Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Z jednej strony broni piórem wartości chrześcijańskich i konserwatywnych, a z drugiej z uśmiechem firmuje jeden z głównych polskich rozrywkowych programów telewizyjnych - "Mam talent".

Szymon Hołownia jest postacią ze świata celebrytów. Ale denerwuje się, gdy mu to wypominam. - Ktoś, kto pojawia się w telewizji, od razu staje się celebrytą? Najczęściej widuje się tam proszek do prania.

Podczas przerw w nagraniach programu zaczął podróżować. Był w USA, w Ameryce Południowej, w Azji, ale omijał Afrykę. Do czasu, aż dowiedział się o wiosce Kasisi w Zambii i działającym tam sierocińcu, którym zajmują się polskie siostry - Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej ze Starej Wsi. Pojechał tam i szybko zaangażował się w pomoc, wykładając na to własne pieniądze. Wiosną 2013 r. założył Fundację Kasisi. Teraz namawia ludzi, by pomogli mu pomagać dzieciom z Afryki.

Co sprawiło, że ten kontynent tak go przyciągnął? Moda? Wiara? Altruizm?

Sebastian Kucharski: Skąd znany człowiek mediów w afrykańskim sierocińcu?

Szymon Hołownia: O Kasisi opowiedział mi kolega ks. Kazimierz Sowa. Mówił, że w czasie odwiedzin u polskich misjonarzy w Afryce trafił na wyjątkowy sierociniec. Że nigdzie nie spotkał tak szczęśliwych sióstr, tak szczęśliwych dzieci i biedy zarządzanej z tak szwajcarską precyzją. Zadzwoniłem tam i zapytałem sióstr, czy mogę przyjechać. One wpisały moje nazwisko do Google'a i nie wyraziły entuzjazmu. Po co im w domu dziennikarz? Robiły, co mogły, żeby mnie zniechęcić. Pytałem, jakie będę miał obowiązki. "O, może parę razy w tygodniu dyżury przy niemowlętach, bo wie pan, węże się zakradają i kąsają, to pan by nam tych dzieci bronił ".

Jak wygląda wasza pomoc?

- Współfinansujemy jedzenie, leczenie, współpłacimy za szkoły, kupiliśmy ambulans, sfinansowaliśmy panele słoneczne zapewniające prąd w krytycznych miejscach sierocińca, wyremontowaliśmy pralnię, teraz remontujemy część mieszkalną, żeby dzieci nie musiały spać po troje w jednym łóżku. We wrześniu przyjechał do Polski na studia medyczne nasz pierwszy student. Kiedyś w Kasisi tygodniowo kupowano 200 bochenków chleba i dzielono jak rarytas, dziś spokojnie kupujemy 450 i każdy ma go do syta. Jest tak, odkąd uruchomiliśmy na naszej stronie "Spiżarnię", coś na kształt wirtualnego sklepu spożywczego. Jeszcze dziesięć lat temu w Kasisi umierało rocznie kilkanaście, kilkadziesiąt dzieciaków. W tym roku pożegnaliśmy tylko dwójkę.

Dzięki temu, że w Kasisi zostałem przyjęty jak domownik, a nie bankomat, zrozumiałem, jak ważne jest zapewnienie takim miejscom stabilnej perspektywy, comiesięcznych, przewidywalnych przelewów na jedzenie, prąd czy płace pracowników. Ale czasem trzeba też zadziałać interwencyjnie. Zdarzało nam się wysyłać do Zambii człowieka z opakowaniem tabletek, które musiały się znaleźć na miejscu w 24 godz., by ktoś potrzebujący nie umarł. Zdarzało mi się płacić decydujące o czyimś życiu groszowe rachunki za szpital. Ampułka morfiny niedostępnej w Rwandzie w Polsce kosztuje ok. 1 zł. Tylko trzeba ją tam sprowadzić.

W sierocińcu, który wspiera pana fundacja, nie ma bezosobowych statystyk. Umierają konkretne dzieci.

- Na szczęście, jak mówiłem, umiera ich coraz mniej. Gdy pierwszy raz pojawiłem się w Kasisi, jedynym klimatyzowanym pomieszczeniem była kostnica. W tej chwili klimatyzacja jest w salach chorych, w gabinetach zabiegowych, mamy koncentratory tlenu, mamy nawet podarowany siostrom przez Fundację PZU superaparat USG.

W tym roku odszedł od nas Franek, nazywany przez nas Księciem, niesamowity chłopak, który trafił do nas w ostatnim stadium AIDS - ważył 18 kg. Dzięki trosce sióstr, i tylko dzięki niej, zebrał w sobie resztki sił do życia i spędził z nami piękne trzy lata. Szukałem różnych sposobów, żeby mu pomóc, ale nikt nie wykona jednoczesnego przeszczepienia płuc i serca dzieciakowi z tak rozwiniętym AIDS.

W Kasisi płakałem dwa razy. Za pierwszym razem, gdy zmarł przy mnie jeden z podopiecznych, który spędził z nami zaledwie kilka dni, półtoraroczny Adison. Był bardzo chory i strasznie cierpiał. Po jego śmierci się po prostu rozryczałem. Poszedłem pod płot, nie chciałem, żeby mnie dzieci widziały. Po chwili podszedł do mnie Moses, chłopaczek, który jest chory na anemię sierpowatą. Wziął mnie za rękę, nic nie mówił, ale wyczułem, co myślał: "Adison umarł, ale ja wciąż żyję, a obiecałeś mi, że się pobawimy". Drugi raz płakałem po śmierci Franka.

Był pan świadkiem, jak afrykańska rodzina oddaje dziecko do sierocińca?

- Nieraz. Pamiętam, jak matka przyniosła do nas chłopaka - jego ojcem był człowiek, z którym uprawiała seks za pieniądze. Twierdziła, że umiera na AIDS, że mieszka z małym na przystankach busów. Podpisała wszystkie papiery i stwierdziła: "No, to teraz jestem wolna". I poszła. Ostatnio wróciła, a więc przeżyła. Jej dziecko na szczęście trafiło już do adopcji.

Jeśli dziecko ma biologiczną rodzinę, siostry starają się, by miało z nią jak najlepszy kontakt, my jesteśmy tylko od tego, by zastąpić szwankujące funkcje rodzin. Zdarza się też jednak, że o dziecku nie wiadomo nic. Niedawno do Kasisi trafili dwu-, trzyletni brat z siostrą porzuceni przez matkę w centrum handlowym. Nie wiem, w jakiej była sytuacji, więc jej nie osądzam. Wiem tylko, że postąpiła mądrze, zostawiając dzieci tam, gdzie natychmiast ktoś je znalazł.

Chcesz pomóc ludziom w Afryce? Nie wiesz jak? Więcej informacji: www.fundacjakasisi.pl, www.dobrafabryka.pl

Cały wywiad w bożonarodzeniowym wydaniu ''Magazynu Świątecznego''. Już w sobotę w kioskach i na wyborcza.pl/magazyn

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.