Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Młodzi ludzie w maskach Anonymousów protestują przeciwko rządom, które wprowadzają drastyczne oszczędności budżetowe (np. w Grecji) lub ograniczają ich prawa - na zdjęciu młody Polak podczas demonstracji przeciwko ACTA. Warszawa, styczeń 2012 r

Piotr Buras: Coraz więcej słychać dziś głosów upominających, że ''demokracja jest ważniejsza niż euro''. Europejski Bank Centralny podejmuje na własną rękę brzemienne w skutkach działania, na które parlamenty dotkniętych nimi krajów nie mają żadnego wpływu. Mechanizmy ratowania euro uchodzą za technokratyczne potwory, a kraje południowej Europy mówią o dyktacie zaciskania pasa narzucanym im przez Angelę Merkel. Czy ratunek wspólnej waluty odbywa się kosztem demokracji?

Ivan Krastev : Niewątpliwie tak. Kryzys euro zmienia sposób funkcjonowania demokracji. Europejska demokracja zrodziła się jako odpowiedź na dwa rodzaje lęków.

Pierwszy to klasyczna obawa przed dyktaturą i autorytaryzmem. Była ona bardzo silna w Niemczech po wojnie w związku z doświadczeniem narodowego socjalizmu.

Drugi lęk dotyczył tendencji populistycznych i dyktatury większości. To specyfika europejska, w Stanach Zjednoczonych ten strach nie jest obecny. W Europie zabezpieczeniem przed nim stały się sądy, trybunały konstytucyjne i inne instytucje broniące praw mniejszości. Skutkiem kryzysu jest to, że po raz pierwszy w historii współczesnej demokracji fundamentalne decyzje ekonomiczne zostają wyjęte poza nawias polityki.

Strategia, którą dzisiaj stosuje się w UE, zmierza do tego, że parlamenty tracą wpływ na kwestie dotyczące deficytu budżetowego czy struktury budżetu. Nie do końca zdajemy sobie jeszcze sprawę z konsekwencji. Nie chodzi bowiem tylko o sprawy proceduralne i pozbawienie demokratycznie wybranych władz możliwości działania w sferze, w której miały dotąd wyłączne kompetencje. Za czasów zimnej wojny europejskie demokracje też miały swoje ograniczenia. Można było zmienić rząd, ale nie można było zmienić sojuszu geopolitycznego, w którym państwo się znajdowało. Dzisiaj można zmienić rząd, ale coraz trudniej zmienić politykę gospodarczą.

Dla mnie najważniejsze jest to, że ta ewolucja zmienia też naturę polityki. Jeśli wyborcy nie mają wpływu na to, jaka będzie polityka gospodarcza, to co w takim razie pozostaje treścią polityki? Jeśli nie będziemy spierać się o ekonomię, to będziemy kłócić się o symbole i tożsamości. Politykę interesów zastępować będzie polityka namiętności.

To niepokojący scenariusz. W przeszłości dryf w tę stronę wyzwalał autorytarne pokusy.

- Zdefiniowanie polityki jako przestrzeni, w której ścierają się ze sobą różne interesy, było konsekwencją lekcji, jaką wyciągnęliśmy z przeszłości, najpierw wojen religijnych, a potem totalitaryzmów. Ale obecny kryzys demokracji polega na czymś innym. Nie dostrzegam szczególnej fascynacji Europejczyków modelem chińskim czy rosyjskim. Mamy wręcz do czynienia z bardzo silnymi tendencjami wolnościowymi. Ludzie przeciwni są silnym rządom ograniczającym w jakikolwiek sposób ich prawa. To nie opozycja demokracja - autokracja jest dzisiaj problemem, lecz to, że obywatele coraz rzadziej postrzegają demokrację jako grę, w którą warto grać. Powód jest właśnie taki, że za pomocą demokratycznych reguł coraz trudniej cokolwiek zmienić.

