Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr Michał Matlak – absolwent Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego, pracuje w Parlamencie Europejskim; stały współpracownik „Kultury Liberalnej”

Rok 1988. Margaret Thatcher wchodzi do reprezentacyjnej sali średniowiecznego ratusza w Brugii. Ma wygłosić przemówienie dla studentów Kolegium Europejskiego. Na sali siedzą unijni komisarze i inni znaczący politycy unijni – poza najważniejszym z nich – Jacques’em Delorsem, ówczesnym przewodniczącym Komisji Europejskiej. To jednak właśnie Delors był głównym bohaterem przemówienia Thatcher. Wymierzyła je w najambitniejsze w historii integracji europejskiej reformy, których celem była federalizacja Europy.

Thatcher była wrogiem federalizacji. Gorąco popierała pogłębianie wspólnego rynku, ale głęboka integracja polityczna to było jednak dla niej zbyt wiele. W Brugii grzmiała, że nie po to ograniczała znaczenie państwa w Wielkiej Brytanii, żeby zgadzać się teraz na superpaństwo w Brukseli.

Choć Thatcher i Delors byli pod wieloma względami na antypodach, to – jak powiedział mi członek gabinetu Delorsa, Brytyjczyk David White, szanowali się, a nawet lubili. A łączyła ich m.in. obsesyjna wręcz chęć poznania najgłębszych szczegółów tematów, którymi się zajmowali.

Dziś Theresa May nie może liczyć na podobną relację z liderami Unii – musi bronić brzemiennej w skutki decyzji obywateli o opuszczeniu Unii, choć – co widać coraz lepiej – ta misja dla Wielkiej Brytanii nie może zakończyć się sukcesem.

***

Rok temu Brytyjczycy byli podzieleni w kwestii wyjścia z Europy. Dziś są równie podzieleni w kwestii przyszłych stosunków z Europą. Kraj o potężnej tradycji politycznej, mocnym zapleczu eksperckim i dyplomatycznym w dalszym ciągu nie może odnaleźć pomysłu na współżycie z kontynentem.

Trwające od roku negocjacje zakończyły się względnym sukcesem, jeśli chodzi o porozumienie o wyjściu (nastąpi w marcu 2019 roku) i okres przejściowy (ustalono, że zakończy się w grudniu 2020 roku). Brytyjscy i unijni negocjatorzy porozumieli się co do praw obywateli unijnych w Zjednoczonym Królestwie oraz praw Brytyjczyków mieszkających w Unii, a także zobowiązań finansowych Wielkiej Brytanii. Ustalono także, że między Republiką Irlandii a Irlandią Północną nie będzie klasycznej „twardej” granicy – stanowiłaby zagrożenie dla tamtejszego procesu pokojowego.

Uniknięcie owej „twardej” granicy, które zgodnie z oczekiwaniami Unii obiecuje Wielka Brytania, oznacza jednak częściowe pozostawanie we wspólnym rynku. Sęk w tym, że pozostawanie we wspólnym rynku musi łączyć się z akceptacją wszystkich klasycznych swobód: oprócz więc przepływu towarów także przepływu kapitału, usług i osób. A ta ostatnia swoboda jest szczególnie trudna do zaakceptowania dla strony brytyjskiej.

A przecież od czasu wstąpienia do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej w 1973 roku Wielka Brytania wiedziała, że to nie jest tylko klub gospodarczy – polityczne cele towarzyszyły ojcom założycielom od samego początku istnienia zalążka Unii. Nawet jeśli integracja gospodarek miała być najważniejszym elementem działań EWG, federacja europejska była na horyzoncie większości, jeśli nie wszystkich ojców założycieli Wspólnot Europejskich.

