebni są do tego nie sprzedawczyki; ci akurat nie zachodzą wysoko w podziemnej hierarchii, bo nie wystarcza im wytrzymałości, siły woli, którą może dać tylko bezgraniczna wiara w ideę. Do zdekonspirowania ośrodka kierującego powstaniem potrzebna jest zdrada! Wielka zdrada! A to jest zupełnie co innego niż sprzedajność. Zdradę mogą zrodzić rozbieżności ideowe lub gwałtowny brak wiary w sens ofiary...”.

Łosiew miał w sobie coś z policyjnego intelektualisty, owego kosztownego minerału — takim go nakreślił Sokrat Janowicz. Lubił pracę metodyczną i koncepcyjną, w głębokim fotelu, przy mocnej herbacie. Na stole pokrytym suknem rozkładał teczki szpiclów i agentów. „Gdyby nie mundur — powiada Janowicz — można byłoby pomyśleć, że to samotny mężczyzna zabiera się do układania pasjansa”. Albo inny obrazek: „Gdzieś monotonnie krzyczał więzień i słychać było ordynarne przekleństwa tych, którzy go katowali. Trzeba wydać polecenie, aby zaprzestano takich prostackich metod śledztwa — z pogardą pomyślał Łosiew o twardogłowych podoficerach policji z bydlęcymi charakterami, którym się wydaje, że biciem można osiągnąć praktycznie wszystko”. Nasz pułkownik był zwolennikiem metod bardziej subtelnych. Sokrat Janowicz zestawia ze sobą dwie techniki policyjnej konwersacji: prowincjonalnego policmajstra i wyrafinowanego Łosiewa. Porównajmy.

Oto białoruski schłopiały szlachcic, Władek Pronczyk, związany z podziemiem, wezwany do policmajstra z Sokółki, który chce go zwerbować na agenta. Konspiracyjny zwierzchnik wyposażył go na drogę w dwie prawdy. Pierwsza z nich brzmiała: „Policja w ogóle wie tyle, ile jej ktoś powie lub doniesie”. Druga zaś była radą: „Pamiętaj o jednym i nie podpisuj żadnych papierków. Żadnych!”.

Policmajster częstował Pronczyka papierosami, krytykował nałogi, chwalił pożycie małżeńskie — pamiętając, że jego rozmówca jest religijny i od niedawna ożeniony.

„Z Pronczykiem — pisze Janowicz — rozmawiał człowiek, którego jedynym celem w życiu było: kogo i jak omotać! Przedwczoraj śnił, że samego cara udało mu się zrobić swoim kapusiem, podnóżkiem. Car płakał, całował buty policmajstra, prosił i błagał, aby zachował w tajemnicy pewien drobny fakt, zupełnie drobniutki fakcik, którego ujawnienie ośmieszyłoby go, zniszczyło! Policmajster przynajmniej raz wykrzyczał się na cara, wylał na niego całą swoją żółć”. Krzyczał we śnie do cara: „Myślałeś, że policja to durnie?! Lenie?! Nieuki?! Widzisz, jak niezauważenie ty, car, znalazłeś się w naszej kieszeni? Zapamiętaj pyszałku: nie ma takiego człowieka na świecie, z którego nie można by zrobić szmaty! Wystarczy każdemu poskrobać tylko politurę sumienia... Tak, mój cesarzu!”.

Ot, sen policmajstra. Zastanawiam się, czy Gienek Maciuk z gdańskiej Służby Bezpieczeństwa tak właśnie rozmawia w swoich snach z Wojciechem Jaruzelskim?

Rozmawiając z Pronczykiem, policmajster liczył bardzo na jego lęk o młodą żonę. Pronczyk godził się na pochwały cnót rodzinnych, choć odmówił wzmocnienia herbaty alkoholem.

Policmajster przystąpił do rzeczy:

„— Słyszał pan, nie tak dawno w Ostrowiu rozbestwieni szlachcice gwałcili kobiety i dziewczęta. Mówią, że to powstańcy... Nie wierzę w to: powstańcy to szlachetni ludzie, idą na śmierć dla idei, strzelają do bandytów tak samo jak i my, prawowita władza... (...) Nie dopuścimy do rozboju w naszym powiecie. Bandyci zostaną schwytani i ukarani z całą surowością. Najlepsi ludzie z narodu pomogą nam, policji, w wypełnieniu nałożonych na nas przez społeczeństwo odpowiedzialnych obowiązków zachowania ładu i bezpieczeństwa...

Pronczyk wiedział: w Ostrowiu była próba zgwałcenia dziewczyny przez trzech pijanych szlachciców z wojewódzkiego sztabowego oddziału Duchińskiego. Ciemna i haniebna dla powstania historia!

— Bandytów łapać i wieszać! — wykrzyknął Pronczyk. (...) Oburzenie przyszło mu lekko: sam Duchiński zmusił szlachciców do tego, aby publicznie poprosili o wybaczenie całą wieś! (...)

— No, no właśnie — gwałtownie podtrzymał Pronczyka policmajster. — Trzeba wykorzenić tę hańbę ludzkiego rodu! Ostygli.

