Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Krzysztof Olechnicki - doktor habilitowany, profesor w Instytucie Socjologii UMK, kierownik Zakładu Badań Kultury. Interesuje się możliwościami metod wizualnych, antropologią społeczną, socjologią internetu i nowymi ruchami społecznymi. Był stypendystą Fundacji na rzecz Nauki Polskiej i tygodnika „Polityka” w ramach akcji „Zostańcie z nami”. Po godzinach: czechofil, poddany Caissy, meloman, fotoamator i piwowar - najchętniej symultanicznie.

Tomasz Szlendak - profesor nauk społecznych, dyrektor Instytutu Socjologii UMK. Zajmuje się socjologią kultury, konsumpcji i rodziny. Opublikował m.in. „Architektonikę romansu” (2002), „Supermarketyzację” (2004, 2008), „Socjologię rodziny” (2010) i „Nowe praktyki kulturalne Polaków” (2017, z Krzysztofem Olechnickim). Jest członkiem redakcji „Studiów Socjologicznych”. Był stypendystą Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz tygodnika „Polityka”.

FILIP SPRINGER: Chcieli z wami rozmawiać?

TOMASZ SZLENDAK: Nie wszyscy. Niektórzy reagowali alergicznie, niektórzy dali pełny dostęp, inni nie zaproponowali nawet kart magnetycznych, dzięki którym moglibyśmy swobodnie poruszać się po budynku. Jestem przekonany, że część traktowała nas jak inspektorów czy rewizorów, bo nasze badanie było finansowane ze środków ministerialnych, a to mogło budzić niepokój.

KRZYSZTOF OLECHNICKI: Ciekawe rzeczy wydarzyły się też po publikacji wyników naszych badań [„Efekt Bilbao / kult cargo?” - patrz obok]. Dopytywali nas o nie przedstawiciele wielu instytucji w kraju, ale akurat nie tych, które badaliśmy. To oczywiście może wynikać także z tego, że oni akurat poznali ich wstępną wersję na specjalnych warsztatach, które dla nich zrobiliśmy. Ale nie wszyscy na nie przyjechali.

Trochę wbiliście tymi badaniami kij w mrowisko. Zaczęliście się przecież przyglądać czemuś, co ma status dogmatu.

T.S.: Rzeczywiście, jeśli przyjrzeć się strategicznym dokumentom dotyczącym rozwoju kultury w Polsce, to pojęcie przemysłów kultury czy ekonomii kultury jest traktowane jak oczywistość. Infrastruktura wznoszona na potrzeby kultury jest rozumiana w kategoriach mnożników rozwoju. Postawimy spektakularny budynek filharmonii albo jakieś muzeum i każda włożona w to złotówka nam się rozmnoży przynajmniej kilkakrotnie.

K.O.:  Kulturę w tym ujęciu, a wraz z nią jej obiekty, postrzega się jako ważny czynnik rozwoju ekonomicznego - ma wpływać na atrakcyjność danego miasta dla nowych mieszkańców, turystów i inwestorów, tworzyć rynek pracy, buduje metropolitalny charakter miast.

Co złego w takim myśleniu o kulturze?

K.O.: Nic, jeśli towarzyszy mu świadomość, że kultura jest dobrem autotelicznym, samym w sobie, i nie trzeba go uzasadniać. Dla mnie największym zaskoczeniem badań było to, że właściwie wszyscy nasi rozmówcy takie myślenie sobie odpuścili. Że łyknęli tę wizję, że inwestowanie w kulturę musi być właśnie inwestowaniem w tym ekonomicznym rozumieniu, że to kura znosząca złote jajka. Choć tu muszę przyznać, że posługiwanie się tą argumentacją przez menedżerów kultury akurat jakoś rozumiem. W kraju, w którym ich sektor jest ciągle traktowany po macoszemu, dostali narzędzie, które pozwala im się wpisać w obowiązujący paradygmat.

