Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Mińsk – miasto bohater”, głosi ogromny napis na dachu budynku niemalże naprzeciwko pomnika „Matka Ojczyzna” i muzealnego kompleksu parkowego Zwycięstwo. Przed laty stolica Białorusi, jak dwanaście innych radzieckich miast, uzyskało tytuł bohaterskiego ze względu na heroiczną walkę w trakcie II wojny światowej. To tu co roku odbywają się uroczystości i parady z okazji Dnia Niepodległości Białorusi oraz Dnia Zwycięstwa, a ludzie składają kwiaty.

Dzisiaj tam kwiatów nie ma. Bukiety leżą na bruku, gdzie widać ślady po wybuchach granatów hukowych i zaschniętej krwi.

Chociaż jeden rodzic

W tym historycznym miejscu 9 sierpnia, po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów, które rzekomo dawały Aleksandrowi Łukaszence 80 proc. głosów, odbył się pierwszy masowy protest, brutalnie spacyfikowany przez białoruskich siłowików. Zapoczątkował serię brutalnej przemocy funkcjonariuszy próbujących zastraszyć Białorusinów.

Jelena i Aleksiej mają po czterdzieści sześć lat. Spotykam ich przy stacji metra Puszkinskaja dzień po najbardziej brutalnym antyrządowym proteście. Na niemalże pustej ulicy, w miejscu, gdzie dzień wcześniej OMON-owcy strzelali śrutem, gumowymi kulami, rzucali granaty hukowe i rozpylali gaz, nie ma już wyraźnych śladów po walce. Przyszli, by zapalić znicz, są rozdygotani.

Jelena: – Boimy się o nasze dzieci, nie pozwalamy im wychodzić z domu, mimo że się garną. Wychodzimy sami, bo czujemy, że to nasz obowiązek, ale nie trzymamy się razem, najwyżej w zasięgu wzroku. Nie chcemy, by w razie czego nasze dziewczynki zostały same. Muszą mieć przynajmniej jednego rodzica.

Według oficjalnych danych podczas protestów zginęły cztery osoby. Rosyjskiej niezależnej telewizji Dożd udało się ustalić, że mowa o co najmniej czterdziestu. W liczby te nie wierzy Andrej Stryżak, obrońca praw człowieka z niezależnej organizacji Wiesna.

– Mamy prawo twierdzić, że liczba jest co najmniej kilkunastokrotnie zaniżona. Nie wiadomo nadal, gdzie przebywa osiemdziesiąt jeden osób, które zniknęły podczas protestów. Mamy obawy, że zmarły. Jesteśmy w trakcie potwierdzania informacji o ponad trzydziestu zgonach w jednym z mińskich szpitali.

Pierwszą ofiarą śmiertelną, której zgon potwierdziły władze, jest Aleksandr Tarajkowski. Miał trzydzieści cztery lata. Według oświadczenia MSW zginął w wybuchu koktajlu Mołotowa, który zamierzał rzucić w funkcjonariuszy. Tę wersję obalił później materiał redakcji Associated Press. Na krótkim nagraniu widać, że mężczyzna stoi w szortach i białej podkoszulce z pustymi rękoma, twarzą zwrócony do siłowików oddających strzały. Mężczyzna upada. Dzień po jego pogrzebie, w którym uczestniczyło według nieoficjalnych danych pięć tysięcy Białorusinów, szef MSW Białorusi Juryj Karajew powiedział:

– Niewykluczone, że strzelano do niego z nieśmiercionośnej broni. Nie wiem, nie jestem śledczym. Wiem, że umarł. Ale ilu ludzi umarło podczas zamieszek w Ameryce?

Żona Tarajkowskiego dowiedziała się o śmierci męża z mediów:

– Przez cały ten czas szukałam go w szpitalach i aresztach. Wiedziałam, że idzie na Puszkińską i że bierze ze sobą jedynie telefon. Nie mogłam uwierzyć… Sasza na pewno nie rzucałby w siłowików bombą, nie miał zresztą broni. On zawsze był za sprawiedliwością, nie mógł zaakceptować tego, że w naszym kraju zatrzymania obywateli przez milicję przypominają porwania. Bardzo go to oburzało.

Zaginieni

O takiej formie zatrzymywania przez służby bezpieczeństwa na Białorusi słyszę od wielu osób. Doświadczam jej sama, ale funkcjonariusz OMON-u, jakimś cudem, odpuszcza, kiedy udaję, że nie znam rosyjskiego i mówię po angielsku. Puszcza moje ramię, na długo zostaje na nim siniak. Porzucił mnie i pobiegł za kimś innym. Kątem oka widziałam, jak zza paska wyciąga gumową „dubinkę”.

Paweł: – Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, kiedy usłyszysz, że ktoś znajomy przepadł bez śladu? To oczywiste: posadzili go.