Niedawne badania ''Future of Europe'' pokazały, że w Europie są dwa źródła niezadowolenia z demokracji. W krajach południowej Europy rośnie nieufność wobec lokalnych rządów i instytucji politycznych. Obywatele wolą, by decyzje były podejmowane w Brukseli, popierają głębszą integrację w UE, bo w ich odczuciu może ona uwolnić ich od skompromitowanych elit i instytucji narodowych. I to pomimo faktu, że obecny ''dyktat z Brukseli'' jest kontestowany jako niesprawiedliwy. Z kolei w krajach takich jak Holandia czy Finlandia polityka zaciskania pasa uważana jest za słuszną, ale społeczeństwa te w dalszym ciągu ufają swoim własnym instytucjom narodowym. Nie chcą przenoszenia więcej kompetencji na poziom unijny.

Jeśli dzisiaj zastanawiamy się nad przyszłością UE, to ta sytuacja stawia nas wobec poważnego dylematu. W jego centrum znajdują się Niemcy. Z jednej strony popierają one politykę, której sprzeciwia się południe Europy, z drugiej zaś myślą o przenoszeniu dalszych kompetencji na poziom unijny, co budzi opór na północy.

Jürgen Habermas wzywał ostatnio na łamach ''Gazety'' do tego, by pogłębiać integrację, bo jest to jedyna metoda na ratowanie Europy.

- Lewica i postępowcy dają zazwyczaj trzy argumenty za tym, by dokonać żądanych przez nich reform. Po pierwsze, wskazują, że w przeciwnym wypadku nastąpi katastrofa. Po drugie, że taka jest konieczność historyczna. Po trzecie, że wszystkie dobre rzeczy idą w parze, co w tym konkretnym przypadku oznacza, że głębsza integracja prowadzić będzie do konsolidacji demokracji. Nie wierzę w to. Habermas zdaje sobie, oczywiście, doskonale sprawę ze słabości swojej argumentacji, jaką jest brak europejskiej przestrzeni publicznej.

Skutkiem kryzysu jest także renacjonalizacja debaty w Europie. Przekonanie, że zmiany instytucjonalne mogą uratować demokrację, jest ryzykowne. Propozycja, by w wyborach do Parlamentu Europejskiego zrezygnować z list narodowych i by partie tworzyły listy europejskie ponad narodowymi granicami, jest oczywiście kusząca. Ale problem zaczyna się już od języka. W jaki sposób niemiecki polityk mógłby prowadzić prawdziwą kampanię wyborczą w Polsce? Takie reformy byłyby wyrazem polityki symbolicznej, bez wpływu na rzeczywistość.

Jeśli nie próbować umacniać demokracji na poziomie europejskim, to co w takim razie robić?

- Szczera odpowiedź brzmi: nie wiem. Zanim udzieli się odpowiedzi na tak fundamentalne pytanie, trzeba mieć jasną analizę sytuacji. Do niej należy uznanie, że deficyt demokracji nie wynika tylko z niedoskonałości procedur. Jest on wynikiem procesów związanych z erozją współczesnych struktur państwa i społeczeństwa. Dlaczego obywatele, którzy korzystają z coraz większej ilości praw i możliwości, są tak sfrustrowani polityką? Trzeba pamiętać, że państwo narodowe dało ludziom możliwości wpływania na politykę i zbudowało demokrację nie tylko dlatego, że mogło odwołać się do wspólnego języka i w miarę spójnego społeczeństwa. W historii demokracji kluczową rolę odgrywał również obywatel występujący nie tylko w roli wyborcy, lecz także żołnierza, pracownika i konsumenta.

Te trzy postaci czy funkcje dramatycznie straciły na znaczeniu. Koncerny eksportujące za granicę nie są już zależne od konsumentów w kraju swojego pochodzenia. Nikt nie boi się już w Europie wojny. Jeszcze w czasach zimnej wojny było inaczej - politycy musieli liczyć się z tym, że będą potrzebować obywateli do obrony kraju. Także siła robocza straciła istotnie na znaczeniu jako czynnik polityki wewnętrznej. Tym samym więź między obywatelami a elitami politycznymi i gospodarczymi osłabła. Stąd bierze się w ludziach poczucie utraty wpływu, które jest dla demokracji dużo większym problemem niż niedostatki instytucjonalne.