T.S.:  To trochę jak w tych teleturniejach w latach 90. Niby to taka zabawa, rozrywka, ale gdzieś z boku stoi dziewczyna z koszem wypełnionym pieniędzmi - i nie można tego celu tracić z oczu. Żeby jednak oddać sprawiedliwość, należy dodać, że takiemu myśleniu towarzyszy czasem świadomość, że same obiekty kultury dochodowe być nie muszą. Jeśli są, to miło. Aksjomatycznie podchodzi się natomiast z pewnością do tego, że ich zaistnienie w przestrzeni musi być elementem rozwoju ekonomicznego miasta. Z tym nikt nie dyskutuje.

A jest z czym dyskutować?

T.S.: Przystępując do badań, chcieliśmy zarysować dwa skrajne punkty pewnego kontinuum. Na jednym jego końcu jest tzw. efekt Bilbao. W 1997 r. w podupadającym, stoczniowym mieście na północy Hiszpanii otwarto muzeum Fundacji Guggenheima, zaprojektowane przez światowej sławy architekta Franka Gehry’ego. W trzy lata od otwarcia muzeum miało się przyczynić do wygenerowania zysków sięgających 500 mln dolarów. A samo wzniesienie tego budynku kosztowało niecałe 90 mln. Od tego momentu ta wiara w rozwój wygenerowany przez spektakularną architektonicznie infrastrukturę kultury ma swojego bożka.

K.O.: Tylko że po pierwsze, mówiąc o Bilbao, często nie dostrzega się, że równolegle z muzeum powstały tam inne, również spektakularne obiekty architektoniczne, takie jak most zaprojektowany przez Santiago Calatravę czy nowe stacje metra Normana Fostera. Co więcej, w tym samym czasie stare miasto było objęte kompleksowym programem rewitalizacji, zreformowano systemy oczyszczania miasta i transportu publicznego. Patrząc z tej perspektywy, trudno mówić o pojedynczej inwestycji.

T.S.: Trudno też wykazać, że ta przemiana przyniosła jakiekolwiek pozytywne skutki o charakterze innym niż gospodarczy. Nie ma pewności, czy ten obiekt kultury miał pozytywny wpływ na życie społeczne czy kulturalne. W tym sensie niektórzy badacze mówią raczej o „anomalii Bilbao”, a nie o efekcie. Efekt to zresztą coś, co można powtarzać przy zachowaniu pewnych warunków. Tego, co się tam wydarzyło, jeśli się wydarzyło, nigdzie indziej powtórzyć się nie udało.

Efekt Bilbao jest jednak w debacie o miastach częstym słowem wytrychem. Posługują się nim zarówno badacze, jak i urzędnicy, politycy i dziennikarze.

K.O.:  A jego potoczne rozumienie jest niezwykle płytkie. I tu docieramy do drugiego krańca naszej skali - kultów cargo. To pojęcie opisuje zachowania rdzennych mieszkańców wysp Oceanu Spokojnego w czasie II wojny światowej. Obserwowali oni zachowania białych i na ich wzór zaczęli budować pasy startowe, nabrzeża dla statków, a nawet pleść ze słomy makiety samolotów. Wierzyli, że w ten sposób sprowadzą do siebie ładunki, które pojawiały się w tego typu miejscach organizowanych przez białych. To było typowe myślenie magiczne - przez manipulację symboliczną próbowali uzyskać efekt praktyczny, ale mieli zupełnie nierozpoznane mechanizmy, jakie za tym stoją.

Sugerujecie panowie, że część z naszych architektonicznych ikon jest uplecionymi ze słomy atrapami samolotów?

T.S.: Być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, czym jest efekt Bilbao i kult cargo, ale mechanizmy, jakie są ukryte za tymi pojęciami, z pewnością da się zaobserwować w polskim podejściu do nowych instytucji kultury. Co warte podkreślenia, ważnymi komponentami tych pojęć, zarówno efektu Bilbao, jak i kultu cargo, jest wizualny aspekt inwestycji. One muszą wyglądać.

