Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Grzegorza Wysockiego polemice z moimi tezami wybrzmiewają wyraźnie dwa wątki widoczne i jeden ukryty.

Pierwszy z wątków widocznych jest taki: jestem paskudnym egoistą, który nie chce przyjąć na barki odpowiedzialności za to, co wspólne, interesuje się tylko prywatą.

Drugi wątek można streścić następująco: Twardoch chrzani, że nie jest inteligentem, ale tylko tak udaje, bo przecież wiemy, że pisze książki, q.e.d. W pierwszej kolejności zajmę się zarzutem drugim, gdyż z odpowiedzi nań wynika odpowiedź na zarzut pierwszy.

Otóż wydaje mi się, iż drugi zarzut Wysockiego – ten, że udaję kogoś, kim nie jestem – wynika z niezrozumienia, a kiedy ktoś nie rozumie, to nie trzeba się obrażać, można po prostu wytłumaczyć, co niniejszym chętnie uczynię.

Wysocki za inteligenta zdaje się uważać każdego, kto pracuje intelektualnie, i gdybym się na taką definicję zgodził, to oczywiście moje deklaracje niebycia inteligentem byłby nie tyle niemądre, co absurdalne. Pracą fizyczną trudniłem się niewiele, akurat tyle, by wiedzieć, że nie chcę się z niej utrzymywać, bo jest trudna i niewdzięczna. Większość dorosłego życia spędziłem na pracy intelektualnej, w tym ostatnie dziesięć lat twórczej. W tym sensie, jako pisarz, człowiek, który odebrał jakieś tam wykształcenie, przeczytał i napisał parę książek i teraz jeszcze prowadzi publiczną dyskusję w gazecie, nie protestuję, kiedy ktoś nazwie mnie intelektualistą.

Intelektualiści jako zbiór nie są jednak tożsami z inteligencją jako klasą społeczną, charakterystyczną dla Europy Wschodniej i Środkowej. Nie każdy inteligent musi być intelektualistą, nie każdy intelektualista jest inteligentem. Tradycyjnie inteligencję w Polsce definiuje się jako warstwę postszlachecką, bo rekrutującą się kiedyś z ubożejącej szlachty, migrującej do miast i podejmującej wymagające odpowiedniego wykształcenia zawody, ale też dlatego, że przejmującą – powiedzmy najogólniej – kierowniczą rolę w społeczeństwie. Teoretycznie już bez szlacheckich przywilejów, lecz wciąż w poczuciu odpowiedzialności za lud. Później oczywiście w szeregi inteligencji zaliczono wielu ludzi bez szlacheckiego pochodzenia, ci jednak, zanim za pełnoprawnych inteligentów zostali uznani, musieli dowieść, że słoma im z butów nie wystaje, to znaczy przyjąć tę postszlachecką hierarchię wartości i opanować kody kulturowe, dowieść, iż nie są „chamami”.

Tyle o klasycznej definicji. Gdyby ktoś chciał poczytać niezłą socjologię na ten temat, to polecam książkę Smoczyńskiego i Zaryckiego „Totem inteligencki”, gdzie opisane są relacje inteligencji i arystokracji jako aktorów pola politycznego.

***

Skąd więc moja niechęć, odmowa przyjęcia inteligenckiego etosu mimo bycia intelektualistą w sensie, w jakim słowa „intellectual” używa się w języku angielskim?

Otóż stąd, że mam na temat inteligencji polskiej zdanie odmienne od tego, jak polska inteligencja jako klasa społeczna definiuje samą siebie.

Inteligencja, nadając sobie tę nazwę, popełnia ten sam błąd, który popełnia ludzkość w „Podróży ósmej” Ijona Tichego w „Dziennikach gwiazdowych” Stanisława Lema. W podróży tej Tichy trafia na galaktyczny kongres jako reprezentant gatunku Homo sapiens, człowieka myślącego, którym to określeniem rozbawia zgromadzonych tam kosmitów, którzy natychmiast zaliczają samozwańczego sapiens do jednej z tych kosmicznych ras, które mają się za Bóg wi co, jak różni samozwańczy przewspanialcy wyniośli (jeśli dobrze pamiętam), tymczasem zaś w kosmosie powszechnie przyjętą nazwą na rodzaj ludzki jest określenie: „ohydek szalej”.

