Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem konkursu

Anna Król
Ur. w 1979 r., z wykształcenia krytyk teatralny, pomysłodawczyni i dyrektor literackiego Big Book Festival. Autorka książek "Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia" i "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie".


Jerzy Błeszyński, ukochany Jarosława Iwaszkiewicza, umarł w niewielkim szpitalu w Turczynku w czwartek 28 maja 1959 r. Miał 27 lat. Zabiła go gruźlica.

"Na drewnianej ławie [w kostnicy] leżał zupełnie nagi trup Jurka (...). Był bardzo chudy, wyschnięty, ręce i ramiona jak u świętego Franciszka, nogi wychudzone, a stopy spuchnięte. Twarz wyglądała lepiej niż w wigilię. Górę korpusu miał czystą i pięknie rzeźbioną, nogi smukłe i bardzo obrośnięte czarnym włosem. Na przeponie miał dwa czarne znaczki, o których często mówiliśmy. (...) Zbliżyłem się do ławki i patrzyłem na to nieruchome, bardzo piękne ciało, podobne do krucyfiksu ze słoniowej kości. (...) Był bardzo, okrutnie zimy - jak lód. (...) Objąłem go przez plecy, odczuwając ich szerokość, ich masyw, obciągnąłem koszulę i dotknąłem tego miejsca u nasady kości pacierzowej, wgłębienia nad kością ogonową, która jest najbardziej intymnym miejscem męskiego ciała" - notował pisarz w "Dziennikach" pięć miesięcy później.

"Dzienniki" Iwaszkiewicza. Ostry ból w sercu




***

W sobotę 23 maja rano Iwaszkiewicz wracał ze zjazdu pisarzy radzieckich. Hania, jego żona, czekała na niego na warszawskim Okęciu przed wyjściem z lotniska. Sama. Długą siwą grzywkę szarpał wiatr, chociaż starała się ją osłonić, zawiązując pod brodą lekką, kremową chustkę. - Jeszcze żyje - powiedziała.

Szybko wyjechali z miasta, prosto na drogę grodziską. Nikt nic nie mówił, a jednak było jasne, że jadą do Turczynka, do szpitala, w którym od kilku dni leżał Jerzy.

Pokój był wąski jak kiszka, miał może cztery metry długości. Jurek zajmował łóżko w głębi, pod oknem. Jarosław odliczył wzrokiem pozostałych pięciu pacjentów.

Jerzy siedział z nieruchomym wzrokiem, trzymając szpitalną nerkę przy zniekształconej twarzy. Miejsca było akurat tyle, żeby postawić na podłodze stopy i przecisnąć się do wąskiego przejścia między pozostałymi łóżkami. Nocnych szafek już nie dałoby się wstawić. Jerzy swoje rzeczy trzymał na parapecie okna. Miał tam mały, biały, metalowy kubek szpitalny z odpryśniętą emalią, zeszyt, z którego wystawały rozdarte koperty, i zielony grzebień. Nie poruszył się, kiedy do pokoju weszli kolejno: jego była żona Halina, opiekująca się nim od kilku dni, Jarosław i Szymon, jego sekretarz i przyjaciel.

Jarosław od razu zauważył, że Jerzy jest jeszcze chudszy niż kilka dni wcześniej, kiedy żegnał go przed wylotem do Moskwy. Miał na sobie bordową piżamę z cienkiego płótna, tę, którą kupił dla niego w Monachium. W tym niepasującym do okoliczności zbyt dobrym ubraniu i w tej nieruchomej pozie, którą przyjął, było jakieś dramatyczne staranie. Żeby za wszelką cenę wyglądać porządnie. Jasne było, że do końca będzie udawał, że on, pan życia, nic sobie nie robi z tego starego szpitala.

Z trudem oderwał kawałek papieru i coś powoli pisał. Potem podał kartkę Szymonowi: "Nie chcę, żebyście mnie takiego oglądali. Idźcie sobie. Wy nie rozumiecie, jak mnie denerwuje, że wy mnie tak widzicie".

Lekarz, z którym rozmawiali w drodze powrotnej na korytarzu, powiedział, że chory "zamówił sobie pogrzeb na czwartek".

