Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr Krzysztof Żółtański - ur. w 1963 r., filozof, nauczyciel w liceach i w prywatnych uczelniach, publicysta. Mieszka w Wałbrzychu.

Filip Springer: Chciałem się z panem spotkać, odkąd kilka lat temu przeczytałem pana tekst o krajobrazie Wałbrzycha. Napisał pan, że to miasto w jakimś sensie znika, a przynajmniej staje się niewidzialne.

Krzysztof Żółtański: A zarazem oferuje nieprawdopodobną rozległość wrażeń - jedna z wielu sprzeczności, która czyni je fascynującym. Można tu uczyć historii architektury - poczynając od resztek XVIII-wiecznego klasycyzmu, przez bogactwo form historycyzmu i secesji, na różnych fazach modernizmu kończąc.

Ale nad tą rozmaitością unosi się pewna jedność, którą trudno opisać w kategoriach stylu architektonicznego. Bardziej jako świadomość wspólnoty losu i wynikającą z niej moralno-estetyczną stosowność. W czasach gdy powstała większość substancji miasta, Wałbrzychowi nie brakowało ani zamożnych mieszczan, ani pieniędzy w kasie miejskiej - mimo to nie znajdzie pan chyba ani jednego budynku ekstrawaganckiego, lub choćby silnie akcentującego indywidualny gust inwestora - których tak wiele w kupieckiej Świdnicy. Mieszczańska warstwa powściągliwie manifestuje swój status, z drugiej zaś strony przykłada się wiele starań, by domy robotników, w istocie tanie czynszówki, wyglądały w miarę możliwości jak Bürgerhäusern - mieszczańskie kamienice.

Powszechna świadomość, że miasto stoi na robotniczym trudzie - nie na handlu czy zyskownych spekulacjach, kulturze lub wielkiej przeszłości - odcisnęła się estetycznie. Nawet tak prestiżowy projekt jak Nowe Miasto - dzielnica realizowana od podstaw wielkim kosztem i pod kierownictwem gwiazdy europejskiej urbanistyki Josefa Stübbena - unika wszelkiej ostentacji.

Ale to nie z perłami architektury i urbanistyki kojarzy się to miasto. Przez lata Wałbrzych był symbolem rozpadu. Najpierw zapaść w górnictwie, potem utrata statusu miasta wojewódzkiego. Bezrobocie, bieda, afera korupcyjna.

-  Problem w tym, że spojrzeniem i uwagą zarządzają nie tyle fizyczne obiekty, ile symboliczny i znaczeniowy kontekst, w którym są one umieszczone. Gdy np. nowoczesny artysta popada w niełaskę krytyków, jego dzieła lądują na składowisku, gdzie nikt, dosłownie nikt, ich nie zauważa, choćby wokół kręciło się mnóstwo ludzi. Wałbrzychowi przydarzyła się taka właśnie utrata kontekstu, został po wielekroć odarty z „aury” - by posłużyć się terminem Waltera Benjamina. Okoliczności, które pan przywołał, zła sława i spadek w rankingu ważności, to jakby odpowiednik negatywnego werdyktu krytyków. Postępująca od II wojny światowej dewastacja, odkuwanie zdobień, przypadkowe renowacje, spontaniczne zabiegi dostosowawcze, wreszcie oblekający fasady brud poprzemysłowy - to wszystko da się porównać do powolnej przemiany sali wystawienniczej w składowisko rupieci.

Jak działa ta niewidzialność?

- Jesteśmy w centrum, na ulicy Chrobrego. Proszę spojrzeć na ten dom tutaj, wygląda na bezstylowy obiekt banalnej użyteczności, niemal jak przydrożny „sklep spoż-przem”, prawda? Ot po prostu jeden z wielu budynków bez wyrazu, które mijamy nie spoglądając w ich stronę. Ale gdy to zrobimy, zauważymy najpierw dziwnie rozległą przestrzeń, odsuwającą go od szosy, formującą coś na kształt izolującej enklawy, jaką lubią otaczać się ważne reprezentacyjne budynki. Jeśli oko podąży za wzbudzoną ciekawością, nie umknie mu, mimo przeróbek i maskującej pastelozy, dyskretna elegancja konstrukcji - parter na planie kwadratu, węższe pierwsze piętro z płaskim dachem, pozostawiające miejsce na okalającą je aż z trzech stron werandę. Obszerne, dwuskrzydłowe wejście opatrują dwie pary kolumn, na których wspiera się, kiedyś zapewne elegancki, balkon.