Tak samo jest z polską inteligencją, której cechą konstytutywną jest wcale nie inteligencja czy praca intelektualna, ale raczej nieuleczalne poczucie wyższości i pogarda dla ludu, któremu inteligencja uzurpuje sobie prawo przewodzić.

Polskość jako taka jest emanacją postaw i myślenia polskiej inteligencji (nie zaś odwrotnie), więc te inteligenckie drogi pogardy przerastają polską kulturę tak mocno i ściśle, od języka po obyczaje, że wyplenić ich się prawdopodobnie wcale nie da. Do takiej inteligencji nie należę i należeć nie chcę.

Nie czuję z nią żadnej wspólnoty, nie podzielam hierarchii wartości, odmawiam więc udziału w jej jednoczących rytuałach, niezależnie od barw partyjnych.

Czy to oznacza, że uważam się za proletariusza? Albo jeszcze lepiej – za górnika, jak ironizuje Wysocki? Oczywiście że nie. Ze względu na sposób, model życia jestem zwykłym przedstawicielem klasy średniej, wolnego zawodu, intelektualistą, jednak przynależność do tych kategorii naprawdę nie musi oznaczać automatycznie przynależności do inteligencji, zwłaszcza jeśli się tego inteligenckiego statusu nie odziedziczyło po pradziadach - a dziedziczenie statusu, jak statystycznie dowodzi specjalista od genealogii Jerzy Marek Minakowski, zdarza się w Polsce o wiele częściej, niż nam się wszystkim wydaje, zwłaszcza tym opowiadającym, jak to wojna i komunizm pozbawiły Polskę „prawdziwych elit”.

***

Z tego, że nie jestem inteligentem, wynika również odpowiedź na pierwszy zarzut, zarzut egoizmu. Deklarowanie zaangażowania w sprawy publiczne to jeden z najważniejszych (zaraz po gardzeniu chamem) rytuałów polskiej inteligencji niezależnie od światopoglądu. Te wszystkie „nocne Polaków rozmowy” i tak dalej.

Przyglądając się ostatniemu wiekowi polskiej historii, nie oceniam tego zaangażowania najlepiej, ale to temat na inny tekst. Nie jestem też w końcu anarchistą: bardzo sobie cenię życie we wspólnocie politycznej i chciałbym bardzo, aby spajające ją więzy były silne. Z przynależności do wspólnoty politycznej wynikają oczywiście różne obowiązki, które chętnie akceptuję i spełniam. Na przykład płacąc podatki albo głosując, raczej w wyborach lokalnych, które interesują mnie bardziej niż krajowe i w których mam na kogo głosować. Chociaż na najbliższe krajowe też się zapewne wybiorę, bo uważam, że polska scena polityczna potrzebuje lewicowej korekty, do której chętnie się swoim głosem przyczynię.

Nie zgodzę się jednak, aby udział w jakiejkolwiek manifestacji był czyimkolwiek moralnym obowiązkiem. Prawem wolnych ludzi w wolnym państwie - jasne. Obowiązkiem nigdy.

Nie pójdę na przykład nigdy w Marszu Niepodległości, bo brzydzę się promowaną tam wersją patriotyzmu, mam ją za głupią, fałszywą i toksyczną. Czy Grzegorz Wysocki zgodziłby się z organizatorem tego marszu, członkiem ONR, gdyby ten powiedział, że jeśli Wysocki nie idzie na jego marsz, to jest albo wrogiem Polski, albo egoistą? Nie sądzę.

 Do marszów w obronie konstytucji czuję niechęć z innych powodów, mówiłem o tym w wywiadzie Olszewskiego. Do wszystkich, łącznie z najbliższym mi śląskim Marszem Autonomii, na którym też nigdy nie byłem, czuję niechęć taką, że nie lubię tłumów. I co? I nic. Moje prawo. Na tym również polega, zdaje mi się, liberalna demokracja, która jest na tyle rozsądną formą organizacji życia społecznego, że każdy ma prawo uczestniczyć w życiu publicznym, ale poza podstawowymi sprawami, o których spełnianiu pisałem wcześniej, nikt nie ma obowiązku. Ani prawnego, ani moralnego. Czy szewc może sobie po prostu szyć buty i nie chodzić na procesje Bożego Ciała, Marsze Niepodległości, „czarne protesty” i marsze w obronie konstytucji? Może, w przeciwieństwie do polskiego inteligenta, który na jakieś marsze chodzić musi. No ale, jak już mówiłem, ja inteligentem nie jestem.

