Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr Agnieszka Joanna Strojek – wicedyrektor ds. bibliotecznych Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy – Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego przy ul. Koszykowej 26/28

Filip Springer: Dlaczego zaczynamy tutaj?

Agnieszka Joanna Strojek: To miejsce wyjątkowe i ważne dla całej biblioteki. Wie pan, tutaj kiedyś był po prostu parking, stały na nim służbowe samochody. Klasyczna studnia między śródmiejskimi kamienicami. Dyrektor biblioteki Michał Strąk stanął kiedyś na tym dziedzińcu z architektem Markiem Budzyńskim, który przecież projektował słynną Bibliotekę Uniwersytecką w Warszawie. Prof. Budzyński spojrzał w górę i powiedział: „Przydałby się wam tu szklany dach”. I choć to nie on projektował przebudowę naszej biblioteki, można powiedzieć, że od tej jego uwagi to wszystko się zaczęło.

Teraz jest hol, recepcja, przejście do szatni i do czytelni, wygodne fotele.

– To miejsce, w którym czytelnicy i użytkownicy po raz pierwszy stykają się z naszą biblioteką. Kiedyś smętne podwórko, dzisiaj jedna z najbardziej reprezentacyjnych części całego obiektu.

Przejdźmy jednak dalej, po schodkach. O, tutaj były garaże, a tam znowu podwórko, zupełnie niewykorzystane. Teraz mamy tu naszą zieloną ścianę. Robi wrażenie, prawda? Rośliny są prawdziwe, dobrano je tak, by pochłaniały możliwie największą ilość toksyn. Czyścimy sobie tu powietrze.

Fot. Filip Springer

Krytycy architektury i środowisko architektoniczne właściwie nie mogą się tej przebudowy nachwalić.

– Czytelnicy też w tej zmienionej bibliotece zakochali się właściwie od razu. Ale trudno się im dziwić, wcześniej mieliśmy tu raczej siermiężne warunki.

Jak to było wtedy?

– To zależy, o co pan pyta. Biblioteka powstała w 1907 roku i przez kilka lat miała tymczasowe siedziby, np. osiem pokoi przy Rysiej. W 1914 r. otrzymała przy Koszykowej własny gmach ufundowany przez Eugenię Kierbedziową. Ale w miarę upływu czasu jej księgozbiór się powiększał, przybywało też czytelników, zmieniały się ich potrzeby. Instytucja zajmowała kolejne budynki w oficynie.

W latach 50. zeszłego wieku rozbudowano ją o ośmiopiętrowy magazynowiec, a w latach 70. o modernistyczną plombę w pierzei. Ale ciągle nam było za ciasno, stropy nie wytrzymywały naporu książek. Poza tym te wszystkie budynki nie były ze sobą połączone. Był zabytkowy gmach, jego przybudówki, biura, kompletna rozsypka. Brał pan książkę w jednym budynku, ale czytelnia była w innym, musiał pan się ubrać, zabrać rzeczy, przejść tym dziedzińcem. Tam szatnia i dopiero siadał pan do lektury. Udręka.

Postawienie nowego gmachu nie wchodziło w grę, mogliśmy się tylko przebudować.

Prof. Budzyński podczas tamtej rozmowy z dyrektorem zwrócił uwagę na jedno z najrozsądniejszych rozwiązań – przykryć te wszystkie budynki wspólnym dachem i oczywiście wszystkie je przebudować, tak by stały się jednym obiektem. Ale to był znacznie bardziej głęboki proces. My się chcieliśmy stać trzecim miejscem.

Trzecim miejscem?

– Przed przebudową byliśmy biblioteką starego typu – przychodziło się, siadało w czytelni, dostawało książkę lub czasopismo. Czytało się. Koniec. Jeśli ktoś nie musiał skorzystać z naszego księgozbioru, to raczej do nas nie zaglądał. Trzecie miejsce to termin wymyślony przez Raya Oldenburga [amerykański socjolog miasta], przestrzeń neutralna, w której chcemy odpocząć, spędzić czas z przyjaciółmi, poczytać, posłuchać muzyki, zrelaksować się. Ambicją tej przebudowy było właśnie takie przeobrażenie. Także nas, czyli pracowników.

Bibliotekarzom łatwo było się przestawić?

– Część jest związana z tą instytucją od kilkudziesięciu lat. Mają swoje rytuały, sposoby działania. Bali się, że ta swoboda doprowadzi do chaosu. Biblioteka jest dla nich świątynią wiedzy. A tu nagle pojawiają się kolorowe pufy, czytelnicy leżą na nich wygodnie, siedzą w skarpetkach, niektórzy mają te skarpetki dziurawe. Panuje swobodna atmosfera, można siadać, gdzie się chce, chodzić z książkami między piętrami.

Zgroza.

