Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wiesław Myśliwski - ur. w 1932 r., pisarz, autor m.in. powieści: "Kamień na kamieniu", "Widnokrąg", "Traktat o łuskaniu fasoli" i "Ostatnie rozdanie". Dwukrotny laureat Nagrody Literackiej "Nike".

Spróbuję sobie przypomnieć, ale nie wiem, czy to będzie prawda. Chyba że prawda uznaniowa. Jak to rozumieć? No, uznaje się często za prawdę to czy tamto, chociaż nie wiadomo, czy tak było. I w ogóle czy było. Ale ktoś chciał, żeby było, ktoś sobie tak, a nie inaczej wyobraził, komuś tak, a nie inaczej podpowiedziało podejrzenie, czy ktoś mógł mieć w tym jakiś cel, żeby tak, a nie inaczej było. Jeśli chodziłoby o rzeczy błahe, nie byłoby nieszczęścia. Ale bywa, że uznaje się za prawdę coś, co mimo dowodów, świadków okazuje się po latach pomyłką, i to pomyłką, która skazała kogoś na śmierć. W historii takich prawd uznaniowych znajdzie się bez liku. A im bliżej nas, tym ich więcej.

Nie, nie zaprzeczam. Lecz tylko tak mogę to pamiętać. Wymagać od własnej pamięci, aby była przeciw mnie, znaczyłoby, że ją zdradzam. A zdrada pamięci jest niewybaczalna, nie ma za nią kary ani pokuty.

Nagroda Literacka m. st. Warszawy dla Wiesława Myśliwskiego



Powiedział, że mu się śniłem. Wcale mnie to nie obeszło. Więc złapał mnie za rękaw i powtórzył:

- Śnił mi się pan.

- Jak? - spytałem, chociaż nie lubię snów. Gdy mi się coś śni, zawsze gorzej śpię. Sen powinien być jak śmierć. Nic, a po przebudzeniu zwyczajny dzień, jakby się życie dopiero zaczynało. Sny ciążą, zniechęcają, często każą się domyślać Bóg wie czego. Nawet zmuszają do tropienia siebie. Tym bardziej nie lubię czyichś snów, w których się komuś śniłem. Bo co się za tym kryje, że mu się śniłem? Nie mogłem mu się przyśnić bez powodu, wiadomo. No i szukaj powodów, zachodź w głowę, dręcz się, że czymś cię chce obarczyć. Że próbuje coś zrzucić z siebie i przerzucić na ciebie, aby było mu lżej, chociaż tobie będzie ciężej. Zwłaszcza że za sny się nie odpowiada. A może powinno. Może ktoś kiedyś poszerzy o sny odpowiedzialność człowieka. Zresztą już jesteśmy na drodze ku temu. Widać nas, gdy idziemy ulicą, słychać nas, gdy mówimy choćby szeptem, a nawet mury naszych mieszkań mało co nas bronią. Tymi, którymi jesteśmy, jesteśmy wraz z naszymi snami. Również myślami, słowami, uczuciami i tak dalej, oczywiście. Ale do tego już się dobrali. Długo więc czekać, jak się dobiorą i do naszych snów?

Jak mu się śniłem? No nie wiem, czy tak jak pamiętam. I zresztą on powinien odpowiadać, skoro to był jego sen. Ja mu nie dałem przyzwolenia, abym mu się przyśnił. Nie pytał mnie o to. Przywłaszczył mnie sobie. Jakim prawem? Że spotkaliśmy się czasem przy Uchu Igielnym? To każdy mógł się z każdym spotkać i gdziekolwiek, niekoniecznie tam. On schodził do tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, a ja czekałem. A może on czekał, a ja schodziłem. Tylko że w jego wieku na cóż by czekał?

"Ostatnie rozdanie" Myśliwskiego. Czy znów arcydzieło?



- Umarłem - powiedział.

- Jak to pan umarł? Przecież jest pan. Gdzieś pan idzie.

- Ale śniło mi się, że umarłem. Dlatego postanowiłem odwiedzić tę dawną dziką, zieloną dolinę. Bo może to ostatni już raz.

