Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Filip Chodkiewicz - ur. w 1982 r., absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, instruktor harcerski. Przez wiele lat prowadził w Augustowie firmę eventową. Radny miejski w poprzedniej kadencji, w 2019 r. został wiceburmistrzem Augustowa

FILIP SPRINGER: Ostatni raz, gdy spotkaliśmy się na tym dworcu, przyjeżdżałem do Augustowa fotografować protest ekologów w Dolinie Rospudy. To był 2007 rok.

FILIP CHODKIEWICZ: Pamiętam doskonale, mróz był podobny, tylko my byliśmy młodsi.

Ja pracowałem w lokalnej gazecie w Poznaniu, ty prowadziłeś firmę eventową w Augustowie. Teraz jesteś wiceburmistrzem.

– Zaraz ugrzęźniemy w nostalgii albo samozachwycie. Wystrzegajmy się jednego i drugiego.

Wracam do tego nie bez powodu. Pamiętam nastawienie twoje i twoich współpracowników do tej całej sprawy w Rospudzie. Wieźliście mnie tam samochodem terenowym. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że nieco się podśmiewaliście – ze mnie, z tego protestu, z obozu ekologów.

– Tak było. Zobacz, jedziemy ulicą, która w tamtym czasie, przed budową obwodnicy, pełna była tirów. O, tutaj był zawsze korek, ciężarówka za ciężarówką, a to jest wjazd od strony Suwałk i główna droga biegnąca przez całe miasto. Hałas, smród spalin, wibracje. Tam jest szkoła, tu liceum, kawałek dalej, w prawo – największy pracodawca w Augustowie. Chodziło tędy mnóstwo ludzi, wypadki i kolizje co kilka dni. My tu mieszkaliśmy, z tirami pod nosem. Argumenty o miodokwiacie krzyżowym, któremu budowa obwodnicy w wariancie przez Dolinę Rospudy miała zagrażać, średnio do nas trafiały. Stąd to nastawienie.

Nie trafiały do was argumenty ekologów, którzy w lutym 2007 r. rozbili w dolinie obóz, by zablokować tę budowę?

– Nie, to była argumentacja, nad którą w Augustowie mało kto poważnie reflektował. Oczywiście były osoby świadome zagrożenia. Działałem wtedy w harcerstwie, sami zapraszaliśmy na zbiórki ekologów. Przychodzili, opowiadali o zagrożeniu. Słuchaliśmy ich uważnie, naprawdę chcieliśmy się dowiedzieć, o co w całej tej historii chodzi. Ale wychodziliśmy z tych zbiórek i widzieliśmy korek tirów, musieliśmy się między nimi przeciskać w drodze do domu. W ekologach, zwłaszcza tych, którzy przyjeżdżali z Warszawy, widzieliśmy jedynie zagrożenie, że obwodnica nie powstanie. Że te tiry będą już zawsze.

Dosyć szybko lokalne władze zaczęły protestować przeciwko protestowi. To była bitwa na wstążki. Symbolem obrońców Rospudy była zielona, symbolem umęczonych mieszkańców Augustowa – pomarańczowa.

– Tak, ten protest rozkręcił ówczesny burmistrz, zrobił na tym karierę, został później posłem. Ja dziś widzę, że samorząd został po prostu wplątany w ten konflikt, stał się zakładnikiem sporu, ale wszystko, co ważne, działo się ponad naszymi głowami. Ale tymczasem zbliżamy się do kładki, która jest symbolem tej całej historii.

Kładka?

– Tak, gdy się okazało, że Komisja Europejska zablokuje budowę przez Rospudę, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wybudowała nam w centrum miasta kładkę, żeby dało się przejść nad tymi tirami. Kosztowała 6 mln zł i nadaje się chyba tylko do patrzenia na samochody z góry. Nikt przecież nie chce się wspinać po schodach tylko po to, żeby przejść na drugą stronę ulicy. To było jednak rozwiązanie, które miało nam osłodzić gorycz oczekiwania na obwodnicę w nowym wariancie. Kosztowny, ale bezużyteczny bibelot.

O, a tutaj mijamy moje liceum. Korek tirów utrudniał wyjazd ze szkoły, co było dramatem wielu młodzieńców ostatnich klas, którzy mieli już prawo jazdy. Byłem wśród nich. Przez ciężarówki nie dało się zrobić rundy honorowej autem na dużej przerwie. Te dramaty, jak widzisz, rozgrywały się na wielu poziomach.

Obwodnica powstała sześć lat później, niż planowano.

– Właśnie do niej dojeżdżamy. Jest z nią związanych kilka rozczarowań. Chodzi nie tylko o opóźnienie, ale też o jej szerokość. Tylko na niektórych fragmentach ma dwa pasy w jedną stronę. W przeważającej większości jest węższa. A to znaczy, że gdy zepsuje się jakaś ciężarówka albo dojdzie do wypadku, wszystko się tu zatrzymuje, a ruch zostaje przekierowany z powrotem przez miasto.

Otwarto ją z polityczną pompą?

