Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. Wojciech Cellary - specjalista w dziedzinie nowych technologii, pracuje w Katedrze Technologii Informacyjnych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu

Koronawirus jest poważnym zagrożeniem, którego się nie lekceważy. Wuhan, w którym pojawił się po raz pierwszy, liczy 11 mln mieszkańców, a wygląda jak wymarłe miasto, bo ludzie boją się spotykać, aby się nie zarazić, a władze zachęcają do pozostawania w domach. Odwoływane są nawet prywatne imprezy. Nikt nie chodzi do kin, kawiarni, restauracji. Unieruchomiono metro. Podobnie, choć może nie tak drastycznie, dzieje się w innych prowincjach chińskich i w innych krajach, np. w północnych Włoszech.

Praca w czasach koronawirusa

Pytanie, które od razu się nasuwa, to: jak pracować? Zakłady pracy i biura to idealne środowisko do rozprzestrzeniania się wirusa, szczególnie jeśli ludzie pracują w wielkich halach. Wokół samego Wuhanu jest ponad 500 zakładów, z których wiele produkuje na potrzeby międzynarodowych koncernów.

Dzisiejsza światowa gospodarka jest silnie powiązana. Ze względu na ekonomię skali zakłady w Chinach są często bardzo duże i zaspokajają większość potrzeb na dany produkt na całym świecie. Kiedy np. zabraknie diod LED i ekranów ciekłokrystalicznych z Wuhanu, stanie produkcja urządzeń elektronicznych na całym świecie. Na razie te przedsiębiorstwa nie pracują, a pracownicy są na przymusowych urlopach.

Zatrzymanie produkcji nie oznacza, że powinno się zatrzymywać administrację. Trzeba przecież na bieżąco informować kontrahentów, renegocjować umowy, dokonywać przelewów itd. Ze względu na ryzyko pracownicy administracyjni też nie mogą przychodzić do biur i kontaktować się twarzą w twarz z innymi, ale mogą telepracować z domów, posługując się komputerami i telefonami. Jednak aby można było korzystać z telepracy, powinny być spełnione dwa warunki: dokumenty muszą być w postaci cyfrowej, a pracownicy muszą dysponować elektronicznym podpisem, aby móc nadawać moc prawną cyfrowym dokumentom. To dzieje się w Chinach.

Bojkot, czyli cyfryzacja po polsku

Wróćmy na krajowe podwórko. Od bardzo dawna głosiłem, że administracja publiczna powinna być motorem wprowadzania cyfrowych dokumentów w kontaktach z obywatelami i przedsiębiorstwami. Urzędników można łatwo przeszkolić i nakazać im stosowanie dokumentów cyfrowych zawsze, jeśli odbiorca jakiegoś pisma jest na to gotowy.

Sukces rodzynków administracyjnych w tej sferze, czyli systemów e-Deklaracje i e-PIT, pokazuje, że bardzo duża część społeczeństwa jest gotowa.

Niestety, większość urzędników cyfrowe dokumenty wręcz bojkotuje. Nie honoruje cyfrowych podań opatrzonych podpisem zaufanym mimo rozporządzenia ministra cyfryzacji z września 2018 r., tylko wymaga, aby interesariusz przyjechał do urzędu i złożył podpis na papierze własnym długopisem (długopis mogą mu pożyczyć). Odpowiadają na podania, przesyłając – elektronicznie, a jakże – skan papierowego dokumentu z pieczątkami i długopisowymi podpisami. Taki skan nie jest oczywiście dokumentem elektronicznym w świetle prawa, więc znowu trzeba jechać do urzędu po papierowy oryginał.

To myślenie w kategoriach: za Bolesława Chrobrego nie było elektronicznego obiegu dokumentów i było dobrze. Komu to teraz przeszkadza? Ano przeszkadza, bo jeśli z powodu koronawirusa polskich urzędników wyśle się do domu, cały kraj stanie.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.