Zamiast pytać o wolność człowieka i jej granice, przez stulecia pytaliśmy o wolność Polski. Skutek? Nie potrafimy się dogadywać, negocjować. Tylko kłótnie - rozmowa z filozofem Zbigniewem Mikołejką*
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja

 

Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Wejdź, czytaj, pytaj! wyborcza.pl/pytaniabeztajemnic

Aleksandra Klich: Polak potrafi zadawać sobie pytania?

Zbigniew Mikołejko: Nie. A jeśli już, to zadajemy sobie pytania niewłaściwe i dostajemy niewłaściwe odpowiedzi. I to jest nasz narodowy dramat. To stało się w okolicach 1600 roku, kiedy przeżyliśmy katastrofę kulturalną i zamiast pytać o swoje człowieczeństwo, Europę, świat, zaczęliśmy pytać o swojskość i o Polskę.

Co jest złego w pytaniu o polskość?

- To, że w Polsce człowiek jest człowiekiem tylko wtedy, jeśli jest Polakiem. Pytając o wyznaczniki tożsamości, rozpoznajemy się jako swoi lub obcy. Nie dziwi mnie to w przypadku ludzi, którzy doświadczali nacjonalizmów, przeszli przez katastrofy dziejowe, ale dziwię się, gdy 20-latek rozpoznaje świat przez etykiety obcych: Niemców, Żydów, Białorusinów, homoseksualistów itd.

My nawet nie potrafimy pytać o śmierć jako doświadczenie egzystencjalne. Proszę przypomnieć sobie obrazy męczeństwa w katedrze w Sandomierzu. Jest ich 12 - tyle, co miesięcy. Są na nich różne rodzaje śmierci namalowane przez miejscowego Włocha, Karola de Prévot. A każdy rodzaj został oznaczony cyfrą - datą dzienną. Jeśli więc odnajdziesz, mówi legenda, datę własnych narodzin, będziesz wiedział, jak umrzesz. Na prośbę kanonika Żochowskiego artysta domalował jeszcze cztery obrazy o tematyce lokalnej. Polacy - sandomierzanie - giną na nich z obcej ręki: Szwedów, Tatarów, Żydów...

Tak oto lęk przed własną śmiercią, indywidualną, został wpisany w lęk przed śmiercią z ręki obcego. Pytanie metafizyczne zyskało ksenofobiczną odpowiedź.

Łatwiej bać się obcych niż własnej śmierci?

- Tak. To jest straszny złóg mentalny, który do dziś na nas ciąży w formie antysemityzmu w kraju bez Żydów.

A dlaczego Polacy boją się pytań, które otwierają dyskusję? Np. jakim papieżem był Jan Paweł II?

- Bo odpowiedź "Jan Paweł II był najlepszym papieżem" została wpisana w polską przestrzeń mityczną. Odpowiada nam to, bo lubimy żyć w świecie baśni, dobrego myślenia o sobie, swojej fałszywej tożsamości. Dlatego znacznie bliżej nam do takich Litwinów, którzy stworzyli - zamiast swej rzeczywistej historii - najsilniejszą chyba w Europie narodową mitologię, a daleko do Anglików, którzy odczynili swoje dzieje. Anglicy bez problemów potrafią pisać np. o wielkiej flocie z czasów admirała Nelsona jako wielkich bohaterach, ale pokazują ich brutalność i cynizm. W tych opowieściach jest i głód, i przemoc, i głupota dowódców posyłających na śmierć żołnierzy.

U nas takie opowieści, np. przy okazji Powstania Warszawskiego czy Westerplatte, są niemożliwe. Z tego też powodu mamy niewyświetlone całe obszary historii. Na siłę, sztucznie, wciśnięto w opowieść szlachecko-inteligencką tych, którzy tej historii nie mieli, czyli chłopów. I teraz to stare, nieopowiedziane napięcie przełożyło się na starcie PO i PiS. Albo ta bezczelna, nieprawdziwa opowieść o Polsce mesjaszu i ofierze. Opowiadają ją członkowie społeczności, która wraz z Niemcami mordowała Słowian z Pomorza Zachodniego, z Krzyżakami - Prusów i Jaćwingów, kolonizowała wschód - bo jak inaczej można nazwać to, co robiliśmy na tzw. kresach?

