Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kola Antipow - aktywista LGBT, współzałożyciel i uczestnik antydyskryminacyjnego projektu Make Out (Makeout.by), z zawodu web designer

- Jak się czuje mama? Jak bracia? - pytam o wszystkich członków rodziny Koli. Jak zawsze, gdy spotykamy się po dłuższym czasie. Kiedy pada imię jego młodszego bratanka, Kola milknie.

Kola Antipow: - Nie wiem. Bratowa zabrała dziecko do rodziców w innym mieście. Nie widziałem go od dwóch lat. To połowa jego życia, niedługo przestanie mnie pamiętać. Od kiedy są w separacji, nawet brat ma problem z widywaniem syna, a co dopiero wujek-gej.

Magdalena Olga Olszewska: Nie jesteś trochę przewrażliwiony? Co ma do rzeczy twoja orientacja seksualna?

Kola Antipow: Na Białorusi? Wszystko!

Przecież to sprawa rodzinna.

Też tak myślałem, dopóki nie przyszli do mnie z milicji w celu „przeprowadzenia rozmowy profilaktycznej w zakresie zapobiegania przemocy seksualnej wobec małoletnich”.

Bratowa wnioskowała o zakazanie mi kontaktu z dzieckiem, bo nie jestem hetero. Funkcjonariusz zaczął standardowo: imię, nazwisko, miejsce pracy, czy byłem karany... I nagle pyta o orientację. Zajrzałem mu przez ramię, dojrzałem w notatkach: „promuje homoseksualizm wśród młodych ludzi”, „organizator gejowskiego festiwalu”. 

I co odpowiedziałeś?

Odmówiłem odpowiedzi. Strasznie się zdenerwował, zaczął mnie wypytywać, czy dotykałem organów płciowych bratanka, czy on dotykał moich, czy robiliśmy coś podobnego zabawkom albo czy wychodziłem przy nim nago spod prysznica. Padały sugestie, że jako gej jestem dla dziecka psychicznie i fizycznie niebezpieczny. Mam wrażenie, że mama bratanka nie wpadła na to sama, bo i po co? Służby musiały podrzucić jej ten pomysł.

Zasugerowano ci pedofilię, bo jesteś gejem?

Spytałem milicjanta, jaką widzi zależność pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią. Zmieszał się. Później dopytywał, czy promuję homoseksualizm. Nie wiem, co to niby miałoby oznaczać. Funkcjonariusz wyjaśnił, że to na przykład wtedy, kiedy zaczepiam ludzi na ulicy, wręczam im ulotki i zachęcam, żeby też zostali gejami.

I co teraz?

Zwróciłem się po pomoc do białoruskiego Komitetu Helsińskiego. Niezależnie od tego, jak zareaguje system, chcę złożyć skargę do prokuratora generalnego w Mińsku i Mohylewie. Napiszemy też do szefa departamentu mohylewskiej milicji. 

Myślisz, że to coś da?

Nie wiem nawet, czy ostatecznie otwarto przeciw mnie sprawę, a jeśli tak, to czy jest w toku, czy może już zamknięta. Prawnicy zajmujący się prawami człowieka namawiają mnie, żebym tak tego nie zostawiał. Tu nie chodzi tylko o moją godność, ale i o politykę.

Skończyło się na tej „pogadance umoralniającej”?

Nie. Milicja nagabywała mnie potem telefonami. Usiłowano wymusić, żebym stawił się w komendzie, mimo że wysyłałem pisemne wyjaśnienia. Odpowiadałem, że się stawię, jeśli dostanę oficjalne wezwanie – krzyczano więc na mnie, że to nie ja tu będę decydował.

Nie łatwiej było odbębnić wizytę w komisariacie i mieć z głowy?

Żartujesz? Żeby napisali za mnie zeznania? Sam na sam w ciasnym pomieszczeniu z przedstawicielem władzy, który ma broń, to warunki na tyle stresujące, że łatwo palnąć coś głupiego. Na to zapewne liczyli, ale nie dałem się podpuścić mimo ogromnej presji psychicznej, którą na mnie wywierano.

Przyjąłem zasadę: bez prawnika ani kroku. Dzięki niemu wiem, że swoich praw mogę dochodzić w prokuraturze i sądzie, a nie w MSW, gdzie mnie odesłało jedno z milicyjnych pism, a gdzie homofobia ma się przednio, co było wyraźnie widać choćby w tym i zeszłym roku.

Masz na myśli sytuację z brytyjską ambasadą?