Sasza Zwieriewa, synowa niedoszłego kandydata na prezydenta Wiktara Babaryki: – Nie znam dnia ani godziny. Nie wychodzę z domu. Jeśli będą chcieli mnie zatrzymać, niech zabiorą mnie z domu, niech powiedzą przynajmniej dlaczego. Chcę mieć świadomość, co się dzieje. Nie chcę być zaciągnięta przez kilku mężczyzn do nieoznakowanego samochodu, nie wiedząc przy tym, czy właśnie uprowadzają mnie przestępcy, czy milicja. Wiktar Dmitrijewicz [Babaryka] został wepchnięty przez ludzi w cywilu na tył własnego samochodu i odwieziony do aresztu KGB. Obcy człowiek prowadził jego samochód, podczas gdy on był powalony na tylnym siedzeniu.

Aleksandr Bielikow: – Złapali mnie na przystanku autobusowym, wciągnęli do avtozaku [policyjny autobus]. Wracałem z protestu, ale skąd mieli o tym wiedzieć? Później wozili długo po mieście, na ulicy łapali przypadkowych ludzi.

Jedna ze złapanych kobiet wracała z zakupami do domu. Z siatek podczas zatrzymania wysypały jej się jabłka. Kiedy zaczęła płakać i pytać, tłumaczyć, że niesie zakupy chorym rodzicom, dostała w twarz.

Według MSW w trakcie pierwszych trzech dni protestów na Białorusi zatrzymano ponad siedem tysięcy osób. Mińskie areszty, jak podkreśla Stryżak z Wiesny, momentalnie się przepełniły. Wiele osób nie miało możliwości, by poinformować swoich bliskich o aresztowaniu. Na Instagramie, Facebooku i w innych sieciach społecznościowych zaroiło się od zdjęć osób zaginionych.

Katia, osiemnastoletnia mieszkanka Mińska, pod zdjęciem zawadiacko uśmiechniętego blondyna pisała:

– SOS! Zaginął mój brat! A*** Iwan Aleksandrowicz, ur. 30.08.2000 r. Proszę, rozpowszechnijcie tę informację! Wania był na proteście, od wczoraj nie da się z nim skontaktować, ma wyłączony telefon, proszę, nie bądźcie obojętni! Za wszelkie informacje przewidywana nagroda.

Na moją wiadomość z prośbą o rozmowę dla zagranicznych mediów odpisuje:

– Dzień dobry. Proszę do mnie napisać, gdyby dowiedziała się pani czegoś o bracie… Ludzie przepadli w całym kraju. Niektórzy szukają nawet po dziesięć dni… Bardzo się boję.

Dwa dni później:

– Wania się znalazł.

Tylko dla ludzi

Wania jest blady i drobny. Spotykamy się na stacji metra Puszkinskaja w dniu pogrzebu Aleksandra Tarajkowskiego. Chłopak siedzi na wózku inwalidzkim – zauważam go na tle państwowego banneru: „Chrońmy naszą młodzież przed przedwczesną śmiercią”, jakich w Mińsku wiele. To relikty radzieckiej propagandy w wersji współczesnej.

Wania drżącą ręką trzyma papierosa, owinięty jest w historyczną dla Białorusi, tradycyjną biało-czerwono-białą flagę, uznawaną przez władze Białorusi za symbol opozycji i protestu. W 1995 r. Łukaszenka zastąpił ją na mocy przeprowadzonego referendum, w ramach którego zmienił jeszcze ustrój Białorusi na superprezydencki, a w kraju, jak podkreślają opozycjoniści, rozpoczął kontynuację rusyfikacji.

Wania: – Zatrzymali mnie na dworcu. Wracałem z protestu. Trzymali trzy dni – mówi szybko, krótkimi zdaniami. – Najpierw jeździliśmy po mieście. A może i poza jego granicami. Nie wiem. Chciałem usiąść. W tych milicyjnych autobusach są ławeczki. Powiedzieli mi, że… mam się kłaść na podłogę. Że siedzieć mogą ludzie, nie ja. Po kilku godzinach jazdy ludzie leżeli warstwami. Jeden na drugim. Najgorzej mieli ci na samym wierzchu. Były też dziewczyny. Nie można było oddychać. Bili nas. Nie wiem czym. Leżałem twarzą do ziemi ze skrępowanymi rękami. Bardzo bili. Wydaje mi się, że nie tylko pałkami. Że w pewnym momencie też łańcuchem. Po przywiezieniu do aresztu Okrestino przerzucali nas z celi do celi. Potem położyli w gigantycznej sali gimnastycznej. Czemu jestem na wózku? Mam uraz kręgosłupa, odbite nerki. Nie mogę chodzić. Może za miesiąc wstanę. Lekarz mówi, że to cud, że mnie nie sparaliżowało.

