Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jeśli jeszcze nie usłyszeli państwo anglicyzmu wearable, w przyszłym roku będziecie go słyszeć wielokrotnie. Warto się już zacząć przyzwyczajać.

Szanse, że pojawi się jakiś polski odpowiednik, są niewielkie, bo nie pojawił się nigdy polski odpowiednik smartfona. Dobra wiadomość przynajmniej jest jednak taka, że bilans wyjdzie na zero: wearables według prognoz mają wyprzeć z rynku smartfony.

Przyszłość nie przed nami, lecz na nas

Wearables to zbiorcza nazwa wszystkich cyfrowych urządzeń, które się nosi "na sobie", a nie "przy sobie". Pewien przedsmak dają nam używane już od pewnego czasu akcesoria dodawane zazwyczaj do stroju sportowego w rodzaju wszytych ładowarek czy pilotów do smartfona, ale postęp ma polegać na rezygnacji właśnie ze smartfona. Jego wszystkie funkcje ma przejąć coś tak zminiaturyzowanego, że można to ukryć gdzieś w stroju, zegarku czy w okularach.

Na polskim rynku od ponad roku dostępne są już zegarkofony Burg. To bodajże pierwszy przykład technologii wearable w regularnej sprzedaży - do kupienia w większych galeriach handlowych. Najbardziej wypasione modele mają kamerę, odtwarzacz multimedialny i GPS, wszystko upakowane w zegarku.

Z kolei najbardziej znanym (i być może najbardziej kontrowersyjnym) gadżetem tego typu są Google Glass, komputerowy gadżet wmontowany w zwykłe okulary. Można nim sterować głosem lub ruchem powieki, teoretycznie całkiem eliminując potrzebę korzystania z innego urządzenia. W praktyce na razie tak to jednak nie działa, bo wciąż nie ruszyła regularna sprzedaż, ale w 2015 r. zapewne zobaczymy jakiś nowy model, być może razem z rynkową premierą.

Na pewno zobaczymy natomiast wearable głównego rywala Google'a - Apple'a. Firma zaprezentowała we wrześniu swój całkowicie nowy produkt - zegarek Apple Watch - zapowiadając premierę na wiosnę 2015 r. Pewnie będzie jak zwykle jakiś poślizg, ale chyba nie aż taki, żeby nie uwzględnić tego urządzenia w prognozie na przyszły rok.

Zabójczy arkusz kalkulacyjny

Cały czas mówię tutaj o urządzeniach, które wprawdzie miały już jakieś premiery na targach lub pokazach, ale nie znaczy to, że szary obywatel może pójść do sklepu i sobie je kupić. W przyszłym roku już będzie mógł.

Pozostaje tylko pytanie: po co ma to zrobić? Jakie praktyczne zastosowania mogą mieć Google Glass poza możliwością filmowania kogoś ukradkiem albo siedzenia na Fejsie, gdy jednocześnie udajemy, że kogoś słuchamy? Po co komu komputer w zegarku albo jeszcze jedna forma płatności?

Wearables nie doczekały się jeszcze swojej "killer application", czyli zabójczego zastosowania. Każda nowa technologia wymaga tego na początku - to ona zmienia postawę konsumentów z niechętnego "ale po co mi takie coś?" w entuzjastyczne "bierzcie moje pieniądze!".

Będą o nas wiedzieć więcej

Zgadywałbym, że to "zabójcze zastosowanie" będzie miało coś wspólnego z kolejnym modnym słówkiem, które niestety nie ma na razie przyjętego polskiego odpowiednika. To quantified self, czyli dosłownie "policzalna jaźń".

Tak się nazywa wszystkie działania technologiczne zmierzające do rejestrowania parametrów opisujących nasze życie codzienne. Jeśli używacie programów rejestrujących spożywane i wydatkowane kalorie, kilometry przebiegnięte podczas ćwiczeń albo ciśnienie tętnicze, to używacie już quantified self.

Smartfon, który codziennie nosimy przy sobie w kieszeni, potrafi sam z siebie rejestrować wiele parametrów dotyczących naszego codziennego życia. Wie, jakie przemierzamy trasy. Wie, czy w danej chwili czuwamy, śpimy, pracujemy, czy wypoczywamy.

Urządzenie noszone bezpośrednio na nadgarstku lub na głowie będzie wiedzieć o nas jeszcze więcej. Mogąc rejestrować także puls, temperaturę, ruchy rąk i powiek, będzie wiedzieć już nawet nie to, że właśnie jesteśmy w kinie (tyle wie o nas przeważnie już nasz smartfon dzięki usłudze lokalizacji), ale to, czy oglądamy komedię czy melodramat, bo śmiech albo ocieranie łez będzie dawać jakieś mierzalne sygnały.

Pojawia się tu jednak pytanie, czy mamy ochotę na przeniesienie cyberinwigilacji na jeszcze wyższy poziom. Przecież o tym wszystkim, co będzie o nas wiedzieć Apple Watch czy Google Glass, będą też wiedzieć Apple i Google. Amerykańskie korporacje, które lekce sobie ważą europejskie regulacje dotyczące prywatności i udostępniają wiedzę o swoich użytkownikach amerykańskiemu wywiadowi.

Można sobie wyobrazić jeszcze gorsze przykłady. Na przykład pracodawcę, który stwierdzi: "Mówi pan, że pan ciężko pracuje? A ja tu mam wykres poziomu stresu z poprzedniego kwartału - był pan zestresowany tylko przez 1,3 proc. czasu pracy".

Cały tekst w bożonarodzeniowym wydaniu ''Magazynu Świątecznego''. Już w sobotę w kioskach i na wyborcza.pl/magazyn

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.