Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paulina Wilk - ur. w 1980 r., dziennikarka, pisarka, reportażystka, nominowana do nagrody Nike. Wydała reportaż "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", serię książek dla dzieci o misiu Kazimierzu i "Znaki szczególne", powieść o dorastaniu dzisiejszych 30-latków w nowej Polsce. Razem z pisarką i wydawczynią Anną Król organizuje w Warszawie Big Book Festival.

"W 1989 roku skończyłem 35 lat i miałem poczucie, że całe moje życie będzie odtąd inne. Lepsze" - powiedział były minister cyfryzacji Michał Boni w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim dla "Magazynu Świątecznego".

Jest rok 2016, skończyłam 35 lat i mam obawę, że całe moje życie będzie odtąd takie samo. Że moją rzeczywistość będą bez końca określać mężczyźni, którzy nie przeczytali wystarczająco wielu książek. Oraz kilka kobiet, które stoją w kadrze wyłącznie dla pozoru. Znalazłam się po drugiej stronie lustra - w rzeczywistości odwróconej, gdzie przyszłość prawie się wydarzyła, została zaprzepaszczona przez niemądrych dorosłych na zgubę nas - więcej rozumiejących dzieci. I nie wiadomo, czy kiedyś powróci.

***

Należę do pokolenia, które nienawidzi być nazywane pokoleniem. Żadnego "my", tylko "ja" z indywidualnie określonym uniwersum pragnień i ambicji, realizowanych z myślą o pojedynczym spełnieniu, ewentualnie rozszerzanym na rodzinę, będącą także ekspresją "ja".

Przynajmniej do niedawna tak było. Awersja do samookreślenia w kategoriach grupowych słabnie, gdy polityka - będąca grą zbiorową - wymusza utożsamienie. Z rowerzystami, wegetarianami, psiarzami, klientami klinik in vitro, rodzinami spędzającymi miejskie niedziele po berlińsku, a nie po katolicku. Coraz trudniej zaprzeczać, że jacyś "my" istniejemy, ale wcale nie łatwiej o "nas" dookreślonych. Co zresztą jest źródłem otuchy - indywidualne myślenie nie tak łatwo wyrugować.

Wśród moich rówieśników, którzy dotąd demonstracje widywali w telewizji i traktowali jako pohukiwania frustratów, a sami zajmowali się własnym życiem i w ten sposób - pracując, bawiąc się, wyjeżdżając i wracając - współtworzyli rzeczywistość, teraz rodzą się nowe stosunki. Są zdystansowani obserwatorzy, aktywni działacze, podekscytowani debiutanci i kuchenni dyskutanci. Ci pierwsi rozważają i daleko im do wniosków, drudzy od razu skoczyli na nieznane wody polityki obywatelskiej i przyjmują wojenne barwy, trzeci stoją w tłumie, ale jeszcze nie wiedzą po co. Trochę się jarają, że tu są. Wreszcie jakaś duża sprawa - wywołująca jednocześnie dreszcz i radość, bo bycie "drugim sortem" to już prawie to samo co "powstaniec warszawski". Tylko na razie w wersji "light", wciąż tylko "prawie". Są też ci smutni, co się angażują bez ekscytacji, z gorzką świadomością, że wszystko to już było, że teraźniejszość, uporczywie zaprawiana przeszłością, pożera wszelkie scenariusze jutra. I że może trwać w nieskończoność, zabrać kawał życia. Boniemu czekanie na lepszą przyszłość zabrało pierwsze pół biografii. Mnie drugie pół może zabrać wspominanie przyszłości utraconej.

Paulina Wilk, autorka "Znaków szczególnych": Dlaczego porzuciliśmy budyń z syropem malinowym?

"Nie wierzę, że nadal muszę protestować w tej sprawie" - młody mężczyzna trzymał taką tabliczkę podczas niedawnego protestu przeciwko zaostrzaniu przepisów o przerywaniu ciąży. Wciąż jesteśmy w fazie niedowierzania, że wsteczność ma tak wielką siłę, że antymateria marginalizuje życie pozytywne, szybko rozlewa pustkę. I że po ćwierćwieczu odmieniania przyszłości przez wszystkie przypadki, jej banalizowania jako użytecznego sloganu i brania za pewnik, teraz zsuwamy się w tył, po równi pochyłej. Jest jak w baśniach o siedmiu tłustych i siedmiu chudych latach. Jakby zła macocha odwróciła klepsydrę.