Trzy z czterech objętych waszym badaniem inwestycji są związane muzyką. To Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, Wejherowskie Centrum Kultury - Filharmonia Kaszubska, Opera i Filharmonia Podlaska. A w kolejce do takiego badania mogłyby stanąć następne - Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu, Filharmonia Gorzowska, siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Polacy są zawziętymi melomanami?

K.O.: Tylko w przypadku Wejherowa spotkaliśmy się z czymś, co nosiło znamiona analizy potrzeb mieszkańców miasta. W pozostałych przebadanych przez nas przypadkach to była raczej arbitralna decyzja urzędników.

Gdy zapytałem kiedyś byłego prezydenta Katowic Piotra Uszoka o to, czym się kierował, decydując o wydaniu prawie 300 mln zł na siedzibę NOSPR, odpowiedział, że w badaniach społecznych, jakie zlecił, wyszło mu kilkuprocentowe poparcie dla tej inwestycji. Ale dziś jest zadowolony, że ona powstała.

T.S.: Musimy pamiętać o tym, że poparcie dla takich obiektów zawsze na początku jest niskie. Na większość pytań dotyczących wydawania publicznych pieniędzy na takie cele mieszkańcy odpowiedzą negatywnie. Bo zawsze jest jakaś dziura w drodze do załatania albo chodnik do wyrównania.

Tutaj zachodzi pewien paradoks. Fetysz efektu Bilbao, może nawet i nieuświadomiony pod tym konkretnym pojęciem, doprowadził do powstania takiej inwestycji jak filharmonia w Szczecinie. I dziś, wsiadając tam do taksówki, słyszymy od kierowcy, że on jest z tej filharmonii dumny. Choć pewnie w takim badaniu poprzedzającym jej budowę odpowiedziałby, że są pilniejsze wydatki niż filharmonia.

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w SzczecinieFilharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Mnie bardzo zaskoczyło, że poparcie dla badanych przez nas, już ukończonych i funkcjonujących inwestycji jest na wysokim poziomie. A przecież na etapie ich planowania toczyły się bardzo gorące spory o sensowność takich wydatków. Zastanawiam się, czy w takim kraju jak Polska nie trzeba robić na siłę pewnych rzeczy. Większość mieszkańców z powodów strukturalnych, edukacyjnych, kulturowych po prostu nie rozumie sensowności pewnych wydatków. I post factum okazuje się, że to działa na ich korzyść.

K.O.: Ale z drugiej strony, gdyby ktoś głębiej uspołecznił proces podejmowania decyzji o budowie opery i filharmonii w Białymstoku, to może nie wydano by tej góry pieniędzy na instytucję, która radzi sobie słabo, obciążyła budżet miasta i nie ma na siebie żadnego wyraźnego pomysłu.

Skąd jednak to wielkie zamiłowanie do muzyki? Same filharmonie i sale koncertowe.

T.S.: Muzyka jest z punktu widzenia polityków niekłopotliwa. Budując salę koncertową, można wykazać troskę o kulturę, a jednocześnie unika się ryzyka związanego z budową teatru czy choćby muzeum. Bo tam trzeba jeszcze zatrudnić dyrektorkę bądź dyrektora, który nie będzie próbował przemycać jakichś wywrotowych, kontrowersyjnych treści.

Proszę zobaczyć, jakie miejsce w debacie politycznej zajmują Muzeum Powstania Warszawskiego czy Polin. Jak już się wydaje duże, publiczne pieniądze, to lepiej na coś, co będzie neutralne dla elektoratu. Do filharmonii mało kto chodzi, a jak już pójdzie, to po wysłuchaniu tego czy innego koncertu raczej nie wyjdzie oburzony.

Idąc tutaj do panów, mijałem toruńskie Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki. Gdyby powstało nieco wcześniej, też mogłoby się załapać do waszego badania?

T.S.: Większość naszych ustaleń można odnieść do tego obiektu. Spektakularna architektura, uznany, zagraniczny architekt Fernando Menis to idealna odpowiedź na dosyć pobieżnie rozpoznane potrzeby mieszkańców. A jednocześnie ta nazwa dobrze wpisuje się w trend multifunkcjonalizowania takich inwestycji.

