Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Adam Robiński – ur. w 1982 r., dziennikarz, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Za debiutancką książkę „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Czarne 2017) otrzymał nagrodę Traveller w kategorii podróżnicza książka roku i Nagrodę Magellana za książkę reportażową

Gdy zaproponowałem Adamowi Robińskiemu zobaczenie położonych w województwie śląskim Cysterskich Kompozycji Krajobrazowych Rud Wielkich, zareagował sceptycznie. „Nic o tym miejscu nie wiem, nigdy tam nie byłem” – napisał.

Pomyślałem, że to nawet dobrze.

„Chciałbym, aby w miarę możliwości nasz wyjazd był tym, co zwykle pan praktykuje – odpisałem mu. – W Hajstrach często pan pisze, że chciał pan poznać jakieś miejsce czy krajobraz, więc się pan do niego wybrał. I gdy to czytałem, zawsze zastanawiało mnie, jak taka pana wyprawa wygląda – co pan robi, żeby poznać, wejść w krajobraz? Chciałbym to z panem przećwiczyć w Rudach i okolicy”.

Wyjeżdżamy z Warszawy w pewien styczniowy piątek, grubo przed świtem. Gdy docieramy na miejsce, dochodzi dziesiąta. Na parkingu przy dawnym cysterskim klasztorze stoi kilka samochodów. Pierwsze kroki kierujemy w stronę pachnącego jeszcze nowością pawilonu informacji turystycznej. Okazuje się, że jest zamknięty.

FILIP SPRINGER: O, nie mamy szczęścia.

ADAM ROBIŃSKI: W poniedziałek zamknięte, we wtorek od 12 do 16, w środę tak samo, czwartek i piątek zamknięte, w sobotę od 10 do 16. Przepraszają za utrudnienia. Może chociaż te infokioski czynne.

Przepraszamy, awaria.

– Aha, niczego się nie dowiemy. To ja może do toalety skoczę.

Nie skoczy pan, też zamknięta.

– Żart. Toaletę mogliby chociaż otworzyć. Przecież to nie wymaga jakiegoś wysiłku zajrzeć do niej raz dziennie, zobaczyć, czy czysto.

Jest za to karteczka na oknie „Uśmiech i kawa to podstawa”.

– A my już się śmiejemy. Chodźmy stąd.

Chodźmy. Przygotował się pan do wycieczki?

– Trochę poczytałem, jakoś nie umiem tak na ślepo.

A chciałby pan?

– Tak byłoby najfajniej, bo każda informacja, którą zdobędziesz przed wyruszeniem w teren, nakłada ci okulary, przez które patrzysz na krajobraz. A to oznacza, że zaczynasz się sugerować, to się może dziać podświadomie, ale przestajesz odbierać to, co się dzieje, całym sobą. Przyjechaliśmy do miejsca, które nazywa się dość hucznie Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich. I już tylko w tej nazwie czai się sugestia, że może warto tych kompozycji poszukać, że ktoś tu ten krajobraz celowo uformował. Że to jest jakieś dzieło. Obawiam się srogiego rozczarowania.

Skąd ta podejrzliwość?

– Bo dość często zdarzają mi się takie sytuacje, w których sposób, w jaki się sprzedaje krajobraz, nie ma z nim zbyt wiele wspólnego. Narracje o przestrzeni przegadują i niszczą doznanie. Ale chodźmy.

Trudno jest nie wiedzieć nic o danym miejscu, wchodzić w nie z zupełnie świeżą głową, nawet tutaj jesteśmy od razu bombardowani informacjami. Jest mapka, tablica z tekstem.

– To dobrze, że są. Może kogoś zachęcą, żeby się ruszył. Ja po prostu najbardziej chciałbym praktykować takie doświadczanie krajobrazu, które polega na czystym, niewinnym i nieobarczonym żadną wiedzą wejściu w przestrzeń. Ale jakoś nigdy mi się to nie udało.

Dlaczego?

– Bo taka praktyka jest związana z ryzykiem, że nic się nie zobaczy, ominie się najważniejsze. A to ryzyko staje się dojmujące w sytuacji, w której mam tak mało czasu na to, żeby jeździć i patrzeć. Bywa, że to jest tylko kilka godzin, kiedy mogę się wyrwać z Warszawy i pojechać do upatrzonego miejsca. Lubię to robić, brak mi odwagi, by zaryzykować porażkę. Zbieram więc wiedzę.