Jak powiedział mi dr Garvan Walshe, który doradzał brytyjskim konserwatystom będącym za pozostaniem w Unii, Wielka Brytania miała świadomość politycznego charakteru projektu europejskiego, nawet jeśli udawała, że wstępuje do klubu czysto gospodarczego. Według Walshe’a polityką względem Unii rządzą dwa strachy: strach przed byciem zdominowanym przez europejskie imperium i strach przed pominięciem (ang. fear of missing out – FOMO). Ten drugi dał o sobie znać w latach 70., pierwszy był ewidentnie obecny w debacie przed referendum roku 2016. „Wielka Brytania chce być przy stole, ale nie smakuje jej jedzenie” – jak mówi Walshe.

Kraj nie zdefiniował swojej tożsamości narodowej po upadku imperium. Jednocześnie brytyjski nacjonalizm nie jest zakorzeniony w europejskości, co odróżnia go od np. nacjonalizmu węgierskiego. Viktor Orbán stale obsadza Węgry w roli lidera chrześcijańskiej Europy (nawet jeśli w kontrze do europejskiego głównego nurtu), natomiast brytyjski nacjonalizm widzi Zjednoczone Królestwo poza Europą, a nie na jej czele.

Głęboka kulturowa rozterka ma odbicie na scenie politycznej. Obóz zwolenników Unii działał bez przekonania – co się zresztą tyczy zarówno konserwatystów, jak i laburzystów – w przeciwieństwie do pełnych zapału zwolenników jej opuszczenia. To sprawia, że zwolennicy pozostania w Unii (albo aksamitnego brexitu, który zakończyłby się bardzo bliską współpracą) właściwie nie mają politycznej reprezentacji – choć przecież 48,1 proc. Brytyjczyków poparło członkostwo.

Konserwatyści miotają się między chęcią zawarcia umowy o wolnym handlu i unii celnej a całkowitym rozluźnieniem przyszłych kontaktów – przy czym ta ostatnia grupa, reprezentowana przez byłego już ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona, nigdy nie przedstawiła swojej wizji.

Dla zwolenników integracji z Unią propozycji nie ma także lider laburzystów, od dekad radykalnie lewicowy Jeremy Corbyn, który chce subsydiować niektóre gałęzie przemysłu albo nacjonalizować firmy bez kompensacji – a na taką politykę prawo europejskie nie pozwala. Corbyn uważa więc Unię za wcielenie neoliberalnego monstrum. Jak mówi Walshe, dochodzi do tego czynnik strategiczny: laburzyści walczą o zwycięstwo w okręgach, w których mieszka wielu robotników, a ci opowiedzieli się za brexitem, więc w walce o ich głosy proeuropejskość jest utrudnieniem.

Theresa May ma więc twardy orzech do zgryzienia: jej rząd zaproponował w lipcu umiarkowaną koncepcję zakładającą zawarcie umowy stowarzyszeniowej z Unią, która obejmie strefę wolnego handlu dla towarów, luźniejsze porozumienie dotyczące usług finansowych oraz partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa, a także stałe członkostwo w niektórych unijnych agencjach. To stanowisko będzie przedmiotem negocjacji, które rozpoczną się jeszcze w wakacje, a muszą się zakończyć jesienią – żeby umowę zdążyć ratyfikować przed 29 marca 2019.

Unia najpewniej będzie się domagała większych koncesji, co przy już niepewnej pozycji konserwatystów będzie trudne do uzyskania. Taki klincz może doprowadzić do przyspieszonych wyborów, które jednak nie przyniosłyby wcale rozstrzygnięcia modelu brexitu. Trwanie w zwarciu byłoby dla Wielkiej Brytanii bardzo niekorzystne, gdyż artykuł 50 przewiduje koniec członkostwa już w marcu 2019 roku – a brak porozumienia miałby katastrofalne skutki dla gospodarki brytyjskiej (choć oczywiście i kraje unijne oraz ich obywatele odczuliby negatywne konsekwencje). W negocjacjach nie tylko struktura artykułu 50 daje Unii przewagę – jest nią także wspólne stanowisko, które udaje się utrzymać mimo różnic interesów.

***

Równie ciekawe jak porozumienie w sprawie wspólnej przyszłości jest to, co pokazały ostatnie dwa lata.

Brexit, jeszcze przed referendum, był wymieniany razem z kryzysem migracyjnym oraz kryzysem strefy euro jako początek końca integracji europejskiej.

