Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piotr Kowalski – członek zarządu spółdzielni socjalnej Fado zajmującej się dostępnością dla osób z niepełnosprawnościami, łodzianin, aktywista miejski – członek rady programowej Fundacji Normalne Miasto „Fenomen”, przewodnik po Łodzi, instruktor harcerski

Piotr Kowalski: Proszę zamknąć oczy.

Filip Springer*: Po co?

– Zaczniemy od narzekania, ale potem będzie już dobrze. Proszę zamknąć oczy.

Nie chcę, zepchnie mnie pan ze schodów.

– Nie zepchnę. Będzie pan ekstremalnym użytkownikiem.

Kim?

– Amerykański architekt Ronald Mace wymyślił go, żeby projektować bardziej dostępną przestrzeń. Ekstremalny użytkownik to ktoś, o kim powinniśmy myśleć, planując budynki. Jeśli on będzie mógł z nich korzystać, to każdy będzie mógł. No to proszę zamknąć te oczy.

Zamykam.

– A teraz proszę iść przed siebie, tylko nie za szybko. Idzie pan.

Idę.

– Dobrze, a teraz niech się pan zatrzyma. Proszę otworzyć oczy. Co pan widzi?

Dworzec Łódź FabrycznaDworzec Łódź Fabryczna Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Prawie walnąłem czołem w jakąś blachę.

– To wyrzutnia powietrza. Jedna z trzech stojących przy przystanku tramwajowym, na którym wysiadają podróżni zmierzający na dworzec. Widzi pan tamte dwie? Zaprojektowano dla nich specjalne nisze, tak żeby nie stały na środku ścieżki dojścia z przystanku do dworca. Ale przy projektowaniu tej trzeciej coś się komuś przesunęło. Nisza dla niej przeznaczona jest pusta, za to sama wyrzutnia stoi idealnie na środku chodnika. Jakby tego było mało, jej krawędzie są z bardzo ostrej blachy. Proszę sobie wyobrazić, że jest pan osobą niewidomą i wali pan w to głową. Boli?

Boli.

– No to proszę zamknąć jeszcze na chwilę oczy, zejdziemy i wejdziemy po schodach. Tylko proszę się mnie nie trzymać. Idzie pan.

Prawie się przewróciłem!

– Tu jest kilka ciągów tych schodów, każdy zaprojektowany troszeczkę inaczej. Jeśli jest pan niewidomy albo słabowidzący, nie wie pan, czego się spodziewać. Dla takiej osoby przestrzeń powinna być przewidywalna najbardziej jak to tylko możliwe. A tu na każdym kroku niespodzianka.

Jeśli byłbym na wózku, tych schodów bym nie pokonał.

– Radziłbym panu wtedy skorzystać z windy. Oczywiście od strony miasta jest pochyły plac prowadzący prosto do drzwi dworca, ale nie polecam jazdy po nim nikomu.

Dlaczego?

– Bo pochyłość jest tam zbyt duża i zbyt długa. Rozpędziłby się pan nadmiernie i mógłby pan sobie zrobić krzywdę.

Wielu łodzian jest dumnych z tego dworca, a pan mi właśnie mówi, że osoby z niepełnosprawnościami mogą tu na wejściu odnieść poważne obrażenia.

– Ekstremalni użytkownicy.

Na jedno wychodzi.

– No właśnie nie na jedno. Tak o projektowaniu myślał Mace i tak myśli dziś świat. W tę wyrzutnię powietrza może walnąć czołem zarówno niewidomy, jak i roztargnione dziecko albo ktoś zapatrzony w ekran swojego telefonu. Na tej pochyłości będzie miała problem zarówno osoba na wózku, jak i osoba z wózkiem. Projektowanie Mace’a właśnie dlatego nazywa się uniwersalnym, że służy wszystkim. Windy są lepszym rozwiązaniem niż platformy przyschodowe, bo z windy skorzysta każdy, a z takiej platformy tylko ktoś na wózku.