Czasami staram się ograniczyć ją jedynie do mapy. Może nie takiej jak ta tutaj, bo jest ona dość dziadowska. Ale nawet ta pozostawia mi względną wolność. Zaznaczono na niej co prawda największe atrakcje w okolicy, ale pozostawiono wybór, dokąd pójdę, co z nich wybiorę. Czy będzie to wieża widokowa, czy uroczysko Hubertus. To drugie raczej nie, bo jego nazwa kojarzy mi się jednoznacznie z łowiectwem.

Ja się często łapię na tym, że mapa daje mi poczucie kontroli nad przestrzenią. A potem ruszam i ono się okazuje złudne.

– Mapa jest oczywiście oszustwem, daje pojęcie o miejscu, ale bardzo niepełne. Problem w tym, że świat prezentowany przez branżę turystyczną jest tak dokładnie opisany, że zrezygnowanie z wszelkich innych źródeł informacji tylko na rzecz mapy już jest bohaterstwem.

Jest jeszcze Google Street View. Właściwie nie trzeba się ruszać z domu.

– Dla mnie ta technologia jest ostatecznym dowodem, że właśnie trzeba się ruszyć. Ilekroć z niej korzystam, czuję rozczarowanie, bo akurat tam, gdzie chciałbym „pójść”, samochód z kamerami nie dojechał. To takie patrzenie na krajobraz, które bardziej przypomina lizanie lizaka przez papierek.

Ostatnio zupełnie przypadkiem uświadomiłem sobie, że Rosja ma kawałek granicy z Koreą Północną. Dalej są już Chiny. Pomyślałem, że z geopolitycznego punktu widzenia trójstyk tych granic to jedno z najciekawszych miejsc na świecie. Trzy zupełnie inne światy. Postanowiłem sprawdzić, jak to wygląda. Okazało się, że od strony Rosji można to obejrzeć na Google Street View. Byłem ubawiony. Miejsce styku tych trzech wielkich narracji wygląda jak krajobraz pod Kutnem. Chciałem się tam trochę powłóczyć, ale Google mi na to nie pozwolił.

Gdy zjawia się pan w danym miejscu, co pan najpierw robi?

– Szukam możliwości zmiany perspektywy. Gdy spojrzałem na zdjęcia satelitarne obszaru, który właśnie zwiedzamy, zobaczyłem, że jest tu wiele stawów. To oczywiste, cystersi przecież słynęli z zakładania stawów rybnych. Pomyślałem, że jeśli lód będzie wystarczająco gruby, to będzie można się po nich przejść, spojrzeć na ten pejzaż inaczej.

Możemy ten lód sprawdzić, akurat stoimy na brzegu takiego stawu.

(Robiński schodzi na brzeg, bada lód). Jest za cienki, nie ma sensu ryzykować. Szkoda.

Ta zmiana perspektywy jest taka ważna?

– Pisarz Roger Deakin przemierzał przestrzeń i krajobrazy wpław. Argumentował, że zanurzeni w wodzie przybieramy perspektywę żaby i zaczyna do nas docierać bezmiar, który mamy przed sobą. Żaba inaczej patrzy na krajobraz niż człowiek. Warto sprawdzić, jak to widzi. To może być poznawczo użyteczne. Podobnie jak wejście na lód i spojrzenie ze środka stawu na brzeg. Zwykle patrzymy przecież w odwrotnym kierunku.

Ale chodzi nie tylko o fizyczne punkty widzenia. Można przecież patrzeć na dany krajobraz z perspektywy czasu – nawet takiego geologicznego, zastanawiać się, jak wyglądało dane miejsce w poprzedniej epoce geologicznej. Albo wziąć nieco mniejszą skalę.