28 maja wypadało Boże Ciało, a w szpitalu dzień odwiedzin. Zanim weszli do sali, uprzedzono ich, że pan Błeszyński tak się rano awanturował, że trzeba go było związać. - Związać? - Jarosław nawet bał się wyobrazić sobie, co to mogło oznaczać.

Jerzy leżał na brzuchu, gwałtownie łapiąc powietrze. Ciało zmieniło proporcje, ramiona miał bardzo chude i plecy wydawały się przy nich wyjątkowo szerokie. Przez środek kręgosłupa był przewiązany prześcieradłem, jego zakończenia tworzyły jakby materiałowe kajdanki, którymi dłonie płasko przytwierdzono do łóżka. Brakowało mu siły, żeby samemu się z nich wyplątać, i leżał tak, dysząc.

Jarosław zbliżył się do łóżka i zaczął gładzić Jurka po mokrych, zmierzwionych włosach. - Ciiiii. Już dobrze. Ciiiii - szeptał do niego jak do chorego dziecka. Jurek powoli się uspokajał i oddychał teraz ciszej. Przymknął oczy i tylko unoszące się regularnie plecy zdradzały, że oddycha.

Iwaszkiewicz: pieszczoch władzy, twórca niezłomny



***

Zgodnie z "zamówieniem" Jerzy umarł jeszcze tego samego dnia o 21.30. Pochowano go na cmentarzu w Brwinowie. Jarosław włożył mu do trumny różowe lewkonie. Długo żegnał kochanka w szpitalnej kostnicy. Ale na sam pogrzeb nie poszedł. Przez wiele następnych miesięcy nie przyjmował do wiadomości, że Jurek nie żyje. Nadal pisał do niego listy, jak do kogoś, kto wyjechał w daleką podróż.

***

Sześć miesięcy wcześniej, w listopadzie 1958 r., z podróży do Włoch przysyłał Jurkowi długie listy, w których opowiadał o wszystkim, co robił.

"Byłeś dzisiaj ze mną w kościele Santa Maria Sopra Minerva. Jest tam wspaniała postać Chrystusa Zmartwychwstałego, takie wielkie marmurowe chłopisko, z dojrzałym wspaniałym ciałem, rzeźba Michała Anioła (pamiętasz ten wiersz Michała Anioła?). Dawniej był ten Chrystus nagi, potem pruderia późniejszych wieków przykryła jego członek miedzianą draperią, tak bardzo nie pasującą do wspaniałego ciała. Porównywałem to ciało do Twojego, ale Ty to jesteś jak św. Jan Chrzciciel na pustyni. Ty jesteś zupełnie inny. Ale Michał Anioł wyrzeźbił tak cudownie to przejście z brzucha do piersi, z taką miłością oddał każdy muskuł, że mimo woli nakazało mi to myśleć o jego modelu. Kościół wspaniały, marmurowy, gotycki, zimny, a było mi w nim ciepło, jasno, bo Ty stałeś tu obok mnie i oglądałeś ten posąg, i byłeś tak blisko, i nie gniewałem się na Ciebie ani trochę" (26 listopada).

Przez kilka lat w różnych utworach pisał o śmierci młodych, pięknych mężczyzn i bezsilności tych, którzy zostawali sami - starzejących się i zakochanych. Pisząc o bohaterach własnych utworów - Bogusiu, pani Marcie, Janku, Oli i Arku - pisał o sobie i o Jurku.

***

Czytając "Tatarak" czy "Kochanków z Marony", zastanawiam się nad tym samym - oglądam po raz kolejny starą pocztówkę z czarno-białym Chrystusem, którą Iwaszkiewicz wysłał do Jerzego, i rozmyślam o tym, kiedy pojawia się w naszym życiu granica, za którą młode zaczyna być stare, a życie akceptuje wizję śmierci. Kiedy nasze ciało daje nam znać? Czy wtedy, gdy coraz mniej chętnie oglądamy w lustrze swoją nagość? Kiedy gasimy światło, rozbieramy się w pośpiechu? Iwaszkiewicz odpowiadał na te pytania z okrutną szczerością.

