Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam czterdzieści lat i nie przywykłem do historii.

Historia mnie wcześniej nie spotkała. Historia nie dotknęła mojego życia, nie wypaliła na nim swojego strasznego piętna. Strasznego, bo gdy odciska inne, nie jest wtedy historią, jest wydarzeniami.

Oczywiście, wiele się działo za mojego życia, bo zawsze wiele się dzieje.

Kiedy skończył się PRL, zajęty byłem książkami Verne’a, tak samo, kiedy upadł mur berliński i kiedy nagle nie było już ZSRR, tego ultima ratio każdej ówczesnej polskiej dyskusji o polityce.

Działo się i później. Gdy wydarzył się 11 września, siedziałem w kabinie żaglówki zakotwiczonej w trzcinach na jeziorze i usiłowałem na maleńkim pomarańczowym ekranie alcatela wyczytać prawdę o tym, co naprawdę się dzieje. Brat przyjaciela dzwonił, aby poinformować nas, że Egipt bombarduje Stany Zjednoczone, co nawet wtedy wydało nam się nieprawdopodobne.

Gdy umarł Jan Paweł II, byłem w kinie. Dla świata była to jedna z kolejnych śmierci bardzo znanej osoby, dla Polski – wydarzenie o emocjonalnym ładunku łączącym śmierć monarchy ze śmiercią proroka, śmierci starego człowieka nie było w tym wcale.

Gdy samolot z polskim prezydentem i najważniejszymi osobami w państwie rozbił się w lesie w Rosji, przez parę godzin nie byliśmy pewni, czy to aby nie początek wojny.

Wojna, która wybuchła na Ukrainie wiele lat później, dowodzi, że nasza obawa ówczesna nie była tak irracjonalna.

Były więc czasy szczególne, były żałoby, świat się na chwilę zatrzymywał, a potem wracał na swoje koliste tory, piliśmy, wychodziliśmy z domów, bawiliśmy się, lato, zima, góry, morze. Działy się wydarzenia, nie dotykały nas jednak katastrofy. Nic nie przecinało kół czasu.

Czas bowiem oswajaliśmy, zawsze układając go w koła. Bez cykli byłby dla nas, ludzi, przerażającym labiryntem bez światła.

Magia zamkniętego kręgu

W cykle układało się życie archaiczne, cyklem był każdy rok liturgiczny, jego spokojne trwanie pomiędzy erupcjami radosnego oczekiwania Adwentu, następującego po nim przesilenia zimowego i zwycięstwa Boga-Słońca, następnie karnawału, pokutnego postu, połączonego kiedyś z przednówkowym głodem, potem ulga zmartwychwstania, które jest zmartwychwstaniem nie tylko Chrystusa, ale też pradawnym zmartwychwstaniem Ozyrysa, Tammuza i wszystkich innych bogów oddających swe życie i odzyskujących je po to, aby świat mógł się każdego roku narodzić od nowa, niezużyty w swojej formie.

Mircea Eliade pisał, że wraz z religią hebrajską i chrześcijaństwem pojawiła się jednak perspektywa odmienna, czasu liniowego, zmierzającego gdzieś, ku wyczekiwanemu końcowi czasów. Jestem przekonany, że z tej nadziei na zbawienie i ciał zmartwychwstanie, ich trwanie w jedności z Bogiem, wywodzi się świecka idea postępu, poprawy losu ludzkiego nie w hipotetycznych zaświatach, lecz tu i teraz, prometejska próba wyrwania ludzkiego losu spod terroru natury, zwalczenie fatalistycznie akceptowanego cierpienia. Z idei postępu wywieść można zaś koncepcję wewnętrznej wartości ludzkiego życia i przysługujących człowiekowi niezbywalnych praw, które nam wydają się oczywiste, tak jak oczywiste wydaje się każde żywe przekonanie religijne, które nie zdążyło się jeszcze z czasem zmienić w rytuał o sensie zatartym.

Bronimy się jednak przed wektorem czasu, bo w istocie myśl o jego nieodwracalności jest nie do zniesienia.

Religijną cykliczność przyjmują więc niezliczone formy naszego życia.

Cyklicznie przewalają się przez Europę masy pielgrzymów turystyki, latem oddających cześć słońcu, zimą poszukujących zaś śniegu.