W prawie każdym większym lesie jest jakieś drzewo czy głaz, przy którym według legendy miał siedzieć jakiś król, znany poeta albo powstańcy. To z reguły bujda, ale kupujemy ją jako turyści, bo ona nam daje cel, pretekst do wycieczki. Przemieszczając w czasie nasze spojrzenie na takie miejsce, zaczynamy się zastanawiać, jak ono wyglądało wtedy, gdy ten król/poeta /powstaniec sobie tu siedział. Otwierają nam się w głowie nowe obrazy, rodzą opowieści. O, proszę zobaczyć, znak „Uwaga na spadające konary”.

Powinniśmy się mieć na baczności?

– Irytująco odstraszający znak. Ktoś nam próbuje zasugerować, że robimy coś, co może być niebezpieczne. A my przecież tylko idziemy, nawet nie przez las, ale przez park. I to ogólnodostępny.

Ciekawe, ilu ludzi tak ginie w tych polskich lasach, w których tych tabliczek nie ma.

– Śmiejemy się, ale szkodliwość takiej niepozornej tabliczki jest wręcz przygnębiająca. Jest wiele pożytków z wędrowania, z bycia w lesie. W Finlandii wypisują to ludziom na receptach zamiast tabletek. Utknęliśmy w miastach, grzęźniemy w nich, wyprawa do lasu staje się coraz większą abstrakcją, wymaga czasu, który nam się skurczył. Jest wiele innych sposobów zresetowania głowy. One działają szybciej, ale nie mają tej jakości co spacer po lesie. A tu taki odstraszacz. Cholery można dostać.

Na czym polega ta jakość?

– Jeśli chcesz kontemplować krajobraz, musisz się otworzyć na bodźce. To w ogóle jest ciekawe, z jak wielu elementów składa się to pojęcie. Bo z jednej strony to jest oczywiście sfera wizualna, to, co widzimy – wzgórza, drzewa, rzeki, jeziora. Ale do tego dochodzą dźwięki, zapachy i odczuwanie przestrzeni na własnej skórze – bo przecież czasem wieje wiatr, pada deszcz albo jest takie, a nie inne ciśnienie, temperatura. Wszystko to buduje nasze doświadczenie bycia w krajobrazie. Nawet nasz cień jest jego elementem. Zdejmiesz buty, pójdziesz boso i zupełnie inaczej zaczynasz go odczuwać.

To jest bardzo złożone pojęcie. Nabieram podejrzliwości, gdy ktoś mi mówi, że zna się na krajobrazie. Bo to najczęściej znaczy, że zna się na jego wycinku. Swoich kompetencji w tym temacie upatruję głównie we własnej wrażliwości, tylko nią jest się cholernie trudno podzielić.

Umie pan w miejscu, w którym jesteśmy, wyczytać intencjonalną kompozycję uwzględniającą złożoność tych wszystkich czynników?

– Nie, nie sądzę, żeby to wszystko tutaj uwzględniono. Ale to też nie jest tak, że to się da zakomponować. Stąd też moja nieufność do tej nazwy – ona jest chwytliwa, ale w gruncie rzeczy nieprawdziwa, bo krajobrazy możemy sobie tak naprawdę komponować sami, to my jesteśmy reżyserami.

Jak to?

– Gdy tylko dowiedziałem się o Pulwach, bezkresie osuszonych bagien pod Wyszkowem, zapragnąłem się tam wybrać. Ale wymyśliłem sobie, że chcę je zobaczyć jako zmrożone pustkowie, na którym przez chwilę będę mógł sobie wyobrażać, że jestem w Arktyce czy na jakiejś Antarktydzie. To jest taka praktyka, której wyznawcą jest Werner Herzog.

Zaproponował kiedyś, żeby strząsnąć z krajobrazu znaczenia kulturowe. Żeby ten budynek z wieżą i symbolem na jej szczycie na chwilę przestać traktować jak kościół. Że w ten sposób spojrzymy na krajobraz inaczej i być może coś nowego w nim dostrzeżemy. Ja więc uznałem, że zwykła łąka będzie moim zaśnieżonym bezkresem. I tak długo tam jeździłem, aż mi się ten krajobraz zakomponował – spadł śnieg, była mgła, ja miałem narty i z uwagi na wczesną porę nikt inny nie łaził mi tam przed oczami. Na chwilę, parę godzin, mogłem się w to pobawić. To bardzo odprężające. Ale to doznanie było moją konstrukcją.

Wielki dąb przed nami.

