Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Michał Sutowski – publicysta „Krytyki Politycznej”, politolog, tłumacz. Współautor wywiadów rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff

„PiS to nic innego jak ostatnia czkawka formacji, która nie chce uznać się za umarłą klasę, nie chce przejść do lamusa. Nie chce przyjąć do wiadomości, że w warunkach normalnego rozwoju inteligencję wypiera klasa średnia, którą w ich wyobrażeniach uosabia PO, ci straszni mieszczanie” – stwierdza w „Newsweeku” Agata Bielik-Robson. Z tego właśnie powodu PiS reaktywował anachroniczny, co przyznaje filozofka, spór rodem z XIX wieku: „narodowego romantyzmu” z „kosmopolitycznym oświeceniem”, dziś przekładalny na wojnę radykalnych populistów narodowych z umiarkowanymi europeistami liberalnymi.

W sporze tym liberalna inteligencja (pokolenie „rodziców III RP”), dostrzegająca powagę zagrożenia („cofka dziejowa”), musi znów stanąć do walki w obronie demokracji, wspierając i mobilizując formacje klasy średniej – przede wszystkim opozycję parlamentarną. Na przeszkodzie stoi jednak groźba inteligenckiego mesjanizmu z jednej strony („sami pokonamy PiS na ulicy, nie potrzebujemy do tego partii”), a z drugiej infantylny radykalizm pokolenia lewicowych dzieci-ojcobójców III RP („PiS rządzi z winy liberałów, na gruzach liberalizmu i nacjonalizmu powstać musi zupełnie nowy, postępowy projekt”).

Podzielając taką diagnozę, recepty uważam za nietrafione i przybliżające nas do tej właśnie katastrofy.

Starsze i młodsze pokolenie różnie widzą kwestię demokracji, Europy i kapitalizmu – i wcale nie dlatego, że jedni mają domy w Aninie, a drudzy występują na lewackich konferencjach za niemieckie euro. Po prostu w latach formacyjnych pokolenia „rodziców III RP” socjalizm zawodził już na całej linii, wyjazd za granicę wiązał się z pasmem upokorzeń, Zachód realnie doświadczany tożsamy był z RFN-em, Austrią czy Szwecją – superbogatymi państwami opiekuńczymi w zenicie swego rozkwitu. A wyspy prywatnej inicjatywy w PRL były oazami racjonalności i dobrobytu na tle morza niedoboru towarów i sensu.

Pokolenie młodych z kolei dorastało w czasie burzliwej transformacji i przedakcesyjnego kryzysu (bezrobocie w 2004 roku wynosiło 20 proc.), przed maturą zyskało otwarte granice i prawo wyjazdu do Anglii (częściej na zmywak niż na uniwersytecką katedrę); wszechobecny bullshit w mediach głosił, że sky is the limit, baby, podczas gdy rynek mieszkaniowy skazywał ludzi na tyranie w korpo lub emigrację; brak etatu dla większości młodych ludzi dzisiaj to nie radosna freelancerka. To los, którego sami nie wybierali.

Czy jednak, skoro doświadczenia pokoleń są – obiektywnie i subiektywnie – tak różne, skazani jesteśmy na konflikt i dalsze wykrwawianie się obozu nie-PiS-u? Nie.

I nie, nie proponuję lewakom zamknięcia roszczeniowego dzioba w imię wyższej konieczności dziejowej. Chodzi mi raczej o pragmatyczny pakt obydwu stron. Liberalni rodzice i lewicowe dzieci powinni wykazać zdrowy cynizm wobec własnych doświadczeń – bo tu nie chodzi o czystość świadectwa, ale o głosy milionów wyborców, których odmienne wrażliwości trzeba uszanować.

Zaczynając od własnego podwórka – lewica polityczna powinna dziś uznać, że przeszłość oddzielamy grubą kreską. To znaczy: bierzmy odpowiedzialność za teraz i jutro, a nie za wczoraj. Wszystkich tych wyborców nie-PiS (nie-Kukiza, nie-Korwina…), którzy nie czują się przegranymi transformacji (a jest ich w tej grupie większość), nie należy zmuszać do przepraszania za porażki i sukcesy Balcerowicza, wykształcenie własnych dzieci, zbudowanie domów i firm czy raz do roku wakacje w Tunezji.