Wystarczy jeszcze przedrzeć się przez różne ogrodzenia i krzaki, by odkryć na tyłach domu, tuż pod werandą, ukryty w zaroślach, zardzewiały szkielet konstrukcji, która musiała być szklarnią, a raczej ogrodem zimowym. Ten budynek to w istocie luksusowa, choć po wałbrzysku nieostentacyjna, willa w stylu włoskim. Mieszkał w nim dyrektor jednej z kopalń. Jego dom, a nawet cała posiadłość, fizycznie istnieje, ale stała się niewidzialna.

I pouczający szczegół - obie pary wspomnianych kolumn składają się dziś z jednej kolumny oryginalnej i jednej dosztukowanej, którą uzyskano najpewniej przez odlew w rurze kanalizacyjnej. Gdy widzi się je obok siebie, tę oryginalną, z przepisowymi krzywiznami, podstawą i zwieńczeniem, oraz tę późniejszą, o formie geometrycznego walca, doznaje się uczucia nonsensu, nieokreślonego niepokoju i wręcz utraty orientacji. Objawy te oczywiście nie występują, gdy się ich nie widzi. Niewidzialność więc to po części również efekt mechanizmów samoobrony.

Krzysztof Żółtański: Wałbrzych jest wyjątkowy na poziomie urbanistycznym, a nie w dziedzinie pomników mieszczańskiej próżności.Krzysztof Żółtański: Wałbrzych jest wyjątkowy na poziomie urbanistycznym, a nie w dziedzinie pomników mieszczańskiej próżności. Fot. Filip Springer

To był Niemiec, który to miasto opuścił najpewniej pod koniec wojny albo po wojnie. Czyli to zerwanie jest przyczyną niewidzialności Wałbrzycha?

- Kolejną z przyczyn, oczywiście bardzo ważną. Wymiana ludności po wojnie oznaczała zerwanie kulturowej, zatem i emocjonalnej ciągłości. Przyjezdnym masom ludności Wałbrzych prezentował się już tylko jako zastana substancja użytkowa. Sprawy dopełniła niechęć do wszystkiego, co niemieckie, a także nieufność co do trwałości politycznej zmiany, która Niemców stąd wyprowadziła.

W rezultacie do dziś, np. w dzielnicy Sobięcin, oglądać można ulice, których wygląd przywodzi na myśl nie miasto i jego mieszkańców, ale wędrowne plemię, które spotkało na swej drodze opuszczone siedziby nieznanej sobie cywilizacji i postanowiło je tymczasem zasiedlić - przynajmniej dopóki czas, deszcze i wiatr nie obrócą ich w zupełną ruinę. Oczywiście żyją tam nie żadni koczownicy, tylko normalni ludzie. Ich przykład dowodzi jedynie, że tak samo jak troska o swe otoczenie, dziedziczona jest również jego niewidzialność.

Obserwowano już u przesiedleńców, zwłaszcza w Trzecim Świecie, że nawet jeśli pierwsze pokolenie próbuje, w miarę możliwości, kontynuować coś ze stylu życia, w którym wyrosło - pewne obyczaje, hodowlę zwierząt, jakąś uprawę - to kolejne całkiem to zarzuca i poddaje się zrezygnowanemu oportunizmowi. Podobnie w Wałbrzychu - świeżo przyjezdni usiłowali to i owo przyhodować, drób, gołębie, nierzadko i wieprzaka na balkonie. Spędzali czas na podwórku, przy komórkach, gdzie zakładali też rachityczne ogródki. Przy drzwiach wejściowych do czynszówek jeszcze dziś wypatrzeć można, już ledwie wystające nad ziemię, stare opony - kiedyś, wypełnione humusem i pomalowane olejną farbą, tworzyły miłe oku rabatki. Później już nic nie powstało na ich miejsce, a nędzne resztki po tych dawnych zabiegach pogłębiają estetyczny chaos.

Zmiana przyjdzie tylko z zewnątrz, w postaci najętej przez miasto ekipy, która dokona rutynowych odnowień i mniej lub bardziej oczyści teren.