– Dąb Cysters. Ma ponoć 500 lat. W takich miejscach uginają się pode mną kolana. Bo nagle znajdujesz się w relacji do czegoś, co w każdej skali jest większe od ciebie. Wystarczy sobie wyobrazić, że ten dąb stał tutaj, gdy Polska była pod panowaniem Jagiellonów. I nadal tu jest. Drzewa są jednymi z najtrwalszych nośników krajobrazu, dają nam wgląd w to, jak wyglądała przestrzeń przez całe ich trwanie.

Ostatnio wpadła mi w ręce książeczka Witolda Tyrakowskiego [1915-82 – społecznik, obrońca i znawca przyrody]. Na jej końcu znalazłem taki poradniczek: jak poszerzać drogi, nie robiąc masakry wśród rosnących przy nich drzew. Bo jak poszerzasz, to możesz wyciąć tylko z jednej strony, a z drugiej szpaler zostawić. Proste, prawda? Ale to się nazywa odpowiedzialne komponowanie! Wycinając całe aleje drzew, pozbawiamy się szansy spojrzenia na pejzaż w perspektywie czasu.

Ta historia w pejzażu jest ważna?

– Jak już decydujemy się w niego wchodzić świadomie, to wiedza historyczna jest fundamentalna. Ostatnio trafiłem na reprint przedwojennego przewodnika po Gdyni. Była w nim mapka i patrząc na nią, uświadomiłem sobie, jak wyglądało polskie Pomorze w międzywojniu. Granica była w Dębkach. Tak się składa, że byłem z rodziną w Dębkach na wakacjach w zeszłym roku. Ta mapka i ta świadomość granicy sprawiły, że nabrałem nagle sympatii do tego miejsca, choć do tej pory miałem je za dosyć podłe. Teraz wiem, że kiedy znów się tam kiedyś pojawię, to będę szukał śladów tamtego krańca.

Albo inny przykład. Pod moim domem w Warszawie przebiega ulica Nowoursynowska, która jest częścią starej drogi biegnącej skrajem skarpy wiślanej do Czerska przez wieś Wolica. Świadomość, że przez wieki tamtędy jeżdżono, sprawia mi przyjemność, bo to ślad, że ktoś tu żył przede mną, że to nie jest tylko ta szalona, ciągle nowa Warszawa, że to ma jakąś sięgającą daleko w głąb czasu przeszłość, a ja, mieszkając tam, jestem jej kontynuacją.

Przecież tutaj też właściwie przyjechaliśmy z powodu historii. Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe. Skądinąd wiemy, że klasztor został zlikwidowany w 1810 r. , ale to odciśnięcie się cystersów w tej przestrzeni jest dla nas pretekstem, żeby się tu wybrać i temu przyjrzeć.

I czego się pan dowiedział? Chodzimy tu już od ponad godziny.

– Cystersi zakładali swoje klasztory w miejscach odludnych i trudno dostępnych. Takich, w których nikt inny nie chciał się osiedlać. Mieli maksymę, by czynić ziemię owocną. Jak się nad tym głębiej zastanowić, to ciekawe. Bo to nie jest biblijne podejście „czyńcie sobie ziemię poddaną”, tylko jednak z odrobiną pokory. Dzisiaj ta ich obecność w tym miejscu jest nazwana kompozycją i stanowi coś w rodzaju produktu turystycznego. Masz tu przyjechać i podziwiać dzieło. Nie wiem, czy oni tak do tego podchodzili.

Jesteśmy znowu przy klasztorze. Zaprosiłbym pana na herbatę do restauracji, ale z powodu pobytu grupy rekolekcyjnej restauracja jest zamknięta.

– Może to sugestia, by ruszyć dalej.

Gdzie teraz jedziemy?

– Zanim ruszymy do Warszawy, chciałbym jeszcze rzucić okiem na rezerwat Łężczok. Jego opisy wyglądały obiecująco. To stawy rybne, kawałek stąd.

Produkt turystyczny jest dla nas dziś niedostępny. Swoją drogą nie mierzi pana czasem to sformułowanie?