Pisał o własnych kompleksach i strachu przed odrzuceniem przez młodszego, piękniejszego mężczyznę. Intymny zapis tego, co czuje Jarosław przy Jerzym, zamienił w "Tataraku" w literacki opis tego, co dzieje się z doktorową Martą, kiedy jest blisko Bogusia:

"Mimo różnicy wieku pani Marta, siedząc obok Bogusia, poczęła myśleć o swoim ciele. Czy on by mógł znaleźć przyjemność w jej rozkwitłej i przekwitłej urodzie? Odczuła nagle, a tak dawno o tym nie myślała, swoje biodra, uda; pomyślała o swoich piersiach. On nawet nie wie, jak ja wyglądam . I przypomniała sobie, że nałogowa po prostu mania gimnastykowania się pozwoliła jej zachować do dojrzałego wieku piękność muskułów i elastyczność skóry. Piersi miała zawsze nieduże, stąpała szybko i równo. Czy to by się jeszcze podobało? Zawstydziła się swoich myśli, panowało między nimi chwilowe milczenie".

Iwaszkiewicz próbował sobie wytłumaczyć wzajemne przyciąganie niepasujących do siebie starzejącej się doktorowej i pięknego chłopaka, a przede wszystkim siebie i Jerzego. Ciało Bogusia to ciało Jurka. Dwudziestokilkuletniego mężczyzny, świadomego własnej męskości, pachnącego słońcem i potem. A także nieświadomego zbliżającej się śmierci.

Portretując Jerzego w postaci Bogusia, a siebie jako Martę - odwracał role. Pozwolił umierającemu chłopakowi być beztroskim i głupim, a Marcie chorować i spodziewać się rychłej śmierci. Brał odwet za cierpienie i przedwczesną śmierć przyjaciela. Bawiła go możliwość dowolnego przestawiania elementów tej układanki: Boguś zdrowy - Jerzy chory, Jarosław zdrowy - Marta stara, Jarosław przekwitły - Boguś umierający. Boguś z pięknie wymodelowanym ciałem i barbarzyńską twarzą - Jerzy idealny jak z marmuru. Śmierć - życie, starość - młodość, brzydota - piękno, ulotność - wieczność, czystość - grzech, tik-tak, tik-tak. Szach-mat.

W rzeczywistości pozostaje bez wyboru, twarzą w twarz z brzydotą umierającego, rozkładającego się za życia kochanka. W literaturze może wziąć odwet za zbrodnię na miłości, za własny ból i tęsknotę za przemijającą młodością.

Młody i piękny Jerzy wysiadający z kolejki na stacji w Pruszkowie, odurzający zapach lasu w dniu śmierci kochanka, dotyk młodej skóry pod palcami. Obsesyjne myśli nie dawały Iwaszkiewiczowi spokoju. Pisał do Jurka listy miłosne:

"Zasnąłeś nad ranem dopiero, kiedy wróciłem do Ciebie o szóstej, spałeś twardo położony na prawym boku. Twój profil wydawał się jak marmur na białej poduszce, ręce trzymałeś dziwnie, bo złożone łokciami i złożone na piersi w kształcie litery V. Wyglądały takie jak w trumnie, jak ręce Chrystusa na jakim krucyfiksie. Twoje ręce są najpiękniejszymi rękami, jakie w życiu u mężczyzny widziałem. Chociaż Twój oddech krótki przypominał mi o chorobie, byłem szczęśliwy. To chyba najdroższy obraz, który przychodzi przed oczy, gdy Ciebie przypominam" (12 września 1958).

Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza w 30. rocznicę jego śmierci. Uspokój się, stary, nie warto się przejmować



***

Przyjęcie w ambasadzie radzieckiej miało się rozpocząć o 20. Ustalili z Hanią, że pojadą razem. Jarosław zdecydował, że zostanie w Warszawie i przygotuje się do wyjścia w ich mieszkaniu na Szucha. Hanię, już ubraną i gotową, z Podkowy miał przywieźć Szymon.

