Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Michał Rusinek - literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Był sekretarzem Wisławy Szymborskiej, kieruje fundacją imienia poetki. Wydał m.in. książki "Między retoryką a retorycznością", "Retoryka obrazu", "Wierszyki domowe" i "Jak przeklinać? Poradnik dla dzieci".

Chyba każdemu zdarzyło się buszować po strychu lub piwnicy, przeglądać pudła z papierami, zdjęciami, przedmiotami niewiadomego zastosowania. Czasem z konieczności, czasem z ciekawości, czasem chcąc wyrzucić to, co niepotrzebne, żeby zrobić miejsce czemuś, co akurat teraz, chwilowo, potrzebne się wydaje.

Mój tata należał do tych facetów, którzy uważają, że wszystko w domu umieją sami naprawić, więc i wszystko - każda śrubka, muterka, uszczelka, podkładka, drucik, fiolka, korek, drewienko oraz inne rzeczy niemające nazw - mogło się przydać. Zachowywał to i tamto, chował do pudełek, a pudełka starannie podpisywał.

Te z rzeczami bezimiennymi - jak "szpargały" albo "szpeje". Co to takiego? Graty, drobiazgi - powiada nieśmiało jeden słownik, milcząc na temat etymologii. Inny podpowiada, że "szpeje" to inaczej "przydasie", czyli rzeczy, "z których był albo będzie przypuszczalny użytek", jak pisała pewna poetka. Jeszcze inny sugeruje wyraz bliskoznaczny: "wihajster", który przywędrował z niemieckiego via jidysz: "Wie heisst?" znaczy "Jak się nazywa?".

***

Fascynują mnie słowa, które wymyślamy wówczas, kiedy brakuje nam języka. Czyli kiedy?

Po pierwsze, w dzieciństwie, ucząc się języka, wymyślamy właściwie własny, którego skrawki wchłania na jakiś czas język rodzinny. Albo przeinaczamy "dorosłe" słowa lub wymyślamy własne. Kto zgadnie, co to jest "zejszczacz" (drabinka do schodzenia z pokładu), "grubelek" (gruby wróbelek) czy "dewiolant" (kotlet de volaille).

Po drugie, gdy odkryty zostanie przedmiot, który nie ma nazwy - najpierw sprawdzamy, jak go już nazwali Amerykanie albo Niemcy i czy da się te nazwy spolszczyć lub przejąć (że przypomnę słynne dylematy informatyków: zostawić "interfejs" czy zrobić zeń "międzymordzie"? A co z "klikaniem"? Skoro to mysz, to może by spolszczyć "klik" jako "mlask"? I analogicznie "dwumlask"?). Jeśli się nie da - wymyślamy jakąś nazwę tymczasową, najczęściej opartą na katachrezie, czyli prowizorycznej metaforze, która po jakimś czasie wchodzi do słownika (np. "nogi" stołowe czy właśnie wspomniana "mysz"). Bo prowizorki są, jak wiadomo, najtrwalsze.

Po trzecie, ze strachu przed magiczną funkcją języka: gdy nie chcemy "wywoływać wilka z lasu" lub obawiamy się, że wymawiając imię Sam-Wiesz-Kogo, spowodujemy, że się zmaterializuje. Na tej zasadzie powstało słowo "niedźwiedź", które nie jest właściwą nazwą, ale peryfrazą - to ten, kto je miód, ale którego imienia lepiej nie wymawiać. Jak brzmiało imię? Zapomnieliśmy.

Po czwarte wreszcie, gdy zapomnimy, jak się coś nazywało - mówimy wtedy: "dinks" (z niemieckiego "das Ding", czyli rzecz), "wihajster" lub po prostu "szpej". Do czego służy? Do czegokolwiek. Co robi? Np. "teguje" lub "tenteguje". Czyli potencjalnie - może wszystko.

***

Po co nam w dzisiejszych czasach, kiedy mamy być precyzyjni i kreatywni, "dinksy" i "wihajstry"? Właśnie po to, żeby na moment się zatrzymać i pomyśleć o języku. Takie chwile sprzyjają kreatywności bardziej niż najwymyślniejsze suplementy diety.

Moja fascynacja "dinksami" i "tentegowaniem", słowami będącymi znakami braku słów, to nie bezwarunkowa zgoda na ich powszechne stosowanie. Wolę, rzecz jasna, gdy jednak właściwe słowo się znajdzie, a najbardziej lubię, kiedy nie jest ono zbyt wyświechtane i zużyte, ale - jak powiadał Jeremi Przybora - "drugie z brzegu".

Fascynuje mnie mechanizm, który nie tylko pozwala wypełnić czymś puste miejsce po zapomnianym słowie, ale także na ułamek sekundy włącza funkcję metajęzykową. Przez tę chwilę język nie jest przezroczystą szybą, przez którą ma być widoczny świat, o którym mówimy, ale sam staje się zauważalny. Ten ułamek sekundy to jakby chwila nieprzezroczystości, a więc i świadomości, że język też ma swoją materialność, swoją strukturę i wagę.

I przede wszystkim do tego służą "szpargały", "wihajstry" i "dinksy".

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.



W Magazynie Świątecznym:

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno
Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami
Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni
Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal
Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość
Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk
Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie
Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą
Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!
Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.