Cyklicznie oddajemy się ekstazom przy dźwiękach bębnów na Coachelli, Glastonbury, Rock am Ring, cykliczne formy przybrały nasze rytualne opowieści, Oscary, Berlinale, Cannes, cyklicznie czcimy piękno niezmiennym cyklem kolejnych sezonów tygodni mody w Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie i Paryżu. Cyklicznie w starożytnym olimpijskim rytmie przyglądamy się sportowcom, obserwujemy ligi piłkarskie, tenisowe turnieje, samochodowe wyścigi, wszystkie te radosne święta, sakralne bez osobowego bóstwa, ale sakralne tak samo, jak sakralne były grecki teatr albo gra w piłkę u Majów czy Azteków. Cyklom tym i wielu innym podporządkowany jest rytm życia przemysłu stojącego za tymi wydarzeniami, ale również ludzi, którzy w cyklach tych uczestniczą jako zwykli wierni.

Cykle te czynią naszą egzystencję możliwą do zniesienia, tłumią nasz paniczny lęk przed pustką, jakiej spodziewamy się po śmierci. Chronią formę świata przed zużyciem przez coroczne jej odnowienie i póki nic cyklu nie zakłóci i nie przetnie, nie przydarza się nam historia.

Historia przydarza się mieszkańcom Damaszku, dotyka Kurdów, Rohingya, Żydów i Palestyńczyków i wielu innych na całym świecie. Przydarzyła się mieszkańcom Nowego Jorku prawie 20 lat temu, ponieważ dotknęła ich wszystkich katastrofa.

Bezpieczny nie jest nikt

Katastrofa, czyli wielkie wspólnotowe cierpienie, przecina koło czasu. Z rozciętego koła rozwija się liniowy czas historii, bowiem historia jest zawsze historią cierpienia. Razem z cierpieniem nieodmiennie pojawia się nadzieja na jego koniec, dzięki czemu dzieje nabierają sensu i celu, zyskują swój telos.

Katastrofa przecina koło czasu, przecina je w naszych najgłębszych wyobrażeniach na temat życia i losu, ich struktury, katastrofa odrywa naszą cykliczną egzystencję w mitycznej rzeczywistości powracających świąt i festiwali, w rytmie premier, nowych kolekcji wiosennych i zimowych i zmusza nas do przyjęcia liniowej logiki historii, co jest procesem bolesnym i często tragicznym.

Nie wiemy jeszcze, czym będzie katastrofa, której doświadczamy dziś, chociaż większość z nas, którzy nie umieramy jeszcze w przepełnionych włoskich szpitalach, doświadcza na razie tylko jej drobnych niedogodności jako konieczności pewnych wyrzeczeń. Żyjemy więc nadzieją, że jest to tylko stan przejściowy, że świat wróci na swoje dawne tory, że może stracimy rok, ale nie stracimy świata, w którym żyliśmy.

Nie wiemy jednak, czym jest katastrofa, której doświadczamy dziś, a jednocześnie z nadzieją odczuwamy strach przed nieznanym, przed światem, który się z katastrofy narodzi, i boimy się go bardziej niż śmierci. Boimy się, czy jeszcze cokolwiek będą warte nasze pieniądze, jeśli je mamy, z czego będziemy żyć, jeśli ich nie mamy, jeśli upadną branże, w których przyszło nam pracować. Boimy się, że – sami nie będąc w grupie ryzyka – zarazimy starców i staruszki, których kochamy. Boimy się gniewu, który może wybuchnąć.

Tym różni się katastrofa od osobistych tragedii, które dotykają jeden los i jedno życie albo kilka. W katastrofie tracą wszyscy i wszyscy się boją. W katastrofie nie ma miejsca na współczucie, z którym spotyka się osobista, pojedyncza tragedia w świecie, w którym nad czasem panujemy za pomocą powracających rytuałów. Być może jednak zbiorowe cierpienie i strach budują potencjał innej empatii, wynikającej nie ze współczucia, ale raczej ze współdzielonego bólu. Dzięki tej empatii może przetrwamy.

Katastrofa, która się wydarza, dotyka więc wszystkich, z różną intensywnością, ale wszystkich. Przed zarażeniem nie chronią pieniądze ani władza, chociaż oczywiście mogą zagwarantować kurację, na jaką nie będzie stać biednych. Jednak bezpieczny nie jest nikt. Jeśli w świecie przed katastrofą żyło nam się dobrze i mieliśmy wszystko, boimy się to utracić; jeśli zaś mieliśmy mało i cierpieliśmy, boimy się, że w świecie, który może nadejść, nie będziemy mieli nic i cierpieć będziemy jeszcze bardziej.

Cicha katastrofa

Nie lubiliśmy świata, który ją poprzedzał.

