Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zobacz wideo: Edward Miszczak oraz Jerzy Wójcik opowiadają o plebiscycie "Ludzie Wolności"



Zobacz artykuł naczelnego Wyborczej i szefa TVN: Ludzie Wolności! - wielki plebiscyt Gazety Wyborczej" i TVN. Czekamy na Twoich bohaterów.



Grzegorz Giedrys: Polacy desperacko poszukują bohaterów. Celebrujemy każde zwycięstwo Justyny Kowalczyk, Kamila Stocha, Agnieszki Radwańskiej. Cierpimy na deficyt sukcesu.

Prof. Tomasz Szlendak: To nie bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. Giambattista Vico, oświeceniowy myśliciel, podzielił całą historię na trzy epoki. Na początku społeczności prymitywne żyły w świecie, w którym o ich losie decydowali bogowie. Później cześć oddawało się herosom, nadludziom o wybitnej charyzmie i nadnaturalnych zdolnościach. W Polsce takim bohaterem był Tadeusz Kościuszko prowadzący na wojnę wojsko i chłopstwo z kosami na sztorc. Dziś, w epoce ludzi, na firmamencie wolelibyśmy widzieć tych, którzy dzięki ciężkiej pracy i zdolnościom odnoszą sukces.

A małyszomania?

- Adam Małysz nie jest półboskim Herkulesem. To śmiertelnik, który unieśmiertelnił się dzięki tysiącom wyskakanych godzin. A wszystko to w kraju, gdzie - jak cały czas słyszymy - ciężka praca nie popłaca, bo ogranicza nas kumoterstwo, nepotyzm, bezduszna biurokracja, opresyjna polityka fiskalna i zwyczajna zazdrość.

Lubimy mówić o sukcesie mimo strukturalnych blokad.

- Te blokady to nasze własne dzieło. Minęło 25 lat, odkąd upadł ostatni z opresyjnych systemów, który nas tłamsił, i należałoby już chyba zacząć ufać innym ludziom. Kultura zaufania to środowisko, w którym swobodnie mogą już rozkwitać ludzie jako bohaterowie, choć nie jest to aż takie proste, bo wciąż ścierają się w Polsce trzy epoki. Część z nas tkwi mocno w katolicyzmie ludowym i tradycyjnym, czcząc szeroki panteon bóstw. Inni zatrzymali się w punkcie, w którym czci się bohaterów romantycznych. Szczególnie widać to w narodowym nurcie naszej sceny politycznej. Dla jednych bohaterem jest Lech Kaczyński, dla drugich Lech Wałęsa - wielbiciele wyposażają ich w nadludzkie cechy: wypowiadają słowa i stają rosyjskie czołgi, skaczą przez płot i kończy się opresyjny system. Dopiero gdzieś tam w tyle głów trzeciej grupy pojawia się myśl, że sukces można zbudować dzięki zaangażowaniu, poświęceniu, ciężkiej pracy i gruntownemu wykształceniu. Daleko nam jednak do uheroiczniania przedsiębiorców, którzy stworzyli 60 tysięcy miejsc pracy. Czy w panteonie naszych herosów i świętych da się umieścić właścicieli bydgoskiej Pesy, która sprzedaje pociągi na całym świecie?

Wątpię, żeby stali się bohaterami masowej wyobraźni.

- Świat ich ceni, a my w bohaterach wciąż musimy dostrzegać świecące na kilometr aureole. Ze sportem sprawa wydaje się znacznie prostsza, bo Stoch musi wszystkich przeskoczyć. A co to za bohaterstwo uczciwie prowadzić firmę i płacić podatki? Dlaczego nie udaje się pokazać ludziom znakomitego urzędnika, który swoją pracę traktuje jak misję?

Dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy: ''Opowieść o strasznych Polakach''


Co młodzi wiedzą o historii i jak rozumieją patriotyzm - odcinek programu ''Matura to bzdura''

Urzędnika?

- Bez trudu znaleźlibyśmy takich bohaterów. Szwedzi i Duńczycy nie mają z tym żadnego problemu. W Niemczech wielkim szacunkiem darzy się filozofa Jürgena Habermasa, Włosi znacznie wyżej cenią sobie Wisławę Szymborską niż my. Dla Amerykanów historia Lecha Wałęsy wydaje się romantyczna, bo robotnik, a więc zupełny nikt dysponujący niczym doprowadził do upadku zbrodniczego systemu.

Pewien Bośniak ze łzami w oczach gratulował mi Tadeusza Mazowieckiego.

- Ale w narodowym panteonie wolimy wodzów, którzy prowadzą do boju, a nie tych, którzy staną między dwiema armiami i je pogodzą. Nadal cenimy bohaterstwo, którego ceną jest ludzka krew. Przez stulecia musieliśmy składać ofiarę z krwi, aby na chwilę stać się wspólnotą. To się w nas zakodowało, stało się częścią mentalnego genotypu.

Jeśli nawet uznamy powstanie warszawskie za wielką pomyłkę, gdzieś w nas będzie się tliła myśl: "Trzeba było się postawić, dać Niemcowi w zęby bez względu na koszty".

- Takim myśleniem nasiąkamy w domach i szkołach. Jest konsekwencją wielu lat opresji i trudno się mu dziwić. Ale czy sprawdza się w czasie pokoju? Jesteśmy przystosowani do tego, że bohater walczy, a nie buduje. Jesteśmy przyzwyczajeni do myśli, że bohaterstwo rodzi się, kiedy mamy przeciw komu się jednoczyć.

A jeśli tego wroga nie ma?

- To trzeba sobie wymyślić wroga wewnętrznego. Po 25 latach zaczynamy zauważać, że ta wizja nie daje efektów i jest wręcz absurdalna. Polityka to rozsądne rządzenie, poszukiwanie kompromisów i żmudna praca na rzecz społeczeństwa. Nie powinno być w niej miejsca dla aktów histerycznych i dramatycznych, dla machania szabelką. Całe szczęście, że potrafimy docenić to, że młody facet spędził dziesięć tysięcy godzin na treningach. Szkoda, że szanując Kamila Stocha, nie szanujemy wysiłków świetnych nauczycieli, utalentowanych naukowców i osiągających sukcesy przedsiębiorców.

Na uniwersytecie w Toruniu jest Maciej Wojtkowski, który wymyślił i skonstruował tomograf oka. Zdobył nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, o jego badaniach pisze prasa specjalistyczna na całym świecie. I kto o tym w Polsce wie? Nie można kibicować konstruowaniu tomografu oka, a mamy na tym polu absolutne zwycięstwo. Nasi genetycy odnoszą sukcesy, astronomowie odkrywają planety poza Układem Słonecznym, poszerzając nasze wyobrażenia o wszechświecie.

Ośmieszamy Wałęsę, szydzimy z Szymborskiej i Miłosza.

- Przecież każdy może sobie przeskoczyć płot. Każdy w Polsce pisze wiersze, prawda? Ale żeby zakwestionować wartość badań Wojtkowskiego albo astrofizyków, potrzeba kompetencji, nie da się zatem ściągnąć im gaci. Czy Niemcy kiedykolwiek starali się zrobić coś podobnego Habermasowi? Czy Amerykanie kompromitują swoich noblistów za jakieś polityczne deklaracje? U nich to jest prostsze: "Nie zgadzam się z jego wypowiedziami, ale szanuję jego sukces". Koniec i kropka.

A może kiedyś do naszego panteonu trafi taki Habermas?

- Na pewno nie za naszego życia, choć coraz więcej Polaków żyje w epoce ludzi i w swoich mikroświatach cenią autorytety, które wykuły się w toku praktycznych działań.

Podobno młodzi nie mają dziś autorytetów.

- Świat hierarchiczny, w którym na górze są jacyś bohaterowie i bogowie, to dla nich abstrakcja. Znacznie większe znaczenie mają dla nich ludzie, którzy zdobywają masę lajków na Facebooku, czyli w sieci, gdzie wszyscy są sobie równi. Dlatego zamiast polityka cenią wyżej rówieśnika, który jest najlepszy w jeździe na deskorolce, a jego wyczyny na YouTubie śledzą tysiące użytkowników. 30 procent naszych nastolatków pochodzi z nieuprzywilejowanych klas społecznych, a takie filmiki pokazują, że jest szansa, aby mogli wznieść się ponad swoje środowisko i ponad siebie, choć wydaje się pewnie starszym, że w jeździe na deskorolce nie ma nic heroicznego.

Autorytety przyszłego elektoratu: ''Bóg, honor, hip-hop''


''Istoty hybrydalne'' - Tomasz Szlendak o polskiej młodzieży

Nikt z nich nie przeskoczy płotu skoczni, nie obali systemu, nie zostanie prezydentem albo biskupem.

- Dlatego wybierają bohaterów na swoją miarę, na ludzką miarę. Piotr Czerski napisał manifest o tym, że pokolenie internetu nauczyło się życia w systemie niehierarchicznym, w którym to użytkownik jest prawodawcą i obywatelem zarazem. O miejscu w świecie decyduje tam komunikacja.

Tak już będzie zawsze?

- Socjolodzy zapewne powiedzą, że rozwój społeczeństwa uzależniony jest od technologii, które decydują bezpośrednio o naszych narzędziach komunikacji. Ludzie powyżej 35. roku życia i ci, którzy nie przekroczyli 25. roku, żyją dziś w różnych światach. Ci ostatni nie mają już żadnych bóstw z nadania, automatycznych autorytetów, pokazanych palcem nauczyciela lub rodzica wzorców. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest premierem czy biskupem.

Mam 35 lat i bliższa wydaje mi się epoka bohaterów. 20-latkowie to dla mnie obcokrajowcy.

- Nic dziwnego, bo socjalizacja, również ta szkolna, przebiegała właśnie w klimacie starego hierarchicznego świata. Pewnie coraz częściej łapie się pan na myśleniu, że młodzi nie mają szacunku dla pana herosów, nie wyznają tych samych wartości, nie padają na kolana przed wielkością pańskich nauczycieli.

Moi profesorowie na ich szacunek muszą sobie po prostu zasłużyć.

- Żadna szkoła ich nie zmusi, by cofnęli się do epoki herosów. Nie ma co młodych ludzi pytać o autorytety, bo nie zrozumieją pytania. A przynajmniej nie zrozumieją go tak, jak rozumieją je ludzie starsi. Wskażą zapewne z osób publicznie znanych Jurka Owsiaka i Kubę Wojewódzkiego, którzy ścierają się ze światem w codziennej, agresywnej komunikacji i doskonale sobie radzą w psychozie lajków.

Dlaczego tak wielu młodych jako autorytet wskazuje Jana Pawła II?

- Przychodzi ankieter, młody człowiek jest zakłopotany i gdzieś z tyłu głowy mu świta, że warto powiedzieć, że Jan Paweł II był wielkim Polakiem. Gdyby dopytać, o czym nauczał papież, ten młody człowiek wzruszyłby ramionami i zrobił okrągłe oczy. Ale tak samo zrobiliby nawet zdeklarowani starsi katolicy, którzy obok albumów ze zdjęciami z papieskich pielgrzymek trzymają wszystkie encykliki. Nigdy ich nie przeczytali.

Z czego więc wynika nasze przywiązanie do drogowskazów moralnych?

- Brak drogowskazów, zwłaszcza w trudnym otoczeniu, powoduje zagubienie. W miastach nasila się desakralizacja: religia przestała być doznaniem metafizycznym i rodzajem duchowej refleksji, a teraz przestaje być rytuałem, na którym zasadza się cykliczność ludzkiego życia. Porządek religijny narzucał nam normy społeczne i rytuały codzienności. Znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy stare autorytety i wartości gdzieś giną i zamazują się, nowy świat w ich miejsce nam niczego wyraźnie nie proponuje. Dlatego tak kurczowo trzymamy się starego porządku, żeby nie utonąć, nie pogubić się. Dlatego wielu z nas wraca do epoki bogów i bohaterów.

''Polityka'' sprawdza, co zostało z ''pokolenia JP2''

Najmłodszego pokolenia nie łączy żadne wspólne przeżywanie historii. Gdy inni mieli powstania, stan wojenny albo przełom 1989 roku, nic dla nas nie zostało. Mamy celebrować upadek rządu Olszewskiego albo fajerwerki nad naszymi miastami, bo weszliśmy do Unii Europejskiej?

- Tu akurat bym z panem polemizował. Oficjalna feta rocznicowa doświadczeniem formacyjnym nie jest, ale faktyczne otwarcie granic zmieniło życie milionów Polaków, część na zawsze już stąd wyjechała. Schengen otworzyło nasze umysły, zglobalizowało nasze głowy.

Dziś możemy doświadczać polskości, patrząc na Polskę z dystansu. Formować swoją świadomość z perspektywy Londynu, Dublina i Madrytu. Wejście do Unii Europejskiej jest najmocniejszym doświadczeniem całego tego ćwierćwiecza, bo całkowicie przemodelowało naszą autoidentyfikację. Mówimy: "Jestem Polakiem", choć częściej definiujemy się inaczej: "Jestem torunianinem", "Jestem Ślązakiem", "Jestem Europejczykiem". Czytając wywiady z młodymi aktorami, nawet tymi, którzy grają w "Kamieniach na szaniec", dowiemy się, że czują się przede wszystkim Europejczykami.

Co ja mam wspólnego z moim przyjacielem, który patrzy na swój kraj i swoją polskość z odległości Londynu? Zrozumiem, co mówi, ale nigdy nie wejdę w jego skórę, nie przejdę na ten metapoziom.

- Rozumiem pana obawy, ale sądzę, że to unijne otwarcie głowy będzie nas ze sobą łączyło. Będzie pan cenił tych samych bohaterów, jakich cenią nasi rodacy na emigracji: projektanta mody, który zdobył Londyn, polskiego designera, który nakreślił nowy model Jaguara. Polskość romantyczna w nich z czasem wyblaknie. Oni w niczym nie przypominają emigrantów lecących do Chicago w latach 70. i 80., którzy zabrali ze sobą cały polski kulturowy plecak i zamknęli się w gettach.

Gazeta w Londynie nie przypomni im o rocznicy powstania warszawskiego, ruchu na ulicy nie wstrzymają syreny.

- Ich dzieci nie poznają poświęcenia powstańców listopadowych i styczniowych ani entuzjazmu po zwycięstwie w powstaniu wielkopolskim.

Philip Zimbardo twierdzi, że heroizm można zdemokratyzować, że nie trzeba być bohaterem wojennym, aby zasłużyć na chwałę. Wystarczy nieco codziennego poświęcenia, aby stać się wielkim człowiekiem. W Polsce otworzy w kwietniu ośrodek, który ma uczyć takiej postawy. Brzmi to bardzo naiwnie.

- Też nie wydaje mi się to realne. Czy jesteśmy zdolni do poświęcenia się dla dobra wspólnego? U nas w ogóle nie ma takiej kategorii jak dobro wspólne. Po co mam zbierać psie kupy, jeśli inni ich nie zbiorą? Wyjdę na frajera i głupca. Jeśli oderwiemy się od poziomu trawnika i przyjrzymy się innym sferom życia w naszym kraju, zobaczymy, że nie jesteśmy zdolni do drobnych poświęceń, a co dopiero do wykonywania misji na rzecz drugiego człowieka. To nas za dużo kosztuje. Wolimy akcje, jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, bo przypomina gwałtowny zryw powstańczy, gdzie wszyscy są normatywnie pobudzani i kłuci do czynienia dobra. Do tego jednorazowego bohaterstwa jesteśmy napędzani cały rok.

W czasie żałoby zawsze obchodzimy "narodowe rekolekcje".

- To uniesienia emocjonalne, tanie gesty. Stanie w kolejce, aby zobaczyć prezydencką trumnę, nie wymaga poświęcenia na rzecz innego. To mnie autentycznie wkurza, że w Polsce wielce szanuje się wykonywanie czynności symbolicznych, które są faktycznie bezkosztowe. Żałoba, noszenie flagi, zapalenie świeczki w oknie ceni się u nas wyżej niż prawdziwe zaangażowanie.

Wspólne rocznice? Nawet to zepsujemy: ''Polak z maczugą walczy o pamięć''


Co prawica ma za złe nowemu patriotyzmowi: Stanisław Janecki komentuje akcję ''Orzeł może''

Kibole też wykrzykują hasła patriotyczne.

- Więcej kosztuje postawa sąsiadki, która sprząta po swoim psie. A gdzie jest przedsiębiorca, który dba o swoich pracowników, uczciwie ich wynagradza, nie zatrudnia na śmieciówkach i nie jęczy na politykę fiskalną? A gdzie są animatorzy kultury pracujący na rzecz lokalnej społeczności?

Pani, która sprząta po psie, według Zimbardo jest bohaterką. Naraża się przecież na kąśliwe uwagi sąsiadów. Ta Która Zbiera Psie Gówna naraża się dla większego dobra.

- Polak Polakowi nie ufa, nie jest wrażliwy na krzywdę drugiego. Zaufanie ograniczamy do kręgu najbliższej rodziny. Gdyby pan ufał drugiemu Polakowi, wiedziałby, że jego dobro jest w istocie pańskim dobrem.

Zimbardo dużo mówił o codziennym bohaterstwie: przeciwstawieniu się dyskryminacji, korupcji, mobbingowi w pracy.

- Musi pamiętać, że przyjeżdża do kraju, w którym trwa jednocześnie epoka bogów, bohaterów i ludzi. Trudno wytłumaczyć nam, że proste codzienne dobro może być bohaterstwem. To powinno być zasadnicze zadanie takiego ośrodka. Kto poświęca własny czas, pieniądze, wygodę i status dla publicznego dobra, powinien być bohaterem. Żadna szkoła tego nie uczy, a im więcej czasu spędzimy na nauce o codziennym prostym bohaterstwie, nasz panteon wypełnią ludzie, którzy pracują na rzecz swojego środowiska, uczciwi przedsiębiorcy i panie zbierające kupy. To oni zmieniają nasz świat na lepsze. Wkurza nas nepotyzm, łapówkarstwo, cwaniactwo, a bohaterów szukamy wśród ludzi, którzy powtarzają nieustannie te same hasła o heroicznej, nadludzkiej, wielkiej Polsce. I siedząc w telewizji, machają słowną szabelką.

Niedawno mówił pan o ''Warsaw Shore'' - programie MTV, który pokazuje grupę Polaków spędzających czas na dzikiej imprezie i nieustannej kopulacji. Ich aspiracje kończą się na tym, że warto zajebiście wyglądać, jeździć dobrymi samochodami, kosić łatwy hajs i chlać w klubie?

- Ci, którym brakuje kapitału kulturowego, będą widzieć w postaciach z "Warsaw Shore" wzorzec postępowania. Nie trzeba pracować i uczyć się, głupota nie stanowi żadnej przeszkody w życiu, kiedy napakuję się i naoliwię, wypiję kilka drinków, a telewizja pokaże to w paśmie o największej oglądalności. To piach w tryby machiny mozolnie budującej u nas wspólne dobro.

Osoby z wyższym kapitałem - zwłaszcza ci, którzy awansowali społecznie - patrzą na panów i panie z "Warsaw Shore" jak na małpki godne jedynie pogardy. Gdy jedni widzą w tych postaciach wzorzec osobowy, inni widzą odrębną, zdurniałą kastę. To prowadzi do nienawiści. Skończy się tym, że przedsiębiorca z awansu, który się naogląda takich skrajnych przedstawień, nie będzie negocjował z byle plebejuszem i da mu pracę za marne grosze, a plebejusz nie będzie w stanie ubrać swojego sprzeciwu w żadne sensy. I będzie pomstował na świat, w którym tacy jak on robią karierę w telewizjach. "Warsaw Shore" nie tworzy wspólnoty, służy do dzielenia społeczeństwa.

To jacy są nasi bohaterowie, gdy nic nas ze sobą nie łączy?

- Zamykamy się w swoich światach, stylach życia i drobnych tradycjach. Do tego dochodzi historia wielusetletniego zaufania tylko do bliskich nam osób, i internet, który siecze naszą rzeczywistość na małe części. Mamy mikroautorytety i mikrobohaterów, którzy oddziałują jedynie na małą wyspę.

To jaki powinien być bohater naszych czasów?