Po południu pisarz zdrzemnął się, potem wziął prysznic. Do przyjazdu żony i wyjścia pozostała niecała godzina. Nie miał ochoty nigdzie iść. To ostatni wieczór w domu przed męczącym wyjazdem do Moskwy i z pewnością jeden z ostatnich wieczorów, które spędzi z Jerzym. Przez chwilę stał w kąpielowym szlafroku przy oknie. Wyczulony na każdy najdrobniejszy ruch słyszał, że Jerzy krząta się za ścianą, a potem kładzie się na tapczanie. Coś skrzypnęło. Nie musiał go widzieć, żeby rozpoznać po dźwiękach, co się dzieje w drugim pokoju. Najpierw Jurek kilkakrotnie zmieniał pozycję, uklepywał łokciem poduszkę, później wstał i długo nalewał wodę do szklanki.

Jarosław spojrzał niechętnie na zegarek tykający na regale, a potem wyjął z szafy przygotowane wcześniej ubranie. Zrzucił na ziemię szlafrok i sięgnął po świeżą białą koszulę. Wtedy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Jerzy. Jarosław stał przy oknie, w samych slipach i kąpielowych pantoflach. Zawahał się, czy nie sięgnąć po leżący na podłodze płaszcz. Ale wtedy tamten uśmiechnął się do niego miękko i podszedł bardzo blisko. - Nigdy wcześniej cię takiego nie widziałem - wyszeptał.

Obaj byli trochę zażenowani tą niespodziewaną intymnością. Mieli za sobą tyle zbliżeń, sypiali w jednym łóżku, dotykali najintymniejszych miejsc. A jednak rzeczywiście - nigdy wcześniej nie pokazywał się Jerzemu nagi. Nigdy nie przepadał za swoim ciałem, a teraz, w wieku 65 lat, zwyczajnie się go wstydził. Stali naprzeciw siebie bez ruchu. W końcu to Jurek podszedł jeszcze bliżej, tak że mógł poczuć na twarzy jego świszczący i ciepły oddech. Niespodziewanie wyciągnął rękę i pogłaskał Jarosława po plecach, po łopatce. Znów popatrzyli na siebie znacząco, a potem Jerzy bardzo powoli wysunął rozgrzaną i miękką dłoń do przodu i oparł na piersi mężczyzny. Nie trwało to długo, ale kiedy cofnął w końcu rękę, Jarosław poczuł, że włoski na szyi i karku delikatnie mu się podniosły. Był trochę podniecony. Poczuł ten charakterystyczny prąd idący w dół, wzdłuż kręgosłupa, a potem pulsowanie w dole brzucha. Raz jeszcze pomyślał z żalem, że wolałby zostać blisko tego pięknego, smutnego chłopca w nagrzanym majowym słońcem pokoju.

Napisał mu w jakimś liście, że czuje przy nim swoją intymną nieudolność. I jeszcze, że nie miał zbyt dużo doświadczenia w "tych sprawach" i zawsze, kiedy dochodziło między nimi do zbliżenia, niepotrzebnie się spieszył. Jurek śmiał się z tych wyznań. Nie mówił tego głośno, ale był dumny, że może czegoś nauczyć starszego i doświadczonego mężczyznę. Dobrze wiedział, że bez trudu mógłby zaciągnąć do łóżka prawie każdą kobietę i wielu mężczyzn. I nawet teraz, w tym pokoju, kiedy tak patrzyli na siebie wyczekująco, widział, że ma nad Jarosławem władzę.

Po chwili stał już z powrotem przy drzwiach. Jarosław go nie zatrzymywał. W pisanym dwa tygodnie po śmierci ukochanego liście do Jerzego wspominał dalszą część tej nocy:

"Nigdy Ci tego nie zapomnę. Wobec tego gestu blednie nasza ostatnia, naprawdę już ostatnia rozmowa. Kiedy wróciwszy z Ambasady, zastałem Cię w łóżku i przykląkłem przy Tobie, a Ty włożyłeś Twoje długie zimne palce daleko za kołnierz i głaskałeś mnie po plecach z czułością i potem pozwoliłeś mi się pocałować cały . Czuję jeszcze dzisiaj dotyk Twoich palców na moich plecach, pieszczotę Twojej najpiękniejszej na świecie ręki. (...) Między nami stała czarna i okropna łódź, która Cię zabrała w podróż na świetliste oceany".