Rozmowy Aleksandry Klich z prof. Zbigniewem Mikołejką:

 

''Truskawki i popiół'' - Musimy się nauczyć, jak mierzyć się ze swoim własnym życiem - negocjować swoje przeznaczenie;

 

''Nieświęta rodzina'' - Święta Rodzina była święta, bo była prawdziwa, autentyczna i taka, jaka powinna być każda rodzina;

 

''Wszyscy jesteśmy skazańcami'' - Jaki jest sens i cel filozofii? Mnie się zdaje, że to konsolacja, ulga w niesieniu kajdan, które każdy z nas dźwiga, czy tego chcemy, czy nie. Bo żyjąc, siedzimy w więzieniu i czekamy na wyrok;

 

''Targowisko prywatności'' - Prywatność chroni wolność. Tę wolność, która dla młodych ludzi jest oczywista. Ale ja pamiętam czasy, kiedy intymny dziennik mógł trafić w ręce ubeków.

Po co jednak ciągle pytać o przeszłość?

- Żeby ją odczarować i dotknąć wreszcie teraźniejszości. Żeby zadawać sobie następne pytania. Wolne pytania wolnych ludzi.

Dlaczego w bezwzględny sposób traktujemy ludzi w ośrodkach dla uchodźców, natrząsamy się z "Ruskich", którzy przybyli szukać u nas lepszego życia, czy z rumuńskich żebraków?

Czy to nie jest przypadkiem bezinteresowna przemoc, która bierze się z poczucia gorszości? Swoista zemsta za własny los? Los narodu upokorzonego, który ciągle szuka gorszych od innych?

Nie wolno zapominać o tym. Nie wolno tego przykrywać baśnią o zwycięstwie pod Wiedniem. Trzeba pytać, nawet jeśli będzie to odbierane jako atak na narodową tożsamość, nawet jeśli będą usta zalewali gipsem, żeby tylko nie ruszać baśni. Nie wolno dać się zaszantażować emocjonalnie.

Trzeba pytać jak Norwid: Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala? Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?

Norwid za takie pytanie, za odmowę mitologizowania, zapłacił biedą i zapomnieniem. Słowackiego ratowała przed nędzą tylko umiejętność gry na giełdzie. A Mickiewicz, ten specjalista od podtrzymywania mitów, był akceptowany i kochany.

A jak pytać o PRL?

- Trzeba zapytać o miliony szarych ludzi, którzy brali przydział na syrenkę i przymykali oczy na zło albo brali w nim radosny udział. I potem strajkowali o swoje małe, partykularne interesy i interesiki, a jak przyszedł 13 grudnia, to wrzucali znaczki "Solidarności" do kibla. Krótko mówiąc, trzeba by było zapytać o konformizm.

Czy pytanie uczyni nas ludźmi wolnymi, odważnymi, tolerancyjnymi?

- Pod warunkiem, że nie zmieni się w wielki projekt propagandowy narodowego odczyniania mitów. Na pewno uczyniłaby nas wolnymi prawdziwa, porządna nauka: geografii, historii, języków obcych, literatury.

Dlatego, moim zdaniem, najważniejsze obecne polskie pytanie brzmi: jaka powinna być polska szkoła? Wiem tylko jedno: nie może być taka jak dziś. Jak ją zmienić. To temat na wielką debatę. Musimy tę lekcję odrobić, bo jaka szkoła, tacy my.

Jeśli nie zgadzamy się z europejską standaryzacją, jeśli uważamy, że przynosi złe skutki, trzeba to głośno powiedzieć. I z tym urzędniczym projektem zerwać. Dziś szkoła udaje, że uczy, dzieci udają, że są uczone. Najbardziej zadowoleni są urzędnicy, wizytatorzy, kuratorzy, bo testy, kontrole, egzaminy łatwo dają się policzyć i wpisać do odpowiednich rubryk. A większości z nas wystarczy papierek, że to lub tamto się ukończyło i ma się jakieś z tego tytułu prawa na rynku pracy.

Czy chcemy, by tak było? I czy chcemy, by rodzina, tak jak dziś się to dzieje, wyrzekała się odpowiedzialności za wychowanie, oddając dzieci w ręce instytucji?

 

Zwiastun filmu ''Kret'' w reż. Rafaela Lewandowskiego, w którym ojciec głównego bohatera zostaje posądzony o współpracę z SB

Nawołuje pan profesor do powrotu do konserwatywnych wartości?

