Jeśli Putin chciałby najechać Polskę, powinien wybrać właśnie ten termin: w nocy z 24 na 25 kwietnia.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Łukasz Orbitowski - ur. w 1977 r., pisarz i publicysta, autor m.in. opowiadań fantastycznych oraz powieści "Święty Wrocław", "Tracę ciepło", "Szczęśliwa ziemia" i "Inna dusza"; tegoroczny laureat Paszportu "Polityki".

Bo wtedy wszyscy kulturalni ludzie będą zajęci ważniejszymi sprawami: zasiądą przed telewizorami bądź ekranami laptopów, by oglądać globalną premierę szóstego już sezonu "Gry o tron".

Mój księgowy sprzyja Lannisterom. Przypuszczam, że z racji wykonywanego zawodu ceni ich rzetelność finansową. Sąsiadka, kobieta dojrzała i stateczna, woli jednak Baratheonów, co jakoś koresponduje z jej surowym sposobem bycia i zasadniczym charakterem. Facet, z którym nosiłem niedawno meble, wciąż żałuje Eddarda Starka (którego głowa potoczyła się wieki temu, jeszcze w pierwszym sezonie). Tak mógłbym wyliczać długo. Swoich faworytów ma zapewne pani z warzywniaka i student w tramwaju. Nocami po mojej klatce schodowej niosą się ryki zdemoralizowanej młodzieży. Niewykluczone, że oni też kłócą się o to, kto powinien zasiąść na Żelaznym Tronie.

Żarty na bok, ale "Gra o tron" naprawdę stała się płaszczyzną porozumienia pomiędzy ludźmi o różnych poglądach, temperamentach i statusie społecznym, którzy zapewne nie dogadaliby się w żaden inny sposób. Jest prawie jak papież Polak albo półlitrówka. Takich seriali z siłą rażenia porównywalną z Sienkiewiczowską "Trylogią" nie znajdziemy zbyt wiele.

CZYTAJ TEŻ: "Gra o tron" dla zwykłych śmiertelników [QUIZ]

 

Ja jednak jutro w nocy zwalę się na kanapę, wyciągnę wygodnie nogi i odpalę coś innego. Ostatnio powtarzam filmografię Sama Peckinpaha w porządku chronologicznym. Jestem po "Dzikiej bandzie", wypada pojechać dalej.

Doceniam wielkość i wagę "Gry o tron" - pierwszego dojrzałego i zrealizowanego na bogato serialu w nowoczesnej telewizji. Zarazem nic mnie on nie obchodzi i co najwyżej może mnie złościć moje w jego kwestii samowykluczenie. Zaraz ludzie będą rozmawiali tylko o tym, a ja zasiądę ciemny jak tabaka w rogu. Pojawią się memy, których nie będę mógł zrozumieć. Odpadłem gdzieś w rejonach początków poprzedniego sezonu i nie wiem nawet, o co chodzi z tym Jonem Snowem. Żyje, umarł, a może jedno i drugie naraz? Byłby wówczas dwunożnym odpowiednikiem kota Schrödingera. Poza tym jak długo można czekać na zimę?

Nie oglądam "Gry o tron", bo znam konwencję. Opowieści o walce o władzę, murze i paskudztwie za murem przerabiałem, odkąd w 1989 r. pojawiły się u nas świeżo przełożone zachodnie książki fantastyczne w kusząco kolorowych okładkach. G.R.R. Martin niewiele nowego wymyślił. Niemniej sukces serialu mnie cieszy, uważam go za własne wielkie zwycięstwo. Oczywiście, podpinam się pod cudzy triumf. Ktoś wygrał bitwę, którą ja odpuściłem.

Przez lata, właściwie odkąd pamiętam, przekonywałem wszystkich, że fantastyka jest pełnoprawną częścią kultury. "Łowca androidów" to film równie dobry jak "Czas apokalipsy", a cykl o Ziemiomorzu Ursuli Le Guin może stać na półce obok "Czarodziejskiej góry". Tłumaczyłem to rodzicom za późnej maleńkości, pani od polskiego i kolegom na moich niedorzecznych studiach filozoficznych. Gdy zyskałem prawo głosu w przestrzeni publicznej, robiłem to samo, tylko z nieco większym rozmachem. Był to, oczywiście, głos wołającego na puszczy. W recenzjach, felietonach polecałem książki i filmy fantastyczne. Towarzyszyło mi poczucie misji, ale i szczera potrzeba podzielenia się własnym doświadczeniem. Wydawało mi się, że ludzie, którzy nie zetknęli się z fantastyką albo ją odrzucili, ponieśli wielką stratę. Tyle dobra ich omija. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę.

Cała ta moja pisanina na niewiele się zdała. Odzew na recenzje czy felietony okazał się nikły, nie zauważyłem nagłego wzrostu sprzedaży dobrych książek fantastycznych ("Zmierzch" trudno zaliczyć do tego grona) ani wzmożonego zainteresowania krytyki. Zresztą jak mogło być inaczej? Byłem tylko jednym z wielu ludzi pisujących teksty publicystyczne, żuczkiem popychającym przed sobą brudną kulkę, nikim więcej. Jeśli kogoś przekonałem do fantastyki, bardzo się cieszę. Przestałem pisać o fantastyce. Mało tego, zarzuciłem pisanie fantastyki, a świat zareagował wdzięcznością. Zresztą moja praca w tym zakresie przestała być potrzebna.

Dzięki "Grze o tron" do fantastyki przekonali się ludzie, którzy wcześniej mieli ją w głębokim poważaniu. Tak jak mój księgowy, jak moja sąsiadka. Już wiedzą, że fantastyczny serial nie musi ustępować jakością "Breaking Bad", może mówić w punkt i aktualnie o polityce, o problemach cywilizacji, o kochaniu, mordowaniu, wątpliwościach, obojętności i innych sprawach, które są rutynową treścią dzieł kultury zwanej wysoką. Że w obliczu kryzysu na wielu frontach fantastyczna powieść telewizyjna to nie jest eskapizm, bo też może postawić przed nami lustro, a nawet zrobi to dziś lepiej niż Stendhal i Balzac razem wzięci. Serial się skończy, ta wiedza pozostanie.

Ktoś inny wygrał moją bitwę, co nie przeszkadza, bym też czuł się zwycięzcą.

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce. Oglądaj wideo "Magazynu Świątecznego"

W Magazynie Świątecznym :

 

 

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno

 

Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami

 

Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni

 

Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal

 

Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość

 

Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk

 

Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie

 

Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą

 

Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!

 

Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Jak to fantastyka? Przecież to jest najprawdziwsza historia. A przynajmniej tak sądzi 80% widowni. Pozostałe 20%, podczas edukacji szkolnej, czytało lektury w oryginale i dlatego potrafi odróżnić prawdę od fałszu, dobro od zła, szaleństwo od zdrowego rozsądku, kiełbasę wyborczą od rzetelnej polityki społecznej.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0