Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nic na to nie poradzę. Co parę tygodni żona opowiada mi o nowej lekturze swojego klubu czytelniczego, a ja - bez względu na to, co to za książka, czy ją czytałem, czy nie - wygłaszam na jej temat opinię na podstawie No właśnie, na podstawie czego? Często nie znam nawet recenzji czy omówienia tej książki, a jednak wypowiadam się swobodnie o górnolotnym stylu Cheryl Strayed lub tłumionym sentymentalizmie Edwige Danticat. Te okruchy danych pochodzą najwyraźniej z eteru - czy też, by rzecz ująć bardziej realistycznie - z tego, czym mnie karmią media społecznościowe.

O co chodziło z tym atakiem Solange Knowles na Jaya Z w windzie? Nie oglądałem zapisu z monitoringu - za długo by to trwało - tylko przeleciałem przez parę czatów i dowiedziałem się, że Solange wcześniej usunęła ze swojego Instagramu fotki swojej siostry Beyoncé. A co sądzę o najnowszym sezonie ''Gry o tron'' i o scenie gwałtu w krypcie? Nie oglądałem tego, ale przerzuciłem streszczenia na Vulture.com i jestem gotów bronić opinii, że jest po prostu oburzająca. Czy Franciszek to papież postmodernistyczny? Nie wysłuchałem ani jednego kazania, nie oglądałem go nawet w ostatnim programie ''60 minut'' w CBS News, ale widziałem sporo tweetów przesłanych z @Pontifex, więc mogę stwierdzić, że jego stanowisko w sprawie nierówności i sprawiedliwości społecznej jest rzeczywiście postępowe.

Nowa absolutna niewiedza

Nigdy jeszcze nie było tak łatwo udawać, że wie się bardzo dużo, podczas gdy nie wie się nic. Na bieżąco wyskubujemy z Facebooka, Twittera czy biuletynów mailowych pożywne kąski, by następnie je z siebie wypluwać. Zamiast oglądać ''Mad Men'', Super Bowl, ceremonię wręczenia Oscarów czy debatę prezydencką, wystarczy przelecieć przez czyjeś tweety na żywo albo następnego dnia przejrzeć streszczenia. Nasz kanon kulturowy w coraz większym stopniu wyznacza to, co jest najczęściej klikane.

W książce ''Cultural Literacy: What Every American Needs to Know'' [''Orientacja w kulturze: co każdy Amerykanin musi wiedzieć''] z 1987 roku E.D. Hirsch jr wymienia 5 tys. nazwisk i idei - np. pozycja 1066.: ''Babbitt'' [powieść Sinclaira Lewisa], w stylu Pickwicka - które powinni znać ludzie kulturalni. (W każdym razie tak mi się wydaje, bo nie czytałem tej książki). Książka Hirscha, podobnie jak praca Allana Blooma ''Umysł zamknięty'' [''The Closing of the American Mind''], jej rówieśniczka, dowodzi, że orientacja w kulturze - Bloomowski kanon - to fundament wartości, jakie wspólnie wyznajemy.

Dzisiaj wszyscy odczuwamy nieustającą presję, by zawsze wiedzieć, co trzeba, bo a nuż się wyda, że jesteśmy niezorientowani w kulturze. Byśmy byli w stanie wyjść cało z dyskusji w windzie, na spotkaniu biznesowym, w biurowej kuchence, na cocktail party; byśmy mogli postować, tweetować, czatować, komentować i esemesować i robić wrażenie, że sami wszystko widzieliśmy, czytaliśmy, oglądaliśmy, słyszeliśmy. W zalewie petabajtów danych liczy się nie to, czy osobiście mieliśmy do czynienia z jakimiś treściami, ale po prostu czy wiemy o ich istnieniu oraz czy mamy na ich temat wyrobione zdanie i jesteśmy w stanie włączyć się w czat. Jesteśmy niebezpiecznie blisko parodii znawstwa, która w istocie jest nowym modelem absolutnej niewiedzy.

Magazyn rzeczy najważniejszych: ''Szarża samotnego bibliotekarza''


Wykład Andrewa Keena, krytyka masowego publikowania w sieci, podczas konferencji TEDx.