– I tak, i nie. Z jednej strony rozumiem, że takie utowarowienie otwiera tego typu miejsca na ludzi. Oni się czują zachęceni, żeby je odwiedzić. Przyjadą, zobaczą odnowiony klasztor, przejdą się po tym parku. Lepsze to, niż gdyby mieli jechać do galerii handlowej, ale czasem jednak ten produkt bywa zwykłym bublem.

Ja mam wrażenie, że kurczą nam się przestrzenie nieprzegadane. Najpiękniejsze miejsca w Polsce są pełne ludzi, w kolejce na Giewont trudno poczuć cokolwiek poza zniecierpliwieniem. Wszystko musi mieć swoją narrację, coraz mniej jest miejsc, w których możemy się po prostu zapatrzyć w milczeniu.

– Naprawdę zdeterminowani pojadą na ten Giewont poza sezonem, więc nie przesadzajmy. Ale mam pozytywny przykład przeczący pana tezie. W opuszczonych wioskach Beskidu Niskiego ustawiono w miejscu wymazanych z pejzażu chałup symboliczne drzwi. Na nich opowiedziano historię tych wiosek. To jest poruszające, nieinwazyjne, a użyteczne. Można się z tych drzwi czegoś dowiedzieć.

Podróż przez pejzaż to w sumie dobra okazja, by zapytać o to, czy da się go poznawać bez przemieszczania.

– Robert Macfarlane w książce „Szlaki” pisze, że przemierzanie krajobrazów pieszo bądź na rowerze to wręcz sposób myślenia, i takie podejście ma dość długą tradycję, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Ja też się zwykle ruszam, chodzę, wędruję.

Ale jedną z najbardziej poruszających książek, które przeczytałem w zeszłym roku, było „Całe życie” Roberta Seethalera. To opowieść o prostym człowieku, który niemal całe swoje życie spędził w jednej alpejskiej dolinie. Przez osiem lat był wprawdzie na wojnie – najpierw jako żołnierz na froncie wschodnim, a potem jako jeniec gdzieś na Syberii, ale temu epizodowi poświęconych jest raptem kilka stron. Ważne było tylko życie w tym jednym miejscu. I jest w tym głęboki sens. Poznajemy dany pejzaż dogłębnie, tylko jeśli w nim żyjemy, przyglądamy się przemijaniu pór roku, lat i całych epok. Wszystko inne jest perspektywą przechodnia. Ja to kupuję, choć takie podejście trudniej praktykować. Jesteśmy na miejscu.

Znów tablica informacyjna.

– (Robiński czyta) „To nie karp jest dzięki rezerwatowi, ale rezerwat dzięki karpiowi”. Ta przewrotność jest interesująca. Tutaj rzeczywiście mamy do czynienia z rezerwatem przyrody, który powstał w wyniku działalności człowieka. Bez stawów rybnych nie pojawiłyby się tu liczne gatunki roślin, cała ta przestrzeń nie stałaby się ważnym przystankiem na trasach migracyjnych ptaków.

Czasami takie historie mają jeszcze więcej warstw. W „Hajstrach” piszę o Pustyni Błędowskiej, która powstała w wyniku średniowiecznej katastrofy ekologicznej. Dziś przyroda tam wkracza, a my staramy się to miejsce chronić w myśl, być może, zaburzonej logiki.

Stawy są zamarznięte, chce pan sprawdzić lód?

– Nie, choć kusi, żeby ruszyć na wskroś. Zaczyna padać śnieg, musimy się chyba pospieszyć, żeby wrócić do Warszawy o przyzwoitej porze. Na drogach może być ślisko.

Chce pan zobaczyć coś jeszcze po drodze?

– Wyczytałem gdzieś w sieci, że w pobliżu Kuźni Raciborskiej przeszła kilka lat temu potężna trąba powietrzna. Może zerkniemy? To po drodze. Mam przeczucie, że najbardziej przekonujące kompozycje krajobrazowe to te autorstwa matki natury.

***

Oto kolejny wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów zbudowanych dzięki funduszom unijnym – inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – wybiera się na spacery z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami czy intelektualistami w miejscach takich jak: dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu czy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Springer rozmawia o tym, co te miejsca mówią o Polakach – ich twórcach, użytkownikach i krytykach – i jaka wizja wspólnoty oraz przyszłości z nich wynika.

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.