Czyli co, pyta czujny lewak: przepraszamy się z nierównościami i nadwiślańskim kapitalizmem? Nie, bo to tylko jedna strona dealu. Drugi ruch jest po stronie oświeconych liberałów, względnie obozu III RP. Muszą oni przyjąć do wiadomości prosty fakt, że kwestie nierówności, sprawiedliwego państwa i losu wykluczonych to nie pała do bicia po głowie Unii Wolności, pożyteczny idiotyzm wobec PiS ani hipsterski socjalizm. To wyraz rosnących aspiracji różnych klas i środowisk, które połączyć może formuła: „Rzecz nie w tym, kto miał rację wtedy, ale w którym miejscu Polska jest dziś i jakiej Polski chcemy jutro”.

Posłuchajcie, liberałowie, jak wam to brzmi: PO dlatego przegrała wybory, że czas jej rządów i dokonana za sprawą Unii modernizacja rozbudziły wielkie aspiracje społeczeństwa, które nie znalazły już zaspokojenia w formule „ciepłej wody w kranie” i budowania mostów. Polacy zapragnęli więcej: cywilizacji rynku pracy, skoro tak pięknie rósł PKB, i polityki rodzinnej zgodnej z europejskimi standardami; teraz jeszcze pragną dostępnych mieszkań, transportu publicznego obok pendolino, godziwych wynagrodzeń dla pielęgniarek, nauczycieli i rezydentów.

Tym tokiem myślenia dochodzimy do konieczności budowy w Polsce cywilizowanego państwa opiekuńczego. Nie przez radykalną krytykę ? la Marks czy Kalecki, lecz w duchu starego Tocqueville’a i przez jego model wyjaśniania rewolucji. W pewnym uproszczeniu: trzeba nam redystrybucji, solidarności i opiekuńczości właśnie dlatego, że ostatnia dekada była postępem. Właśnie dlatego, że gospodarka rosła, nie możemy się domagać od ludzi kolejnego samoograniczenia, wyrzeczeń i odłożenia aspiracji na później, gdy już uratujemy demokrację. Bo inaczej ludzie zrobią rewolucję (tzn. dziś będą bronić rewolucji, którą zrobił im PiS).

Mało przekonujące? To może tak: wzywając po raz kolejny do „oddzielenia spraw ważnych od pilnych”, brzmicie jak Władysław Gomułka ze swymi tyradami o znacznym przecież (niewdzięcznicy!) wzroście spożycia wołowiny bez kości przez 20 lat istnienia Polski Ludowej. Nie obrażajcie się, tylko przypomnijcie to sobie – a wielu z was historię PRL zna naprawdę nieźle. Nawet jeśli tow. „Wiesław” empirycznie mógł mieć trochę racji, to nikt nie miał ochoty jego gderania wysłuchiwać – bo przedwojenny, okupacyjny i powojenny głód po prostu nie były doświadczeniem młodych końca lat 60. Tak jak zamknięte granice, ocet na półkach i łomot od ZOMO nie były doświadczeniem dzisiejszych młodych.

Na takim gruncie liberałka (taka jak Agata Bielik-Robson, choć nie taki liberał jak Witold Gadomski) może podać rękę lewaczce (na pewno takiej jak Kaja Puto, choć już nie frakcji szadenfrojdystów, którym wycie liberałów przysparza rozkoszy).

A po co mają sobie podawać te ręce? Bo wciąż mało naszych szabel, czytaj – głosów. I nie przybędzie ich dlatego, że inteligencja będzie głośniej gęgać o zagrożeniu demokracji. Ja się zgadzam, że „moment na kasandryczny lament właśnie nastał”, a „zamach na niezawisłe sądownictwo to przejście przez antydemokratyczny rubikon”. Co jednak z tego, skoro potrzebna nam większość obywateli się z tym nie zgadza, chociaż nie mam wrażenia, żeby inteligencja przez ostatnie 2,5 roku w tej sprawie milczała.

Głosy na PiS – przynajmniej te, które możemy odbić lub zdemobilizować – oddano w imię aspiracji; nie są one obce również tym, którzy nie zagłosowali, a których kart wyborczych też potrzebujemy. Dlatego wezwanie do wyrzeczenia się tych aspiracji zaraz po obaleniu PiS to plan wyborczego samobójstwa.