Obawiam się, że pomysły demokratyzacji UE sugerowane przez Habermasa i innych mogą wbrew ich intencjom jeszcze bardziej podkopać fundamenty demokracji. Byłoby poza tym iluzją sądzić, że Unia Europejska może czerpać legitymizację w taki sam sposób jak państwa narodowe.

Twierdzi pan, że źródłem kryzysu demokracji są paradoksalnie także największe osiągnięcia nowoczesnych europejskich społeczeństw: ich liberalizacja i indywidualizacja. Zawsze uważaliśmy, że liberalizm i demokracja idą ze sobą w parze. Czy idea wolności została w naszych społeczeństwach zrealizowana w tak radykalny sposób, że zagraża to demokracji?

- W rzeczywistości symbioza liberalizmu i demokracji jest zjawiskiem dość świeżym. Leszek Kołakowski pisał w odniesieniu do społeczeństwa otwartego, że za mało zastanawiamy się nad tym, jakie zagrożenia płyną dla niego z samej otwartości.

André Glucksmann o Europie i demokracji:

''Współczesną Europę definiuje pojęcie kryzysu''

;

''Europę zawiedli intelektualiści''

 

Demokracja nie jest dana raz na zawsze ani oczywista nawet w Unii - reportaż Euronews o

rumuńskim kryzysie

.

Moja teza o źródłach kryzysu demokracji jest bardzo podobna do tego, co słynny amerykański politolog Daniel Bell pisał przed laty o kulturowych sprzecznościach kapitalizmu . Bell twierdził, że funkcjonowanie kapitalizmu zależy od istnienia przedkapitalistycznego człowieka. Taki przedkapitalistyczny człowiek to człowiek oszczędzający. Człowiek kapitalistyczny natomiast jest człowiekiem pożyczającym. Innym słowy, czynniki, które powodują, że kapitalizm jest tak skutecznym systemem, opierają się na warunkach, których sam kapitalizm nie jest w stanie zagwarantować.

Przez analogię można zastosować to także do demokracji. Zwykło się uważać, że liberalizacja społeczeństw przyczynia się do wzrostu zaufania do instytucji demokratycznych. To bardzo wątpliwe założenie. Często jest dokładnie odwrotnie.

Na przykład?

- Weźmy kwestię przejrzystości. Popularne jest dzisiaj przekonanie, że zapewnienie większej przejrzystości procesom podejmowania decyzji jest lekiem na bolączki demokracji. To bardzo niepolityczne rozumowanie. Także złe decyzje są często podejmowane w transparentny sposób. Naiwną jest poza tym wiara, że rząd może być całkowicie przejrzysty, podczas gdy obywatele mogą zachować w tym samym czasie swoją prywatność.

Wikileaks to świetny przykład. Ujawnienie tajnych depesz nie prowadzi tylko do większej przejrzystości działań rządu, lecz obnaża także źródła informacji, z jakich korzystają dyplomaci i politycy. Prywatność tych osób zostaje całkowicie naruszona. Nie można mieć w pełni przejrzystego rządu, nie czyniąc przejrzystymi także obywateli. Absolutyzacja przejrzystości polityki prowadzi też do bardzo redukcjonistycznego jej rozumienia.

Taki przykład: polityk przez lata zajmuje się przemysłem zbrojeniowym i w pewnym momencie okazuje się, że jedna z firm dała dotację na jego partię. Choć skłonni jesteśmy wtedy uznać, że między jednym a drugim jest związek, to czy rzeczywiście oznacza to, że był on skorumpowany? W ten sposób nie buduje się zaufania do polityki i demokracji, przeciwnie - skłania do wyciągania wniosków, które podkopują wiarę w politykę. To niebezpieczeństwo trzeba traktować poważnie.

Indywidualizacja spowodowała erozję pewnych fundamentów, na których opiera się demokracja - zgoda. Ale czy nie większe zagrożenie płynie z tendencji nie- lub nawet antyliberalnych? Z jednej strony mamy w wielu krajach rosnący w siłę prawicowy populizm, z drugiej - jak w Polsce za czasów rządów PiS czy obecnie na Węgrzech i w Rumunii - przechył w kierunku takiego modelu demokracji, w którym liczy się przede wszystkim wola większości.