— Ale tu zmuszony jestem powiedzieć panu, panie Pronczyk, rzecz nieprzyjemną dla nas, policji — spuścił przed nim oczy jak dobry przyjaciel, który prosi o zrozumienie. — My jako policja napotykamy pewne trudności w wykonywaniu swoich społecznych obowiązków. I, powiem panu szczerze, nasi żandarmi nie dorośli jeszcze do stawianych przed nimi zadań. No cóż, to prostaccy ludzie... — policmajster skrzywił się w pół słowa: pogardzał żandarmami, ich tępotą. Pronczyk — to szlachcic; biedny, ale szlachcic. (...)

— Wie pan, dużo myślałem, zanim odważyłem się niepokoić pana zaproszeniem na rozmowę. — I wlepił w niego wzrok: — Ja, panie Pronczyk, bardzo pana proszę: niech pan nam pomoże! Nasz departament i ja osobiście będziemy panu bardzo wdzięczni. Bardzo!

— Chętnie.

— Wie pan, niepokoi ten wybryk w Ostrowiu — dobrze celował. — Naród jest słusznie oburzony... (...) Nam, panie Pronczyk, potrzebne są nazwiska tych bandytów i ich cechy charakterystyczne. (...) Resztę już my szybko wyjaśnimy: mamy tę przewagę nad złoczyńcami, że za nami stoi potężna organizacja, która niezbyt ładnie nazywa się policją...

Pronczyk przerwał mu:

— Jeśli tylko czegoś się dowiem — natychmiast zjawię się u was. (...) — Dogadali się.

— Proszę się nie liczyć z kosztami. Dla sprawiedliwości nie szkoda pieniędzy. Damy je panu — policmajster otworzył szufladę i z widoczną gotowością wyjął stamtąd kilka dziesięciorublówek. Jego głos brzmiał przepraszająco: — Konieczna jest, panie Pronczyk, głupia formalność: pokwitowanie na tę sumę — wytłumaczył pośpiesznie jak jakiś kombinator. — Wie pan — to wie pan brzmiało po bratersku — wie pan, biurokracja jest i u nas. Wszędzie jej pełno, wszędzie są buchalterzy; kłócą się z nami, wie pan, ale nic się nie zrobi... Niech pan podpisze pokwitowanie pseudonimem np. Jastrząb albo coś w tym rodzaju. Tak jak przyjęte. — Oczy wciąż miał rozbiegane.

— Panie policmajster — Pronczyk odezwał się nieśmiało, lekko obrażony — pieniądze mam, nie chcę przysparzać policji zbędnych wydatków.

— Mimo wszystko z jakiej racji ma pan ponosić koszta? — Pouczał: — Może przyjdzie panu spoić kogo z bandytów, rozmawiać z nim przy wódce, która, wie pan, rozwiązuje języki. Pijany człowiek staje się szczery. Na to potrzebne są pieniądze, czasem nawet niemałe. A dla nas, policji, te kilka dziesięciorublówek, wie pan, to zupełny drobiazg.

— Nie, nie wezmę. Sumienie mi nie pozwala. Ja naprawdę mam pieniądze.

— Proszę wziąć — policmajster nachylił się. — To są, można powiedzieć, pieniądze niczyje: jest kasa, są i pieniądze! — zaśmiał się żartobliwie. (...)

— Proponując mi pieniądze pan, proszę mi wybaczyć szczerość, obraża moje poczucie obowiązku względem Imperium Rosyjskiego! Moje poczucie honoru zmusza mnie do powiedzenia panu tego...

— Moją propozycję wziął pan może za próbę zapłaty? — powiedział policmajster ze szlachetnym zdziwieniem. — To nieporozumienie, do którego nie powinniśmy dopuścić. Pieniądze powinny panu tylko pomóc.

— Kiedy mi będą potrzebne, sam poproszę o odpowiednią sumę — odrzekł Pronczyk.

— Nie chciałem pana obrazić, panie Pronczyk — zmieszał się policmajster. — Sądziłem, że proponuję panu pomoc państwa w społecznie ważnej sprawie... W naszych dobrych zamiarach...

Dziesięciorublówki zgarnął z powrotem do szuflady. Myślał: — Nie będzie podpisu Pronczyka, to nie będzie i władzy nad nim. Spróbujemy mu coś podrzucić, jakąś cudzą własność i nawinąć sprawę o złodziejstwo. Poprosi o ratunek — wtedy postawię mu warunki. Twardo postawię, bez delikatności....

— Panie policmajster, jak tylko czegoś się dowiem o bandytach, od razu wam doniosę — uprzejmie i nie bez pośpiechu żegnał się Pronczyk.

— Mam nadzieję, panie Pronczyk, że dobrze się rozumiemy — mówił policmajster. (...) Gdy został sam, wymamrotał: — Chytra kanalia!”.

Tak wyglądała próba kuszenia Pronczyka, której obraz zacytowałem tak obszernie nie tylko z powodu jego wartości historycznej i literackiej.

Łosiew nie był z poczynań policmajstra z Sokółki zadowolony. Ostro go sztorcował: „Skąd panu przyszła do głowy nadzieja, że Pronczyk zgodzi się współpracować z policją?! (...) Czyżby rzeczywiście pan wierzył w bajkę o konfidentach-patriotach? Policja, panie policmajster, to jest policja. Istnieje po to, proszę wybaczyć skrajność, aby ludzi, którymi się zainteresuje, stawiać w sytuacji bez wyjścia. A może liczył pan na prostoduszność Pronczyka?”.