- Do wartości, które tworzą uczciwe, wyraźne normy i hierarchie. Do dekady Gierka społeczeństwo jako tako trzymało się jeszcze w ryzach. Było przaśnie, ale w miarę porządnie. Wiadomo było, że trzeba szanować nauczyciela, ukłonić się sąsiadce, czytać książki, a jak się idzie do pracy, to trzeba pracować. Potem nastąpiła katastrofa. Edward Utracjusz, "ludzki pan", skorumpował społeczeństwo na masową skalę: od sekretarza partii po robotnika. Nie trzeba było już pracować, wystarczyło sobie "zorganizować", czyli ukraść, wyłudzić, załatwić, pokornie schylając kark przed "systemem". Popękały hierarchie wartości, porządek. Poznikały role społeczne, do których były przywiązane prawa, ale i obowiązki.

Dlatego dziś słyszymy częściej, że ludzie "żądają", a rzadziej, że chcą coś zrobić, bo czują się do tego zobowiązani, odpowiedzialni za swoją rodzinę, dzielnicę, miasto?

- Najlepszym przykładem są "wózkowe", o których napisałem felieton w ''Wysokich Obcasach Extra'' i za który to tekst zostałem zaatakowany jako wróg młodych matek. Chodziło mi tylko o to, że wózkowe mówią o swoich prawach, a zapominają o obowiązkach. Oczekują od społeczeństwa, nie dając niczego z siebie. A ich obowiązkiem jest wychowywanie dzieci i troska o nie. Ponieważ widziałem, że wiele z nich tego nie robi, napisałem felieton.

W tonie paszkwilu, który wielu dotknął.

- Ja tylko żartobliwie pytałem, dlaczego te kobiety uznają, że mogą krzyczeć chamsko pod moim balkonem i niszczyć zieleń. I dlaczego nie zajmują się dziećmi. To było też pytanie o poszanowanie drugiego człowieka, pytanie o granice wolności. Czy one istnieją? I czym jest anarchizacja? To ważne pytania, którego w Polsce sobie nie zadajemy, bo zamiast pytać o wolność człowieka, przez stulecia pytaliśmy o wolność Polski. Zamiast pytań egzystencjalnych zadawaliśmy pytania polityczne.

A wolność to również umiejętność współżycia z drugim człowiekiem. I nie może zamienić się w bezgraniczną swobodę. Ciągle trzeba pytać o granice między wolnością i taką swobodą. Pilnować się, czy ich nie przekraczamy.

Polska jest wolna, więc nie musimy już pytać o jej wolność polityczną. Czas pytać, jak uwolnić nasze człowieczeństwo. Ponieważ tego nie robimy, życie społeczne staje się przestrzenią przepychanek: ja czy wózkowa, ja czy uchodźca, ja czy biedny. Tyle będę miał, ile wywalczę łokciami.

Nie można żyć bez pytań o granice własnej wolności, o to, jak się dogadywać, negocjować. Jak nie ma negocjacji, są destrukcyjne kłótnie.

Gdzie się tego nauczyć?

- To jest problem. Rozpadła się tradycyjna rodzina - patriarchalna, autorytarna, często z przemocą, ale też z zaletami: człowiek w niej kształtowany wiedział, co to obowiązek, gdzie są granice. Przedwojenne "dobre wychowanie", jak przypomina pan Marcin Wroński w niedawnym wywiadzie dla "Wysokich Obcasów Extra", przy wszystkich swoich wadach, czyniło nas nierzadko ludźmi bardziej przyzwoitymi i godnymi, niż stanowią teraz obłudne - i w wielu wypadkach represyjne - reguły "politycznej poprawności".

A ponadto nowe formy nie zostały jeszcze rozpisane, ujęte w karby, zasady.

Rozważania prof. Mikołejki:

 

'' O Wilhelmie przemienionym w mydło'' - Panowanie rozumu z jego absolutystycznymi roszczeniami kończy się strasznie i karykaturalnie;

 

'' Wyzwanie wiary'' - Judasz wcale nie trafił od razu do rejestru potępionych na wieczność.

Z badań wynika, że Polacy rzadko pytają swoich bliskich - np. czy jesteś ze mną szczęśliwy? Dlaczego?