Szczerze mówiąc, myśl o chwili, a przecież ona nastąpi, w której całe miasto przejdzie na stronę tej standardowej schludności, trochę mnie przeraża. To wiąże się z następnym aspektem niewidzialności, zagrożeniem jej spotęgowania. Płynie ono od pewnego typu iluzji.

Iluzji?

- Mówię o ingerencji, której efektem jest nic nie mówiąca schludność albo - w przypadku zabytkowych kamienic - muzealnie cyzelowana urokliwość. Już teraz wiadomo, że miasto, którego estetycznej spójności podporządkował się Stübben i dopełniający jego dzieła wybitni wrocławscy architekci, podzieli się na strefy. Jedna z nich będzie wyróżniona estetycznie i podsuwana do podziwu gestem, który jest wybitnie niewałbrzyski.

Tymczasem okolice Rynku właśnie przez to, że są wałbrzyskie, nie oferują nic architektonicznie czy stylistycznie spektakularnego. Powstanie jeszcze jedna, przeciętna wypielęgnowana „starówka” - niezbyt stara zresztą. Wałbrzych jest wyjątkowy na poziomie urbanistycznym, nie w dziedzinie pomników mieszczańskiej próżności. Tych znacznie więcej jest w Świdnicy.

No dobrze, ale jak się mają do tego te iluzje?

- Chodzi o to, że Europa - w jakimś sensie cały zachodni świat, ale Europa ma najwięcej do stracenia pod tym względem, więc jej problem dotyczy najmocniej - że Europejczycy utracili zdolność do wytwarzania własnego stylu. Potrafią jedynie restaurować, konserwować i podświetlać, jakby kształtowali swe otoczenie wedle potrzeb kogoś z zewnątrz, kto szuka atrakcji.

Gdy ogląda się przedwojenne zdjęcia niemieckich miast, uderza nieokreślona, niemożliwa do zdefiniowania harmonia między przejawami spontanicznego życia a architekturą. Nawet reklamy nad sklepami nie gryzą się z fasadą. Można się zdumiewać, że fontannie z czasów wojny 30-letniej nie odbiera godności jakaś plandeka, która po wypłukaniu suszy się na cembrowinie. Że wozy z kartoflami nie kłócą się z portalem katedry - jeszcze niewypucowanym do nagiego kamienia - a elegancki pan w kapeluszu i z laseczką nie patrzy z niesmakiem na żebraka tuż obok.

Te obrazy budzą tęsknotę za byciem u siebie, byciem w domu. Dzisiejsze miasta już tego nie oferują.

Ich najcenniejsze dzielnice wyglądają jak realizacja wyobrażenia o oczekiwaniach turysty. Nasuwają na myśl wiejskie obejścia spreparowane dla amatorów wczasów pod gruszą - wszystko tam niby jest, i chałupa, i koło od wozu, stara grusza i parę kurek, tylko od razu skądś wiadomo, że nie jest to chłopskie obejście. Nazbyt tu ładniutko. No i chłop nie pomalowałby szprych tego koła na wszystkie kolory tęczy.

Z czego to wynika?

- Faktycznie dziś mamy tak, że jeśli mieszkańcom pozostawia się spontaniczną aktywność w kreowaniu swego otoczenia, efekt zazwyczaj razi dowolnością. Sam pan doskonale to wie, wiele pan o tym pisał. Od pewnego momentu w historii zachodniej kultury nie ma już stylu ani stylów, są tylko mody i trendy, tworzące harcowisko niespójnych i przelotnych upodobań.

Styl jest zewnętrznym przejawem zgodności wielu elementów z różnych dziedzin, wytwarzanej w drodze długotrwałego bycia u siebie jakiejś wspólnoty. Stylu nie da się wymyślić, zatwierdzić i z powodzeniem zrealizować. Co najwyżej można zidentyfikować i skodyfikować niektóre jego parametry, by w rozwijaniu zabudowy jak najmniej go zaburzać. Tak właśnie czyniono w Niemczech pod koniec XIX wieku - w zasadzie problemy ze stylem i jego autentycznością zaczęły się już wtedy.