„Prostego człowieka — brzmiała odpowiedź policmajstra — nie jest łatwo zrobić konfidentem. O ile łatwiej — inteligenta. Ten ma co tracić w przypadku odmowy...”.

Łosiew wiedział, dlaczego był wściekły: „— Okazaliśmy się nieprzygotowani do wybuchu powstania, chociaż dawno wiedzieliśmy o tym, że się odbędzie. Nawet to — kiedy! Nie mamy, na przykład, siatki informatorów, choćby po jednym w każdej większej wiosce. Bez nich jesteśmy głusi — to znaczy także i ślepi. Co jesteśmy warci, panie policmajster, bez pomocników z ludu?”.

Nie cierpiał pułkownik „tych tępogłowych”, „tych wszystkich kanalii, które siedzą cichutko i czekają, aż inni zrobią za nich najczarniejszą robotę”. Sam działał subtelnie i skutecznie. W ten sposób rozpracował jednego z grupy organizatorów powstania na Mińszczyźnie, Porfijanowicza. Porfijanowicz załamał się nieco i przyznał do znalezionych przy nim materiałów. Ale Łosiewa interesowało, od kogo uwięziony te materiały otrzymał. Zacytujmy ich dialog. Porfijanowicz:

„ — Czy panu pułkownikowi nie wystarczy moje przyznanie się, że te rzeczy należały do mnie?

— Ja pana rozumiem. Dostatecznie dużo wiadomo mi o pańskiej kierowniczej roli w powstaniu.

— Jeżeli wiadomo panu o tym, to po co mnie męczycie. Żebym pociągnął za sobą jeszcze przyjaciół? Wieszajcie mnie, przeklęci Moskale! Szybciej!

— Panie Porfijanowicz, jest pan kulturalnym i inteligentnym człowiekiem, a krzyczy pan, proszę wybaczyć porównanie, jak awanturnik z garbarskiej Pohulanki. Czy ja pana czymś obraziłem?

— Samą obecnością na naszej ziemi obraża pan mnie, wszystkich moich rodaków!

— Trudno mi, panie Porfijanowicz, zaprzeczać, bo pan ma rację. Ale, jak mi się zdaje, utożsamia pan moją osobę ze stanowiskiem służbowym, które zajmuję... Jeśli tak, to wyobraźmy sobie na chwilę taką sytuację: zrzekam się zajmowanej posady i wyjeżdżam do domu, do Rosji. Czy to oznacza, że reżim władzy osłabnie? Czy pan sądzi, że po moim wyjeździe nikt już pana nie będzie przesłuchiwał? A moja posada będzie świecić pustkami? A co by było, gdyby na moje miejsce przyjechał jakiś cham ze szlacheckim tytułem, którym gubernator Murawiew, nie bez powodu zwany przez nas Wieszatielem, tak chętnie obdziela wszystkie kanalie?

— Pułkowniku, pan zapomniał, z kim pan rozmawia...

— Nie, panie Porfijanowicz. Nie zapomniałem: rozmawiam z człowiekiem, który dla idei gotów jest poświęcić własne życie! Z człowiekiem, którego za to szanuję i jednocześnie żałuję, że pańska sprawa pozbawiona jest realnych szans. Proszę mi uwierzyć. To prawda, że daleki jestem od jednomyślności z panem, ale sądzę, że powinniśmy być zgodni co do tego, że jak najmniej krwi powinno się przelać. Aby ratować ludzkie życia! I dlatego postanowiłem przesłuchać pana...

Pułkownik Łosiew był w dobrej formie. Niemożliwe, abym choć troszeczkę nie zachwiał uporu tego buntownika! A jeżeli uwierzy mi, dureń, moja wygrana będzie całkowita. Pokażę tym policyjnym bęcwałom, jak należy prowadzić śledztwo!.

— Chce pan ode mnie usłyszeć nazwiska i adresy, aby przeprowadzić aresztowania...

— Dobrze mnie pan rozumie: areszt — to nie śmierć. Proponuję panu wybrać mniejsze zło: pożałować przyjaciół, dopóki nie jest za późno. Chcę dodać, że na przykład wiosną nie doszłoby między nami, panie Porfijanowicz, do takiej rozmowy — powstanie rozbrzmiewało jeszcze bitwami, nawet się rozszerzało, i tylko bardzo nieliczni spośród was i nas rozumieli, że jest beznadziejne, przedwczesne, źle przygotowane.

Łosiew wykładał Porfijanowiczowi tę prawdę, która powinna była posłużyć jego, pułkownika żandarmerii, racjom. Obrany przez niego sposób rozszczepienia zawziętości podejrzanego okazał się trafnym i jeśli zawierał w sobie jakieś ryzyko, to co do tego, jak długo zdoła utrzymać przewagę w argumentowaniu. Porfijanowiczowi powinna przeszkodzić nienawiść pokonanego, od której, kto wie, czy już nie całkiem blisko do zdrady albo przynajmniej do tchórzostwa...

— Pan, pułkowniku, wie chyba, jak nazywa się to, co pan mi proponuje?

— Przyznaję, że pan mnie zdziwił: zdawało mi się, żeśmy się porozumieli. Trudno mi teraz przypomnieć sobie, gdzie czytałem — w ostatnim czasie przepracowałem się! — że zdrada mniejszej sprawy dla ratowania większej nazywa się polityką...

— Żołnierza nie interesuje polityka.