Niezależnie od światopoglądu, od lewicy do prawicy, niezależenie od płci i klasy, przeczuwaliśmy, że ze światem coś jest nie tak. W tej podstawowej intuicji byliśmy zjednoczeni, różniliśmy się tym, że gdzie indziej wskazywaliśmy słabości. Forma naszego świata wydawała nam się coraz bardziej zużyta, zatarta, nic jej nie odnawiało, bo nasze cykliczne rytuały tylko ślizgały się po powierzchni rzeczywistości, nasz świat nie rodził się każdego roku od nowa, tak jak świat przedhistorycznych, archaicznych społeczeństw. Liniowość czasu maskowaliśmy cyklicznym rytuałem, jednak groźba historii nie znikała z naszego wyobrażenia życia i losu. Nawet zużywanie się formy rzeczywistości próbowaliśmy zamknąć w znany już Heraklitowi cykl katastrof odnawiających zużyty świat, stąd takie powodzenie natrętnych historycznych analogii, za pomocą których próbowaliśmy oswoić nieznane.

Teraz więc, zamknięci w swoich mieszkaniach, zdajemy sobie sprawę, że żyliśmy cały czas w stanie groźby, w świecie, któremu nieustannie grozi zagłada. Nie mówiliśmy o niej, a jednak jej się spodziewaliśmy. W latach 90. zeszłego stulecia jakoś nieśmiało sugerowaliśmy sobie, że być może to już ta pozbawiona figury powracającego Mesjasza, ale jednak Paruzja, że telos historii się wypełnił, więc historii już nie ma. Tę wiarę podzielali zapewne krzyżowcy pierwszej krucjaty po zdobyciu i wyrżnięciu Jerozolimy. Nasza iluzja rozwiała się szybciej i podobnie jak tysiąc lat temu nerwowo wyczekiwaliśmy katastrofy.

Czyż nie była tego wyrazem nieustanna fiksacja naszej kultury na wyimaginowanej apokalipsie i świata, który ma nadejść po niej? Od „Ostatniego brzegu” Nevila Shute’a, przez postapokalipsy filmowe, literackie, wirtualne światy morskie i pustynne, wywołane przez broń jądrową, po zarazę zombi, którym przeciwstawiają się uzbrojeni po zęby ostatni ocaleni – jeden z ulubionych marketingowych motywów amerykańskich producentów broni palnej. Postapokaliptyczne kulty popkultury mają swoich wyznawców gorących w swej wierze.

Tak jak generałowie zawsze są gotowi na wojnę poprzednią, nie tę, która nadchodzi, tak my spodziewaliśmy się wszystkiego, jednak nie tej cichej katastrofy. Pozostawiła nam to, co wierzyliśmy w pierwszej kolejności utracić. Odebrała nam to, co wydawało nam się nieodbieralne. Snuliśmy plany ucieczkowe, nikt z nas nie podejrzewał, że może nie być dokąd uciekać.

Rozbawiłbym tym moich rodziców, wychowanych w świecie zamkniętych granic, ale ja ciągle nie mogę uwierzyć w to, że od Berlina, od którego, od kiedy pamiętam, dzieliły mnie tylko cztery godziny samochodem, teraz oddziela mnie mur, inny od tego, który runął, ale równie nieprzebyty. Kiedy znikną przerażające, ciemnoczerwone zatory na Google Maps wyrastające prostopadle do nagle przywróconej polsko-niemieckiej granicy? Może nigdy?

Przyszła więc do nas katastrofa, w której ludzie nie umierają na ulicach, nie zamieniają się w potwory. Nie spodziewaliśmy się katastrofy, w której statystycznie niewiele nam tak naprawdę zagraża – ciągle większe jest prawdopodobieństwo, że zginiemy w wypadku samochodowym. Środki zaradcze, które nasze społeczeństwa muszą jednak podjąć, sprawiają, że życie staje się nieznośne i traci wszystko to, co sprawiało, iż miało ono smak i sens, zamyka się w tym dziwnym i przykrym czasie, odzierającym nas z naszej stadności, ludyczności i radości, a więc i w końcu z człowieczeństwa. Życie społeczne zamiera. Mało tego, niepewnością napawa nas również perspektywa cywilizacyjnego kolapsu będącego niezupełnie nieprawdopodobną konsekwencją koniecznych środków zaradczych: czy nie załamie się gospodarka pieniężna? Jeśli się załamie, to jaki będzie świat, który z tego załamania powstanie? Czy Wielki Kryzys właśnie się rozpoczął, a może coś o wiele gorszego?

Ten nieznośny chaos

Nie da się żyć w ciągłym strachu przed chaosem, idziemy więc śladem starożytnych Hebrajczyków i waloryzujemy katastrofę, przez co nabiera ona sensu. Skoro świat sprzed katastrofy był ułomny, forma jego była zużyta, to katastrofa staje się karą za grzechy. W Europie, o której teraz piszę, lista zachowań, jakie uznajemy za grzeszne, różni się od tej, jaką przyjmowały wielkie religie monoteistyczne, przydajemy im też już inną niż boska sankcję, jednak same pojęcia grzechu i pokuty trwają nieomalże niezmienione, zachowując swój sakralny charakter. Grzeszyliśmy więc już raczej nie przeciwko Bogu lub bogom, ale przeciwko prawom człowieka, państwu prawa, przeciwko prawom zwierząt, przeciwko klimatowi, przeciwko oceanom i przeciwko Ziemi.