Nie przyjmuję też argumentu ze stanu wyjątkowego, że normalnie to nie trzeba, ale teraz jest jakiś specjalny czas, widmo faszyzmu i tak dalej, teraz każdy przyzwoity człowiek musi.

Nie przyjmuję, bo zbyt wiele tych deklarowanych stanów wyjątkowych pamiętam, a nie żyję w końcu jeszcze aż tak długo - i jest z tym trochę tak, jak z bajką o chłopcu, który krzyczał: „Pożar!”. Wysocki może być innego zdania, może uważać, że jutro niebo zawali nam się wszystkim na głowy, jeśli każdy nie zatańczy natychmiast kankana na ulicy. Jego prawo, bronił będę jego prawa do tańczenia kankana w obronie przed walącym się na głowy niebem, ale nie zgodzę się, że odmawiając tegoż tańca, staję się egoistą gorszym od wszystkich wymachujących nogami.

***

Trzeci zarzut Wysockiego, ten niewypowiedziany wprost, wydaje mi się najciekawszy. Otóż odwołuje się polemista do złośliwostek, na które zapewne zasłużyłem, więc się nie obrażam, że tutaj kick-boxing, tam żeglarstwo, szybkie samochody i inne moje pasje, że się za nimi chowam, że się wstydzę mojego bycia pisarzem. Dziwi mnie to tylko, bo tysiąc razy w wywiadach mówiłem, iż bycie pisarzem jest dla mnie jedną z najważniejszych, obok bycia ojcem, dróg przeżywania samego siebie. Definiuję siebie przez swój zawód, z niego czerpię poczucie własnej wartości i sensu życia. Z bycia pisarzem jestem też dumny i naiwnie wierzę w to, że literatura jest czymś najważniejszym na świecie, chociaż wiem, że to nieprawda.

Oczywiście Wysocki nie ma obowiązku znać tych wywiadów. Jeśli wyrobił sobie ten sąd na podstawie zawartości mojego konta na Instagramie, to też rozumiem, każdy ma prawo do pomyłki.

Śpieszę donieść, że tak mi się spodobało podzielić moje media społecznościowe: na Facebooku raczej sprawy ważne, literatura i opinie w kwestiach społecznych, wbrew łatce egoisty, za to w zgodzie z moimi umiejętnościami, bo nie mam cnót działacza, a napisać parę zdań potrafię. Na Instagramie z kolei próżność i różnego rodzaju pasje i zabawy, które lubię, ale do których nie przywiązuję aż takiej wagi.

 Zarzut Wysockiego, pozornie błaha złośliwość, wydał mi się zaś ciekawy, dlatego iż nasunął mi pytanie: jakie jest tej złośliwości sedno? Dlaczego w ogóle Wysockiemu chciało się zwrócić uwagę na to, że zajmuję się amatorsko kick-boxingiem, żeglarstwem, lubię mocne auta? Dlaczego w jego tekście pobrzmiewa ton taki, jakbym powinien się tych pasji wstydzić?

Może dlatego, że podkreślenie ważności takich spraw w moim życiu przed sprawami publicznymi nie mieści się w habitusie polskiego inteligenta? Dlatego Wysockiemu coś nie gra. Polski inteligent może mieć pasje (najlepiej żeby chodził po górach jak papież), ale jego jedyną wielką i prawdziwą miłością musi być Sprawa. Może to być Wielka Polska Katolicka, wzrost gospodarczy albo emancypacja kobiet, ale Sprawa być musi.

Figura inteligenta, dla którego od Polski albo dobra ludu ważniejszy jest sport czy hobby, jest niemożliwa do pomyślenia, wewnętrznie sprzeczna. Stąd może, z tego dysonansu poznawczego, wyniknęła szarża Wysockiego. A wystarczyło sobie po prostu uporządkować definicje.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.