- Boją się. Nie umieją. Nie mają języka. Stare narzędzia już nie istnieją, nowe nie pozwalają opisać rzeczywistości. Z jednej strony ciągle prześladują nas upiory z czasów, kiedy nie potrafiliśmy rozmawiać. Z drugiej obowiązująca dziś polityczna poprawność każe milczeć, nie rozmawiać. Nie pytaj o wyznanie, kolor skóry. Nie pytaj np. o rolę kobiety.

Płyciutki popfeminizm, który ciągle o coś apeluje i ciągle się na coś oburza, nie zadaje pytań fundamentalnych, np. czy kobiety nie byłyby szczęśliwsze, gdyby zamiast pracować, zajmowały się tylko domem, dlaczego kobiety, zamiast walczyć z mężczyznami, nie mogą się z nimi solidarnie dogadywać, dlaczego dokonuje się nadmierna emigracja kobiet w wieku rozrodczym, dlaczego tak wiele kobiet w Polsce - to najwyższy wskaźnik w Europie - nie pracuje zawodowo i nie chce pracować. Wrzaskliwy feminizm nie zadaje pytań o udział kobiet w przemocy domowej, zwłaszcza wobec dzieci, o rodzaj wybieranego przez nie wykształcenia, o los kobiet starych czy samotnych. I pytań o trudny los mężczyzn: samotnych mieszkańców wsi i miasteczek, szybko się starzejących, niewykształconych, niezaradnych szybko, umierających. O samobójstwa mężczyzn, których jest kilkakrotnie więcej niż samobójstw kobiet.

To są trudne pytania, które trzeba zadawać, jeśli ma się naprawdę na uwadze los kobiet, nie zaś powtarzać mantry o patriarchalizmie czy przemocy (według feministycznych portali ofiarami są tylko kobiety, sprawcami - tylko mężczyźni). Co nie znaczy, oczywiście, że nie należy trzebić patriarchalizmu i przemocy wobec kobiet. Ale - powtarzam - także i feminizm musi sobie postawić wreszcie takie pytania, których bardzo nie lubi stawiać. Nie on jeden zresztą w Polsce nie zamierza tych pytań stawiać.

Dlaczego tego nie robimy?

- Bo jesteśmy - to jedna tylko z możliwych odpowiedzi - wąsko praktyczni, nie doceniamy pracy teoretycznej. Nie widzimy związku między nauką logiki, literatury, matematyki a poziomem życia społecznego, dobrostanem, budową kapitału społecznego. Jesteśmy "w głowach" ciągle społeczeństwem agrarnym, chłopsko-szlacheckim, które świat odbiera zmysłami i żyje w rzeczywistości gotowych odpowiedzi. Tak zmysłowa, rytualna, bezdyskusyjna jest też polska religijność.

Zresztą tak zwane trudne czasy jako moment stawiania ważnych pytań to polska specjalność. Ale wtedy bywa zwykle za późno. I nic nie da się już z reguły zrobić - poza darciem szat i bolesnym rozpamiętywaniem przyczyn. A dzieje się tak dlatego, że istotnych pytań nie stawiano sobie wtedy, kiedy należało je stawiać: na co dzień, w zwykłym i pospolitym życiu, nie w obliczu kryzysu.

Wrócę do katastrofy z około 1600 roku. To właśnie u progu XVII wieku szlachta porzuciła uniwersytety na rzecz prowincjonalnych kolegiów jezuickich, wróciła z miast do dworków. I zamiast języka miasta, uniwersytetu, kupieckich negocjacji wykształcił się język wrażeniowy opisujący nadniemeńskie pola, zachody słońca, obyczaje. Ważne stało się wiejskie, niezmienne życie z jego powtarzalnym, dorocznym cyklem prac i obrzędów. Przestaliśmy dialogować, zaczęliśmy monologować. A sokratejski dialog i sokratejski dystans wobec siebie, sokratejska dialektyka i sokratejska ironia, wypraktykowane w ateńskim mieście-państwie, stoją u podstaw europejskiego rozumu. Podobnie jak u podstaw europejskiej wspólnotowości stoi maksyma Arystotelesa, do znudzenia zresztą przeze mnie powtarzana: "Miasto tworzą różni ludzie. Gdyby nie byli różni, nie byłoby miasta". I poniekąd do dziś jesteśmy uwięzieni w odwiecznych polskich rolach - pana, ekonoma, plebana, wójta, wioskowego "odmieńca" albo chłopka-roztropka.