Tak. 17 maja, z okazji Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Brytyjczycy wywiesili tęczową flagę. Białoruskie ministerstwo wydało specjalne oświadczenie, w którym promuje tak zwane wartości rodzinne. Pocieszająca była wypowiedź Uładzimira Makieja, ministra spraw zagranicznych, który oświadczenie MSW uznał za nie na miejscu. Rozgorzała też dyskusja w mediach. Widać było zróżnicowanie w nastrojach.

Zresztą w tym roku - 17 maja, w Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii - na ambasadzie w Mińsku znów powiewała tęczowa flaga. Reakcja ministerstwa spraw wewnętrznych, cytuję: „Nasze stanowisko pozostaje niezmienione: sztuczne rozdmuchiwanie tematyki związków osób tej samej płci jest destrukcyjne, narusza normy moralne, prowadzi do wzrostu przestępstw seksualnych wobec dzieci!”.

Podczas prezentacji książki z historiami coming outów czytelników waszego portalu też nie obyło się bez problemów. 

Wtedy chodziło o deprawację nieletnich. Dziesięć minut przed rozpoczęciem podszedł facet w cywilu, wyciągnął blachę i zażądał rozmowy z szefem. U nas nie ma szefa, mamy strukturę horyzontalną, więc rozmawiałem z nim jako prawny organizator. Wyszliśmy z sali i okazało się, że funkcjonariuszy jest więcej, sześcioro czy siedmioro. Część z milicji, część z MSW. Podałem paszport, umowę najmu lokalu na imprezę – dokumenty były w porządku. Powiedzieli, że anonimowe źródło doniosło, że propagujemy homoseksualizm i demoralizujemy młodzież. Musieliśmy poprosić o opuszczenie sali wszystkie osoby poniżej osiemnastego roku życia.

Co na to wszystko białoruskie prawo?

Teoretycznie gwarantuje mi ochronę praw człowieka, na przykład nieingerowanie państwa w moją prywatność. W praktyce jest przeciwko mnie. Od pięciu lat nie ma już nawet parad równości.

Dlaczego? Władze chyba nie czują się od tej strony zagrożone?

One generalnie nie lubią żadnych demonstracji.

Tłumne wyjścia na ulicę są dla nich groźne z założenia, bo rozbijają jednolitą strukturę. Jeśli ludzie upominają się o swoje prawa, choćby najbardziej prywatne, to już jest polityka.

Dlatego co roku robiono wszystko, by parady były coraz mniej liczne. Przedstawiano je na przykład w państwowych mediach jako modę wspieraną przez europejskich polityków. Wirus z Zachodu, który nam się zaszczepia.

Represje wobec poszczególnych uczestników są bardzo proste, ponieważ większość wciąż gra z najbliższymi w grę pozorów. Wystarczy postraszyć, że rozpowie się o orientacji w środowisku pracy lub poinformuje rodziców. Coming out przed tym chroni.

To znaczy, że ty możesz czuć się bezpieczny?

Z pracy czy uczelni mnie nie wyleją, bo staram się trzymać możliwie z daleka od państwowych struktur. Ale nie mogę czuć się w swoim kraju bezpiecznie. Wiem, że jeśli na przykład ktoś mnie pobije z powodu mojego światopoglądu czy orientacji, to państwo mnie nie ochroni.

Co by było w takiej sytuacji? Dzwonisz na milicję i…

I sprawa zostaje potraktowana jak zwykłe chuligaństwo. Nie dramatyzuję, tak było z Miszą Piaszczeuskim. Został napadnięty i pobity tak, że stracił 20 procent mózgu. Leżał w szpitalu w śpiączce przez 17 miesięcy, aż zmarł.

Jak to się skończyło dla sprawcy?

Zabił go Dmitry Łukaszuk. Było kilka posiedzeń sądu. Pierwsze – kiedy rodzina Miszy jeszcze nie ujawniła jego orientacji i nie można było zakwalifikować czynu jako aktu nienawiści. Potem, jak już powiedzieli, sprawę wznowiono. Tym razem – nieumyślne ciężkie uszkodzenie ciała, wciąż nie motyw nienawiści, tylko chuligaństwo, choć było już jasne, że Łukaszuk zaatakował Miszę wychodzącego z klubu dla gejów. Po śmierci Miszy dodano, że ze to pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Łukaszuk coś tam już zdążył odsiedzieć i znowu go posadzili. Wyszedł wcześniej w wyniku amnestii.