Świadczy zresztą o tym sam historycyzm. Stübben w swej książce „Städtebau” (O budowaniu miast), omawiając sprawę stosunku między wysokością budynku, głębokością działki i szerokością ogródka przyulicznego, dołącza szereg schematycznych rysunków, podpisanych - schemat koloński, schemat monachijski, boński itd. W tym duchu przystąpił do projektowania Nowego Miasta - najpierw rozpoznając wałbrzyski styl, wspólne estetyczne parametry. I w ciągu paru lat powstaje zupełnie nowa dzielnica, która wygląda, jakby była częścią Wałbrzycha od zawsze.

Dzisiejsze postępowanie - wyróżnienie i wypucowanie „wizytówki miasta” plus dostosowanie reszty do standardowych kryteriów schludności - idzie w kierunku dokładnie przeciwnym. Od II wojny światowej regułą jest zarządzanie kształtem miast wedle kryteriów „uniwersalnych”, nie lokalnych. Także obecnie powstają nowe świetne pomysły na miasto przyjazne ludziom w ogóle, a Stübben i jego koledzy architekci wiedzieli, że najbardziej przyjazne ludziom jest ich bycie u siebie, we własnym, konkretnym mieście, nie jakimś „uniwersalnym”.

Zauważył pan, że ostatnie przedmioty, które uznajemy za pożądane dla stylowego urządzenia mieszkania, pochodzą z początku lat 60.?

Wtedy właśnie indywidualizm - przedtem cecha ekscentrycznych artystów - zaczął być systematycznie propagowany jako wartość uniwersalna i bezdyskusyjna. Ze szkół usunięto łacinę i grekę, jedynym celem kształcenia stał się „rynek pracy”, celem życia - „samorealizacja”. Odtąd Europa, złożona z jednostek, które nade wszystko cenią sobie swą autonomię, nie wytwarza już stylu, co najwyżej mody i trendy.

Dlatego tym swobodniej harcują fantomy tego, co „autentyczne”, niekorygowane już odniesieniem do jakiegoś niekwestionowanego fundamentu, warunku istnienia wspólnoty. A potrzeby przynależności, akceptacji, bycia u siebie są pierwotne i nieusuwalne. Jak mają je zaspokoić ci, którzy wyrośli w niechęci do autorytetu, instytucjonalnej religii, tradycyjnych ról, zobowiązań? Ano głównie przez iluzje, fantomy. Oferują one jakąś wizję bycia w sferze ogólniejszego sensu, ale nie wymagają ofiary z autonomii.

Najbardziej wpływowe z nich, które już od dawna zarządzają wyobraźnią, a zatem i widzeniem, to fantomy dobrej, świętej Natury oraz - jak by to nazwać... - historycznej stylowości. Człowiek, który dopiero w dzikich górach „czuje się wolny” - gdy wszystko, czym realnie żyje, znika za najdalszym horyzontem - także we własnym mieście nade wszystko ceni egzotykę. Historyczna stylowość stała się atrakcją na równi z tajską restauracją, progiem wodnym dla surferów czy wielką metalową kulą, którą możemy podziwiać na jednym z wałbrzyskich podwórek.

Wałbrzych odnowiony wedle kanonu stylowości zyska na widzialności pewnych budynków, ale stanie się mniej wałbrzyski. Dopóki to jednak nie nastąpiło - albo nastąpiło tylko w drobnej części - wciąż oferuje liczne okazje, a właściwie zmusza, do krytycznego myślenia o tych iluzjach.

I dlaczego niby Wałbrzych miałby być lepszy do takiego myślenia?

- Z tego samego powodu, dla którego stał się niewidzialny dla spojrzenia przez nie zarządzanego - ponieważ nieustannie stawia mu opór, miesza to, co ma być starannie rozdzielone. Wejdźmy w tę bramę, za chwilę zupełnie zmienimy otoczenie. Jesteśmy o jakieś 200 metrów od Rynku, ale wystarczy dalej pójść tą ścieżką i za minutę będzie pan w lesie, po którym biegają sarny. Co pan tu widzi?

Skaliste zbocze, które płynnie przechodzi w dach jednej z kamienic.