– Dość szybko wszyscy w to weszliśmy, choć oczywiście nie obyło się bez tarć. Bibliotekarze bali się, że nie odnajdą swoich książek, że one im zaczną masowo ginąć, gdy stracą je z oczu.

Giną?

– Nie giną, to są pojedyncze przypadki. Wie pan, przy tej przebudowie my się musieliśmy głęboko zastanowić nad sobą. Była u nas w bibliotece zasada, że książek z czytelni nie wypożyczamy do domu. Ktoś zadał pytanie: Dlaczego tak jest? Po co? Nikt z nas nie umiał na nie odpowiedzieć. Jedyne, co nam przychodziło do głowy, to to, że tak było od zawsze.

Albo reguła, że wypożyczamy tylko mieszkańcom Mazowsza, którzy mogą to jakoś udokumentować.

Ale niby czemu? Mamy cel publiczny, nie musimy go ograniczać do jakiejś grupy.

I jeszcze te obostrzenia związane z napojami. Pracownicy upominali, a ludzie całymi godzinami ślęcząc nad książkami, chcą wypić kawę. Pozwoliliśmy na to, jedyna zasada to ta, żeby kubek miał wieczko.

Bibliotekarze byli też wyczuleni na zagadnienie kopiowania książek – skanować i fotografować można tylko ileś tam stron. Nie wiem, skąd się wzięło to przekonanie. Przecież jeśli robię to na własny użytek, mogę skopiować całą książkę. Nie wolno mi tego później upowszechniać, ale to inny problem, bibliotekarzowi nic do tego, bo to cywilna odpowiedzialność użytkownika. Więc u nas skanowanie jest darmowe i bez ograniczeń.

To są niby małe zmiany, ale one wynikły z tej całej przebudowy. Z architektury wynikły. Nagle ta nowa przestrzeń zaczęła wywierać na nas wpływ, zmieniała nas.

W jaki sposób?

– Ta biblioteka jest transparentna, wszyscy są tu w jakimś sensie na widoku. Książki wędrują między czytelniami i piętrami, pracownicy muszą bliżej ze sobą współpracować, kontaktować się. Częściej się widzą, rozmawiają ze sobą. To wymusiła ta nowa przestrzeń.

Nie ma co ukrywać, że biblioteka stała się atrakcyjnym wizualnie miejscem. To już nie jest ten paździerz co kiedyś. Zauważyłam, że pracownicy sami zaczęli się do tego dostosowywać. Nikt ich do tego nie zachęcał. Ubierają się nawet inaczej. To już nie są te stereotypowe bibliotekarki w kapciach, szarych swetrach i z włosami upiętymi w koczek. Z biurek zniknęły bibeloty, zakurzone paprotki w doniczkach i pseudozabawne rysunki drukowane z internetu.

Agnieszka Joanna StrojekAgnieszka Joanna Strojek Fot. Filip Springer

Niedawno krążyły nawet po Warszawie anegdoty o wyluzowanych bibliotekarzach z Koszykowej.

– Tak, wiem, chodziło o te ciemne okulary i plażowe parasole. Nawet miło, że tak zostało to odebrane. Rzeczywiście, w jednej z czytelni pracownicy wystawili żółte parasole. Ale przyczyna była o wiele bardziej prozaiczna. Chodźmy, sam pan zobaczy. Tu jest szklany dach, niczym nie da się go na razie zasłonić, latem blask jest tam nie do wytrzymania.

Pracownicy się skarżyli, ale nic z tym nie możemy zrobić. Przynieśli więc te parasole, siedzieli w przeciwsłonecznych okularach, czytelnicy w bezchmurne dni unikają tego miejsca, bo część stanowisk jest przy stołach z białymi blatami. Od siedzenia tam dłużej można dostać mroczków przed oczami. Poza tym książki pod przeszklonym dachem szybciej blakną. Nie możemy też pod nim robić wystaw, na których prezentujemy cenne oryginały. Sam dach jest świetny, dał całej tej przestrzeni nowe życie, ale ta czytelnia to jedno z tych miejsc, w których ewidentnie twarda rzeczywistość zderzyła się z wizją architektów.

Jest więcej takich miejsc?

– Gdzieniegdzie estetyka wygrała z funkcjonalnością. Chodźmy do wypożyczalni, proszę zobaczyć te kręcone schody, piękne, prawda?

Piękne.

– To teraz proszę sobie wyobrazić, że chodzi pan po nich kilkadziesiąt razy w ciągu dnia z naręczem książek. A to jest codzienność pań, które tu pracują. My się w czasie tego pierwszego etapu przebudowy nauczyliśmy, jak nie ulegać architektom, jak pilnować interesów bibliotekarzy i czytelników. Niestety, nauczyliśmy się na błędach.