Nie znaliście się z Miszą.

Nie. Ale to, co jemu, mogło równie dobrze przydarzyć się mnie lub komuś z mojego otoczenia. Żyję w tym samym kraju, w tym samym mieście i chcę się tutaj czuć bezpiecznie.

Co na to państwo? Żadnych regulacji antydyskryminacyjnych?

LGBT dla władz oficjalnie nie istnieje, więc nie można się do nich zwrócić, gdy dochodzi do dyskryminacji; samemu zadbać o swoje prawa też nie, bo jakakolwiek zorganizowana działalność społeczna jest uznawana za działalność partii politycznej.

Są i inne formy zwalczania naszego środowiska.

Na przykład?

Kojarzysz ten klub gejowski pod polskim konsulatem w Mińsku?

Pewnie. Ma niepowtarzalny klimat.

Miał. 

Co się stało?

Zaczęło się od antynarkotykowych kontroli. Idziemy do klubu potańczyć, a tu nagle przyjeżdża milicja, OMON z automatami. Wyłączają muzykę, gaśnie światło, nikogo nie wypuszczają, spisują dane, przepytują. Jeśli ktoś nie ma przy sobie paszportu, zabierają do komisariatu. W końcu lokal został zamknięty, najpierw na remont - i tak już zostało. Teraz na Białorusi nie ma żadnego klubu dla gejów. 

Władze zwalczają środowisko LGBT, ale opozycja chyba jest po waszej stronie? W programach partii i innych organizacji obrona praw człowieka jest kluczowa.

Osoby związane z opozycją starają się na ogół unikać tematu i jak większość społeczeństwa na wszelki wypadek udają, że nas nie ma. Głos w sprawie zabierają odważne jednostki, które nie boją się stygmatyzacji. Dużo częściej zdarza się ostra krytyka, bo nasza opozycja jest w dużej mierze konserwatywna. Wielu liderów otwarcie uznaje osoby LGBT za ludzi drugiego sortu. Żadne opozycyjne ugrupowanie nie ma w programie wyrównywania praw osób LGBT.

Zostajecie sami?

W mojej szkole hejt był powszechny. Nazwanie kogoś gejem było największą obrazą. Czułem, że to, kim jestem, jest czymś złym. Strach przyznać przed sobą, że jest się innym od reszty, a co dopiero powiedzieć to publicznie.

Z tego powodu w czasach szkolnych nie chciałem widzieć swojej seksualności. Odsuwałem ją, jakby w ogóle nie istniała. W szkole nie było ani jednej osoby, która przyznawałaby się do homoseksualizmu, więc tak było wygodniej, bezpieczniej. Otoczenie automatycznie uznawało, że jestem hetero.

Uczyli nas, że człowiek to biały heteroseksualny mężczyzna. Nie miałem pojęcia, że można nie pasować do tego schematu.

Nie było dostępu do artykułów, książek, filmów, seriali, w ogóle żadnych informacji o LGBT; nie znałem nikogo, kto by nie był hetero.

Gdzie znalazłeś pierwsze informacje?

Niestety, najpierw trafiłem na  pornografię. Później ruszyła Wikipedia. Wpisałem hasło: gej. Zacząłem czytać, link po linku, o starożytnej Grecji, Aleksandrze Macedońskim, Piotrze Czajkowskim i tak dalej. Świat się stopniowo poszerzał. Z czasem temat homoseksualizmu zaczął się pojawiać w białoruskiej prasie. Głównie w negatywnym kontekście, zawsze jako „gorący temat” z burzliwą dyskusją – ale jednak. Najczęściej chodziło o rosyjskie gwiazdy estrady – ten gej, ten nie gej, a tamten też chyba gej; same plotki. Później zaczęto pisać o pierwszych paradach.

Przed założeniem Make Out długo szukałem dla siebie miejsca. Chciałem działać, zmieniać codzienność. Przez jakiś czas byłem w młodzieżówce jednej z opozycyjnych partii, ale zrozumiałem, że tam się walczy o wolność dla wszystkich… poza mną. Podobnie w organizacji zrzeszającej gejów - ci byli „swoi”, ale też musiałem się określić. A ja nie chciałem sztywnych ram, definiowania się tylko przez seksualność. Jestem po prostu człowiekiem, chcę mieć prawo do godnego, swobodnego życia.

Co było potem?

