Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktor Jerofiejew - ur. w 1947 r., znany rosyjski pisarz, autor m.in. „Rosyjskiej piękności”, „Encyklopedii duszy rosyjskiej” i „Dobrego Stalina”. Tytuł tekstu - „Wyborcza”. Niedawno nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się jego powieść „Różowa mysz”

Czy można opisać polowanie na zające z perspektywy zajęcy?

Tym właśnie zajęli się, jak twierdzą, dwaj białoruscy historycy, autorzy wydanej właśnie w Mińsku, po białorusku, „Historii Rosji”. Na drugim końcu świata czymś podobnym mogliby się parać uczeni meksykańscy opisujący historię USA. Odwaga białoruskich zajęcy zasługuje na tym większy szacunek, że dzieje konfrontacji białorusko-rosyjskiej to nie tylko przeszłość, ale także obecne spory, którym towarzyszy niemały szum, liczne skandale i wzajemne oskarżenia.

Wskutek aneksji Krymu i wojny w Donbasie od Rosji, wbrew jej oczekiwaniom, odsunęli się najbliżsi sąsiedzi i sojusznicy. Sąsiadów ogarnął strach, ale się nie poddali. Putin paradoksalnie umocnił ich tożsamość – przede wszystkim ukraińską, która przed Krymem była dość amorficzna. Gdyby nie ponad 10 tys. ofiar wojny w Donbasie i rzesza uchodźców, w Kijowie powinni wystawić mu marmurowy pomnik.

Również na Białorusi zauważalnie zmienił się klimat polityczny. Białoruś się budzi. To najważniejszy dziś news o tym kraju. Do niedawna spała złożona ciężkim snem dyktatury. Wiercąc się przez sen, przygniatała opozycję, jak pogrążone we śnie cielsko, które świadomie i podświadomie zmaga się ze wszystkim, co mu przeszkadza.

Przebudzenie Białorusi nie oznacza odrzucenia dyktatury, ale wszystko wskazuje na to, że dokonuje się tam pewna korekta – uderza się w nieśmiałe narodowe tony, wdraża się miękką białorutenizację.

Nie są to działania w dobrej wierze. Dyktator Łukaszenka domyślił się, że mogą odebrać mu władzę, a wraz z nią cały kraj. Zrobi to nie kto inny jak najlepszy przyjaciel, wschodni sąsiad, Rosja.

Wielki rosyjski brat

Nie przypadkiem więc zjawiłem się na festiwalu literackim w Mińsku. I nie przypadkiem ten otwarty, nieocenzurowany festiwal organizowany jest dopiero od roku i nazywa się Pramowa (Przedmowa). W pofabrycznym pomieszczeniu przy ulicy Oktiabrskoj dyskutuje się o historii, słucha wierszy, rozmawia o prozie. Uczestniczyłem w międzynarodowym panelu na od zawsze gorący w naszych krajach temat „Literatura i władza”.

Intelektualny Mińsk sympatyzuje z polityczną opozycją. Można nawet powiedzieć, że na Białorusi, w odróżnieniu od Rosji, opozycja zyskuje oddźwięk w szerokich kręgach społeczeństwa. W Rosji jest wielu niezadowolonych, głównie z nędzy i wszechwładzy biurokracji, ale to protest niepewny, szamoczący się od prawa do lewa. Polityczna otwartość Pramowy zdaje się dowodzić, że młoda mińska inteligencja ceni sobie nową, nieznaną dotąd wolność, jaką jest sama możliwość dyskusji.

Rosyjskie zagrożenie jest wielowymiarowe, ale w płaszczyźnie historycznej wyrasta z kompleksu wyższości Rosji wobec Białorusi. Pokutuje bowiem wizerunek Białorusina jako chłopa, kołchoźnika, który zagryzając wąs, kopie ziemniaki i sadzi kapustę. Przewodzi im, jakże inaczej, dawny przewodniczący kołchozu Aleksander Łukaszenka. Negatywny stereotyp Białorusina karmi się przekonaniem, że młodszy brat tylko na tym zyska, gdy przygarnie go wielka Rosja. I tak ma już z nią do czynienia w ramach konfederacji Rosji i Białorusi.

W Rosji, zwłaszcza na prowincji, wchłonięcie Białorusi nie skłoniłoby do głębszych przemyśleń, ale zbliżenie do granic Europy spodobałoby się Rosjanom. Także Polacy patrzą na Białorusinów raczej protekcjonalnie. Dla nich to też po części wieśniacy, którym trzeba zaszczepić europejskość. Reorientacja Białorusi nie oznacza, że Zachód ma ją przyjąć do swego grona – uczyni z niej strefę buforową.

Białoruscy inteligenci nie chcą, o ile dobrze rozumiem festiwalowe pogawędki, ani jednego, ani drugiego. Boją się przejęcia przez Rosję w następstwie rozwoju sytuacji politycznej u wschodniego sąsiada. W 2024 r. Putin kończy kolejną podwójną kadencję i nie może znowu kandydować na prezydenta. Ale wszyscy są przekonani, że zechce „panować” dalej po wsze czasy wraz ze swą wierną elitą, a myśl, że stanie na czele zjednoczonego państwa Rosja-Białoruś, wydaje się całkiem przyjemna. Nie trzeba nikogo podbijać, wystarczy się zjednoczyć.

Ale dla białoruskich klas oświeconych nie jest to takie proste. Po Anschlussie Łukaszenka straci władzę. Mało tego, cała Białoruś rozpłynie się w rosyjskiej magmie jako jedna z wielu guberni.