Ostatnio rozmawiałem z facetem, który budował sobie fabrykę. Powiedział mi, że kazał tam zaprojektować szerokie korytarze, ale nie dlatego, że część pracowników porusza się na wózkach, ale dlatego, że komunikacja w tych korytarzach przebiega sprawniej. Zakład pracuje bardziej wydajnie. W projektowaniu uniwersalnym chodzi o wygodną przestrzeń. Niepełnosprawność jest tu tylko jednym z elementów.

Jakie są pozostałe?

– Chodzi o to, żeby pokonywanie przestrzeni wymagało od nas minimalnego wysiłku, żeby tego nie komplikować. I by było intuicyjne, żeby drogi i kierunki oraz poszczególne funkcje były odpowiednio oznaczone, żeby wszyscy mogli korzystać z funkcji budynku tak samo, a jeśli już naprawdę nie da się tak samo, to żeby różne cechy pozwalały skorzystać jak największej grupie osób. No i jeszcze wszystko będzie tak zaprojektowane, żeby każdy z użytkowników miał świadomość, że każdy z nas jest inny i jesteśmy po prostu zbiorem różnorodnych osób. A po ludzku – że wejście dla ludzi na wózkach to jest to samo wejście co dla tych, którzy do poruszania się wykorzystują nogi.

Chodźmy, pokażę panu jeszcze jedno dziwne miejsce i skończymy to narzekanie.

No właśnie, umawiając się na rozmowę, mówił pan, że będzie pan chwalił.

– No bo będę, to już w sumie ostatnia rzecz. Proszę stanąć tutaj.

Stoję.

– To miejsce jest odpowiednikiem peronu 9 i 3/4 z „Harry’ego Pottera”. Pamięta pan?

Nie rozumiem.

– To był taki peron, z którego można się było dostać do Hogwartu. To miejsce ma z nim wiele wspólnego. Proszę spojrzeć na podłogę. Znajdują się na niej oznaczenia dla osób niewidomych. Pan widzi, więc pewnie pan zwykle nie zwraca na nie uwagi. Dla kogoś z białą laską te płytki są ważnym komunikatem.

Takie z rowkami wskazują kierunki. Takie z guziołkami albo bąbelkami są tzw. płytkami uwagi. Mają podnieść czujność kogoś, kto nie widzi. No i ta główna droga z wejścia do kas jest wyznaczona płytkami kierunkowymi w prawidłowy sposób. Ale nagle, właśnie w tym miejscu, prowadzi od niej odnoga, doskonale donikąd. Niewidomy może się tu posypać proszkiem Fiuu i odlecieć do Hogwartu. Innej funkcji tego miejsca nie jestem w stanie wymyślić.

Widać stąd rozkład jazdy.

– Tak, oczywiście dopuszczam do siebie myśl, że ktoś, kto to projektował, wymyślił, że osoba niewidoma sobie tu stanie i popatrzy na wyświetlacze. Ale tutaj chyba już za bardzo idziemy w groteskę. Mnie takie rzeczy ciągle zadziwiają. Że ktoś to rysuje, potem ktoś inny zleca. Jeszcze inna osoba kładzie te płytki. Potem jest odbiór całego obiektu. I nikt sobie nie zada pytania: po co to tutaj jest? Dlaczego to zrobiliśmy?

Z czego to wynika?

– Jeśli chodzi o projektowanie uniwersalne, jesteśmy na początku długiej drogi. Ci, którzy wymyślają naszą przestrzeń, to z reguły biali, heteroseksualni mężczyźni. To generalizacja, ale celowa – mam wrażenie, że projektanci mają tylko teoretyczne pojęcie, że ludzie są różni i mają różne potrzeby. Cały czas o dostępności myślą w kategoriach norm i przepisów. A to tak nie działa. Owszem, wiele z tych rzeczy jest opisanych – że pochylnia nie może być dłuższa niż 9 metrów i bardziej stroma niż 6 proc. I architekci stosują to bezrefleksyjnie. Nie biorą pod uwagę tego, że na początku powinien być człowiek – że to jest ktoś, kto ma imię, nazwisko i jakąś konkretną potrzebę. A na koniec mogą sprawdzić, czy to, co wymyślili, spełnia te normy. No ale zwykle kolejność jest odwrotna.

Dość narzekania?