Niedługo po maturze poznałem ciebie w Mińsku i zacząłem cię odwiedzać w Warszawie. Pierwszy raz znalazłem się na Zachodzie, chłonąłem wszystko, oddychałem innym powietrzem. 

Nie od razu powiedziałeś mi o swojej orientacji. Chyba dopiero po dwóch latach znajomości.

Musiałem to załatwić najpierw sam z sobą, potem z rodziną. Byłaś jedną z pierwszych osób spoza kręgu rodzinnego. Nigdy nie zapomnę twojej reakcji: „Aha… Idziemy coś zjeść? Bo głodna jestem”. Teraz to zabawne, ale dla mnie wtedy było wręcz szokujące. Zszokowało mnie to, że nie zszokowałem ciebie. Dopiero się uczyłem tego, że to jest normalna sprawa. Jestem z Mińska – aha. Jestem gejem – no, spoko. Lubię truskawki… i tak dalej. Nie ma powodu, żeby po usłyszeniu takiej informacji robić wielkie oczy, jakby rozmówca co najmniej zaczął opowiadać, jaka bielizna go kręci, a ludzie tak właśnie reagują.

Jak sobie z tym radzisz?

Kiedy przestałem się ukrywać, większość kolegów nagle zniknęła. Zweryfikowały się znajomości. Choć nałożyło się na to zakończenie szkoły, co zawsze wpływa na rozluźnienie więzów.

W tym czasie zacząłem pracować przy projektach społecznych, poznawać nowych ludzi i zadałem sobie pytanie, jak te kontakty będą wyglądać. Czy oprą się na szczerości, czy na zakłamaniu. Choć było to ryzyko, wybrałem pierwsze, bo inaczej nie da się zbudować żadnej bliskiej relacji.

I wtedy zrozumiałem, że nie pasuję do żadnej z organizacji. Przerosła mnie polityka zamknięcia: nie mów, że jesteś gejem, nie afiszuj się, nie prowokuj reszty świata - albo odwrotnie: definiuj się jako gej. Około roku planowałem, opisywałem projekt portalu. Rozmawiałem z rodziną, z przyjaciółmi. Pamiętasz, jak dopytywałem o „Wyborczą”, pracę redakcji, prawo prasowe i standardy u was? Albo jak tłumaczyłaś mi teksty z różnych polskich gazet? Potem poznaliśmy się z Nastą Mancewicz. Z rozmów wyszedł nam bardziej doprecyzowany projekt. Później dołączyła Wika Biran. Teraz jest nas więcej i wciąż dołączają nowe osoby.

Od kiedy robicie Make Out, chyba coraz więcej osób takich jak ty przestaje się bać być sobą?

Tak, ale to nie jest projekt tylko dla środowiska LGBT. Każdy może z niego czerpać wiedzę i wsparcie. Jest tak samo dostępny dla kobiet, mężczyzn, osób transpłciowych czy bez przynależności płciowej, hetero- i homoseksualistów, biseksualnych, Białorusinów, nie-Białorusinów, pół-Białorusinów i tak dalej. Przebijamy się mozolnie przez kolejne bariery w rodzinie, społeczeństwie, opozycji, której priorytety przecież podzielamy, a nawet w środowisku LGBT, które też wcześniej działało jako grupa zamknięta, ukryta, dostępna wyłącznie dla wybranych. Wspieramy także projekty podnoszące świadomość praw kobiet, walczące z przemocą w rodzinie...

To pierwsze takie przedsięwzięcie na Białorusi. 

Wiesz, u nas wszystko ciągle jest pierwsze, chociaż już od 28 lat jesteśmy poza Związkiem Radzieckim. Pierwszy fast food, pierwsza taka gazeta, pierwszy taki projekt czy pierwszy taki sklep.

Make Out nie jest pierwszą inicjatywą LGBT na Białorusi, ale na pewno pierwszym miejscem, które daje nam jak najszersze miejsce do życia. Bo łączymy działania kulturalne, tożsamościowe - parady, pokazy filmów, wieczory literackie - z informacją; taką kluczową, obejmującą psychologię, prawo, medycynę. No i dbamy o pamięć - wyszukujemy i archiwizujemy materiały dotyczące białoruskich gejów, lesbijek i innych mniejszości. Bo przecież nie jesteśmy pierwszymi na Białorusi osobami nieheteroseksualnymi. Środowisko funkcjonowało tu jeszcze w czasach ZSRR, gdy homoseksualizm był surowo karany. Chcemy uświadamiać ludzi, że „inni” byli tu zawsze wśród nas.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.