O, proszę spojrzeć np. tutaj, te lampy wiszą nad regałami z książkami, a nie między nimi, nie spełniają swojej funkcji, to kłopotliwe. Albo szklane drzwi, czytelnicy walili w nie głowami, dochodziło do wypadków. Chcieliśmy je czymś okleić, ale architekci się upierali, że to zniszczy efekt. Pan Andrzej Bulanda mówił, że sam będzie chodził i zdzierał wszelkie naklejki. Udało nam się w końcu uzgodnić takie, które się nie gryzą z całą resztą. Ale trzeba było o nie walczyć. Albo katalogi. Nie zaplanowano ich istnienia.

Proszę?

– Architekci uznali, że w nowoczesnej bibliotece nie ma już katalogów kartkowych, są tylko cyfrowe, więc na żadnym z etapów projektowania nie uwzględnili ich istnienia. A my część katalogów mamy w tych szufladkach i jeszcze długo mieć będziemy. To jest rzeczywistość, której projektanci nie przyjmowali do wiadomości.

Ale nie chciałabym wyjść na malkontentkę, to są tak naprawdę drobne sprawy. Gdy patrzę na całość tej przemiany, to jestem nią zachwycona. Pamiętam pierwszy dzień, gdy tu weszliśmy po przebudowie. Byłam oczarowana.

A czytelnicy? Oni też się zmienili razem z biblioteką?

– To ciekawe. Niektórzy w ogóle. Można powiedzieć, że ich ta przebudowa nawet nie obeszła. Tak jak chodzili do naszej kultowej już w Warszawie czytelni z zielonymi lampkami, tak dalej chodzą, i to, co się wydarzyło za jej drzwiami, właściwie ich nie dotyczy. Ale patrząc na dane, to zmiana jest ogromna. Przed przebudową 70 proc. naszych czytelników to byli studenci, reszta to pracownicy naukowi i licealiści. Od 2005 r. spadała nam jednak liczba gości, bo spadało czytelnictwo – w Warszawie i całej Polsce. Dopiero teraz, po przebudowie, odrobiliśmy tę stratę.

Ale dziś 45 proc. osób odwiedzających Koszykową to są licealiści, drugie tyle studenci. Rośnie nam liczba odwiedzających, ale nie rośnie liczba wypożyczeń. A to znaczy, że oni tu przychodzą, choć nie korzystają z naszych zasobów.

Jesteście trzecim miejscem.

– Tak, można powiedzieć, że się udało. Momentami to się nawet zaczęło wymykać spod kontroli. Mamy, o tutaj, salę komputerową, upodobało ją sobie towarzystwo, które z reguły można było spotkać raczej w okolicznych bramach. Przychodzili, oglądali filmy, pili alkohol.

Gdy się połapaliśmy, co się tu dzieje, obowiązywał już między nimi system rezerwacji miejsc z komputerami, a oni wypraszali stamtąd czytelników, którzy im nie pasowali do klimatu. Wszczynali awantury, był taki czas, że co drugi dzień mieliśmy tu policję. Musieliśmy to przeorganizować, komputery rozmieściliśmy w innych czytelniach, teraz można tam iść poczytać. Zrobiło się spokojniej.

Piętro wyżej jest odpoczytelnia.

– Miała być mediateka, ale nie mieliśmy na nią na razie pieniędzy. To fajne miejsce, z widokiem na tę zieloną, żywą ścianę, wstawiliśmy więc tam fotele. Licealiści sobie je upodobali. Ustawiają je w kręgi, nazywają je swoimi imperiami. Siadają w kilka osób, razem się uczą.

Nową rzeczą jest też oblężenie, jakie przeżywamy tu przed maturami. Wcześniej tego nie było. Na miesiąc przed egzaminami pracujemy do pierwszej w nocy, bywa, że otwieramy się też na całą dobę. Młodzież w takie dni siedzi wszędzie: w czytelniach, przy stołach, które im wystawiamy, gdzie się da. Ci, którzy się nie mieszczą, siadają po prostu pod ścianami, po turecku. Uczą się do późnej nocy.

To jakoś krzepiące.

– Owszem. Wie pan, mamy takie zdjęcia z początku lat 50. Widać na nich bibliotekę od strony ulicy, na chodniku ogonek chętnych czytelników czekających na swoją kolej i tabliczkę: „Brak miejsc”. W zeszłym roku mieliśmy podobną sytuację. Bibliotekarz w tym przedmaturalnym okresie musiał wystawić taką samą tabliczkę, po raz pierwszy od 60 lat, bo tylu ludzi chciało u nas siedzieć i czytać książki.

***

Przedstawiamy pierwszy wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone będą w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów miejskich zbudowanych dzięki funduszom unijnym – inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer – dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich – spotka się m.in. z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami i intelektualistami w takich miejscach jak Dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu czy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Spacerując po konkretnych lokalizacjach ze swoimi rozmówcami, Springer będzie się starał zachęcić ich do rozmowy o tym, co te miejsca mówią o Polakach, jaka wizja wspólnoty i przyszłości z nich wynika i czy ma ona szansę się urzeczywistnić.

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.