Żywe mięso

Jana, 24-latka, zatrzymano w drodze na nasze spotkanie, kilka godzin przed wtorkowym protestem. Nie zdążył mnie o tym powiadomić. Po wypuszczeniu jest blady, przyjeżdża taksówką.

– Wszędzie jeżdżę taksówkami. To niewielka cena za poczucie bezpieczeństwa – mówi. Na twarzy ma kilka siniaków. Na plecach – opatrunki. Pod nimi, jak sam mówi, „żywe mięso”. Drżą mu wargi, stara się nie płakać.

Jan: – OMON-owiec podszedł do mnie i kazał odblokować telefon. Wiedziałem, że nie ma sensu dyskutować ani uciekać. W komunikatorze Telegram zauważył, że czytam opozycyjne kanały, śledzę niezależne media, czyli NEXTĘ, Radio Swoboda. Zapytał: „Co, suka, nie podoba ci się, w jakim kraju mieszkasz? To my cię zaraz nauczymy”. Zaciągnęli mnie do autobusu milicyjnego. Ręce skrępowali czymś plastikowym, o wiele bardziej bolesnym niż kajdanki. Długo bili. Potem rzucili na podłogę, na stos innych pobitych ludzi. Musiałem pełzać po nich jak robak.

W areszcie zamknęli nas w dwudziestu w celi o powierzchni ok. dwunastu metrów kwadratowych. Nie pozwalali korzystać z toalety. Potem kazali klęczeć przed ścianą, do tyłu głowy przykładali pistolety. Byłem w wojsku, wiem, jak siłowicy potrafią traktować ludzi, ale… nie, nie przypuszczałem, że tak.

Antona zatrzymano podczas protestu rowerowego jeszcze przed wyborami. Jeździł z innymi rowerzystami po ulicach Mińska. Od wypuszczenia nie rozstaje się z plecakiem, w którym nosi wilgotne chusteczki, bieliznę na zmianę, wodę i szczoteczkę do zębów.

– Przewieźli mnie milicyjnym autobusem dla więźniów oskarżonych o zabójstwa i ciężkie przestępstwa. Siedziałem w klatce, było bardzo duszno… Boję się, że znowu tam trafię.

W maleńkiej celi, w której powinno się trzymać cztery osoby, byliśmy w trzydziestu. Brudni, głodni, śmierdzący, przerażeni. Pić dostaliśmy po piętnastu godzinach od zatrzymania. Wcześniej proponowali nam, żebyśmy pili własny mocz…

Można powiedzieć, że mi się poszczęściło. Koledze z celi obcięli włosy nożem, zmuszali do śpiewania na całe gardło „Kocham OMON!”. Nagrywali to… Kiedy odmawiał, bili.

"Potraktujcie jak trzeba"

Nocą, 14 sierpnia, z białoruskich aresztów i tzw. izolatorów karnych władze zaczęły masowo wypuszczać aresztowanych. Zaczęły nawet sprawiać wrażenie zawstydzonych. Szef MSW Juryj Karajew „czysto po ludzku” przeprosił tych, którzy „przez przypadek” zostali zranieni. Przed budynkiem aresztu Okrestino pojawił się nawet zastępca ministra spraw wewnętrznych Aleksander Barsukow, który w wypowiedzi przytaczanej przez redakcję „Naszej Niwy” podkreślił, że „rozmawiał ze wszystkimi. Nie było żadnego znęcania się nad więźniami”. Trzy dni później wyszło na jaw, że Barsukow osobiście bił w jednoosobowej celi operatora dźwięku Władysława Sokołowskiego, który odsiadywał karę dziesięciu dni pozbawienia wolności za włączenie na prorządowym koncercie piosenki „Peremen”, czyli „Chcemy zmian” Wiktora Coja. Stała się w ostatnich tygodniach hymnem opozycji. Barsukow powiedział mu: „Włączyłeś muzykę? Zmian ci się zachciało? Szykuj się na dziesięć lat więzienia” – relacjonował Sokołowski portalowi TUT.by. – Później uderzył mnie dwa razy i powiedział strażnikom: A on co tutaj niby? W sanatorium? Potraktujcie go jak trzeba”.

 

Organizacja Wiesna, której białoruskie władze odmówiły zarejestrowania, wspólnie ze Światową Organizacją przeciwko Torturom i innymi niezależnymi obrońcami praw człowieka rozpoczęły dokumentowanie przypadków tortur, przemocy i poniżania osób zatrzymanych przez siłowików. Każdego dnia napływają do niej kolejne zgłoszenia, które zawierają zdjęcia obrażeń, dane paszportowe, okoliczności zatrzymania, opis tortur. Do wielu z nich dochodziło na terenie aresztu Okrestino.