- Na tym dachu często przysiadają muchołówki szare. Ta ścieżka wybrukowana jest kapslami po piwie i fragmentami zielonego szkła, bo to świetne miejsce, żeby się napić, spoglądając na ruch uliczny poniżej. I proszę sobie to wyobrazić - przychodzi wiosna, poranek, szron. W tym wszystkim zjawia się kos. Chciałoby się, jak wypada miłośnikowi natury, poczuć wzruszenie, ale co zrobić z tym, że ptak skacze po kapslach? Jakże to niestylowe! Iluzja każe skrzywić się z niesmakiem - zbezczeszczona natura, nieświadomy swego poniżenia ptak, to straszne. Lepiej już idźmy choćby do parku w porządnym mieście. Może nie jest prawdziwą naturą, ale reprezentuje to, co dogmatyzm kocha - staranne oddzielenie sacrum od profanum.

Wałbrzych jest jednym wielkim generatorem takich irytacji. Ciągle coś ze sobą nie gra, przeszkadza w kontemplacji. A przecież kos stąpający z gracją po oszronionych kapslach to wspaniała pomoc dydaktyczna. Daje okazję, a nawet zmusza do krytycznej refleksji: co właściwie zakazało mi wzruszać się tym widokiem? Jakiego typu wyobrażenie? I dlaczego ono rozstrzyga za kosa, co jest dla niego odpowiednie? Itd. Jeśli tylko przedwcześnie nie przerwie się tej sekwencji, niechybnie doprowadzi ona do zdemaskowania iluzji, która zarządziła początkową reakcją. (śmiech)

Albo dam panu inny przykład. Jest tutaj, w Wałbrzychu, na Gaju, wielka pokopalniana hałda. Dopóki jej nie zrekultywowano, lubiłem tam chodzić, zwłaszcza w te jej zakątki, w których można się poczuć jak w Patagonii czy Himalajach - surowy księżycowy krajobraz, nic, tylko ja, kamienie i niebo. Tak, świadomie oddawałem się iluzji. Cisza, okolice i miasto daleko w dole, niewidoczne. To było może najbardziej niesamowite miejsce w tej okolicy, pełnej przecież dziwacznych ofert. Nigdy nie spotkałem tam żadnego z poszukiwaczy samotności, którzy przemierzają góry. Bo to cudowne miejsce ma jeden feler - nieprawe, grzeszne pochodzenie. Jest dzieckiem żądzy zysku. Jego piękno jest sprzeczne z dogmatem - zatem nielegalne. Fakt, że w tym właśnie jest bardzo wałbrzyskie.

No dobrze, ale jak ta gra iluzji ma się do samego miasta?

- Właśnie wchodzimy do Nowego Miasta. Już pan chyba wie, że pod względem architektonicznym i urbanistycznym to skarb tego miasta.

Nie jest z nim jednak najlepiej, stylistyczna czystość poszczególnych budynków jest zaburzona, mieszkańcy malują je, jak chcą, wstawiają okna, które rozbijają elewacje. Typowo polski kociokwik, styropianizacja, pasteloza, wszędzie pstrokate reklamy.

- No i widzi pan, ledwie weszliśmy i od razu musimy myśleć. Pan pewnie chciałby, żeby było stylowo, prawda?

Opieka konserwatorska wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

- Jasne. Ponieważ utraciliśmy zdolność do wytwarzania własnego stylu, zdani jesteśmy na fantom stylowości. Stylu nie można zarządzić ani wymusić - stylowość jak najbardziej. I z zapałem się temu oddajemy.

Skoro nie ma lepszego sposobu, żeby chronić ten, jak sam pan powiedział, skarb.

- Pewnie nie ma. Problem polega na tym, że paradoksalnie to, co w ten sposób chronimy, ulega ostatecznemu unicestwieniu. Bo chronimy styl, prawda? Przynajmniej tak nam się wydaje. Ale to, co jesteśmy w stanie zakonserwować, to jedynie zewnętrzny przejaw pewnej myślowej, emocjonalnej i aksjologicznej spójności, do której nie mamy już dostępu; gorzej, która nas w ogóle nie obchodzi.

Bo nie wspólnota, ale indywidualne kolekcjonerstwo doznań definiuje dziś sens życia.