Poza wymiarem pragmatycznym – inteligencki lament nie zniechęci ludzi do Kaczyńskiego – jest jeszcze kwestia warunków zewnętrznych. Oczywiście, Polska może, że przytoczę Bielik-Robson, „zapaść się na jakiejś beznadziejnej bocznicy. Możemy przestać być członkami Zachodu, a wtedy walka z jego bolączkami nie będzie już naszym priorytetem”. Kłopot w tym, że te bolączki dziś – inaczej niż w roku 1989 czy nawet 2004 – są tak poważne, że mogą doprowadzić do rozsadzenia całego zachodniego projektu.

I dlatego musimy się nimi zajmować równolegle – wymyślać miejsce Polski w przyszłej Unii Europejskiej, kształt i rolę państwa w XXI wieku, nowy podział wspólnie wypracowanego dochodu. To nie są inteligenckie fanaberie, tylko konieczność, skoro dotychczasowy układ Zachodu wali się w gruzy i nie ma już żadnego „głównego nurtu”, do którego po szczęśliwym pokonaniu PiS będziemy mogli wrócić.

Nie mówiąc już o tym, że dla wielu wyborców widzących symptomy kryzysu Unii opowieść pod tytułem „dziś brońmy demokracji, o resztę martwić będziemy się później” to zagadywanie braku pomysłu na Polskę przyszłości, „najpierw zwalczmy PiS” zaś to wymówka, by nie powiedzieć, „a po co właściwie”.

W 1989 roku walił się stary system, ale ten nowy wydawał się dany, gotowy i jakoś zrozumiały („normalny”, znaczy: demokratyczny i wolnorynkowy). Droga do przejścia miała być ciernista, ale przynajmniej cel był znany i widoczny. Na obronę autorów transformacji używa się często metafory „przebudowy statku na pełnym morzu”. Odnosząc ją do teraźniejszości: nie mamy gotowych planów przebudowy statku (sam Zachód dopiero wymyśla się na nowo), fale (geopolityka) są dużo bardziej wzburzone, do tego w międzyczasie trzeba odzyskać ster od pijanego kapitana, a potem jeszcze sprawić, żeby jego zwolennicy (całkiem spora liczba pasażerów) nie wysadzili okrętu, jak im się nie spodoba nowy kierunek.

Zostaje nam jeszcze jedna kwestia: kto ma to zrobić?

W tak potrzebnym do tego międzyklasowym sojuszu inteligencja – dziś to raczej środowisko gadająco-myślące niż wielka warstwa społeczna rodem z późnych lat 70. – może raczej stawiać diagnozy, pisać narracje, tworzyć manifesty i dobre memy, ale nie będzie samodzielnym aktorem społecznym. Bo w demokracji, podoba nam się to czy nie, jeden obywatel to jeden głos. W świecie, w którym PiS zdołał zmobilizować część klasy ludowej i część klasy średniej, nie ma innego sposobu, jak mobilizować głosy sojuszu klasy średniej z ludową. Zarys takiego projektu, opierającego się m.in. na jakościowych usługach publicznych, emancypacji kobiet czy jasnej przyszłości Polski w nowej Unii Europejskiej, stworzył w „Nowym autorytaryzmie” Maciej Gdula.

Nie będzie to proste, a już karkołomne wręcz, jeśli PiS zmieni ordynację wyborczą na quasi-większościową. Pierwszym krokiem jednak, koniecznym, abyśmy w ogóle mieli szanse, jest wzięcie w nawias swoich doświadczeń pokoleniowych przez rodziców i dzieci III RP. Drugim – powiązanie walki z PiS z polityczną wizją przyszłości Polski, zamiast odkładania jej ad Kalendas Graecas. Trzecim – poszukanie tych segmentów klas ludowych, do których można się odwołać bez porzucania wartości postępowych i liberalnych.

Bez tego wszystkiego PiS – zdolny budować sojusze najbardziej paradoksalne i absurdalne – usmaży nas w jednym kotle.

Tekst ukazał się w „Krytyce Politycznej”. Więcej na Krytykapolityczna.pl

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.