– Dość. Ten dworzec jest jedną z najlepszych przestrzeni, jeśli chodzi o dostępność.

Może powinniśmy od tego zacząć?

– Tak, ale cały czas nie ma przestrzeni idealnych. Chciałem panu pokazać na samym początku to, co w wielu nowych inwestycjach w Polsce jest normą, zmorą i utrapieniem. Tutaj to są wyjątki, a w środku jest naprawdę świetnie. Proszę spojrzeć na kasy, są zaopatrzone w wideotłumacza dla głuchych i pętle indukcyjne dla słabosłyszących. Taka osoba może przełączyć tam swój aparat słuchowy i lepiej usłyszy, co do niej mówi kasjer. Do tego jedna z kas jest dostosowana wysokością do osób siedzących na wózkach.

Co jeszcze?

– Chodźmy na peron. Możemy pojechać windą. Proszę zobaczyć, jaka jest szeroka, przestronna. Krawędzie są prawidłowo oznaczone, w kontrastowy sposób, ktoś ze słabym wzrokiem nie będzie tu miał problemów. To autentyczne niebo w porównaniu np. z peronami warszawskiego metra. Zwłaszcza tymi na drugiej linii.

Co tam jest nie tak?

– Właściwie wszystko, wąsko tam, pstrokato, drogi są kręte i nieintuicyjne. Na tych nowych stacjach będzie podobnie. Wyjścia z wind zaprojektowano w taki sposób, że trzeba będzie manewrować wózkiem między słupami konstrukcyjnymi. Wszystko przez pośpiech. Tutaj na Fabrycznym udało się bardzo dużo osiągnąć, jeśli chodzi o dostępność. Ten dworzec pod tym względem wyróżnia się w skali całego kraju. Osoba na wózku może bez niczyjej pomocy dostać się tu z miasta na peron i wsiąść do większości pociągów. Na Dworcu Centralnym to ciągle niemożliwe.

Kursują tam ci panowie ze specjalną platformą na kółkach.

– Obrażeni na cały świat, że muszą coś robić. Doradzamy jako spółdzielnia Fado różnym instytucjom, podpowiadamy, jak o tę dostępność zadbać. Czasem przyjeżdżam na miejsce, widzę schody i słyszę, że windy ani platformy nie ma, ale panowie z portierni chętnie pomogą wnieść wózek na górę. Zawsze wtedy odpowiadam, że godność takiej osoby wnoszonej zostaje na dole schodów. W tym tkwi moc projektowania uniwersalnego, że wszystkich traktuje się równo, nikogo specjalnie.

Jak to się stało, że na tym dworcu to się udało?

– Złożyło się na to kilka czynników. Na etapie projektowania konsultowano te zagadnienia. Ale najważniejsze są chyba jednak mechanizmy systemowe, które od jakiegoś czasu nieźle w Polsce działają. PKP zrozumiało, że musi o to dbać – wymogły to na nim Urząd Transportu Kolejowego i Centrum Unijnych Projektów Transportowych.

Ale chyba najwięcej zrobiło w sferze dostępności Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju. Pracuje tam kilkanaście osób, które doprowadziły do tego, że powstał program Dostępność Plus ogłoszony w exposé premiera Morawieckiego. Mnie trudno ten rząd chwalić, ale akurat to, co robi dla dostępności, rękami ludzi z tego ministerstwa, trudno krytykować. Nawet gdyby 10 proc. z tego, co jest w tym programie zapisane, miało zostać zrealizowane, to życie wielu osób zmieni się w Polsce na lepsze. A osoby z niepełnosprawnościami mają w tym ministerstwie lepszego rzecznika swych interesów niż w osobie pełnomocnika, który został do tego powołany.

Pieniądze odgrywały jakąś rolę?

– Oczywiście winda kosztuje, pętla indukcyjna kosztuje, wideotłumacz też. Ale często to są rzeczy, które nie kosztują nic. Niezaprojektowanie tego dziwnego miejsca prowadzącego do Hogwartu nic nie kosztowało, a jego wymyślenie i ułożenie z płytek już pociągnęło za sobą jakieś koszty.