— A szkoda. Żołnierz zawsze jest instrumentem polityki. Wykonuje jej konkretne zamówienie. To prawda, że nie zawsze dobry żołnierz jest dobrym politykiem. Źle, jeśli to samo można powiedzieć również o dobrym dowódcy; twierdza powinna bronić się tak długo, jak długo istnieje polityczny sens jej utrzymania. I strategiczny przede wszystkim. To, oczywiście, moja aluzja pod pańskim adresem, i ciekaw jestem, co pan ma przeciwko moim rozważaniom?

— Dobrze panu tak mówić, bo panu nie żal! To nie wy przegrywacie, prawda?

— Czy ja proponuję panu całkowitą przegraną, panie Porfijanowicz? Proponuję panu, jeśli tak można powiedzieć, niewolę, która tym się różni od szturmu, że nie oznacza rzezi...

— Tylko szubienice!

— Nie zaprzeczam. Pytanie — ile? Im dłużej będzie trwała agonia waszego zrywu, tym więcej będzie tych szubienic! Proszę mi wybaczyć tę brutalną szczerość.

— To znaczy, że ja mogę zmniejszyć zło wyrządzone przez was, Moskali?

— Teraz ważne jest samo istnienie zła. Jeśli chodzi o jego przyczyny, to jestem skłonny przyznać panu częściowo rację. Ale my — ja i pan, panie Porfijanowicz — nie mamy czasu na dysputy. Powtarzam: proponuję zamiast całkowitej zguby uratowanie tego, co jeszcze można uratować. Niech pan się dobrze nad tym zastanowi!

— Co może myśleć człowiek, który czeka na śmierć?

— Nie wszyscy aresztowani są jednakowo winni... (...) W oczach Porfijanowicza zobaczył łzy i postanowił jakby przyjrzeć się im. Milczeli przez chwilę. Nie ponaglał rozmowy. Przeczuwał, że przeciwnik zachwiał się w swej zawziętości i dlatego nie warto tracić sił na dobijanie go: sam się przewróci! Przesłuchanie wyglądało teraz na zatroskaną rozmowę ojca z synem:

— Śmierć tu czy w Sybirze...

— Pan jest młodym człowiekiem i nie powinien pan umierać. Pańscy przyjaciele także. Przecież potrzebni wam są żywi, a nie martwi zwolennicy idei... — Pułkownik dobierał klucz do ostatniego, jak mu się wydawało, zamka, po otwarciu którego wystarczy już tylko szybko działać... Z bystrością złodzieja! Wpatrywał się w Porfijanowicza. Ten nagle zapłakał. Łosiew gardził mężczyzną, który siedzi i płacze. Dlatego odezwał się, nawet się nie zastanawiając:

— Rozumiem pana i, proszę mi wierzyć, jest mi niewymownie przykro...

— Panu — przykro? Pan żartuje!

— Obraża mnie pan... — Pułkownik opuścił głowę, wyjął chusteczkę do nosa, wytarł oczy, w których — o dziwo! — także pojawiły się łzy, jakieś takie bezimienne, błazeńskie. Wysmarkał nos. Głuchym głosem dodał: — Ja, oczywiście, nie mam prawa się obrażać...

— Czy pan może zagwarantować... — Porfijanowicz nie dokończył: życie. Popatrzył z dołu: na mundur, na kołnierz, brodę, nos. W oczy nie spojrzał. Przygasł.

— Całkowicie. — Łosiew wypowiedział to słowo spokojnym barytonem, dobrze ustawionym, życzliwym, solidnym. Bezbłędnie. Poczuł się, jakby dopiero co rozdano karty i dostał do rąk atuty. Aby nie popsuć sprawy, poczekał chwilkę. — Człowiek w ogóle, a inteligentny szczególnie, zawsze szuka niezawodnego sensu swego istnienia i postępowania. W naszej praktyce to, co najważniejsze, sprowadza się przecież do wskazywania na inny, jeszcze pewniejszy sens — w zależności od sytuacji...

— Proszę zapisać: materiały — od Witożeńca”.

Po upływie miesiąca Porfijanowicza rozstrzelano.

Te dwa zakorzenione w historii dialogi, tak obficie przytoczone, mówią więcej o Polsce po 13 grudnia 1981 roku niż wszystkie opublikowane po tym dniu numery poczytnego skądinąd tygodnika „Polityka”, łącznie z opublikowanymi na jej łamach artykułami osób szacownych i zasłużonych, a więc tym bardziej zdumiewających w towarzystwie wyrafinowanych spadkobierców pułkownika Łosiewa.

***

Pułkownik Łosiew gardził ludźmi. Gardził płaczącym Porfijanowiczem. Gardził szpiclami z własnego aparatu: „Oni, nasi szpiedzy — powiadał — zbyt pewni są potęgi Imperium Rosyjskiego i beznadziejności powstańczego zrywu, aby znalazłszy się w krytycznej sytuacji trzymać mocno język za zębami...”.

Cóż myślał o powstańcach, których tropił, a ci nie chcieli skapitulować?

„Powstańcy są nienormalnie szlachetni — myślał. — Walczą nie na życie, a na śmierć o pełną wolność tych człekopodobnych stworzeń, które w swej głupocie są nawet nie od tego, żeby sprzedawać swoich obrońców! Kto najwięcej donosi o powstańczych partiach po lasach? Szpicle? Akurat! Nie szpicle, bo ci niewiele wiedzą, ale — chłopi! Ci, za których wolność oddają życie szlachcice z uniwersyteckimi tytułami. Wykształceni, taka ich mać.