Stryżak: – Wiemy, że zatrzymane osoby bito, gwałcono różnymi przedmiotami, m.in. gumowymi pałkami, rażono prądem. Wiele relacji potwierdza, że powszechną praktyką było układanie zatrzymanych warstwami na podłodze sali gimnastycznej w areszcie i bieganie po nich. Nie dawano im jedzenia, picia, nie pozwalano na sen.

Dziki szał

Przed budynkiem aresztu od wielu dni gromadzą się ludzie. Czekają na bliskich. Władze odmawiają pomocy. Kiedy z budynku kogoś wypuszczają, rozlegają się oklaski. Wychodzący sprawiają wrażenie pogubionych, wychodzą bez telefonów, portfeli. Na pomoc rzucają im się bliscy i wolontariusze, okrywają kocami, podają wodę i jedzenie. Często odwożą od razu do szpitala. Kobiety – płaczą. Mężczyźni odchodzą na bok bez słowa.

Artiom mieszka obok aresztu: – Przez pierwsze trzy dni słyszałem w nocy krzyk. Dziki, zwierzęcy – bitych ludzi. A potem karetki na sygnałach.

Z osobami, które doświadczyły tortur, spotykam się w szpitalu. Na oddziały, w których przebywają, w tajemnicy wpuszczają mnie lekarz i ratownik medyczny. Pokazują i szybko znikają. Poranieni, okaleczeni pacjenci nie zawsze angażowali się w protesty. Niektórzy po prostu znaleźli się w złym miejscu o złym czasie.

Siergiej ma trzydzieści osiem lat. Zaszyte wielkim, czarnym szwem czoło. Podbite oczy. Opuchniętą twarz. Na szyi – kołnierz ortopedyczny. Zdaniem lekarzy już nigdy nie będzie w pełni sprawny.

Siergiej: – Szedłem wieczorem po ocet. Wróciliśmy z daczy i chcieliśmy zakisić ogórki. Droga była zamknięta, przy barierkach stali funkcjonariusze OMON-u. Zapytałem ich, jak przejść do sklepu, skoro są te barierki. A oni powalili mnie na ziemię. Kopali po głowie i twarzy. Momentalnie zalałem się krwią. Po kilku minutach, które były wiecznością, kazali mi wstać i iść. Nie miałem siły. Wtedy znowu zaczęli kopać. Udało mi się odpełznąć. A oni mnie dogonili. Bili po plecach „dubinkami”. Zachowywali się, jakby im to sprawiało radość. Nie wiem, jak trafiłem do szpitala. Dzieci nie wiedzą, gdzie jestem. Nie chcę, żeby mnie takiego widziały. Do tej pory ufałem milicji.

Pasza: – Spacerowałem z kolegą. Zatrzymali nas. Przywieźli do Okrestina. Nie zdążyliśmy wziąć udziału w proteście.

Dziewczynę, którą przywieźli razem z nami, rozebrali przy wszystkich do naga, kazali stanąć w rozkroku przy ścianie… Kazali jej przysiadać… Opuszczać się niżej… Nie mogę o tym mówić…

Później pytali: „I co, dziwko? Weźmiesz do ust?”. Potem obcięli jej włosy. Nożem. Jeden z nich powiedział: „Krótkie bardziej mi się podobają”.

Co najmniej kilkadziesiąt kobiet padło ofiarami przemocy ze strony siłowikow. Wśród nich lekarka Jelena Budejko, która 11 sierpnia udzielała pomocy poszkodowanym. Jak informuje Wiesna, lekarce próbowano wmówić, że bandaże i spirytus z pewnością chce wykorzystać do przygotowania koktajli Mołotowa. „Najbardziej uprzejmym zdaniem, jakie usłyszałam w areszcie, było: „Ty, świnio, nazwisko!”, mówiła Budejko w wywiadzie dla DW.

O innej kobiecie podczas akcji protestu informowała jej koleżanka. Na trzymanym plakacie widniały słowa: „Odnalazła się moja koleżanka. Była w Okrestinie. Ma rozerwaną szyjkę macicy, złamane obojczyki, kompresyjne złamanie kręgosłupa. Dwukrotnie zgwałcono ją gumową pałką”.

Historie zatrzymanych i wypuszczonych potwierdzają medycy, są ratownikami medycznymi. Zgadzają się porozmawiać anonimowo.

– Od współpracowników wiem, że do szpitala rannych i pobitych, u których pojawiło się już zagrożenie życia, przywozili najpierw OMON-owcy. W szpitalu umówiliśmy się, że choćby przywieźli kogoś ze zwichniętym nadgarstkiem, to będziemy stawiać diagnozę: konieczna hospitalizacja.

– Byłem raz w Okrestinie. Karetką. Wezwali nas do rannych. Co widziałem? Morze krwi.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.