Tutaj, na Fabrycznym, panuje zasada, że jeśli czynna jest tylko jedna kasa, to jest to zawsze ta niska, wygodna także dla tych, którzy nie mogą stać. To już nie zależy od projektanta ani od pieniędzy, tylko od dobrej woli zarządzającego tą instytucją. Bo co za różnica dla kasjera, przy którym okienku usiądzie. A dla ludzi po drugiej stronie to jest czasem różnica olbrzymia.

Nie za duży ten dworzec?

– Pod względem liczby mieszkańców Łódź jest trzecim miastem w Polsce, chyba możemy mieć dworzec...

...największy i najdroższy w Polsce?

– On od tego poprzedniego jest większy tylko o jedną krawędź peronową. Oczywiście wszystko schowano pod ziemię, dlatego jego skala jest tak duża.

Jego zaplanowana przepustowość jest większa niż Dworca Centralnego nawet wtedy, gdy wyremontowana zostanie linia średnicowa w Warszawie.

– Oczywiście ktoś, kto pisał wniosek o dofinansowanie, trochę z tą przepustowością zaszalał, ale rozmawiając o niej, trzeba ciągle pamiętać, że trwa budowa tunelu biegnącego pod miastem, to będzie stacja przejazdowa, a nie czołowa jak teraz. Ruch się tutaj zwiększy.

Łódź Fabryczna. Pustki na dworcu.Łódź Fabryczna. Pustki na dworcu. TOMASZ STANCZAK

Łódź co roku traci mieszkańców.

– Ale oni nie umierają, nie uciekają z kraju. Wielu z nich wyprowadza się po prostu na przedmieścia. A tutaj dookoła dworca powstają biurowce, jakoś trzeba do nich dojechać. Ja ciągle wierzę, że nadejdzie taki moment, że z przedmieść najlepiej będzie dotrzeć do centrum pociągiem. Zwłaszcza wtedy, gdy ten tunel już powstanie, a wraz z nim dwie kolejne stacje śródmiejskie. Samochód przestanie być najlepszym rozwiązaniem.

Tymczasem dworcowy parking pęka dziś w szwach.

– Tak, ale jakby się pan przyjrzał temu, kim są parkujący tam kierowcy, to bardzo by się pan zdziwił. Dwie trzecie z nich to pracownicy pobliskich biurowców czy w ogóle ludzie pracujący w centrum. Na dworcu parkują za darmo. Swoją drogą oznaczenia dla niewidomych są generalnie lepsze na dojściu z tego parkingu niż z przystanków komunikacji publicznej. A można zakładać, że niewielu niewidomych samodzielnie jeździ autami. Tutaj jednak pokutuje myślenie z poprzedniej epoki – że samochód jest najważniejszy.

Tam, od wschodniej strony tego dworca, spełnił się mokry sen drogowca – estakady, rozjazdy, ronda i rondka. Mnóstwo betonu, dwupasmowe jezdnie i sygnalizacja świetlna. Aktywiści miejscy krytykowali to od początku, że np. te światła spowolnią ruch tramwajów. Po kilku tygodniach od otwarcia okazało się, że rzeczywiście tak się dzieje – opóźnienia na tym odcinku sięgały dobrych kilku minut, tramwaje stały na czerwonym i przepuszczały nic. W końcu sam wiceprezydent Łodzi musiał podjąć decyzję o wyłączeniu tych świateł.

A to wtedy cieszy? Gdy dzieje się coś, co dowodzi, że mieliście rację?

– Nie, tylko jeszcze bardziej ręce opadają. Bo można było nie wydawać kilkuset tysięcy na sygnalizację w tym miejscu, można tam było nie budować czteropasmówki na estakadzie.

Można było też jednak sprawić, żeby ten dworzec był trochę mniejszy.

– Uczepił się pan tego, a ten dworzec jest jak Łódź.

Czyli jaki?

– Łódź zawsze była „bardziej”. Zawsze manifestacyjnie podkreślano tu swoją wielkość. Zawsze na wyrost. Proszę wziąć fabrykantów, to byli sprawni przedsiębiorcy – ale te ich pałace? Wielkie, kosztowne, pod wieloma względami zbędne. Ale co, inni budują, to ja też muszę sobie taki wznieść, nie stać mnie? Więc będzie barok, rokoko, klasycyzm i co tam się jeszcze zmieści. Na bogato.

