Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Spotykamy się w kampusie Uniwersytetu Stanforda, w siedzibie Center on Democracy, Development and the Rule of Law. W niewielkim biurze wśród książek wala się kask motocyklowy, bo mój rozmówca dojeżdża do pracy motorem. Pytam, czy nie boi się wypadku. Nie, niedawno miał jeden, skończyło się na strachu.

Francis Fukuyama jest jednym z najbardziej płodnych myślicieli politycznych, ale ikoną rozpoznawalną przez wszystkich stał się dzięki jednej, wydanej ćwierć wieku temu książce.

W "Końcu historii?" poszedł śladem Hegla, który w zwycięstwie Napoleona pod Jeną w 1806 roku upatrywał ostatecznego triumfu idei rewolucji francuskiej i początku ich zwycięskiego pochodu przez cały świat. Miał to być koniec ideologicznej ewolucji ludzkości. Nic lepszego się już nie wymyśli. Wymyślono - niedługo potem był Marks i koncepcja nieuchronności rewolucji proletariackiej wiodącej do bezklasowego społeczeństwa. Ale zdaniem Fukuyamy na tym koniec: wraz z upadkiem komunizmu zniknęła bezpowrotnie realna alternatywa dla kapitalistycznego, liberalnego modelu.

Jego książkę odczytywano dość powierzchownie. Jedni odbierali tytuł dosłownie, nie dostrzegający pytajnika, jako naiwną wiarę w to, że wkraczamy w erę powszechnej szczęśliwości, pokoju i dobrobytu. Inni odnajdywali w niej przekonanie, że powszechny głód wolności poprowadzi całą ludzkość ku liberalnej demokracji.

Fukuyama nad tym ubolewa. Koniec dziejów nie oznacza przecież kresu kryzysów i spazmów, te były i będą, ale staną się jedynie piruetami historii, bez żadnych istotnych dziejowych konsekwencji. Ale przede wszystkim "Koniec historii?" opowiada nie o rychłym zwycięstwie liberalnej demokracji, lecz o głodzie modernizacji. Uniwersalne jest pragnienie życia w nowoczesnym społeczeństwie, z jego technologią, opieką zdrowotną, wysokim standardem życia i dostępem do świata. Liberalna demokracja to jeden z produktów ubocznych, coś, co staje się powszechną aspiracją dopiero z czasem.

Andrzej Lubowski: Pisząc o Ameryce, używa pan słowa "rozkład". To szokujące, bo rozkład Stanów Zjednoczonych jednak waży więcej dla świata niż rozkład Węgier czy Czech.

Francis Fukuyama : - To prawda. Ale to, się dzieje z amerykańską demokracją, ma znaczenie nie tylko dla globalnego ładu. Stany Zjednoczone były postrzegane jako model dobrze funkcjonującej demokracji.

Bardzo się obawiam konsekwencji tego rozkładu. Jednak nie twierdzę, że zlikwidowanie patologii jest niemożliwe. W naszej krótkiej przecież historii nieraz doświadczaliśmy zaburzeń w funkcjonowaniu państwa, ale ze wszystkich kraj wychodził silniejszy i lepszy. Wystarczy wspomnieć wojnę secesyjną. Ale też nie wydaje mi się, abyśmy dzisiaj mieli do czynienia z trudniejszymi wyzwaniami niż w latach 60. i 70., w czasach narodzin ruchu praw obywatelskich i wojny w Wietnamie.

Zastanawiam się, czy amerykańska demokracja nie zrobiła wielkiego kroku do tyłu w 2010 r., gdy Sąd Najwyższy usunął bariery w finansowaniu kampanii politycznych. Teraz wybory można sobie kupić. Dosłownie.

- Sędziowie powiedzieli, że wydawanie pieniędzy na politykę to przejaw wolności słowa, więc jest chronione konstytucją. To świetny przykład gnicia, o którym mówiliśmy. Mamy z nim do czynienia wówczas, gdy instytucja jest zbyt skostniała, aby odpowiednio zareagować na zmiany okoliczności, w jakich funkcjonuje. A okoliczności są takie, że mamy na świecie ogromne masy skoncentrowanego bogactwa, które manipulują demokratyczną polityką dla ochrony własnych interesów i manipulują procesem demokratycznej polityki. Tymczasem Sąd Najwyższy orzekł, że to jest w porządku.

Ten werdykt niełatwo będzie naprawić, chyba że kilku sędziów umrze i zastąpią ich ludzie o innych poglądach. Jednak wiele innych wad naszej polityki da się naprawić.

Weźmy uczestnictwo w procesie politycznym, dziś utrudnione, bo politykę zdominowały dwie partie. Wystarczyłoby zmodyfikować system wyborczy. Mój kolega ze Stanfordu, socjolog Larry Diamond, proponuje głosowanie wzorowane na australijskim systemie, w którym wyborca, mając więcej niż dwie opcje, nie wskazuje konkretnej osoby, tylko określa swoje preferencje.

Najlepiej to zilustrować na przykładzie wyborów prezydenckich w 2000 r. Oprócz republikanina George'a W. Busha i demokraty Ala Gore'a startował w nich Ralph Nader. Zdecydowana większość głosujących na Nadera wolałaby widzieć w Białym Domu Gore'a niż Busha, ale głosując na Nadera, pomogli Bushowi. Gdyby system dawał wyborcy możliwość wyrażenia swych preferencji, w sytuacji gdy Nader przestał się liczyć, głos takiego wyborcy przeszedłby na Gore'a.

Demokracji wyszłoby także na zdrowie porzucenie machinacji z wyznaczaniem okręgów wyborczych. Dziś wciskamy wyborców nam nieprzyjaznych w jednym czy kilku okręgach z góry przeznaczonych na straty, tak by w pozostałych dominowali nasi zwolennicy. Przy systemie jednomandatowym prowadzi to do sytuacji, kiedy większość wyborców głosuje na partię A, ale wygrywa partia B, która ma więcej okręgów. Ostatnio zmieniliśmy ten mechanizm w Kalifornii, więc nie rozumiem, dlaczego nie można go przebudować w całym kraju.

Gdzie podział się pragmatyzm, z którego słyną Amerykanie?

- To mit. Jesteśmy wyjątkowymi zakładnikami ideologii.

Ostatnio sporo jeździłem po kraju z nową książką. Każdy uniwersytet czy instytucja non-profit - a głównie takie organizowały moje spotkania autorskie - ma swoją radę. Taka rada w 90 proc. składa się z finansistów. Nawet nie z przedsiębiorców, szefów firm, które coś produkują, tylko z ludzi obracających pieniędzmi. I kiedy mówiłem, że Wall Street jest wystarczająco silna, aby zablokować jakiekolwiek istotne regulacje, zaraz dają mi odpór. Bo wierzą, że do kryzysu doprowadzili nie im podobni, tylko rządowe instytucje i regulacje, które nigdy nie działały, a więc na pewno i teraz nie zadziałają. Mają przygotowane argumenty na poparcie tezy, że nie ma powodu, aby zachowywać się inaczej niż do tej pory.

Nie, Amerykanie nie są pragmatykami. Chińczycy są. Od czasów Deng Xiaopinga, który zaczął reformować kraj po Mao, próbowali wszystkiego.

Cała rozmowa w bożonarodzeniowym wydaniu ''Magazynu Świątecznego''. Już w sobotę w kioskach i na wyborcza.pl/magazyn

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.