— Pułkownika, gdy był młody, nie przyjęto na uniwersytet, miał słabe oceny. — Może za sto lat takie powstanie miałoby sens? Przez ten czas już i w chłopskim czerepie coś się ożywi, przebłyśnie szczelinką zrozumienie czegoś...”.

O przyszłości myślał też ukrywający się Konstanty Kalinowski. „Powstanie, mówiąc prawdę, dopiero powinno się rozpocząć — myślał. — Bez szlachty! Jej udział — to katastrofa dla całej sprawy. Chłopi nie pójdą za panami w las, bo i po co? Za pańską wolność walczyć? Prawdziwa wolność — to taka wolność, w której nie będzie ani panów, ani cara. W której wszyscy będą równi. Boże, co za skomplikowana sytuacja... Z jednej strony car daje swoją wolność, z drugiej — panowie dają swoją, jakby lepszą od carskiej. (...) A cel i jedni, i drudzy mają taki sam: utrzymać władzę! Trzeba organizować powstanie ludowe. Co to znaczy? Jeśli przeciw panom, to i przeciw carowi. Czy nie za wiele jak na możliwości Białorusinów? Może na początek wybrać mniejsze zło — wspomóc panów? Utopia! Sprawa polska — to nasza sprawa? Nie, nic z tego nie wyjdzie... Kluczem do naszej sytuacji jest sytuacja ogólnorosyjska. Ot, co! A tam rewolucyjność zmniejszyła się, opada. Czernyszewski w więzieniu... (...) A gdyby tak stworzyć szeroką i odpowiednio zakonspirowaną siatkę powstańczą z zadaniem prowadzenia propagandy i utrzymywania niewielkich grup zbrojnych? Reżim, Murawiew i jego generałowie rwą się do bitew, do batalistycznego rozstrzygnięcia sprawy. A my właśnie będziemy unikać bitew, kąsać z boku, prowadzić partyzantkę. Na naszą korzyść pracuje czas. Tak, czas jest najpotężniejszym naszym sojusznikiem. Robić rewolucję — to przede wszystkim organizować się, czekając. To sztuka czekania. Interwencja zagraniczna, dyplomatyczna, nie jest nam potrzebna. Naiwni duleranowie; każde państwo, jakie by ono nie było, prowadzi w pierwszym rzędzie własną, państwową politykę w myśl zasady, że koszula jest bliższa ciału. Solidarność ideologiczna — to tylko cieplutki płaszcz przy politycznym chłodzie. Tak było, tak jest i tak będzie! Mechanika istnienia państwa jest podobna do mechaniki w fizyce — niezmienna w podstawach prawnych. Polskie powstanie — to wewnętrzna sprawa Rosji, powiedziano w Petersburgu. Nie bez pewnej racji... Oglądanie się na zagranicę — to szkodliwa taktyka. Można powiedzieć, oszukańcza! Nie zaczną przecież pomagać naszemu narodowi ciemiężyciele własnych narodów na Zachodzie...”.

Tak myślał i spekulował białoruski przywódca. Snuł plany, sięgał wzrokiem w przyszłość, marzył. Rzeczywistość jawiła się wszakże prościej: siatka kolporterów konspiracyjnych druków pozostała nietknięta wśród aresztowań. „Mużycką Prawdę” można będzie nadal rozpowszechniać: „do Harkawicz przez Kiszkielów, do Suchinicz przez Cilulkę, do Ostrówka przez Kułakowskich, do Pierożek przez Żukowskich, do Guran przez Mironów, do Plant przez Prokopczyków...”. Taka była proza codzienności.

Sformułowany przez Kalinowskiego węzeł gordyjski sprawy białoruskiej czyta polski czytelnik z mieszanymi uczuciami. Obok sformułowań oczywiście rozumnych uderza nas przecież pogłos stalinowskich czytanek w tej wizji „powstania polskich panów”. W wierze, że „czas pracuje dla nas” — odnajdujemy i siebie, tak jak i w sceptycznym stosunku do zachodnich interwencji. Ale pamiętamy przecież, że Polakom niepodległość przyniósł właśnie wielki międzynarodowy konflikt. Pamiętajmy jednak i o tym, że z Białorusinami kongres wersalski obszedł się dużo bardziej surowo...

Wierzę Sokratowi Janowiczowi. Wierzę, że elity białoruskie rachowały raczej na ogólnorosyjską rewolucję niż na polską irredentę. Wierzę, że w Białorusi uważano, że „sprawa polska to nie nasza sprawa”. Tak nas widziano... Może nadal tak nas widzą? Może posłanie „Solidarności” z „Olivii” nie wystarczyło, by przyćmić lęk naszych braci Białorusinów przed ksenofobią, przed zwykłym prymitywnym szowinizmem pewnych polskich środowisk?