***

Cenię ogromnie diagnozy prof. Krystyny Skarżyńskiej dotyczące tego, że zderegulowanie rynku pracy i złe stosunki pracodawców z zatrudnionymi stworzyły poczucie zepsutego, ignorującego ludzi państwa.

Ale widzę w nich próby racjonalizowania większego i na razie niepojętego zjawiska. O tym, czy etaty są na pewno najlepszą - a także w ogóle możliwą we współczesności - formą zatrudnienia, powinniśmy rozmawiać, długo i w jak najszerszym gronie, bo odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nikt na świecie jej nie ma. A postawy pracujących wobec pracodawców też są w Polsce patologiczne i każdego dnia przypominają, jak dalece sobie nie ufamy, że istniejemy przeciwko sobie, a nie razem. I jak fasadowo brzmi pojęcie "społeczeństwo", gdy życie społeczne nie jest wspólnotowe.

Rozumiem palącą potrzebę znalezienia wytłumaczeń, wytypowania odpowiedzialnych, ale jej nie podzielam. Tu, gdzie dziś jesteśmy, doszliśmy właśnie dzięki uproszczeniom i wyrazistym hasłom, z czego Boni spowiada się niejako w zastępstwie milczącego, a ponoszącego największą polityczną odpowiedzialność Donalda Tuska.

Znamy już garść prawdziwych, ale niewystarczających odpowiedzi na to, dlaczego dajemy - jako społeczeństwo korzystające z instrumentu wolnych wyborów i podtrzymujące swoją jesienną decyzję w sondażach - pierwszeństwo roszczeniowości, nienawiści, zmorom nieutulonych krzywd, ewidentnemu szaleństwu i zaściankowemu kuleniu się w kącie z wyszczerzonymi kłami. Istnieje wiele racjonalnych powodów: od długofalowych skutków procesu transformacji, gospodarczego "przeoczania" całych grup społecznych, przez arogancję każdej kolejnej władzy, po bieżący kontekst skręcającej na prawo Europy.

A jednak żaden z nich nie wyjaśnia prymatu zła. Może pora oswoić myśl o jego irracjonalności, niewytłumaczalności trwania? Wezwać na pomoc filozofów. Czy nie czas sięgnąć po mądrość pozamedialną, a może i pozanaukową? Do książek, które w pędzie za fatamorganą przyszłości zostały zepchnięte na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba i wszystko tylko komplikowały.

Dziadkom i reklamom dziękujemy. Milenialsi zostają rodzicami

Dotkliwy jest ten fragment rozmowy z Bonim, w którym odsłania się umysłowa mielizna przegranych, ale i całej polskiej sfery publicznej, urzędowej. Spóźniona szczerość osamotnionego oczytanego potwierdza to, cośmy dawno czuli i wiedzieli z płaskiego języka polityki, z jej przypadkowości, krótkowzroczności i prywaty odliczanej czteroletnimi kadencjami, z fatalnego braku odwagi - także cywilnej - rządzących nami ludzi przeciętnego formatu. Mam 35 lat i, poza krótką fazą transformacyjnego entuzjazmu udzielającego się nawet dzieciom w piaskownicy, nie zaznałam polityki jako wizji. Nie zauważyłam żadnej dalekosiężności myślenia o sferze publicznej. Od Kuronia i Geremka już nigdy nie przeżyłam głębokiego podziwu dla kogoś pełniącego jeden z najwyższych urzędów państwowych. Przełykam rozczarowanie i zachowuję szacunek do tytułów, bo w ten sposób podtrzymuję wiarę w ład i nadzieję, że w tych fotelach zasiądą kiedyś jeszcze ludzie ich godni.

Premier z szalikiem na meczu, nigdy z książką, nigdy zaangażowany w debatę umysłową. Sprawny gracz, skuteczny menedżer w dobrze skrojonym garniturze, który wyrabia założony plan, a potem przeskakuje do innej firmy, zagranicznej. W języku rzeczywistości wolnorynkowej to się nazywa awans równoległy, polski premier został ekspatą na bezpiecznym kontrakcie. Rządzenie zredukowane do ścieżki kariery jest policzkiem dla tych, którzy nigdy nie mieli szans jakiejkolwiek kariery, i tych, którzy uważają politykę za przestrzeń wartości. Od dawna wiedzieliśmy, że w tej grze nie chodzi o nas. Nie byliśmy ani głupi, ani głusi. A więc - bezsilni?