Dzisiaj przy renowacjach niektórych łódzkich kamienic konserwatorzy łapią się za głowy, bo odkrywają z przerażeniem, jakie te budynki miały kolory. I im bardziej to odkrywają, tym bardziej pewnie żałują. Pasteloza z pana „Wanny z kolumnadą” to jest przy tym pikuś.

Rozmawiając o tym dworcu z łodzianami, czasami słyszałem, że Łódź tym dworcem odreagowała. Tylko nie wiem za bardzo co.

– Łódź nie miała tu za wiele do gadania. To przecież w sporej części inwestycja kolejarzy, tylko część przeznaczoną dla autobusów sfinansowało miasto. Dworca nie projektowali łodzianie. Ale ja jako mieszkaniec tego miasta przyjąłem to wszystko z radością. Skala tej inwestycji oddaje w końcu rangę Łodzi. Można powiedzieć, że odreagowałem. Bo Łódź zawsze musiała dbać o siebie. Mamy za blisko do Warszawy, ciągle musimy się gramolić z jej cienia. To ssanie stolicy jest ciągle silne.

A pan czemu się nie wyprowadził do Warszawy?

– Pracowałem tam, ciągle pracuję, mam w stolicy wiele spraw i przyjaciół. Ale ja kocham Łódź. Wytatuowałem sobie ją na łydce. Po hebrajsku.

Za co pan kocha Łódź?

– Za to, że zawsze musiała dbać sama o siebie, że jest takim self made city. Weźmy lata 90. Włókniarki nie mogły tak jak górnicy jechać do Warszawy porzucać kamieniami i spalić trochę opon. Mogły jedynie czekać na zasiłki, ale wzięły sprawy w swoje ręce i uruchomiły produkcję w mniejszych zakładach. Kocham też Łódź za to, że ciągle spotykam tu kogoś znajomego, idę Piotrkowską i nie zdarza się, żebym na kogoś nie wpadł.

A za co jej pan nie lubi?

– Za to, że ciągle mamy masę urzędników, którzy wierzą w rozwiązania urbanistyczne z lat 70. Za to, że trzeba udowadniać oczywistości – np. w kontaktach z urzędnikami, tłumacząc im tematy związane z dostępnością dla osób niepełnosprawnych. Ja się czasem czuję, jakbym był PR-owcem koncernu tytoniowego i mówił im, że mają teraz dzieciom kupować papierosy raz w tygodniu. A mówię im, byśmy wszystkich traktowali jak ludzi.

Kiedy pana słucham, mam wrażenie, że rzeczy, za które lubi pan Łódź, są dosyć łódzkie, a rzeczy, za które jej pan nie lubi, są mocno ogólnopolskie.

– Nie lubię Łodzi za to, że nie potrafimy tu żyć ze sobą.

To nie jest problem jedynie Łodzi w Polsce roku 2019.

– Ma pan rację. Zaraz, niech pan da mi się zastanowić, za co łódzkiego nie lubię Łodzi? (cisza) Chyba nie ma takiej rzeczy, to jest supermiasto. A przypadłości, na które cierpi, są może rzeczywiście ogólnopolskie. Ale teraz ma o jedną mniej. Można tu przyjechać i na tym wielkim dworcu uczyć się projektowania uniwersalnego. Chcielibyście mieć takie w Warszawie.

A na koniec iść na peron 9 i 3/4, posypać się proszkiem Fiuu i odlecieć do Hogwartu.

*Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – spotyka się z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami i intelektualistami w takich miejscach jak Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu czy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. Spacerując ze swoimi rozmówcami, Springer zachęca ich do rozmowy o tym, co te miejsca mówią o Polakach, jaka wizja wspólnoty i przyszłości z nich wynika i czy ma szansę się urzeczywistnić.

***

Wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów miejskich zbudowanych dzięki funduszom unijnym

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Łódź Fabryczna. Pustki na dworcu.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.