Nie chcę uderzać w ton polskiego samobiczownictwa; nie chcę powtarzać oskarżeń o polską ksenofobię. Twierdzę, że do takich oskarżeń i uogólnień nie mam podstaw. Postawy ksenofobiczne i megalomańskie typowe są tylko dla marginesów życia obywatelskiego. Aliści powtórzyć wypada: tak nas widzą. Póki tak nas postrzegają sąsiedzi potężni, Niemcy czy Rosjanie, możemy w tym widzieć manifestację ich nieczystych sumień: te oskarżenia mają choćby pośrednio usprawiedliwić krzywdy nam wyrządzone. Jeśli jednak lękają się nas sąsiedzi słabsi od nas — jak choćby Białorusini — to warto częściej przeprowadzać rachunek sumienia w tej materii, częściej, niż zwykliśmy czynić to w ostatnich latach.

Nie są to bowiem sprawy błahe i wiele może od nich zależeć. Sprawa polska — sprawa białoruska. Razem czy osobno? Przyjaźnie czy wrogo? Te pytania wciąż pozostają otwarte.

Nie zamierzam wskrzeszać polskiego mesjanizmu i twierdzić, że Polacy mają jakąś misję odkupicielską wobec innych narodów. Nie zamierzam też reanimować mechanicznie federacyjnych planów Józefa Piłsudskiego. Nie mam żadnych danych, by przypuszczać, że Litwini, Białorusini czy Ukraińcy marzą dziś o państwowej federacji z Polską. Jednak od stosunków między naszymi narodami będzie zależała przyszłość tej części Europy.

Konstanty Kalinowski liczył na rewolucję rosyjską. Nie on jeden. My też rachujemy na obóz rosyjskiej demokracji. Spoglądamy z przyjaźnią i podziwem na Sacharowa, czytamy Sołżenicyna i Bukowskiego, modlimy się za rosyjskich uwięzionych. Wszelako nasza nadzieja nie jest wolna od lęku. Znamy siłę tradycji rosyjskiego samodzierżawia i wiemy, jak różne potrafi ono przyoblekać szaty ideologiczne czy ustrojowe. Pamiętamy więc historię rewolucji bolszewickiej, która nie ogarnęła Polski, a tyle nadziei wzbudziła w białoruskich masach i elitach. Pamiętamy — i przypominamy naszym braciom Białorusinom — że to w bolszewickim więzieniu stracił życie trybun białoruskiej lewicy, Bronisław Taraszkiewicz. Przypominamy — ale czy powinniśmy to robić? Czy nie słuszniej byłoby raczej samym sobie przypomnieć, że nim Taraszkiewicz powędrował — na swe zatracenie — do Rosji Sowieckiej, spędził kawałek życia w więzieniach Polski niepodległej? On! Tłumacz Mickiewicza na język białoruski!

Trudne to wszystko. My jednak róbmy swoje. Róbmy wszystko, by Białorusin mógł zasadnie powiedzieć, że wolność Polski i Polaków także Białorusinom łyk wolności przynosi, a drugi łyk — zwiastuje. Być może od tego będzie zależeć, co my sami będziemy warci jako naród...

***

Wiem, długa do tego droga. Jedna z bohaterek Srebrnego jeźdźca, łączniczka Kalinowskiego, zapytywała z rozpaczą: „— Boże, dlaczego to tak trzeba, żeby ludzie ginęli za prawdę? Dlaczego tyle bezwzględności jest w prawdzie? Dlaczego świat należy do zabójców? (...) Jeśli za prawdę trzeba zabijać, to czy ona jest? Czy to nie wymysł?”. Usłyszała w odpowiedzi: „— Taka jest prawda, jacy są ludzie, którzy ją ustanowili”.

Jakież szczęście mamy my, ludzie „Solidarności”, że w imię naszej prawdy nie musimy zabijać...

Rozmówca łączniczki Kalinowskiego, konspirator powstańczy, krążąc wśród lasów i błot, karmił swój umysł wizją przyszłej wspaniałości ruchu. „W oczach aż mroczno od przywidzenia, że oto wychodzą z lasów niezliczone siły — z puszczy, z przesiek i z wieczystych kurhanów, ze wszystkich stron, pobłyskując zbroją, w bojowych szykach legiony wolności. Idą, na razie niewidoczne, ale już widać, jak blask od nich bijący przeszywa przestrzeń, chłodny i mężny, od którego oczy nabrzmiewają łzami radości. Głucho — i tylko blask, tylko blask, blask!

...I staniemy się Białorusinami

Wolności synami!”

Tak miało być.

Czy mogło tak być? Ten pochód był iluzją konspiratora. Rzeczywistością był inny pochód:

„Na placu Łukiskim ustawiono szubienicę. Błękitny ranek nad Wilnem. Obok więzienia dominikańskiego — srogi wojskowy konwój. Tłum ludzi, którzy wciąż schodzą się i schodzą... Czasem ktoś zakaszle, sucho, raz po raz, jakby dając umówiony sygnał. Odbędzie się egzekucja dyktatora powstania w Białorusi i Litwie. Nazywa się Kostuś Kalinowski. Lud milczy. Dokładnie o godzinie dziesiątej rozwarła się brama więzienna. Kostuś Kalinowski, z wojskową punktualnością, ruszył w swoją ostatnią drogę. Pod jego krok, zdawało się, idą szeregi straży. Buty i karabiny. A na trotuarach — ludzie zdejmują czapki z głów. I płaczą. (...) Kostuś Kalinowski jak gdyby uroczyście wchodzi do Wilna. Blady, nie ma siły krzyknąć: Niech żyje Białoruś! Niech żyje Litwa!. Idzie. Z trotuarów ze łzami w oczach kłaniają mu się w pas. Wołają: — Kostuś! Nasz Kostuś!