- Nasze społeczeństwa cieszą się większą wolnością niż kiedykolwiek w przeszłości - dzięki prawom jednostki, wolnemu rynkowi i internetowi. Ale to wywołuje także reakcję. Być może największe znaczenie ma czynnik demograficzny: starzenie się społeczeństw i imigracja do Europy. Skutek jest paradoksalny - poczucie zagrożenia przestaje być domeną mniejszości, lecz zaczyna doskwierać większościom. To właśnie większości w społeczeństwach zachodnich stają się coraz częściej źródłem fermentu i niezadowolenia. W Wielkiej Brytanii przeprowadzono jakiś czas temu sondaż, z którego wynika, że tylko 22 proc. Brytyjczyków ma poczucie wpływu na politykę rządu. Takie samo przekonanie ma natomiast ponad 60 proc. przedstawicieli różnych mniejszości. Czy oznacza to, że ich wpływ jest większy? Oczywiście, nie. Ale pokazuje to, że ludzie tracą poczucie wpływu. Nie ma znaczenia, czy to poczucie jest tylko subiektywne, czy ma związek z realiami. W polityce liczy się tylko percepcja, bo inna - obiektywna - rzeczywistość nie istnieje.

Całkiem irracjonalne te lęki nie są. Sytuacja społeczna i ekonomiczna w Europie zmienia się, nie tylko pod wpływem kryzysu, dramatycznie.

- Oczywiście. I to jest problem dla lewicy i liberałów. Im bardziej zróżnicowane jest społeczeństwo, tym słabsze jest w nim poczucie solidarności. Są badania potwierdzające, że jeśli różnice w cenie nie są znaczące, to ludzie kupują chętniej w sklepie prowadzonym przez osobę bliższą im pod względem etnicznym. To jest problem dla teoretyków takich jak Habermas, którzy zbyt łatwo zbyt szybko uwierzyli, że świat stał się kosmopolityczny. Tymczasem problem bezpieczeństwa kulturowego jest absolutnie realny. Starsza osoba mieszkająca w małym miasteczku na włoskiej prowincji może czuć się zagrożona napływem migrantów, nawet jeśli ''obiektywnie'' nic złego jej nie robią. Nie można negować, że taka zmiana musi wywoływać lęki i opór. Zbyt często zakładamy tymczasem, że są one tylko wynikiem manipulacji przez polityków.

Skoro indywidualizm i liberalizacja mają swoje efekty uboczne, a ludzie czują się coraz bardziej zagubieni - czy przeżywamy renesans wartości wspólnotowych? Zamiast wolności liberalnych - nacisk na dobro wspólne, zamiast ekscesów indywidualizmu - silniejsze państwo?

- Coraz częściej posługujemy się językiem wspólnotowym, ale brakuje klasycznego poczucia wspólnoty, które wymaga posiadania wspólnego celu i gotowości do poświęcenia się w imię tego celu dla innych. Językiem wspólnotowym posługuje się świat internetu, ale funkcjonujące w nim wspólnoty są wirtualne i nie ma w nich refleksji, że indywidualizm może być jakimś problemem. Nie ma gotowości do poświęcenia niczego z jego zdobyczy. Dzisiaj dwa największe ruchy, które kontestują obecny kierunek zmian w społeczeństwie - ruch Occupy i Tea Party w Ameryce - mają w istocie bardzo silny nurt libertariański . W przeszłości ci, którzy powoływali się na wartości wspólnotowe, wyznawali idee komunitaryzmu, wspierali państwo i silny rząd, wierząc, że są one w stanie poprawić standard życia ludzi. Dzisiaj jest inaczej: Occupy jest sceptyczne wobec władzy państwowej, a Tea Party w ogóle odrzuca ideę wzmocnienia państwa, bo jest ono w jej optyce tożsame ze znienawidzonym państwem socjalnym.

W debacie o przyszłości demokracji coraz częściej powracają także inne wartości: sprawiedliwości społecznej i równości, które w ostatnich dziesięcioleciach na bok usunęła idea wolnego rynku i indywidualizacji.