K.O.: To zresztą dotyczy właściwie już każdej nowej inwestycji. Budowę w Toruniu nowego stadionu żużlowego uzasadniano możliwością organizowania na nim także koncertów. Dzieje się to sporadycznie, ale argument jest. Podobnie jak w przypadku sali sportowej oprócz zawodów odbywają się tam zjazdy, gale i inne, zupełnie niesportowe wydarzenia.

T.S.: Takie zwielokrotnienie funkcji jeszcze bardziej uzasadnia wydatek - że nie tylko koncert, ale też kongres albo konferencja. A zatem więcej pieniędzy.

Jakie były okoliczności powstania Jordanek?

T.S.: One powstawały w kontekście, który dość dobrze uwypukla pewien aspekt myślenia efektem Bilbao. Wcześniej wybudowano tu Centrum Sztuki Współczesnej. Robiłem badania poprzedzające tę inwestycję.

K.O.: Nie przypominam sobie żadnych konsultacji społecznych dotyczących budowy CSW. O jakich badaniach mówisz?

T.S.: Słusznie ich sobie ich nie przypominasz. To nie były konsultacje, tylko badania społeczne, ale ich wyniki nie zostały upublicznione. Powstały na zlecenie dyrekcji nowo powstającego CSW. Wyszło z nich, że mało kto tego obiektu potrzebuje, co jest jednak dość przygnębiającą konstatacją w mieście uniwersyteckim.

Ale zaznaczyła się tam też dość ciekawa tendencja. Wiele osób deklarowało, że jeśli już ma coś takiego powstać, to powinno mieć wyrazistą architektoniczną formę. Zdecydowano wtedy inaczej, budynek jest nowoczesny, ale też dość zachowawczy - operuje właściwym dla tej części miasta materiałem, czyli cegłą, i dialoguje dość czytelnie z otoczeniem.

Niezadowolenie z architektury CSW było powszechne. Dlatego forma architektoniczna Jordanek, to ich rozchwianie, jaskiniowość wnętrz, mnóstwo wizualnych zaskoczeń - to jest ukłon w stronę tych potrzeb, chęć odcięcia się, zamanifestowania inności. Ikoniczność zbudowana na spektakularności.

K.O.: A do tego nagroda architektoniczna - uznanie, które przychodzi z zewnątrz, kończy jakąkolwiek wewnętrzną dyskusję.

Czwartym obiektem objętym waszym badaniem jest łódzki kompleks EC1 - Miasto Kultury. Wyklikany przez czytelników jednego z portali architektonicznych jako Bryła Roku 2013.

K.O.: I to w przypadku tej inwestycji używanie argumentu efektu Bilbao odbywało się wprost. Powoływano się na ten przykład przy każdej możliwej okazji.

Zadziałało?

T.S.: Na pewno przemiana tej części miasta, w której znajduje się EC1, ale też nowy dworzec Łódź Fabryczna, spowodowała wzrost cen nieruchomości wokół. To jeden z mechanizmów, który zachodził także w Bilbao. Dzielnica objęta tak pojmowaną rewitalizacją po prostu staje się modna, atrakcyjna i szybciej się gentryfikuje. Czyli zaczynają w niej dominować mieszkańcy o wyższym statusie materialnym.

Chyba jednak nie o to chodziło?

T.S.: Ale w Polsce rewitalizacja jest właściwie z gentryfikacją nierozerwalnie spleciona. Czasami mam wręcz wrażenie, że gentryfikacja jest oczekiwanym efektem rewitalizacji.

K.O.: Oczywiście nikt tego nie artykułuje wprost, ale gdy politycy lub urzędnicy wyrażają radość, że w okolicy takiego ikonicznego obiektu kultury powstają nowe kawiarnie i restauracje, pojawiają się młodzi - kreatywni, zagnieżdżają się start-upy, a ludzie chętniej płacą więcej za mieszkania, to tak naprawdę cieszą się z gentryfikacji ubranej w szaty rozwoju gospodarczego.