Tymczasem widzimy coś całkowicie innego – choć po raz pierwszy w historii Unię opuszcza ważny, zamożny i kulturowo znaczący kraj, to Wspólnota, zamiast rozluźniać integrację, raczej ją pogłębia. A kraje, które miały szybko podążyć za Wielką Brytanią, albo głosują w wyborach na zwolenników integracji (we Francji), albo wybrani eurosceptycy łagodzą narrację względem Europy (we Włoszech). Widzimy także, że brexit uruchamia wśród Europejczyków ważne procesy – takie jak stała współpraca w zakresie obrony (PESCO), do której przyłączyły się wszystkie kraje unijne poza Danią. PESCO było wcześniej blokowane przez Brytyjczyków.

Najważniejszym efektem brexitu może być długotrwałe osłabienie sił antyunijnych w Europie – polityczna zawierucha, która nie opuszcza Wielkiej Brytanii przez ostatnie dwa lata, okazuje się dobrą szczepionką na tendencje antyeuropejskie.

Równie wiele politycznej energii da Unii jedność (jeśli uda się ją utrzymać – co nie będzie łatwe) we właściwych negocjacjach o przyszłości relacji z Wielką Brytanią. Zapewne będą mozolne i skończą się one długo po odejściu Wysp, ale to właśnie sposób reakcji na rozwód zdefiniuje europejską tożsamość na kolejne dekady. A jaka wizja wyłania się z pozycji unijnych? Całkiem niezła: niepodzielność czterech swobód, silna integracja wokół wspólnej waluty, otworzenie nowych obszarów współpracy, m.in. w sferze obronnej.

Europa nie powinna oczywiście popadać w samozachwyt – mnóstwo elementów integracji wymaga poważnego remontu. Ponadto istnieje jeszcze jedna lekcja z brexitu, o której czasem zapominamy, skupiając się na rachunkach czysto ekonomicznych. Tymczasem te, jak się wydaje, nie były decydujące, jeśli chodzi o wynik brytyjskiego referendum. Decydująca była kultura: poczucie Brytyjczyków, że nie dzielą z resztą Europy, by użyć terminu Josepha H.H. Weilera, „wspólnoty losu”. Członkiem takiej wspólnoty jest się nie ze względu na korzyści ekonomiczne, które są przecież zmienne, ale samo przekonanie, że jest się jej częścią.

Przynależność do Unii jest bowiem wyborem kulturowym, który wymaga przepracowania stosunku do własnej tożsamości narodowej. Kiedy naród jest wartością najwyższą, trudno o akceptację dla projektu integracji. Nie jest przypadkiem, że współczesny pomysł na Europę został zbudowany na gruzach państw narodowych. I choć historycy, jak Alan Milward, argumentują, że w rzeczywistości wzmocnił on, a nie osłabił te państwa, to jednak zarazem osłabił nacjonalizm rozumiany jako wiara w wyższość własnego narodu nad innymi.

Integracja europejska w wielu momentach niedoskonale, ale jednak relatywizuje podobne przekonania. Krytyczna autorefleksja staje się wręcz pozatraktatowym warunkiem przynależności do Unii mimo drastycznych różnic między bagażami historycznymi krajów członkowskich – w innym wypadku trudno o europejską wspólnotę losu.

***

Jacques Delors wystąpił w Brugii rok po Thatcher – w październiku pamiętnego, przełomowego 1989 roku. Na końcu przemówienia zacytował jednego z twórców pierwszych wspólnot europejskich, Paula-Henriego Spaaka, z życzeniem, by mógł je powtórzyć w odniesieniu do swoich działań w Europie: „Tym razem zachodniemu człowiekowi nie zabrakło wyobraźni i nie zaczął działać zbyt późno”.

Wiele wskazuje na to, że brexit może się okazać kryzysem, który sprawi, że nie zabraknie nam wyobraźni, i znów pozwoli Unii nie zacząć działać zbyt późno.

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest Teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji"

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.