Wrócił późno i od razu poszedł do chorego, który leżał w rozkopanej pościeli, z zamkniętymi oczami. Nie spał. Bez słów przesunął się powoli na prawą część łóżka, by zrobić miejsce dla Jarosława, ten szybko się rozebrał i położył obok. Jurek przez chwilę wciskał głowę w plecy kochanka, łaskocząc włosami delikatną skórę na szyi. Szybko jednak zaczął się dusić i musieli się od siebie odsunąć, żeby ułatwić mu oddychanie.

W ciemności oplatające Jarosława nogi i ręce wydawały się jeszcze chudsze niż w świetle dziennym. "Zupełnie jakby rozpadał się na moich oczach".

Rzadko zdarzało mu się odczuwać pożądanie przy tym jeszcze niedawno urzekająco pięknym chłopaku. Teraz to były już tylko czułość i żal, że wszystko tak strasznie się kończy. Bał się go dotknąć. Bał się, że może mu zrobić krzywdę, że tamten jest za słaby, a on sam za duży, za ciężki, zbyt niezgrabny.

Usnęli nad ranem. Kilka godzin później Jerzy wstał zbyt energicznie jak na swoje osłabienie, ogolił się i ubrał starannie. Był bardzo blady.

Pociąg, którym Jarosław jechał do Moskwy, odjeżdżał o 12.30. Bagaże spakowane, paszport i bilet leżały na stole w kuchni.

Na dworcu byli za wcześnie. Tuż po 12 wmieszali się w tłum, były jakieś delegacje, odprowadzający. Wymienili zdawkowe słowa i trzeba było się żegnać. Jarosław już w pociągu zatrzymał się w korytarzu, otworzył okno i stanął przy szybie. Jerzy zdążył podać mu paczkę z papierosami i szklanymi lufkami oraz gazety. Przełożył rzeczy przez szybę i przelotnie musnął go zimną ręką. Jarosław przytrzymał ją w swojej przez bardzo krótki moment. - Trzymaj się, Jerzy. I proszę cię, nie zapieraj się tak - krzyknął przez okno. - Wiesz, że to teraz jedyne wyjście... - powiedział ciszej, bardziej do siebie. Ale Jurek już nic nie odpowiedział.

"Nie zapieraj się tak" - to mają być jego ostatnie słowa? Parę minut później przy wejściu zrobił się ruch, wsiadał jeszcze ktoś bardzo spóźniony. Zamknięto drzwi i pociąg zaczął wytaczać się z peronu. Jerzy nie spuszczał z niego wzroku. "Gdy pociąg odjeżdżał, patrzyłem tylko na niego. Stał niezmiennie chudy, w ciemnych okularach. Nie machał dłonią. (...) Był strasznie blady i nieruchomy. Tak mi został w oczach na zawsze".

Czego dowiemy się z nowej książki o Jarosławie Iwaszkiewiczu



***

" Tylko pamiętaj, pochowaj mnie na jakimś wiejskim cmentarzu... .

Milczałem. Po chwili dodał: I żebyś mi posadził na grobie... . Ostatniego słowa nie zrozumiałem. Spytałem: Co?. Zniecierpliwił się. Narcyzy, żebyś mi posadził narcyzy. Milczałem znowu".

Tekst przygotowany na podstawie rozdziału książki Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" (Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, 2015). Skróty - "Wyborcza".

Wykorzystane źródła: Jarosław Iwaszkiewicz, "Dzienniki 1956-1963", t. II, wpis "Śmierć Jurka", październik 1959 (oprac. i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik, 2010); Iwaszkiewicz, opowiadanie "Tatarak"; niepublikowane listy Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego z 12 września i 26 listopada 1958 r. oraz 14 czerwca 1959 r., rękopisy w zbiorach biblioteki Zamku Królewskiego w Warszawie, oprac. Anna Król).

 Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie
"Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"
Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, 2015





Książki Anny Król o Jarosławie Iwaszkiewiczu są dostępne na publio.pl >>





NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla Was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej - zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie Akademia Opowieści.
Termin nadsyłania prac: do 31 marca 2017 roku.



W Akademii Opowieści:

Przykuj mnie! Opowieścią. Śmigulec pyta, jak pisać o najważniejszym człowieku w życiu

Tomasz Pietrasiewicz: 43 tys. Żydów mieszkało w Lublinie w 1939. O każdym chcemy coś napisać




Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.