– Oczywiście, w czasie samorządowej kampanii wyborczej. Obok ministra infrastruktury stanął ten były burmistrz, który tak zawzięcie bronił wariantu przez Rospudę. Teraz musiał szybko odnaleźć się w nowej sytuacji i ogłosić, że sukcesem jest ta obwodnica, która wrażliwy fragment doliny omija. Odnalazł się doskonale.

Trudno nie odnieść wrażenia, że obwodnica przez wiele lat była tu czymś w rodzaju fetysza, z pomocą którego można tu czarować wyborców.

– Nie mogło być inaczej. Dotyczyła problemu, który wszystkim doskwierał, polaryzowała, wyzwalała emocje. Ale to nie był jedyny fetysz. Mamy ich tu więcej.

Jakich?

– Przez lata wmawialiśmy sobie, że Augustów jest miastem turystycznym. Prawdopodobnie z tego jest znany w Polsce, ale to wcale nie znaczy, że turystyka jest najważniejszą gałęzią naszej gospodarki. Z usług turystycznych i okołoturystycznych utrzymuje się raptem garstka mieszkańców i wystarczy spojrzeć w dane statystyczne, by zrozumieć, że stawianie na turystykę to zaklinanie rzeczywistości. Oczywiście dla tej branży obwodnica była kluczowa, głupio się chwalić dzielnicą uzdrowiskową, obok której przejeżdża codziennie kilka tysięcy ciężarówek.

Z czego więc chce żyć Augustów?

– Są dwie branże, które dają zatrudnienie największej liczbie mieszkańców. Pierwsza to produkcja papierosów dla brytyjskiego koncernu, mamy tu fabrykę. Druga to przemysł stoczniowy – produkcja łódek, w Augustowie jest kilkanaście firm, które produkują doskonałe jachty motorowe, głównie dla globalnych marek. Trochę żałuję, że nie mamy jeszcze żadnej silnej augustowskiej marki łodzi, ale może to tylko kwestia czasu.

Co ciekawe, obie branże zaczynają się zmagać z brakiem pracowników. W fabryce papierosów są pracownicy z Turcji, oddelegowani przez ten koncern tutaj. W branży stoczniowej zaczynają się pojawiać augustowianie, którzy ostatnie lata spędzili w stoczniach w Wielkiej Brytanii czy Holandii. Odkrywają, że płace w Polsce wzrosły na tyle, że opłaca im się wrócić. My ich tu witamy z otwartymi ramionami.

Dla tych dwóch branż obwodnica zdaje się nie miała wielkiego znaczenia. Toczy się natomiast dyskusja o przebiegu trasy Via Baltica. Niektórzy załamują ręce, że będzie ona biegła bliżej Ełku niż Augustowa. Moim zdaniem to rozwiązanie ma też dobre strony, odsuwamy od siebie korytarz intensywnego ruchu. Ale dojeżdżamy do Suwałk.

Czy Augustów zazdrości Suwałkom specjalnej strefy ekonomicznej?

– I tak, i nie. Od niedawna zresztą jesteśmy jej częścią. Stworzyliśmy w Augustowie strefę aktywności gospodarczej i została objęta zapisami suwalskiej strefy. Jej utworzenie i uwolnienie sporej części Augustowa spod ograniczeń ustawy uzdrowiskowej miało stworzyć warunki rozwoju przedsiębiorcom, których już mamy. Zależy nam również na inwestorach z zewnątrz, ale niekoniecznie na tych, którzy chcą dać zatrudnienie przy najprostszych zajęciach za najniższą krajową. Taki jest właśnie przypadek suwalskiej strefy.

Stawiamy na rozwój lokalnego biznesu, bo on uwzględnia lokalne uwarunkowania. Cieszymy się, że mamy nowoczesną fabrykę papierosów, ale wiemy, że decyzje o jej istnieniu zapadają gdzieś daleko, np. w londyńskim City. Gdy ktoś tam uzna, że bardziej opłacalna produkcja jest gdzieś indziej, bardziej na wschodzie czy południu, tysiąc mieszkańców straci pracę. Dlatego wolimy nie uzależniać się od jednego pracodawcy.

Wracając do suwalskiej strefy, wielu mieszkańców Augustowa przyjeżdża tutaj do pracy. I tu wraca wątek obwodnicy.

Skrócił im się czas dojazdu?

– Tak, ale nie dzięki wybraniu nowej drogi. Oni z niej nie korzystają. Mnie to jakoś nawet zachwyca. Zjechaliśmy z obwodnicy i właśnie wracamy do Augustowa. Chciałem zrobić tę pętlę, żeby ci to pokazać. Pojedziemy starą drogą, niegdyś pełną tirów. Dzisiaj całkiem spokojną.

Pięknie tu!

– No właśnie. Tu było mnóstwo wypadków, kilkadziesiąt osób tu pewnie zginęło. Jednak teraz tiry jadą obwodnicą, ale mieszkańcy Augustowa jadą do Suwałk do pracy albo na zakupy tędy. Bo tu jest ładniej, fajnie się jedzie, te lasy są przecież olśniewające. Obwodnica sprawiła, że można się znów zachwycić okolicą. Miejscowi to doceniają.