Chwilowe doznanie, pozór przynależności do wspólnoty, jest obecnie dużo bardziej cenione niż sama przynależność, którą raczej się odbiera jako potencjalne źródło opresji. Stylowość daje ten pozór, nie wymagając niczego w zamian. To się nazywa fetyszyzm - kult zewnętrznego przejawu zamiast istoty rzeczy. Uprawiany jest on przez turystów i dla turystów - bo wszyscy staliśmy się nimi, nawet we własnym mieście.

Obecna postać tej przestrzeni - cały ten malowniczy bałagan - powstała w efekcie spontanicznego rozwoju pewnej społeczności. Ona, przynajmniej teoretycznie, ma szansę wydać z siebie pewien styl. Pan, administrując im przymusowo swą stylowość, ostatecznie zabija tę szansę. Powstawanie stylu i ochrona stylowości to procesy wzajemnie się wykluczające.

No a wartość historyczna? Co z nią?

- Chyba pana zaskoczę. Niech się pan rozejrzy po tych budynkach i powie, jakim terminem można, najogólniej, opisać ich styl architektoniczny?

Historycyzm, zdaje się. I trochę secesji.

- Właśnie. A czymże był historycyzm? Był świadomym skierowaniem się w stronę przeszłości, wypreparowaniem niektórych jej motywów, by za ich pomocą zbudować sobie iluzję ciągłości i bycia u siebie. Bo teraźniejszość już wtedy zaczynała być czymś nieogarnionym, nie budowała spójnego kontekstu z wciąż żywym klasycznym rozumieniem piękna, duchowości, celu życia. W te fasady wpisane jest napięcie, nawet rozdarcie - to, które ze wzruszeniem odczytujemy z wielkiej literatury i muzyki owego czasu.

Następnie secesja - czyni krok dalej, chce się uwolnić od kanonów przeszłości i dać szansę nieskrępowanej fantazji. Nadal czyni to w duchu belle epoque, duchu piękna jako bezinteresownej kontemplacji, ale wobec historycyzmu z pewnością jest jakimś „zerwaniem”. I proszę zauważyć, tu, na Nowym Mieście, architekci wrocławscy potraktowali ją na równi z historycyzmem - wpisuje się ona gładko w rzędy kamienic i służy już tylko za jeszcze jeden zbiór motywów do wykorzystania. Jest w tym coś z obojętności, wyczerpania, a to zapowiada modernizm.

I faktycznie, ledwie parę lat później od głównej pierzei kamienic, o których mówimy, powstaje piękny wczesnomodernistyczny budynek. Pozbawiony historyczno-stylowych zdobień. Modernizm nienawidził stylowości, bo miał ją za fetysz. Pragnął czegoś prawdziwego - piękna wyrastającego z życia, nie stiukowych idoli. A dziś to wszystko - jedno i drugie - ma być znowu po prostu „stylowe”.

Chcemy chronić modernizm, czyniąc z niego dokładnie to, przeciwko czemu się on buntował.

W tej dzielnicy więc zakodowana jest opowieść dokładnie o tym problemie, który nas teraz nurtuje. Ale cóż z tego - możemy się tą myślą pobawić, ale w gruncie rzeczy jest nam ona obojętna. Nie należymy już do tej opowieści, do żadnej opowieści - każdy z nas chce snuć własną. Dlatego na równi lubimy je wszystkie - modernizm, gotyk czy taoizm. Oczywiście wedle indywidualnych preferencji. Kult wartości historycznej, owego „wspólnego dziedzictwa”, dokumentuje więc, paradoksalnie, deficyt zarówno wartości, jak i wspólnego dziedzictwa. Wszystko staje się nam równie dalekie i na równi godne troskliwej ochrony.

Więc właściwie chce pan powiedzieć, że ten modernistyczny budynek obłożony w części żółtą styropianową elewacją bardziej pana przekonuje niż gdyby był troskliwie odrestaurowany przez konserwatorów? Bo nie jest chroniony?

- Proszę pana, oczywiście że jestem wielkim admiratorem tego, co i jak wybudowali tu Niemcy. Ale jako filozof zastanawiam się, co jest gorsze - ta żółta elewacja albo inne przejawy prywatnej, nieraz barbarzyńskiej, dowolności, czy dogmatyzm niemający żadnego związku z ludźmi, którzy tu żyją, dławiący ich spontaniczną ekspresję. I boję się, że nie znajdę odpowiedzi.