Stąd odgórne poparcie Mińska dla idei miękkiej białorutenizacji. Stawia to ludzi w trudnym położeniu wobec władzy. Łukaszenka stał się jedynym wiarygodnym gwarantem białoruskiej niepodległości. Bez względu na jego motywy – może to miłość do kraju, może do siebie i rodziny, która będzie kontynuować jego dzieło? – ma doświadczenie w negocjacjach z Putinem, umie przyjaźnić się z nim, ale też postawić się mu w wielu kwestiach. Oczywiście po Krymie Putin okazał się nieobliczalny i żaden Łukaszenka nie przeszkodzi mu w dotarciu do granic Polski, lecz skoro tak, winien zrobić to jak najprędzej, bo Białoruś odrywa się od Rosji i jak kra odpływa w dal.

Białorusini i Litwini: bratanki

Dzisiejsza Białoruś to ładnie posprzątany, pracowity kraj, który nie sprawia wrażenia zagubionego gdzieś we współczesnej historii. Pola dobrze utrzymane, główne drogi w dobrym stanie. W centrum Mińska dominuje powojenna, stalinowska architektura, ale nie zetknąłem się na Białorusi z nostalgią za czasami Stalina. Białorusini dobrze znają rosyjską literaturę, ale według białoruskich historyków należymy do różnych cywilizacji.

Białorusini uważają, że Wielkie Księstwo Litewskie – średniowieczne mocarstwo sięgające w czasach największej prosperity od Bałtyku po Morze Czarne – to ich dawne państwo. Kiedy zauważyłem, że jeszcze niedawno uważali się za najprawdziwszych Słowian, usłyszałem, że to już nieaktualne i że w istocie Białorusini i Litwini tworzą jedną historyczną wspólnotę.

Na dowód zabrali mnie do galerii w centrum miasta, żeby zademonstrować kolekcję niemieckich, francuskich i polskich map pokazujących terytorialną potęgę WKL, które w pewnym momencie połączyło się unią z Polską. Księstwo to było przekleństwem dla radzieckich historyków; obsobaczali je na wszelkie sposoby. Dopiero w czasach pierestrojki rosyjscy studenci dowiedzieli się, że WKL było europejską alternatywą dla ludności rosyjskiej, która aklimatyzowała się na jego wschodnich kresach. Jednak odżywający pod rządami Putina rosyjski nacjonalizm ponownie zamknął temat.

Główną specyfiką Księstwa, odróżniającą je od carskiej Rosji, było, jak mi powiedziano, to, że oni mieli renesans (w Rosji tak naprawdę go nie było). Poza tym Europa to gotyk, a oni też mieli własny gotyk. No cóż, „sielska” Białoruś konkuruje z imperialną Rosją... No dobrze, mówię, weszliście w unię z Polską, która narzuciła wam katolicyzm, a wtedy Rosjanie nie chcieli mieć z wami do czynienia. Na to usłyszałem, że to były sztuczki radzieckich i rosyjskich, carskich uczonych, że na Białorusi są katolicy, prawosławni i unici, a w ogóle zawsze panowała tu religijna tolerancja.

Nie chcę wdawać się w historiograficzne szczegóły. Chodzi mi o to, że Białoruś dryfuje ku cywilizacji, która jest jej historycznie bliższa. Na tej drodze czekają ją różne niespodzianki. Nowi przyjaciele opowiadali, że w 2014 r., po Krymie, społeczeństwo podzieliło się pół na pół: jedni poparli aneksję, drudzy przeklinali Putina. Podział przebiegał w poprzek rodzin i dopiero dziś stał się mniej bolesny.

W Rosji przytłaczająca większość popiera zajęcie Krymu. Jeżeli chodzi o struktury władzy, które chcą zjednoczenia z Rosją, moi przyjaciele uważają, że Anschluss poparłoby ok. 70 proc. formacji siłowych.

Inaczej jest z młodzieżą. Młodzi na festiwalu zewnętrznie (ubrania niedrogie, ale prowokacyjne) i wewnętrznie (poglądy) przypominali mi Polskę. Mówią biegle po białorusku i po angielsku, ale też po rosyjsku. Chcą się uczyć w Europie, co nie znaczy, że wszyscy tam zostaną. Niektórzy nonkonformistyczni pisarze wracają z Zachodu na Białoruś, która dzięki odwilży Łukaszenki zyskuje na atrakcyjności. Jednak władze nadal robią różne paskudne rzeczy.

Dosłownie na moich oczach w pobliżu mińskiej obwodnicy w lesie Kurapaty, gdzie potajemnie grzebano dziesiątki tysięcy ofiar stalinowskiego wielkiego terroru, buldożery zaczęły wydobywać z ziemi i zwozić na stos proste nagrobne krzyże. Widok potworny. Inteligenci wyjaśnili mi, że Łukaszenka chce tu zbudować granitowy pomnik, a sam las stał się miejscem spotkań politycznej opozycji, co oczywiście nie cieszy „ojca narodu”. W słoneczną kwietniową niedzielę protestujący demonstrowali w mieście pod patronatem białoruskiej Cerkwi prawosławnej. W mińskim kościele czujesz się jak w Polsce, a w cerkwi obok, no cóż, babcie w chusteczkach, Rosja.

Tak czy inaczej, białoruska inteligencja przechodzi od dyskursu osadzonego w przeszłości Białorusi, do zwróconego ku przyszłości. Białoruś przypomina mi kryształowy wazon, z którym trzeba obchodzić się ostrożnie. Winna uniknąć losu Ukrainy, ale także grożącego jej Anschlussu. A co do historii „zajęcy” – to ironia i autoironia, najlepszy sposób na duchowe uwolnienie się od obrzydłej dyktatury.

Przeł. Sergiusz Kowalski

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.