W świetle tego efekt Bilbao nie jawi się jako coś tak jednoznacznie pozytywnego.

T.S.: Efekt Bilbao jako mitologia ma wymiar aktywizacyjny. Powstaje spektakularny budynek, wraz z nim pojawiają się turyści, przedsiębiorcy, biznesy i pieniądze. Drugą stroną tego medalu jest wzrost cen i wypieranie dotychczasowych mieszkańców przez nowych, bardziej zamożnych, reprezentujących inne style życia.

K.O.: My staraliśmy się naszymi badaniami wprowadzić trzeci wymiar rozumienia tego pojęcia. Opozycja Bilbao - cargo okazała się w toku tych badań pozorna. W tym sensie można raczej mówić o „bilbargo”. Bo pomyślmy, co by się stało, gdyby nagle wszyscy przejrzeli na oczy i zobaczyli, że efekt Bilbao to bubel, słomiany samolot, który nie sprawi, że będziemy opływać w dobra?

Byłaby afera!

T.S.: Być może, ale najgorzej wyszłaby na tym wszystkim kultura. Posługując się w argumentacji efektem Bilbao, a przynajmniej nie kwestionując mechanizmu, jaki ma rzekomo za nim stać, porzuciliśmy wizję kultury jako dobra autotelicznego, zgodziliśmy się, by nakłady na nią były opatrzone pytaniem „A jaki będzie z tego zwrot?”. I nie chodzi o to, że opera ma na siebie zarabiać, lecz raczej o to, że miasto ma zarabiać na istnieniu opery.

Myślenie ekonomiczne zainfekowało nam mózgi?

K.O.: I trochę nie ma już odwrotu. Wycofanie się z tego zostałoby odebrane przez większość aktorów opacznie. Kultura jest bezcenna, dostęp do niej to przecież jedno z naszych podstawowych praw. Ale w tak ustawionym świecie wycofanie się z wiary w efekt Bilbao czy wręcz jego obnażenie mogłoby sprawić, że kultura zaczęłaby być odbierana jako bezwartościowa. Miasto nie zyskuje na istnieniu opery? To może trzeba przestać wydawać na nią pieniądze.

T.S.: Czyli nieważna już jest filharmonia jako obiekt ułatwiający po prostu dostęp do kultury. I nieważne, czy ta filharmonia sprawi, że Szczecin albo Białystok będą bogatsze. Ważne, że wierzymy, że mogłyby sprawić, bo dzięki temu mamy w nich dostęp do tej kultury.

Projekt badawczy „Efekt Bilbao czy kult cargo?

Nowe instytucje kultury jako aktywatory życia społecznego, kulturalnego oraz gospodarczego” został zrealizowany w 2016 r. dzięki finansowaniu w ramach programu „Obserwatorium kultury” Narodowego Centrum Kultury i aktywności Elbląskiego Towarzystwa Naukowego im. Jana Myliusa Societas Scientiarum Elbingensis. Badaniami objęte były: Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku, Wejherowskie Centrum Kultury - Filharmonia Kaszubska i EC1 Łódź - Miasto Kultury. Książkę „Efekt Bilbao / kult cargo: nowe instytucje kultury w Polsce”, będącą podsumowaniem projektu, napisali Łukasz Afeltowicz (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu), Jacek Gądecki (AGH), Krzysztof Olechnicki (UMK), Tomasz Szlendak (UMK) i Michał Wróblewski (UMK).

***

Oto kolejny wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów zbudowanych dzięki funduszom unijnym – inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – wybiera się na spacery z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami czy intelektualistami po miejscach takich jak: dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu lub Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Springer rozmawia o tym, co te miejsca mówią o Polakach – ich twórcach, użytkownikach i krytykach – i jaka wizja wspólnoty oraz przyszłości z nich wynika.

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.