Boni nie mówi niczego nowego, przyznając, że polska polityka czasów Platformy Obywatelskiej była bezmyślna, bo jej twórcy i doradcy ostatni raz czytali ze zrozumieniem na studiach, od lat nie aktualizowali swojej wiedzy, wciskali nam przeterminowane wzorce. A w nowym politycznym pejzażu "wczorajsze" idee i wąsko, pragmatycznie definiowane cele są obecne tak samo, jeśli nie bardziej. Zawodzi nas demokracja rozumiana jako rządy zdroworozsądkowej większości. Zawodzimy siebie sami jako społeczeństwo rodzące liderów małych i nikczemnych, produkujących retoryczne kłamstwa i faktyczne krzywdy.

***

Najgorsze, najtrudniejsze jest czekanie. Rzeczywistość nowych mediów podsyca pragnienie prędkości - klik i zjawia się nowy bodziec, inny miraż. Ale realność toczy się w innym tempie, miesza elementy minione z aktualnymi i jeszcze niewydarzonymi. Wymaga cierpliwości, wytrwałości, chyba także zapomnianej pokory.

Dziś Polska smakuje czasem przeszłym, ale to jedno ze złudzeń - polityczna przyprawa używana tak samo cynicznie jak niedawne hasła o przebiegnięciu europejskiej mety i europejskim sukcesie. Co nie znaczy, że iluzje nie są groźne - wywołują wilka z lasu. Chodzi jednak o to, że na razie nie wiemy, ani z jakim procesem mamy do czynienia, ani dokąd nas on zabiera. Na razie jesteśmy pełni złych przeczuć. I co dzień chwytamy się nowych przepowiedni czy interpretacji. Szukamy ratunku, a namnażamy tylko własne zagubienie.

Milenialsi odmienią świat?

Nie wiem - i uczę się trwać w niepewności, do jakiej nic w moim ponowoczesnym życiu mnie nie przygotowało. Czytam książki. Nie z chęci ucieczki, lecz wypatrując odpowiedzi. Spodziewam się, że będzie złożona i nieostateczna. Nie da mi świętego spokoju.

A moje niepokolenie wciąż jawi mi się jako nasza najlepsza, najbardziej prawdopodobna szansa. Bo choć są w nim ludzie, którzy odziedziczyli skrajną frustrację i pragnienie ciasnoty, gdyż ta wybawia od wielu dylematów, to wystarczająco wielu rówieśników przez niemal całe dotychczasowe życie robiło dobry użytek z otwartych granic, dostępu do wiedzy i międzynarodowych inspiracji. Użytek - nie mam wątpliwości - lepszy i mądrzejszy niż wielu rówieśników ministra Boniego, którzy nadal nie mają horyzontów wystarczających, by spojrzeć na siebie z jego - niechby i spóźnioną - goryczą.

Bez względu na to, czy moja generacja jest produktem ubocznym brutalnej transformacji - bo wyrosła błyskawicznie i samodzielnie, zmuszona sobie radzić bez struktur, bez przewodnictwa - czy też częścią ewolucji społeczeństwa globalnego, odchodzącą od kategorii narodowych, bardziej płynną i aspirującą do uczestniczenia w rzeczywistości ponadpaństwowej, to właśnie ona jest naszym najcenniejszym "cywilizacyjnym zasobem". Jak dotąd trzymanym pod kontrolą przez weteranów transformacji - po obu stronach politycznego spektrum.

Wiele, prawie wszystko, zależy od tego, czy czas pozwoli nam zająć pozycje decydujące. Na razie widać tyle: młoda polska inteligencja spotyka się na ulicach i zaczyna rozpoznawać.

Rok temu w ogóle zaprzeczała, że istnieje. Dziś już nie czeka na księcia z bajki.

Paulina Wilk będzie gościem Pawła Sulika w sobotę w Radiu TOK FM po godz. 11

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce. Oglądaj wideo "Magazynu Świątecznego"

W Magazynie Świątecznym :

 

 

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno

 

Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami

 

Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni

 

Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal

 

Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość

 

Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk

 

Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie

 

Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą

 

Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!

 

Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.