Powiem panu jedynie, że po każdym dłuższym pobycie w Niemczech, gdzie terror stylowości posunięty jest o wiele dalej, wracam do Wałbrzycha z poczuciem ulgi.

Szerzej otwieram oczy i chłonę otoczenie z przyjemnością.

Jakie jest więc wyjście?

- Wydaje się, że nie ma. Bo rzecz nie w tym, że nie potrafimy go znaleźć, tylko w strukturalnej własności czasów, w których żyjemy. Odkąd nasza jednostkowa autonomia jest nam najdroższa, odtąd skazani jesteśmy na błądzenie między iluzjami. Można powiedzieć, choć tylko metaforycznie, że to nasz obecny styl.

Przyjechałem tutaj, żeby w tych pana refleksjach o krajobrazie i architekturze osadzić jakoś powstanie Starej Kopalni. To centrum nauki i kultury zorganizowane ze zrewitalizowanej kopalni Thorez. Włożono w jego budowę wiele wysiłku i pieniędzy. Jego powstaniu towarzyszyła chęć odcięcia się od przeszłości grubą kreską. Oto na gruzach upadłego zakładu powstaje nowa architektoniczna ikona. A Wałbrzych będzie teraz innym miastem, które wie, jakie są jego korzenie.

- Czy trzeba tu jeszcze coś mówić po tym wszystkim, cośmy już powiedzieli? Stara Kopalnia to najbardziej spektakularny i pewnie najbardziej kosztowny przykład najczystszego kultu stylowości, dla którego próżno byłoby szukać konkurencji w Polsce. Chłopskie obejście dla turystów podniesione do rangi 100-milionowej inwestycji. Z taką precyzją, bezkompromisowością i bezprzykładnym rozmachem ucieleśnia fetyszyzm naszych czasów, że paradoksalnie komunikuje o nas prawdę, której sami sobie nie mamy odwagi wyznać.

W tym sensie jest typowo wałbrzyska - zmusza do myślenia.

Zbieg wielu okoliczności dał miastu coś może niezbyt przydatnego, ale bez wątpienia spektakularnego. Number one w pewnej szczególnej konkurencji. A skoro już jest i coś tam się regularnie odbywa, to trzeba to wspierać i szukać dobrych stron.

Usłyszałem kiedyś opinię, że Stara Kopalnia jest zachowana-niezachowana.

- To bardzo łagodne sformułowanie obcesowości, z jaką ów projekt obszedł się z problemem przemijania. Podobno górnicy, skuszeni hasłem o rewitalizacji, przychodzą popatrzeć, ale to, co widzą, wywołuje w nich dreszcze.

Kilka lat temu odbyła się w Starej Kopalni konferencja studentów architektury. Jednym z zadań warsztatowych było wymyślenie, co zrobić z tą częścią tego obiektu, która jest nadal zamknięta dla zwiedzających. Byłem tam kiedyś. Wygląda to przejmująco: wielkie hale z porzuconymi na stanowiskach pracy kaskami robotników i narzędziami. W to wszystko wkracza natura i rozpad.

- I co wymyślili studenci?

Jedna z najciekawszych koncepcji zakładała, żeby to zostawić tak, jak jest, a zwiedzającym stworzyć jedynie warunki, by mogli się temu przyjrzeć bez ryzykowania życia.

-  Piękny przykład szamotaniny między iluzjami. Oczywiście stylowe i godne ochrony może stać się wszystko, również porzucone narzędzia i gnijący ubiór roboczy. Ten ostatni otwiera interesującą kwestię, może i nową dziedzinę, konserwowania samej przemijalności.

Co więc zrobić? Jak się do takich miejsc odnieść?

- Nie wiem. I cieszę się, że nie muszę o tym decydować. Jesteśmy z powrotem w centrum.

Co teraz zrobimy?

- Może chodźmy na obiad.

***
Oto kolejny wywiad z naszego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów zbudowanych dzięki funduszom unijnym – inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – wybiera się na spacery z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami czy intelektualistami po miejscach takich jak: dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu lub Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Springer rozmawia o tym, co te miejsca mówią o Polakach – ich twórcach, użytkownikach i krytykach – i jaka wizja wspólnoty oraz przyszłości z nich wynika.

***
Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

embed

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.