Żandarmi odwracają twarze, aby nie rzucić się z przyzwyczajenia. Bo dzisiaj są na uwięzi. Dzisiaj nie wolno im!

Miarowy krok.

Na szubienicę drugiego po Bogu na chłopskiej Białej Rusi. Na szubienicę jej przyszłość, aby nigdy więcej nie posiadła jej... I ściśnie się serce, zabolą piersi!”.

***

Trudno czytać te słowa bez wzruszenia. I trudno nam, Polakom, odpędzić podczas tej lektury myśl o egzekucji Romualda Traugutta i innych członków ostatniego Rządu Narodowego. Wraz z nimi miała zawisnąć na szubienicy polska przyszłość...

Jacyż słabi byli oni, Traugutt i Kalinowski, w porównaniu z pułkownikami Łosiewami, jakże kruche, pozbawione szans zdawały się ich dokonania. Zdawało się, że wraz z ich śmiercią wszystko już przegrane. Polskim i białoruskim „ludzikom” monarcha Wszechrosji raz jeszcze powtarzał swoje sakramentalne: „Żadnych marzeń!”.

Czy jednak można przestać marzyć?

Marzenia —wiemy o tym aż zbyt dobrze —polityki nie budują. Polityka budowana na marzeniach — i o tym też pamiętamy — kończy się zwykle katastrofą. A jednak marzenia są nieusuwalnym fragmentem rzeczywistej historii ludzi i narodów. Marzenia czynią ludzi lepszymi, szlachetniejszymi. Marzenie o godności uczy godności, marzenie o wolności — czyni wolnym.

Dlatego potrzebujemy marzeń. Bo cóż może przegranym ofiarować ludzka pamięć? Bo jak inaczej oddać sprawiedliwość tym, którzy nie zdradzili, tym, którzy oparli się szantażom policmajstrów, torturom żandarmów, perswazjom Łosiewa? Cóż może pisarz —polski czy białoruski —nad tę przysięgę Konwickiego, nad te pamiętne słowa Żeromskiego o „literaturze, która nigdy nie zdradzi”, nad te pamiętne zdania Sokrata Janowicza o egzekucji dyktatora białoruskiego powstania? Pisarz nie może uchronić narodu od ofiar, ale swym słowem jest władny spowodować, by te ofiary nie były daremne, by pozostały na zawsze siłą ludzi i narodów prostujących karki. Zaś by prostować karki, trzeba marzyć...

Marzenia ofiarowuje literatura. Tadeusz Konwicki ofiarował Polakom wprzejmujących obrazach Mineyki iTraugutta marzenie oszlachetności iprawdzie; Sokrat Janowicz, ofiarowując Białorusinom —inam, Polakom! —obraz bohaterskiej śmierci Kostusia Kalinowskiego, podjął trud rekonstrukcji etosu białoruskiej tradycji wolnościowej. Wbrew tym, co nam powtarzają: „Żadnych marzeń”!

W dniu egzekucji Traugutta Felicjan Faleński napisał wiersz Zapłata po pracy, wart może zacytowania. Pisał Faleński:

Idziemy. W oczach świat się przemyka —
Skrwawione bicze plecy nam sieką —
Nigdzie błękitu, nigdzie promyka...
— Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

Idziemy. Wszędzie kurzące zgliszcze —
Z chat ojców dołem dymy się wleką —
Siecze grad z deszczem — zimny wiatr świszcze...
— Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

Idziemy. Jak oczy zasięgnąć mogą,
Bieleją kości słoneczną spieką —
Stąpamy po nich — trzeszczą pod nogą...
— Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

Idziemy. Sowa huczy w oddali -
W poprzek po piaskach strugi łez cieką —
— Pić! Pić! — wołamy — a w gardle pali...
— Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

Idziemy dalej. Tam znów pies wyje —
W poprzek krew wrzącą wylała rzeką —
Brniemy do kolan, po pas, po szyję...
Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

— Panie nasz! Panie! Jak tyś szedł z krzyżem,
Tak my dziś trumny dźwigamy wieko —
A do Golgoty kiedyż się zbliżem?...
Dalekoż jeszcze? — Ho! Ho! Daleko —

Idziemy dalej. Znój skrapia lica —
Szumi pomięte zewsząd ściernisko...
— Patrzcie! — Na skraju — O! Szubienica!
Dalekoż jeszcze? — Blisko już. Blisko!

— Przecie. Będziemy mieli tam ciszę,
Sen, aby spokój — słodki nasz Chryste —
— Wiatr was rodzimy w sen ukołysze —
Spowiją w całun tumany mgliste —

— Czy nas kto wspomni? — Na waszej stypie
Sama Niebieska zapłacze Pani —
I własna ziemia proch wasz przysypie —
Boście wy jeszcze z wielu wybrani...

(Dzień egzekucji Członków Rz. N.)

Tak brzmiała pierwsza, natychmiastowa reakcja polskiej literatury na egzekucję Traugutta i carskie: „Żadnych marzeń”. Była to odpowiedź i zapowiedź. Nie przestaliśmy marzyć. Czekaliśmy. Przez ćwierć wieku pamięć o tej egzekucji rosła i potężniała. Cień powieszonego Traugutta nie stał się przestrogą przed marzeniami. Stał się znakiem niezgody na zaprzaństwo i zdradę. Stał się symbolem polskiego oporu.