Czy gdzieś tu nie miała czasem przebiegać obwodnica w starym wariancie?

– Właśnie tam jedziemy. Chciałbym cię zabrać w okolice dawnego obozu ekologów. Tam dalej jest knajpa człowieka, który dowoził im jedzenie. Jako jeden z nielicznych tutejszych wspierał ten protest. Mówiło się, że widział zagrożenie dla swojego biznesu w budowie obwodnicy, stołowali się u niego kierowcy ciężarówek, bał się, że upadnie.

Upadł?

– Nie, ma się doskonale. Biznes mu się rozwija, klientela jedynie uległa zmianie.

Wszedłeś do rady miasta w poprzedniej kadencji z list obywatelskiego komitetu Nasze Miasto, w tej kadencji zostałeś zastępcą burmistrza. Ostatnio zaczęliście tu stosować system komputerowy budżetu obywatelskiego do pytania mieszkańców o zdanie w ważnych kwestiach.

– Tak, uznaliśmy, że można ten system wykorzystywać nie tylko do głosowania w budżecie obywatelskim. Jest na tyle bezpieczny, że pozwala prowadzić coś w rodzaju referendów także w innych sprawach. Ostatnio mieszkańcy głosowali w sprawie płatnej strefy parkowania. Uruchomiliśmy to rozwiązanie także przy okazji wybierania gwiazdy Dni Augustowa. W tym drugim przypadku obniżyliśmy wiek uprawnionych do głosowania do 13 lat.

Pytam o to, bo zastanawiam się, czy uruchomiłbyś ten system, gdyby spór o Rospudę wybuchł dzisiaj.

– Ale wtedy zorganizowano referendum, większość opowiedziała się za obwodnicą przez Rospudę. Frekwencja była jednak za mała i referendum nie było wiążące. I tak by zresztą nie było. Referendami nie można uchylać obowiązującego prawa. Sam fakt jego zorganizowania uważam więc za szkodliwy, bo tamten spór był sporem prawnym.

Nie mam nic przeciwko pytaniu ludzi o zdanie, w ubiegłorocznym głosowaniu o strefę parkowania w mieście opowiedzieli się przeciw. Ja uważam, że to była błędna decyzja, ale podczas posiedzenia rady miasta nasz klub zagłosował tak, jak chcieli mieszkańcy. Bo po to ich pytaliśmy. W przypadku obwodnicy nie moglibyśmy uwzględnić ich głosu. To byłaby farsa.

Co ty właściwie dziś myślisz o tamtym proteście? Gdy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedziałeś, że musisz sobie najpierw uporządkować wspomnienia.

– Sam jestem zdziwiony, jak wielką ewolucję przeszedłem. Bo wtedy nie bez oporów, ale wybrałbym opcję pomarańczowej wstążki. Z tymi tirami naprawdę nie dało się żyć. Co więcej, ja jestem państwowcem, wierzę, że państwo jest potrzebne. I ono mnie oraz wszystkim mieszkańcom mówiło, że wszystko jest legalne, że to się dzieje w poszanowaniu prawa krajowego i europejskiego. Wszystkie zaangażowane w to instytucje zapewniały, że nie ma się czym martwić.

Tymczasem budowa w tym wariancie przez dolinę została zablokowana przez Komisję Europejską.

– Wszyscy wieszali tu wtedy psy na tych oszołomach ekologach, że pieniacze, że ekoterroryzm i tym podobne rzeczy. A okazuje się, że to oni mieli w tym sporze rację. Od początku mówili, że obwodnica w Dolinie Rospudy łamie unijne prawo i nie może powstać. To upór strony rządowej spowodował opóźnienie tej inwestycji, nie ekolodzy. Trzeba sobie to powiedzieć jasno. Ale tych dodatkowych sześć lat czekania nie jest w tym przypadku największym kosztem.

A co nim jest?

– Utrata zaufania do państwa. Wiesz, przyjeżdżał minister środowiska, słuchał postulatów ekologów i mówił: „Nie da się estakady? To nie szkodzi, wybudujmy pod Rospudą tunel!”. To było skrajnie nieodpowiedzialne!

Myślę, że wielu mieszkańców wyszło z tej historii z przekonaniem, że instytucjom państwowym nie można ufać, że one są niesolidne, nierzetelne. W dodatku nie umieją się przyznać do własnych błędów. Bo ja nie wierzę, że te wszystkie urzędy, ministerstwo, GDDKiA nie wiedziały, że brną w ślepą uliczkę.

Ja straciłem sporo z mojego zaufania do państwa przy okazji sporu o Rospudę, a dziś jako samorządowiec w relacjach z instytucjami centralnymi staram się zachowywać daleko posuniętą ostrożność. I wydaje mi się, że to jest największy koszt całej tej afery.

***

Oto kolejny wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów zbudowanych dzięki funduszom unijnym – inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – wybiera się na spacery z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami czy intelektualistami w miejscach takich jak: dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu czy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Springer rozmawia o tym, co te miejsca mówią o Polakach – ich twórcach, użytkownikach i krytykach – i jaka wizja wspólnoty oraz przyszłości z nich wynika.

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.