- To zrozumiała tendencja, ale nie towarzyszy jej na razie żadna pozytywna wizja przyszłości. Współczesna krytyka kapitalizmu nie patrzy w przyszłość, lecz w przeszłość. Jest w niej wyraźna nostalgia za latami 70. i 80., młodzi ludzie chcą żyć tak jak pokolenie ich rodziców. To wynik poczucia zagrożenia i zablokowanych szans awansu. Ale w tym leży zasadnicza różnica w stosunku do pokolenia 68, które odrzucało system wartości i sposób życia starszej generacji. Tymczasem to konflikt międzygeneracyjny jest dzisiaj wpisany w logikę zmian demograficznych. To wokół niego toczyć się będzie spór o to, na czym polegać ma sprawiedliwość społeczna. W XIX wieku rozstrzygał się on wokół relacji między kapitałem i pracą. W połowie XX wieku zastąpiły go kwestie dostępu do edukacji i mobilności.

Wygląda na to, że w XXI wieku w centrum politycznej debaty znajdzie się kwestia zdrowia publicznego. W starzejących się społeczeństwach chodzić będzie o to, kto ma opiekować się kim i na jakich zasadach. Mówiąc obrazowo: niegdyś przedmiotem troski były bezdomne dzieci, teraz będą to bezdomni dziadkowie. Dla demokracji najważniejsze jest natomiast to, że młode pokolenia będą coraz mniej liczebne, coraz słabsze niż w przeszłości. Czy system demokratyczny dalej będzie dla nich korzystny, jeśli znajdować będą się w mniejszości? Czy starsze pokolenia będą gotowe do kompromisów?

Miłada Jędrysik rozmawia z Ivanem Krastevem:

''Europa i świat. Północ, północny zachód i samo południe''

 

Slawoj Żiżek mówi o kryzysie demokracji.

Czy konstrukcja naszych trapionych kryzysami demokracji jest wystarczająco silna, by sprostać tym nowym napięciom?

- Dużo zależy od naszego nastawienia. Od dłuższego czasu przyzwyczailiśmy się do myślenia, że gospodarka jest grą, w której wszyscy mogą być zwycięzcami. Być może funkcjonowało to w czasach wysokiego wzrostu gospodarczego i łatwej dostępności zasobów. Ale szczególnie ostatni kryzys pokazuje, że to przeszłość. Musimy się nauczyć, że nie możemy mieć najlepszego ze światów i że dokonywanie wyborów jest solą polityki. To stara prawda liberalizmu, którą zapomnieliśmy: musimy wybierać nie między dobrem a złem, lecz między rzeczami, z których każda jest dla nas ważna. Przekładając to na język polityki: być może jest tak, że nie można mieć np. zarówno bezpieczeństwa kulturowego (w miarę homogenicznego społeczeństwa) i gospodarczej prosperity (do której zagwarantowania potrzebni nam są dzisiaj imigranci). I złudna jest wiara, że problemem jest tylko brak eksperckiej wiedzy obywateli, których można poinformować, oświecić i przekonać i wtedy konflikt między tymi celami zniknie. Jeśli mamy trzymać się demokracji, to trzeba się zgodzić na to, że ludzie muszą dokonywać wyborów. Niektóre z nich nie będą z pewnością miłe. Ale można liczyć na to, że społeczeństwa uczą się na błędach.

* Ivan Krastev - ur. w 1965 r. Politolog i filozof polityki, analityk, publicysta. Szef Centrum Strategii Liberalnych w Sofii i członek wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku. Opublikował m.in. ''Shifting Obsessions: Three Essays on the Politics of Anticorruption'' (Zmienne obsesje: trzy eseje o polityce antykorupcyjnej, 2004).

Jak tworzy się kapitał społeczny:

''Sieci zaufania Charlesa Tilly' ego''

 

Między zaufaniem a demokracją - materiał Al Dżaziry o brytyjskim problemie wyboru między bezpieczeństwem a inwigilacją.

''Jak urządzić świat?'' - ''Gazeta'' zaprasza do nowej akcji

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.