Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich oraz Dom Spotkań z Historią przyznają Nagrodę im. Kazimierza Moczarskiego dla najlepszej książki historycznej ubiegłego roku.
Na łamach „Wyborczej” prezentujemy książki dziesięciu tegorocznych finalistów dziewiątej edycji Nagrody. Laureata poznamy 8 grudnia. Szczegóły na Wyborcza.pl/moczarski.

Dom, którego nie było. Powroty ocalonych do powojennego miasta
Łukasz Krzyżanowski
wyd. Czarne

„Nie ma nikogo! A tyle ludzi wkoło” – napisał w pamiętniku Samuel Puterman, artysta malarz, który zdołał się wydostać na aryjską stronę z warszawskiego getta. Te słowa bierze sobie za motto historyk Łukasz Krzyżanowski. Nie ma nikogo – to prawda, bo w wojennej Polsce zabito niemal cały naród żydowski. Tyle ludzi wkoło – to też prawda. Pytanie brzmi: jacy to byli ludzie? Po lekturze „Domu, którego nie było” już wiemy. Nie jest to wiedza przyjemna.

Krzyżanowski pochyla się nad historią Radomia w czasie Holocaustu. Dlaczego Radom? A dlaczego nie? Miasto jak każde inne, a może nawet bardziej: niskie kamienice, ulice pełne błota, średniej wielkości, opodal stolicy, lecz na zabitej prowincji, doświadczonej na dodatek przez rosyjski zabór. W międzywojniu Żydów dość, tak że Niemcy musieli sprawić im kilka gett. Do Treblinki niedaleko, do Auschwitz proste tory, przez Kielce i Kraków. Można więc było wytłuc prawie wszystkich.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Radomscy Żydzi - trudne powroty ocalałych w 1945 r. Rozmowa z Łukaszem Krzyżanowskim

Łukasz Krzyżanowski Łukasz Krzyżanowski  Fot. Helena-Aleksandra Reut

Jak wyglądały powroty ocalonych do miasta? Wracali na swoje, które już swoje nie było. Był dom i nagle nie ma. Był interes, ale przepadł. Boli. Co zrobić? Był sąsiad, ale teraz jest inny sąsiad. No właśnie. Teraz, czyli tuż po wojnie, nie ma słowa, które opisuje sąsiada rozsiadającego się w nie swoim, choć za miedzą.

A jednak Żydzi wracali na stare śmieci. Bo co innego mieli robić? Szukali rodziny, bliskich, ale najczęściej okazywało się, że zostali sami. Witano ich, a jakże, pytaniem: „Joszka, ty ciągle żyjesz?”. Sęk w tym, że nie było w nim radości, ale zaskoczenie, zdziwienie, czasem zaś skrywana groźba.

Potem zaczynało się powojenne życie. Między Polakami, którym zbyt często te powroty bardzo wadziły. A to już zdążyli się rozgościć w pożydowskich chałupach, gotowali w pożydowskich garnkach, spali w pożydowskiej pościeli. Trudno się pozbyć takich dóbr, bo dookoła straszliwa nędza. Co więc się dziwić, że często dawano dobre rady: „Ty lepiej stąd wyjedź, bo licho nie śpi”.

Lecz Żydzi nie dość, że nie wyjeżdżali, to jeszcze niektórym się powiodło. Jak na ten przykład jubilerowi Ludwikowi Gutsztadtowi z Radomia. Przed wojną miał sklep, w którym handlował złotem, zegarkami i biżuterią. Wojnę – podobnie jak żona i dwaj synowie – przeżył w Warszawie na aryjskich papierach. Walczył w powstaniu, również dlatego, że miał tzw. dobry wygląd i najpewniej mówił bez akcentu. Po wojnie rodzina Gutsztadtów wróciła do Radomia, do żydowskich imion i nazwiska, bo – mawiał Ludwik – „przecież wszyscy nas tu znają, więc nie ma sensu się kryć”.

Gutsztadt nie próbował odzyskać swojego sklepu. Wynajął lokal i wrócił do zawodu. Wiodło mu się na tyle dobrze, że mógł zatrudnić prywatnego nauczyciela dla synów. Taki Żyd jeszcze bardziej kłuł w oczy. Więc ktoś go zastrzelił.

Pochowano Ludwika w miejscu dawnego cmentarza żydowskiego, dokumentnie zniszczonego przez Niemców; łąka, pod powierzchnią której leżały tysiące ludzi, służyła radomianom jako miejsce wypasu krów. Nagrobek jubilera został bardzo szybko zniszczony.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Żydzi wracali do Radomia i słyszeli: to Ty żyjesz?

Krzyżanowski dowodzi, że w kilku innych przypadkach mordów na Żydach – w tym w najbardziej brutalnym, zwanym pogromem radomskim, zarżnięto nożami cztery osoby, w tym oficera Armii Czerwonej – najpewniej nie wszczęto nawet solidnych śledztw. Bo po co? Wprawdzie po mieście poszła wieść, że z racji sowieckiego żołnierza morderców szuka NKWD, ale to raczej legenda. Tak samo nie szukano zbyt skrupulatnie zabójców Bolesława Gauta, milicjanta wyznania mojżeszowego zabitego przez antykomunistyczne podziemie. Dla historyka to ważna informacja: organy nowej komunistycznej władzy były tak samo antysemickie jak większość Polaków.

Co nie przeszkadzało, by w polszczyźnie na dobre zadomowiła się fraza „żydokomuna” używana w opozycji do „Narodu Polskiego”.

„Żydokomuna” to po wojnie najbardziej podstępny wróg, „czynnik skrajnie obcy i wrogi wszystkiemu, co polskie”, o czym informowały konspiracyjne druki. Nie zadawano sobie trudu, by odróżnić Żyda komunistę i zwolennika nowego porządku od Żyda. „Zestawienie Żydów i komunistów – wyjaśnia Krzyżanowski – w tym kontekście okazywało się użyteczne dla propagandy podziemia. Z każdego Żyda czyniło bowiem komunistę, a z każdego komunisty – Żyda, czyli obcego, wroga, nie-Polaka i niepatriotę”.

Na Żydów krzywo patrzyła lokalna administracja. Gdy w Radomiu pojawiły się antysemickie ulotki, Ministerstwo Administracji Publicznej upominało wojewodę kieleckiego: „Starosta w Radomiu odnosi się wrogo do obywateli narodowości żydowskiej i stale odmawia przyjęcia delegacji ludności żydowskiej miasta Radomia. Departament Polityczny MAP prosi o zwrócenie uwagi obywatelowi Staroście, jako że urzędnik państwowy powinien mieć równy stosunek do potrzeb obywateli bez różnicy przynależności narodowej, rasowej, religijnej, zgodnie z duchem demokracji państwowej”.

Żydowskim losem nie przejmował się zbytnio Kościół. W tydzień po pogromie delegacja lubelskich Żydów prosiła biskupa Stefana Wyszyńskiego, późniejszego prymasa, „o wydanie do duchowieństwa i wiernych diecezji odezwy duszpasterskiej, która by swoją treścią mogła przyczynić się do uspokojenia umysłów i zaprzestania wystąpień antysemickich w ogóle, a mordów w szczególności”. Biskup odmówił zajęcia jakiegokolwiek pozytywnego stanowiska. Wykrętnie tłumaczył się apolitycznością Kościoła. Wreszcie radził, że „lepiej by było dla żydów, gdyby wynieśli się w ogóle z Polski, np. do Palestyny, albo zakupili sobie jakąś kolonię czy wyspę”.

I tak dalej.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nagroda Historyczna Moczarskiego 2017. Dziesięć nominowanych książek

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.