Cięte uwagi z osi czasu

Umieszczony w sieci przez amerykańskie radio publiczne NPR primaaprilisowy materiał pod tytułem ''Dlaczego Ameryka przestała czytać?'' jak wirus wszedł na Facebooka, gdzie zorientowani w rzeczy dowcipnisie udostępniali tekst, a kolejne osoby, dołączając do oburzonego chóru tych, co to przecież czytają , przesyłały linki dalej z zachętą ''Przeczytajcie koniecznie!'', tyle że nie wchodząc na przywoływaną stronę. Gdyby weszły, mogłyby się przekonać, że cała sprawa jest żartem: ''Czasem mamy wrażenie, że ludzie komentują teksty, których wcale nie czytali. Jeśli czytasz te słowa, prosimy o polubienie nas bez wysyłania komentarza. Przekonajmy się, co ludzie mają do powiedzenia na temat tego >>materiału<<''.

Według badania przeprowadzonego niedawno przez American Press Institute niemal sześcioro na dziesięcioro Amerykanów przyznaje, że czyta wyłącznie nagłówki wiadomości. Wiem o tym tylko dlatego, że rzuciłem okiem na nagłówek tekstu w ''Washington Post'' mówiącego o tym badaniu. Rzuciłem okiem - więc przekazuję dalej. Autorzy komentarzy często zaczynają posty od ZD; NC - co jest skrótem od: zbyt długie; nie czytałem - a następnie tak czy inaczej wyrażają opinię na dany temat. Tony Haile, główny analityk w firmie Chartbeat, która bada ruch w sieci, stwierdził ostatnio: ''Nie znaleźliśmy żadnej korelacji między udostępnianiem w sieci a rzeczywistym czytaniem'' (tę informację zamieścił na Twitterze).

Tak naprawdę nie kłamiemy, ze znawstwem kiwając głową na przyjęciu albo przy drinku, gdy ktoś z kolegów wspomni coś o jakimś filmie albo książce, których nie widzieliśmy aniśmy nie czytali - ba!, których recenzji nawet nie znamy. Są spore szanse, że nasza rozmówczyni także jedynie powtarza cięte uwagi kogoś ze swojej osi czasu czy grona. Cała nasza komunikacja na żywo jest zbudowana z paru faktoidów złowionych podczas codziennego przeglądu apek na iPhonie. Kto by chciał być luddystą spowalniającym bieg rozmowy przez deklaracje, że tak naprawdę to nie czytał żadnej z książek Malcolma Gladwella i chyba nawet nie rozumie, co oznacza przymiotnik ''gladwellowski'', choć czasem się nim posługuje?

Algorytm rządzi wiedzą

Kiedy tylko ktoś gdzieś o czymś wspomni, musimy udawać, że wiemy, o co chodzi. Dane stały się naszą walutą. (W przypadku bitcoinów, będących klasycznym przypadkiem czegoś, o czym wszyscy mówimy, mimo że chyba nikt tak naprawdę tego nie rozumie, walutą całkiem dosłowną).

Ci z nas, którzy zawodowo zajmują się zbieraniem, rozpowszechnianiem i innymi formami obrotu informacją, są tu być może winni najbardziej. Ostatnio rozmawiałem przez telefon z redaktorem, który wspomniał o tekście pewnego wybitnego pisarza. Stwierdziłem, że owszem, czytałem. Dopiero w trakcie dalszej rozmowy doszło do mnie, że ten tekst nie został jeszcze opublikowany, więc żadną miarą nie mogłem go czytać. W tym momencie omawialiśmy już jednak sprawę ewentualnej publikacji materiału o polityku z Kalifornii, który został przyłapany na dość skomplikowanym skandalu. Żaden z nas nie mógł sobie przypomnieć, jak ten polityk ma na imię. Czy to nas powstrzymało przed fachowym omówieniem argumentów za powstaniem ewentualnego artykułu i przeciw niemu? Bynajmniej.

A może ocali nas tradycyjna szkoła?: ''Mądrość 2.0''


To całkiem zrozumiałe, że w rozmowie jedna lub obie strony mogą mieć jedynie mgliste pojęcie, o czym mowa. Wszyscy jesteśmy zabiegani, a jeśli wierzyć pospiesznym odpowiedziom, jakie dostaję (jeśli dostaję) na e-maile, jesteśmy bardziej zabiegani niż którekolwiek z poprzednich pokoleń. Ponieważ spędzamy tak dużo czasu na wpatrywaniu się w telefony i monitory, esemesowaniu i tweetowaniu o tym, jacy to jesteśmy zajęci, nie mamy już czasu na to, by przyswajać materiał z pierwszej ręki. Raczej już polegamy na pobieżnych obserwacjach naszych ''znajomych'' albo ludzi, których ''followujemy'', albo - no właśnie - albo kogo?