Cóż, pomyślałem, w pewnym wieku to nic nadzwyczajnego umrzeć. Chociaż nie był jeszcze w tym wieku, jaki mu przepowiedziała Cyganka. Życie jeszcze w nim kwitło. Cera różowa, względnie gładka, oczy niezmącone, błyszczące, czoło wypogodzone, włosy przesypane już siwizną, lecz dodawało mu to dostojeństwa. Nie, nie chodził jeszcze o lasce, trzymał się prosto, krok miał raźny. I pachniał jakąś wytworną wodą kolońską. Nie wiem, czy nie Fahrenheitem. Dość ostry to zapach, mało dyskretny, no i nie na każdą kieszeń. Lecz gdy w pewnym momencie pochylił się ku mnie, zniżając głos do półszeptu, chociaż nie pamiętam, co powiedział, jakiś inny zapach z lekka zakłócił tego Fahrenheita.

Każdy wiek ma swój zapach, od niemowlęctwa poczynając. Mają zapach choroby, nastroje, złość, radość, powodzenia, niepowodzenia. W towarzystwie wyczuwałem, która z kobiet ma okres, i nie zmyliły mnie jej perfumy. Nawet kto do kogo co czuje, chociaż nie poznałbym tego po jego zachowaniu, gestach, słowach, uśmiechach. Człowiek ujawniał mi się zawsze przez skórę. Cóż, takim mnie natura stworzyła. Ktoś mi kiedyś nawet powiedział:

- Ty jak pies. Lecz się.

- Z czego mam się leczyć?

- Z powonienia. I tak za dużo się widzi, za dużo słyszy, jeszcze wąchać to wszystko. Oszalejesz.

- Kiedy w to, co widzę, słyszę, już nie da się wierzyć. Jedynie wąchanie mnie nie zawodzi.

Zawiedzie cię, zawiedzie, znajdą się i na to sposoby. Będziesz wąchał, jak należy. Zresztą wszystko będzie miało tę samą woń. Albo całkiem stracisz węch. Psu podsunąć kiełbasę, to porzuci trop.

- No i co pan na to? - spytał.

- Na co?

- Że umarłem.

- Mówił pan, że się panu śniło.

Myśliwski: Literatura rodzi się z niewiedzy



- To prawda. Lecz cóż to jest sen? No tak, pan jeszcze nie wie o tym, bo skąd. W pańskim wieku co tam może się śnić. Żeby tak powiedzieć, brak materii na sny. Ale przyjdzie i na pana, że będzie się pan bał swoich snów. Zdradzę panu sekret, pan również ze mną umarł. Nie wiedział pan o tym? A widzi pan. Stał pan nad moją trumną i nie pozwolił mnie zasypać. Nikogo już nie było. Grabarze, nie mogąc się doczekać, też odeszli. Wiatr szumiał, targał drzewami. A pan stał i milczał. Od czasu do czasu rzucał pan tylko grudkę ziemi na wieko trumny i milczał pan. Nie mogłem znieść tego padania grudek, bo z każdą jakby huk rozrywał ziemię. Błagałem, niech pan przestanie, niech pan lepiej coś powie. Zasłużyłem chyba na kilka słów. Ale pan milczał. Dlaczego pan tak mści się na mnie?

Z wieży katedralnej doszło nas w tym momencie bicie zegara. Bił raz na kwadrans, a po czterech kwadransach wybijał godziny. Zasłuchaliśmy się w te donośne dźwięki, licząc. Godziny jednak nie chciały nam się zgodzić. Wyciągnął więc z kieszonki spodni zegarek, nosił jeszcze taki staromodny, na dewizce, co prawda omega, taki sam nosił mój ojciec, i powiedział:

- O, to już ta godzina. Cóż ten zegar na wieży?

Spojrzałem na swój na ręku.

- Nie, to jeszcze nie ta.

- Żyjemy widocznie w różnych czasach - powiedział, chowając tę swoją omegę. - Ale kiedyś się one zejdą. Czas jest kolisty, miejmy więc nadzieję.

A wtedy nadeszła ona. I poszła z nim.

Fragment nowej powieści pt. "Ucho Igielne"

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.



W Magazynie Świątecznym:

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno
Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami
Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni
Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal
Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość
Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk
Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie
Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą
Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!
Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.