Eliade pisze o tym, jak starożytni Żydzi nie mogli znieść liniowego, posiadającego telos czasu i znużeni nim odwracali się od Jahwe ku bałwanom, oddawali cześć wcześniejszym bóstwom świata odradzającego się co rok, Baalowi albo Asztarte, ponieważ chcieli żyć w świecie odradzającym się co rok, a nie w stanowiącej bezpośrednie objawienie boskiej woli historii.

My idziemy tą samą drogą. Tak samo jak nigdy większość chrześcijan ani większość Żydów nie żyła konsekwentnie w świecie historycznej teofanii, w życiu codziennym zwracając się raczej ku łatwiejszemu do zniesienia ludowemu rytuałowi oswajającemu czas, tak my grzeszyliśmy przeciwko liniowej logice przebóstwienia człowieka, przeciwko świeckiemu objawieniu szczęścia, zwracaliśmy się ku naszym kołowym, odnawianym co rok festiwalom, meczom, filmom i pokazom mody, więc teraz pokutujemy zamknięci we własnych domach niczym trędowaci w leprozoriach, a życie ustało, zamarło w formie łudzącej do postów i pokut wszystkich religii tego świata.

To wina ideologii gender i światowego lewactwa, mówią katoliccy księża. To boska kara za homoseksualizm, mówią rzecznicy Państwa Islamskiego. To wina zjadaczy mięsa, mówią wegetarianie. To wina kapitalizmu. To Ziemia nas karze za nasze grzechy, bo jest nas zbyt wielu, powiedzą najbardziej zapalczywi mistycy Gai, ale nawet ci, których surowym umysłom mistyczne uniesienia są obce, z trudem opierają się logice waloryzacji katastrofy. Katastrofa ta jest erupcją właśnie takiego chaosu, do którego zniesienia wszyscy jesteśmy duchowo, charakterologicznie nieoprzyrządowani. Człowiek nie może żyć w chaosie, tak samo jak nie może żyć w próżni, uporządkowanie rzeczywistości to warunek konieczny trwania.

Rzeczywistość zaś przynosi nam znaki. Oto w kanałach w Wenecji woda stała się przejrzysta i pływają w niej ryby, a u wybrzeży Sardynii – delfiny. Oto jelenie, wcześniej karmione przez turystów, przychodzą do miast. Czyż to, że zdaje nam się to ważne i wzruszające, nie jest równie przejrzystym dowodem na to, iż nie możemy się oprzeć nadawaniu sakralnego znaczenia katastrofie. Historia musi stanowić dla nas teofanię, nawet jeśli stojące za tym objawieniem bóstwo nie jest Absolutem ani nie jest osobowe? Im dalej w katastrofę, tym znaków będzie więcej.

Tak, mam czterdzieści lat i nie byłem przygotowany na historię. Wolałbym raczej spędzić życie w archaicznym cyklu odnawiającego się roku, w świecie kapitalistycznych rytuałów ponowoczesności, jednak historia zawsze przychodzi jak złodziej w nocy, zawsze do nieprzygotowanych.

Nie wiem, jaka będzie waga tej katastrofy. Nie wiem, jak szybko wrócimy do business as usual. Nie słucham nikogo, chociaż któryś z wielu proroków na pewno ma rację, bo wygłoszono wszystkie możliwe proroctwa.

Wiem, że nie wolno się skarżyć, bo w świecie katastrofy powszechnej skargi nie są na miejscu. Poza najbliższymi współczuć sobie nawzajem, współdzielić ból możemy tylko w milczeniu, mówiąc, będziemy się tylko licytować. Nie wiem wreszcie, czy świat, który nadejdzie, gdy ustąpi ten potop, będzie gorszy czy lepszy, nie wiem nawet, czy będzie inny lub taki sam. My jednak, którzy doświadczyliśmy już Historii, nie przyglądając się jej w mediach, lecz na własnej skórze, zamknięci w domach, oddzieleni od naszych stad niewidzialnymi kratami strachu, odziani we włosienice pokutnych rytuałów, których sens przyjmujemy na wiarę, tak samo jak nasi przodkowie wierzyli w modlitwy o deszcz, a więc w istocie bezradni, możemy tylko czekać jej końca, nieustannie nadając temu czekaniu i czasowi jakiś sens.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.