Czy Kostuś Kalinowski stanie się znakiem i symbolem odradzającej się białoruskiej demokracji. Czy taki właśnie zamysł kierował piórem Sokrata Janowicza? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Pisarz nieraz mówi więcej, niż planuje. Niech mi wolno będzie jednak sformułować domysł, że białoruski pisarz mógł kierować się przekonaniem następującym: Traugutt i Kalinowski, te dwie biografie i te dwie egzekucje dowodzą istotnej wspólnoty historycznego losu Polaków i Białorusinów. Jeśli krew tych męczenników obu narodów stała się ziarnem dla przyszłości, to wciąż przypominać sobie warto, że siać można wspólnie...

***

Janusz Tazbir opublikował przed kilku laty znakomity esej o powieści historycznej jako źródle wiedzy o historii współczesnej. Można by to uogólnić: każdy namysł nad historią, wychodząc poza spory czysto profesjonalne, dotyczy tyleż historii, co i aktualności. Stawiając przeszłości pytania dręczące współczesnych, sytuujemy się we współczesnych sprawach i konfliktach.

Spoglądamy więc, Konradzie, na ludzi 1863 roku przez pryzmat własnego doświadczenia. Szukamy w ich biografiach choćby zarysu własnych przeznaczeń. Nie wiemy, co nas czeka. Powtarzamy, jak powtarzał sobie Kostuś Kalinowski, że „dla nas pracuje czas”, że teraz robić „Solidarność” to „organizować się, czekając”. Wierzymy — jak i tamci wierzyli — że koniunktura się odmieni, że w sporze siły prawdy z prawdą siły ta pierwsza zwycięży. A przecież wcale nie wiemy, czy tak właśnie będzie. Nie wiemy, czy naszym przeznaczeniem nie jest właśnie droga ku klęsce. Nie karmimy się wizją defilady zwycięzców. Wystarczy nam świadomość, że jesteśmy — i chcemy być — po dobrej stronie, po stronie prawdy. Choćby ta „dobra strona” długo jeszcze miała przegrywać w konfrontacji z kłamstwem i przemocą...

Nie dosyć tego. Wiemy przecież, Konradzie, że po zwycięstwie „Solidarności” nie my zajmiemy miejsce w loży triumfatorów, nie nasze wypięte piersi przyozdobią ordery. Może znów będziemy kłopotliwym wspomnieniem czasu, w którym „Solidarność” ofiarować mogła tylko wyroki i odpoczynek w więziennych celach? Może pozostanie nam gorycz odtrąconych?

Znamy ten film. Dlatego dobrze wiemy, że Kalinowskiemu, przywódcy białoruskiej konspiracji, powiodło się w końcu nie najgorzej. Przecież lepiej zginąć na szubienicy z rąk wroga, niż — jak pierwszy prezydent niepodległej Polski Gabriel Narutowicz — z rąk tych „patriotów”, co „Krzyż mieli na piersi, a brauning w kieszeni, z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie”. A i to przecież lepsze, niż przeobrazić się z Kalinowskiego w Łosiewa, z bojownika o wolność w policyjnego oprawcę. A przecież, Konradzie, my i ten film znamy...

Czyż tedy rację miał Łosiew, posądzając takich jak my o „nienormalną szlachetność”?

Chyba nic bardziej fałszywego. Jesteśmy — i chcemy być — najzupełniej normalni. Do niczego tak bardzo nie tęsknimy, jak do normalności, bo niczego tak bardzo się nie lękamy, jak nienormalnej kapitulacji przed swoją słabością i swoim strachem. Wiemy dobrze, że jeśli nie zapanujemy nad swoim strachem, on — nasz strach — zapanuje nad nami.

Wtedy zaś prędko staniemy się „realistami politycznymi”. Uwierzymy, że „Solidarność” składa się z szajki awanturników, zaś „Kościuszko to był wariat, co buntował proletariat...”. Staniemy się strasznie mądrzy i głęboko analityczni, starannie ważący słowa i stroniący od romantycznych odruchów serca.

Będziemy jeździć na Zachód, by objaśniać, że „Solidarność” już nie istnieje. Będziemy uczestniczyć w uczonych debatach o porozumieniu narodowym, racji stanu i dialogu Wschód — Zachód. I tylko ten lęk, co rozświetli i sparaliżuje znienacka nasze zmysły na widok przypadkowo spotkanego szpicla, przypomni nam, że można żyć inaczej... Ale wnet uspokoimy się, ujrzawszy, że szpicel nie za nami podąża, że interesuje go jakiś obcy, młodziutki chłopak z długimi włosami i plecakiem — najpewniej wypełnionym bibułą. Odetchniemy przeto z ulgą i kontynuować będziemy stateczną konwersację.

Tak mogło być. Tak mogłoby być. Tak jednak — wierzymy — nie będzie. Pozostaniemy tam, gdzie jesteśmy.

Dlaczego? Może dlatego, że lubimy tę wierność przegranym sprawom?

Czyż tak, Konradzie?

[Gdańsk, Areszt śledczy, Wiosna 1985]

*Konrad Bieliński - matematyk, informatyk, działaczy opozycji demokratycznej w latach PRL, członek Komitetu Obrony Robotników, społecznik

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.