Gdy więc teraz, powoli, stajemy się społeczeństwem miejskim, mamy kłopot: nie potrafimy pytać i odpowiadać.

 

Zwiastun filmu ''Róża'' w reż. Wojciecha Smarzowskiego opowiadającego o losach Mazurów tuż po II wojnie światowej

Na tegorocznym Kongresie Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie kardynał Gianfranco Ravasi powiedział, że każdy potrafi odpowiadać, ale tylko geniusz potrafi pytać. Pytania są ważniejsze od odpowiedzi?

- Tak. Bo nie poprzestają na tym, co jest, nie uświęcają rzeczywistości, ale otwierają nowe światy. Odpowiedzi nie dość, że domykają możliwości, zamykają przestrzenie, to jeszcze obiecują, że rozwiążą wszystkie problemy.

A zwykle tego nie robią, bo nie mogą. Rozstrzygają doraźnie, raczej uspokajają, niż zaspokajają nasz niepokój. Dają nam święty błogostan. Wolę więc pytania. Pod warunkiem, że to nie pytania - tezy. Mam takiego studenta, który pyta nie po to, żeby rozmawiać, tylko po to, by upewnić się co do słuszności swoich przekonań.

Czyli?

- Pyta, od razu wartościując. Na przykład: czy kultury pozaeuropejskie są równie wartościowe jak nasza?

To jasne: z miejsca przypisuje wszelkie wartości Europie. Nasza kultura jest z definicji dla niego lepsza ("Sąd sądem, ale prawda musi być po naszej stronie"). I mówiąc coś takiego, nie potrzebuje już odpowiedzi. Takich pytań się boję, bo ich autorzy wykluczają z miejsca inaczej myślących, chcą tylko usłyszeć potwierdzenie swych tez.

Prawdziwe pytanie nie zawiera pozorów wiedzy. Jest w nim sokratejskie "wiem, że nic nie wiem". Może być z pozoru głupie, naiwne, ale jest w nim niepokój i nie ma pewności. Jest pragnienie, żeby się dowiedzieć. I pójść dalej, rozumniej.

Czy to nie jest tak, że dobre pytania to są takie, które nas otwierają? Powodują się, że jesteśmy gotowi się zmienić?

- Tak, tak właśnie jest. Złe pytania o nic naprawdę nie pytają - są jedynie pozorem i obrzędem podtrzymującym to, co zastane. Utwierdzającym człowieka i wspólnotę, że to, co robią i myślą, jest absolutnie słuszne i doskonałe. Złe pytania po prostu usypiają umysły i sumienia. Gwarantują "święty spokój", zapewniają samozadowolenie, sieją niechęć - jeśli nie nienawiść - do zmian.

Dobre pytania są krytyczne, nie poprzestają na tym, co jest. Rozwiewają złudzenia, zwłaszcza złudzenia wspólnoty zadowolonej z siebie. Domagają się więc przemiany i budzą niepokój.

Skąd przyszedłem? Po co jestem? Dokąd idę? Dlaczego od stuleci ciągle pytamy o to samo?

- Bo jesteśmy zaniepokojeni o nasze miejsce w świecie. I pytając, podtrzymujemy w sobie poczucie sensowności tego, co robimy, jak żyjemy. To naprawdę dramatyczne pytania. Jeśli je zadajemy, to znaczy, że tworzymy braterską wspólnotę ludzi, którzy żywią podobne nadzieje, trwogi, którzy z mnóstwem rzeczy - z przemijaniem, śmiercią, cierpieniem - nie potrafią sobie poradzić. W tych pytaniach odsłania się wspólnota ludzkiego losu.

Problem w tym jednak, że te pytania zadajemy coraz rzadziej.

wikipedia.org

 

Obraz ''Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?'' (1897) Paula Gauguina; Fot. wikipedia.org

Sama, przytaczając je, trochę jestem skrępowana. Mam świadomość, że w gazecie będą wyglądały jakoś patetycznie, może nawet pretensjonalnie. Dlaczego?

- W coraz mniejszym stopniu tworzymy wspólnotę. Coraz bardziej jesteśmy osobnymi wyspami, jak mawiał Tomasz Merton.

