Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka lat temu pewien researcher z telewizji zadzwonił z pytaniem, czy Białoruś to niepodległe państwo, czy wciąż jeszcze część Rosji. Oburzyła mnie ignorancja człowieka pracującego przecież w mediach. Dziś już bym go tak ostro nie oceniał. Nie dlatego, że sytuacja Białorusi uległa nagłej zmianie – bo czy tak będzie, być może dowiemy się 1 grudnia, gdy sfinalizowane mają być rozmowy o pogłębionej integracji obu państw, lub 8 grudnia, gdy mają być podpisane dokumenty. Ale czy Białoruś naprawdę nie jest, i nie była, po prostu integralną częścią „russkogo mira”? I linia na mapie biegnąca między Orszą a Smoleńskiem była li tylko wymysłem współczesnej kartografii?

Niechciana niepodległość Białorusi

Bo właściwie była. Była wymysłem głównego kartografa Europy XX w., czyli Józefa Stalina. Państwowość Białorusi w jej dzisiejszych granicach wzięła się z grubsza z tego, że Stalin chciał mieć więcej głosów w powstającej po wojnie ONZ. Dlatego wywalczył dla republik Białorusi i Ukrainy osobne miejsca, jakoby w zamian za wkład ich narodów w pokonanie hitleryzmu.

Podczas rozpadu ZSRR Ukraina, kraje bałtyckie czy kaukaskie upomniały się o utraconą albo z dawna wymarzoną niepodległość. Białorusini też ją ogłosili – w obawie, że po nieudanym puczu Janajewa zwycięski Jelcyn weźmie się do rozliczania tych, którzy w czasie przewrotu twardogłowych siedzieli cicho. No i nie bardzo mieli wyjście – mało kto dziś pamięta, że wówczas Rosja, przekonana, że dopłaca do republik, sama chciała zrzucić z siebie ich balast.

Ba, w przeprowadzonym w marcu 1991 r. referendum na temat zachowania ZSRR Białorusini opowiedzieli się zdecydowanie za dalszym istnieniem Sojuza.

Oczywiście, ideę niepodległości poparła grupka świadomych narodowo deputowanych i przyklasnęła jej część inteligencji. Ale gdyby nie głosy komunistów, niepodległości by nie ogłoszono. A że Białoruś w granicach, które nadał jej Stalin, była już członkiem ONZ, z jej uznaniem nie było kłopotu.

Białoruskie, czyli słabe

W pierwszej połowie lat 90. wydawało się, że możliwa jest białorutenizacja społeczeństwa. Ale język i kultura białoruskie okazały się za słabe w porównaniu z kulturą rosyjską – wysoką i niską. Rywalizacja od początku była nierówna. Tu wysepki kultury, niskonakładowe czasopisma, kilkoro poetów, niezależny teatr, parę zespołów rockowych, a tam potężne media, wielkonakładowe gazety, kino – czego tylko dusza zapragnie.

Rosja obecna jest na ziemiach dzisiejszej Białorusi od końca XVIII wieku. Gdy pozbyto się warstwy spolonizowanych „panów”, pozostało społeczeństwo chłopskie podatne na rusyfikację – nieważne, czy miała ona postać cara, I sekretarza czy Stasa Michajłowa – popularnego teraz na poradzieckim terytorium piosenkarza. Inteligencja białoruska została wytrzebiona przez stalinowskie czystki – z autorów białoruskiej encyklopedii lata 30. XX w. przeżył tylko jeden.

Dziś można wskazać wielu twórców, których dzieła – literackie, muzyczne, plastyczne – są na europejskim poziomie. Ale cóż – ich światopogląd rozchodzi się nie tylko ze światopoglądem władz kraju, lecz także z oczekiwaniami większości społeczeństwa. Wystarczy też wskazać dwie największe postaci białoruskiej literatury – nieżyjącego już Wasila Bykaua i noblistkę Swietłanę Aleksijewicz. Bykau pisał głównie po rosyjsku, ale też po białorusku. Aleksijewicz pisze po rosyjsku. W ich książkach czytamy o doświadczeniach ludzi całego imperium. Są dzięki temu uniwersalne, wychodzą poza dolinę Świsłoczy, ale trudno je wciągać na sztandary białoruskości.

Aleksander Łukaszenka w 1994 r. wygrał – uczciwie! – wybory prezydenckie, głosząc wszem i wobec, że będzie Rosję błagał na kolanach, by przyjęła Białoruś do siebie.

Ostatni dyktator, pierwszy postpolityk

Łukaszenka okazał się prekursorem nowych czasów. Nazywano go „ostatnim dyktatorem Europy” i tylko czekano, aż zmiecie go jakaś kolorowa rewolucja. On jednak trwał, zdołał przeczekać czas triumfu liberalnej demokracji i jakoś doczołgał się do epoki postprawdy.

Reprezentuje typ populistycznego autokraty, jakich coraz więcej na świecie i w samej Europie. Przed laty był niemal jedynym memogennym politykiem w Europie, teraz ginie w całej plejadzie przywódców, którzy sami zadziwiają świat swoimi wypowiedziami tudzież tweetami. Wcześniej dziwactwa przywódcy Białorusi zawsze były pożywką dla mediów. Dziś deklasują go liderzy najważniejszych państw Zachodu.

Świat zapomniał o morderstwach politycznych sprzed 20 lat, które przypisywano jemu albo ludziom z jego otoczenia. Zapomniał też o więźniach politycznych, których raz przybywało, a raz ubywało w zależności od koniunktury. Dziś Łukaszenka jest politykiem, z którym znów rozmawiają Amerykanie – po 11 latach w Mińsku pojawi się ich ambasador. To Łukaszenka gościł przywódców Europy, którzy zastanawiali się w Mińsku, jak uregulować konflikt w Donbasie. Nawet jeśli – jak mawiali złośliwi – prezydent Białorusi podawał im tylko kawę, to z pariasa stał się uznawanym politykiem.

Dwa tygodnie temu odbyły się na Białorusi wybory do parlamentu. Nie żeby miały jakieś szczególne znaczenie w kraju, gdzie prezydent decyduje o wszystkim, ale widać, że Łukaszenka poczuł, że może więcej. W poprzedniej kadencji były bowiem dwie opozycyjne deputowane. Dziś nie ma tam nikogo, kto mógłby sprzeciwić się jego woli. Zachód to odnotował i wzruszył ramionami.

Łukaszenka przejawia niebywałą zdolność trwania i nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo będzie rządził. Może miesiąc, może rok, a może lat pięć albo piętnaście. Na Białorusi faktycznie nie istnieje socjologia, trudno więc powiedzieć, jakim poparciem cieszy się prezydent i jakie są nastroje. Sądząc po nikłej frekwencji na wiecach opozycyjnych kandydatów, nie są szczególnie rewolucyjne. Ponad 20 lat temu Marek Karp pisał w „Wyborczej”: „Myślę, że Łukaszenka będzie rządził długo, znacznie dłużej, niż mu się prorokuje. Jest to bowiem dyktatura zgodna z oczekiwaniami społeczeństwa”.

Nie pomylił się.

Szwajcaria Europy Wschodniej

Istota władzy Łukaszenki sprowadza się do jednego – stabilności. Dał krajowi ponad dwie dekady spokoju i względnego dobrobytu. Ludzie zamieszkujący dzisiejszą Białoruś od ponad stulecia w każdym pokoleniu chowali pomordowanych w wojnach, represjach, czystkach i bandyckich porachunkach. Od 1991 roku nie muszą. Względny dobrobyt w Mińsku oznacza markowe ubrania zamiast bazarowych podróbek, obiad w barze McDonald, nowy smartfon i pięcioletnie audi, na prowincji zaś wodę, gaz i prąd oraz może i monotonne, ale zawsze ciepłe jedzenie. Czy można mieć pretensje do ludzi, że im się to podoba? Być może jeszcze żyją Białorusini, którzy w dzieciństwie, mieszkając na skraju Mińska, zasypiali przy dalekich dźwiękach karabinów maszynowych, które w lesie w Kuropatach posłużyły do rozstrzelania w latach 1937-41 ćwierci miliona ludzi. Dziś ich wnuki i prawnuki zasypiają, słuchając rosyjskiej popsy. To czyni różnicę.

A przecież wojna to część dziś, wczoraj i przedwczoraj wielu byłych republik radzieckich, z Ukrainą na czele. Ale nie Białorusi. Łukaszenka budował swoją małą Szwajcarię, pełną lasów i jezior, w takich warunkach, jakie były mu dane. I z taką wiedzą, jaką miał – czyli wiedzą byłego szefa sowchozu, obywatela radzieckiego. I budował ją dla takich jak on.

Gdy społeczeństwa Europy Środkowej godzą się w zamian za transfery socjalne na zmiany ustrojowe znoszące trójpodział władzy, trudno się dziwić Białorusinom, że nie garną się do walki o demokrację.

Oczywiście, że względny dobrobyt na Białorusi ma cenę – to uzależnienie od rosyjskich surowców, ukryte bezrobocie i pokaźny pakiet socjalny. Ale Białorusini patrzą na Greków, którzy żyli ponad stan kilka dekad, i cieszą się tym, co mają.

Kotlet i mucha

Gdy Łukaszenka już został prezydentem, przemyślał sprawę na nowo. Tak, chciał ścisłego związku Białorusi i Rosji, ale takiego, na którego czele sam by stał. Trudno dziś powiedzieć, na ile te marzenia były realne. Może schorowany Jelcyn robił mu jakieś nadzieje. To już prehistoria. Wszystko się skończyło, gdy nastała epoka Putina. Ten z lekka pogardzał Łukaszenką i szybko, bo już w 2002 r., dał mu to odczuć, nazywając Białoruś muchą, która chce żerować na rosyjskim kotlecie.

I choć 8 grudnia 1999 r. podpisano umowę fundującą państwo związkowe, w którego skład wejść miały Białoruś i Rosja, tak naprawdę rozpoczął się dwudziestoletni festiwal deklaracji, wypowiedzi, umów i szczytów. Wszystko to raz zbliżało oba kraje, a raz oddalało. Wiele umów pozostało na papierze, z kolei oba kraje wchodziły razem w skład innych organizacji budowanych przez Rosję z Eurazjatycką Unią Gospodarczą na czele. Trudno już dziś w pełni ustalić poziom integracji obu państw.

Istota relacji była jednak prosta – Białoruś kupowała tanio rosyjskie surowce, dzięki czemu koszty życia i produkcji miała niskie. Przetwarzała tanią ropę, a nowe produkty sprzedawała w świecie już po cenach rynkowych. To pozwalało jej na życie skromne, ale względnie stabilne. Czasem Rosjanie przypominali sobie, że to jednak oni za wszystko płacą, i żądali całych sektorów białoruskiej gospodarki. Łukaszenka wtedy zaczynał rozmowy z Unią, wypuszczał więźniów politycznych, promował język białoruski i nawet sam przebierał się w lnianą koszulę białoruskiego chłopa.

Gdy Rosja chciała docisnąć Łukaszenkę, pojawiały się plotki o innym kandydacie na prezydenta, którego poprze Kreml, rosyjskie telewizje ośmieszały Baćkę, straszono wstrzymaniem dostaw surowców, blokowano białoruski nabiał… Napinano muskuły, robiono miny, a potem jakoś to szło.

I nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby Rosjanie nie uznali, że takie dotowanie Łukaszenki nie bardzo im się opłaca, gdy ten zachowuje się coraz mniej lojalnie. Na jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że kiedyś popieranie Rosji było mniej kłopotliwe. Moskwa jednak stała się – mówiąc eufemistycznie – bardziej aktywna na arenie międzynarodowej i liczy, że Mińsk będzie jej dalej sekundował.

Łukaszenka się do tego nie pali. Nie uznaje wspieranych przez Kreml parapaństw w Gruzji czy na Ukrainie, próbuje prowadzić własną politykę.

A Rosja, dotknięta sankcjami i borykająca się z pogarszającym się poziomem życia, potrzebuje sukcesu. Skoro zajęcie Krymu przysporzyło Putinowi zwolenników i zamknęło usta krytykom, to może opłaci się „odzyskać” ziemie Białorusi? Czy kotlet wreszcie zje muchę? – zaczęli pytać nagle ożywieni po latach nużącej powtarzalności dziennikarze i analitycy.

Zachód nie pomoże

Białoruś ma znacznie mniej mieszkańców niż sama Moskwa, całe jej PKB jest wielokrotnie mniejsze niż PKB stolicy Rosji. To porównanie, jak każde inne, jest ułomne, ale też pokazuje miejsce Białorusi na skali zagadnień, jakimi zajmuje się Kreml. Innymi słowy, Białoruś nie jest pępkiem świata. Owszem, kraj nad Świsłoczą ma swoje atuty – ścisły sojusz pozwala Rosjanom skrócić o kilkaset kilometrów dystans, jaki musieliby pokonać, maszerując na Zachód, a dzięki instalacjom wojskowym wcześniej wykryć atak z Zachodu.

To także 10 milionów „czystokrownych” wschodnich, rosyjskojęzycznych i prawosławnych Słowian – rzecz niebagatelna w czasach, gdy w samej Moskwie muzułmanów jest grubo ponad milion, a od 2015 r. działa tam największy w Europie meczet. Łukaszenka twierdził nawet, że Białorusini to tacy Rosjanie, tylko ze znakiem „plus”. Mniej piją, więcej pracują.

Ale też 10 milionów Białorusinów to 10 milionów ludzi przyzwyczajonych do stabilnych pensji, rent i emerytur. Gdyby dać im rosyjskie paszporty, trzeba by surowce sprzedawać im jeszcze taniej – tak jak Rosjanom z sąsiadujących z Białorusią obwodów.

Trudno powiedzieć, co przeważy w bilansie kosztów i zysków pełnej „integracji”. Przecież strategiczne cele Putin już osiągnął, chodzi głównie o te propagandowe. No i o kilka miliardów dolarów rocznie. To, czy powstanie wspólna służba meteorologiczna, jest chyba mało istotne.

Białoruscy opozycjoniści biją na alarm. Niektórzy stwierdzili już dawno, że głównym gwarantem niepodległości ich kraju jest Łukaszenka, którego władza prezydencka jest uzależniona od owej niepodległości. Dlatego zawiesili działalność na kołku.

Owszem, były czasy, gdy Łukaszenka straszył, że jeśli Rosja podniesie rękę na niezależność jego kraju, to on urządzi Rosjanom drugą Czeczenię. Ale to było dawno. Przed Krymem, Donbasem i przed syryjską rozgrywką Moskwy. Dziś Łukaszenka jest dużo starszy i słabszy. Putin po prawdzie też jest starszy, ale gdy Łukaszenka chce tylko trwać, Putin pragnie działać i bardzo mu się spieszy.

A metoda dyscyplinujących Rosjanina zerknięć na Zachód już nie zadziała – bo Zachód jest zajęty sam sobą. To dla Łukaszenki dobrze, bo nikt go już nie rozlicza za „brak standardów”, ale źle, bo nikt nie rozliczy Kremla, jeśli ten postanowi wziąć sobie Białoruś.

Sam na sam

Być może 8 grudnia obaj panowie ogłoszą sukces. Będą toasty i fanfary. A potem wszystko wróci do normy.

Białorusini już dawno zrezygnowali z prawa do wyboru swego losu. Niewielka frekwencja w wyborach i znikomy udział w życiu publicznym każą nam przypuszczać – z braku miarodajnych badań socjologicznych – że społeczeństwo właściwie nie jest ani za Łukaszenką, ani przeciwko niemu. Żyje obok Łukaszenki, obok Rosji i obok Europy. W Rosji Białorusini kupują tanio gaz, w Europie kupują tanio używane auta, którymi wyjeżdżają na swoje dacze, gdzie sadzą bulbę i pomidory. Tam oglądają wieczorami rosyjskie seriale, przeglądają rosyjskie „żurnały”.

Potencjalnie więc społeczeństwo białoruskie składa się z milionów zielonych ludzików. Znaczna ich część przyjęłaby rządy Rosji bez sprzeciwu.

I chyba tylko obrona tego życia „obok” mogłaby skłonić ich do protestów. Bycie obywatelem Federacji Rosyjskiej to bycie obywatelem państwa, które wysyła swoich żołnierzy za granicę, gdzie – bywa – oni giną. Na co to komu?

Z drugiej strony tylko Rosja z jej surowcami może zagwarantować, że to „obok” będzie miało jakąś perspektywę trwania. Istne błędne koło.

Gdyby chociaż istnieli na Białorusi oligarchowie z własnymi mediami i organizacjami, mogliby, pomni losu Chodorkowskiego, zasponsorować Białorusi niepodległość, jak to uczynili niektórzy oligarchowie ukraińscy w 2014 r. Ale Łukaszenka nie dopuścił, by oligarchowie zaistnieli.

Z kim miałby więc bronić Białorusi? Z garstką opozycjonistów, którzy jeszcze nie zdążyli wyjechać do Unii? Z ludźmi, dla których szczytem kariery jest biurko w jednym z moskiewskich wieżowców, czy z tymi, którzy jako gastarbeiterzy te wieżowce budowali? Z żołnierzami, którzy od lat ćwiczą ramię w ramię z rosyjskimi kolegami wojnę z NATO, którzy strzelają z radziecko-rosyjskich karabinów i jeżdżą radziecko-rosyjskimi czołgami?

Łukaszenka, który kazał milicjantom gonić dzieciaki z biało-czerwono-białymi wstążkami na plecakach, nie bardzo może liczyć, że one staną teraz w jego obronie. Stoi więc dziś sam na sam z Moskwą. I chyba on też nie umiałby już odpowiedzieć na pytanie researchera z telewizji, czy Białoruś jest niepodległym państwem.

Andrzej Brzeziecki - ur. w 1978 r., członek rady Ośrodka Studiów Wschodnich, były naczelny „Nowej Europy Wschodniej”, autor książek „Tadeusz Mazowiecki. Biografia naszego premiera” i – z Małgorzatą Nocuń – „Białoruś. Kartofle i dżinsy”, „Łukaszenka. Niedoszły car Rosji”, „Armenia. Karawany śmierci”

Andrzej Brzeziecki: Na Białorusi ludzie już dawno zrezygnowali z prawa do wyboru swego losu. Niewielka frekwencja w wyborach i znikomy udział w życiu publicznym każą nam przypuszczaćAndrzej Brzeziecki: Na Białorusi ludzie już dawno zrezygnowali z prawa do wyboru swego losu. Niewielka frekwencja w wyborach i znikomy udział w życiu publicznym każą nam przypuszczać Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.