Kto decyduje o tym, co wiemy, jakie opinie dostrzegamy, które myśli przekazujemy dalej jako własne obserwacje? Otóż decydują algorytmy, jako że Google, Facebook, Twitter i cała reszta postindustrialnego kompleksu mediów społecznościowych posługują się skomplikowanymi matematycznymi narzędziami, by określić, co tak naprawdę czytamy, widzimy i kupujemy.

Pigułka z Dickensa

Nasze opinie pochodzą z outsourcingu w tym obiegu informacji, który pozwoli nam zachować stabilną pozycję na przyjęciu, choć tak naprawdę, kiedy niby rozmawiamy o ''The Grand Budapest Hotel'', a żadne z nas nie widziało tego filmu, porównujemy po prostu treści pochodzące z mediów społecznościowych. Czy ktoś gdzieś kiedyś przyzna, że się kompletnie pogubił w rozmowie? Nie. Kiwamy głowami i mówimy: ''Obiło mi się o uszy to nazwisko'' albo: ''Gdzieś słyszałam''. Co zasadniczo znaczy, że nie mamy pojęcia, o kim mowa.

Kiedyś, dawno temu, wiedzieliśmy, skąd się biorą nasze przekonania. W ósmej klasie na angielski musieliśmy przeczytać ''Opowieść o dwóch miastach'', a na wypadek gdyby powieść miała się nam przypadkiem spodobać, dostaliśmy polecenie, by czytając Dickensowski klasyk, zwrócić uwagę na zawartą w tekście symbolikę. Pewnego popołudnia, kiedy w poszukiwaniu symboli udałem się pracowicie do biblioteki, spotkałem grupkę kolegów, którzy wyjęli z kieszeni składane czarno-żółte broszury pod tytułem ''Cliffs Notes'' z Dickensowskim tytułem poniżej. Ten ''przewodnik po lekturze'' był objawieniem.

Oto miałem przed sobą fabułę, postaci, a nawet symbole - wszystko rozłożone na akapity i wypunktowane. Połknąłem ''Cliffs Notes'' w jeden wieczór i napisałem wypracowanie, nawet nie kończąc powieści. Lekcja nie służyła zagłębieniu się i zagubieniu w samym tekście kultury, ale wyłuskaniu z niego samych tylko bryłek cennej rudy czy minerału - danych, faktoidów, tego, ''co trzeba zapamiętać'' - a następnie na puszczeniu ich w ruch na wolnym rynku.

No i wiosłujemy rozpaczliwie...

Wraz z pojawianiem się kolejnych nowych technologii - ruchomej czcionki, radia, telewizji, internetu - rozlegały się lamenty nad bliskim końcem iluminowanych manuskryptów, książek, czasopism i gazet. Dzisiaj różnica polega na wszędobylstwie technologii, która zastępuje każde dawne medium.

Informacja jest wszędzie, stały dostęp do niej mamy w rękach, w kieszeniach, na biurkach, w samochodach, a nawet w chmurze. Nie da się odciąć dopływu danych. W nasze życie wlewa się spieniona fala słów, faktów, żartów, GIF-ów, plotek i komentarzy. I grozi nam potopem. Być może to właśnie strach przed zatopieniem stoi za upartym utrzymywaniem, że sami widzieliśmy, czytaliśmy, że wiemy. Daje nam to nigdy nie dość mocną pewność, że utrzymujemy się na powierzchni. No i wiosłujemy tak rozpaczliwie, czyniąc uwagi na temat memów kultury popularnej.

Bo przyznanie, że zostaliśmy z tyłu, że nie wiemy, o czym wszyscy mówią, że nie mamy nic do powiedzenia na temat każdego kolejnego mignięcia na ekranie, oznacza śmierć.

Przełożyła Magda Heydel. Tekst ukazał się 22 maja w niedzielnym wydaniu ''The New York Times''

*Karl Taro Greenfeld - dziennikarz i pisarz znany przede wszystkim ze swoich artykułów na temat życia we współczesnej Azji

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.