Wielkie pytania więc odpływają. Tak jak wielkie opowieści. Dziś nikt, nawet filozofowie, nie pyta na ogół, co to jest prawda, zło, dobro, fałsz. Nie pyta, czy Bóg istnieje. Metafizyka umarła. Pozostała, jak mówi filozof postmodernista Gianni Vattimo, metafizyka wątła, daleka od wielkich pytań i wielkich odpowiedzi.

Odkrywając wartość człowieczeństwa i jego autonomię, pogodziliśmy się z własną bezradnością. Skoro wiemy, że nie można dać ostatecznych odpowiedzi, wielkie opowieści nie są do odtworzenia, Bóg w kulturze umarł, przestało nam chcieć się zadawać wielkie pytania.

Część z tych pytań przejęła od filozofii nauka i rości sobie prawa do udzielania na nie ostatecznych odpowiedzi. Nie ukrywam, że mnie się to nie podoba. Wolałbym, żeby nauka nie wypowiadała się w sprawach istnienia lub nie Boga, prawdy i fałszu, początku bytu, śmierci.

Filozof odpowiada na te pytania mgliście, często niezrozumiale. W świecie zdominowanym przez kulturę testów, gdzie na jedno pytanie może być jedna odpowiedź, wolimy konkretne odpowiedzi naukowców.

- Ależ to najstarsze, niespokojnie powracające pytania! Jeśli więc myślimy, że znajdziemy na nie ostateczne odpowiedzi, łudzimy się. Co najwyżej możemy za ich pomocą oswajać się z trwogą. Tak jak to robił choćby Platon, który sięgał po mity, by wtajemniczyć nas w losy człowieka i świat idei.

Nauka zrywa z mitami i ekscytuje się odkryciami. Ale co z tego, że dostaniemy konkretną odpowiedź, że śmierć jest takim, a nie innym procesem zachodzącym w naszym ciele? Śmierć w scjentystycznej postaci jest niczyja - we wzorze zapisanym na papierze albo w komputerze nikt z nas nie odnajdzie swojego życia. Tam nie ma człowieczeństwa, tylko zobiektywizowany proces.

Nie ma tam pytania o cierpienie?

- Tam nie ma żadnych ważnych pytań. To świat samych odpowiedzi.

Można żyć w takim świecie?

- Pewnie można. Ale to będzie społeczeństwo Morloków, jak to ujął trafnie Krzysztof Varga . Czyli ludzi, którzy śpią, jedzą i kopulują. Co będzie stanowiło zatem o naszej wyjątkowości bycia tutaj, jeśli cała przyjemność, szczęście, strach zostaną zapisane w komputerze? Pytania filozoficzne to nasze człowiecze doświadczanie świata, a odpowiedzi naukowe to wytrychy, nie klucze. Nie wierzę bezkrytycznie w opowieści nauki, choć bywają w pewnym zakresie przydatne. Tak jak w porady pseudopsychologiczne z kolorowych gazetek. One robią z nas doświadczalne króliki w klatkach, z numerkami przypiętymi do uszu. Przed takim społeczeństwem uratuje nas tylko umiejętność zadawania sobie pytań.

Oczywiście, byłbym szaleńcem, gdybym nie doceniał postępów nauki i techniki, ale mają one swoje granice, muszą uznać, że tworzenie obrazów świata i człowieka należy do nich tylko w części. Że roszczenie, wbrew temu, co pisze np. Stephen Hawking, aby być prawomocną teorią wszystkiego, jest imperialnym absurdem.

O co pan siebie pyta?

- O różne sprawy.

Czy jest Bóg?

- O to będę pytał do śmierci, lękając się zarówno jego obecności, jak i nieobecności. Obie stanowczo byłyby zbyt kłopotliwe.

Ale teraz najczęściej pytam o starzenie się. Coraz częściej w tonie szczeniackiego buntu, w poszukiwaniu nadziei.

Mój czas bowiem się kurczy. Pytam więc, jak wykorzystać ten, który mi został. Czy nie za często przebywam wśród ludzi, czy nie powinien uciec do siebie?

*Zbigniew Mikołejko - filozof i historyk religii, profesor i kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

Czy jestem szczęśliwa/y? Co jest najważniejsze w życiu? Czy warto zadawać sobie takie pytania na co dzień? Jakie jest Twoje pytanie? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem