Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Christian Davies - ur. w 1986 r., ma polskie i brytyjskie obywatelstwo. Korespondent prasy zagranicznej w Polsce, publikuje m.in. w „Guardianie” i „Observerze”

Dziesięć lat temu wybrałem się samochodem do Belgradu z grupą Polaków. Kiedy wjechaliśmy do miasta, paru z nich zaczęło wyśmiewać jego szpetotę i zły stan budynków, po części zniszczonych przez bomby NATO podczas wojny w Kosowie w 1999 r. W końcu jeden spytał: „Czy nie rozumiecie, że mówicie jak Niemcy wjeżdżający do Warszawy?”. Żarty ucichły.

Smutnym produktem ubocznym przesadnego poczucia niższości części Polaków nad zachodnimi sąsiadami jest rekompensowanie go sobie demonstrowaniem równie przesadnej wyższości wobec wschodnich sąsiadów. Wielu Polaków traktuje ludzi ze Wschodu tak, jak wedle nich traktują ich, jakże niezasłużenie, ludzie z Zachodu: kpią ze względnego ubóstwa i okazują niewiele zrozumienia dla historii, orzekając, że tamtejsi obywatele nie pragną tak jak oni wolności i demokracji ani na nią nie zasługują.

Pozwolę sobie na małą prowokację. Przez kilkaset lat liczni Polacy domagali się interwencji Zachodu, który miał im pomóc odeprzeć obcych najeźdźców i okupantów - najczęściej chodziło o różne wydania inwazji rosyjskiej. Niechęć krajów zachodnich do wysyłania swoich ludzi, aby umierali za Polskę, od dawna rodzi resentymenty. Lecz teraz, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę i okupuje część jej terytorium, ilu Polaków wzywa Warszawę do wypowiedzenia wojny Moskwie i posłania wojsk, by walczyły za ukraińską sprawę? Sami widzicie, jak wyglądały od zawsze z perspektywy Paryża i Londynu problemy Europy Środkowo-Wschodniej.

To samo dotyczy Białorusi. W ubiegłym stuleciu Polacy przez dziesiątki lat skarżyli się, że zachodni sąsiedzi porzucili ich i skazali na życie pod sowieckim jarzmem. Lecz teraz, kiedy Polska jest już wolna, ilu angażuje się szczerze, z zapałem, w obronę białoruskich sąsiadów pod sowietyzującą się dyktaturą? Białorusini są dziedzicami Wielkiego Księstwa Litewskiego i czczą Mickiewicza – wystawiają mu pomniki i nazywają ulice jego imieniem. Gdzie braterstwo?

Nie chcę ograniczyć się do potępienia hipokryzji – wszyscy, włącznie ze mną, jesteśmy na swój sposób hipokrytami. Ważniejsze, że polskie uprzedzenia i podwójne standardy mogą okazać się destruktywne dla samej Polski.

Odnoszę wrażenie, że Polacy są zbyt dumni, by porównywać się do Ukraińców i Białorusinów. Zdecydowana większość woli porównywać siebie z Niemcami, Francją, Holandią. Ma to deformujący, groźny wpływ na samoocenę, bo przez ciągłe porównywanie się z dużo bogatszymi ryzykują, że będą ciągle nieszczęśliwi, rozczarowani i sfrustrowani.

Spójrzcie wstecz i zobaczcie, ile osiągnęliście. Zważcie, że na początku lat 90. Polska i Ukraina miały niemal identyczny PKB. Przejedźcie się szosą lub pociągiem po zachodniej Ukrainie. Złóżcie wniosek o białoruską wizę i przekonajcie się, czym naprawdę są otwarte granice.

Nawet jeśli pod wieloma względami Polska bardziej przypomina dziś Niemcy niż Ukrainę, ci, którzy wyciągają stąd wniosek, że było to jej od zawsze przeznaczone, oddają się zbiorowym złudzeniom. Polska nie zbliżyła się do Zachodu dlatego, że była do tego predestynowana, tylko dzięki właściwym decyzjom podejmowanym w kluczowych momentach przez polskich przywódców. Ale właściwe decyzje można odwołać, a ich skutki odwrócić.

W zeszłym tygodniu wybrałem się na Białoruś w roli odkrywcy kraju mego pradziadka, polskiego unity z Polesia, który pod koniec XIX w. porzucił dom na bagnach Prypeci w ówczesnym Imperium Rosyjskim i uciekł do Galicji, gdzie mógł praktykować swoją religię bez obaw przed prześladowaniami lub poborem do wojska.

Każdy, kto ma jakieś związki z Polską i widział miasteczka zachodniej Białorusi, zauważy dwie rzeczy. Po pierwsze, przynajmniej w zewnętrznym oglądzie prezentują się one wyjątkowo dobrze – przycięte trawniki, pomalowane płoty, równe drogi. Po drugie, miasteczka te wydają się niemal wierną kopią polskich odpowiedników, z tą różnicą, że na Białorusi rzadko spotyka się pijaków, bezdomnych i burdy uliczne.

Zapewne wielu Polaków z radością zamieszkałoby w takim kraju. Państwo zaopiekowałoby się nimi, a przynajmniej udawałoby. Żyliby z dala od rozterek demokratycznej polityki – i od wolnych sądów. Mieliby niezłe warunki materialne – porządny samochód, zachodnie ciuchy, iPhone’a. Mogliby napić się piwa i zjeść w porządnej restauracji. Przestępczość jest niska, więc ich dzieci byłyby raczej bezpieczne. Mogliby chodzić do kościoła i żyć w prawdziwie konserwatywnym społeczeństwie, bez bandy liberałów, która wszystko psuje. Czego więcej chcieć?

Prawda jest taka, że polska kultura polityczna i narodowa odpowiada geograficznemu położeniu – to hybryda Zachodu i Wschodu, z wieloma dobrymi i złymi cechami obojga. Pamiętajmy jednak, że zawsze były i są możliwe alternatywne, niezachodnie warianty przyszłości.

Opozycyjni politycy ostrzegają czasem, że Polska może stać się Białorusią. Zważcie: Białoruś jest znacznie bliżej, niż myślicie.

przeł. Sergiusz Kowalski

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.