- Piekielnie trudne pytanie. Mogę jedynie powiedzieć, kim powinien być dla mnie. Myślę o bohaterze pozytywistycznym, który - jak pisał Malcolm Gladwell - wysiedzi dziesięć tysięcy godzin, aby zdobyć niedostępne innym szlify i zrealizować jakiś wielki projekt. To nie muszą być ludzie o ponadludzkich zdolnościach, ale tacy, którzy wnoszą w nasze życie nowe wartości, innowatorzy społeczni. Niech to będą ludzie o szerokich horyzontach myślowych, funkcjonujący w trzeciej kulturze - między humanistyką a naukami ścisłymi, którzy potrafią wskazać, gdzie jest nasza przyszłość. Niech to będą przedsiębiorcy - nie tacy, którzy wykorzystali swoje relacje z dawnym systemem, aby stworzyć fortuny, ale ci, którzy ciężko pracują, łącząc tę pracę z wielką wyobraźnią. Choćby twórcy gry ''Wiedźmin''.

A co z sąsiadką, która sprząta po swoim psie?

- Bez nagłośnienia jej małego codziennego poświęcenia nie będziemy wiedzieć, że to bohaterstwo. Tak samo nie dowiemy się nic o nauczycielce, która uczy dzieci, jak współpracować, wpaja im coś więcej niż rozwiązywanie testów. A także o wybitnych uczonych w typie Wojtkowskiego, którzy zmieniają świat. Co z tego, że nie mają anielskich skrzydeł i aureoli, że nie prowadzą kosynierów do kolejnej bitwy albo na skoczni nie lecą daleko poza czerwoną linię. Musimy się nauczyć, gdzie w innych sferach naszego życia, poza sportem, biegnie właśnie ta czerwona linia, której przekroczenie decyduje o tym, kto staje się bohaterem.

*Tomasz Szlendak - ur. 1974. Socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zajmuje się psychologią ewolucyjną, kognitywistyką, socjologią i antropologią konsumpcji. Wydał m.in. ''Leniwe maskotki, rekiny na smyczy''.

Jakie życie nam się marzy: ''O czym marzy syty Polak?''


Prawica zastanawia się, co łączy, a co dzieli Polaków. Debata kongresu Polska - Wielki Projekt ''Preferencje ideowe Polaków''

Dyskusja o 25-letniej Polsce

Przy okazji plebiscytu chcemy podyskutować z czytelnikami "Gazety Wyborczej" o tym, co nam się udało wspólnie zrobić w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Jak doceniliśmy i wykorzystaliśmy naszą wolność? Co jeszcze powinniśmy zrobić, żeby nam wszystkim było z tą wolnością lepiej?

W poniedziałek rozpoczynamy debatę o polskim biznesie.

Jakie firmy najbardziej zmieniły polską gospodarkę po transformacji? Jakie decyzje gospodarcze okazały się najważniejsze? Kogo ekonomiści i przedsiębiorcy typują na człowieka 25-lecia w kategorii biznes?

Czytaj od poniedziałku w "Gazecie Wyborczej". Pisz do nas: ludziewolnosci@wyborcza.pl



Fot. Gazeta Wyborcza / TVN

A poza tym w Magazynie Świątecznym m.in.:

Obama wie, jak wygrać z Putinem
Kibicujmy Amerykanom, żeby na następnego prezydenta wybrali kogoś równie rozsądnego jak Obama
Putin jest agresywny, bo jest słaby
Jaki to cud sprawił, że obywatele na Ukrainie się przebudzili i zwyciężyli? Poczytaj o fizyce kwantowej - radzi George Soros
Przylądek tłustych kocurów
Na Krymie nawet pościel z państwowego przedszkola można wyprać wyłącznie w bandyckiej pralni
Dlaczego musimy się zmienić?
Ponieważ doszliśmy do punktu, z którego nie tylko nie widać przyszłości, ale nawet horyzontu. Wszystko zdominowała mgła, mgła demokracji bez serca i liberalizmu bez wolności, wolności wykorzystanej przez siebie i dla innych
iPokurcz buduje cywilizację ofiar
Dwa stulecia po rewolucji przemysłowej technologia znów zamienia nas w kaleki. Małego niewolnika maszyny parowej zastąpił nastoletni niedojda ze smartfonem
Lodowi wojownicy boją się kobiet
Kiedy mojej koleżance udało się zrobić superdrogę w Tatrach, panowie byli załamani. Padały teksty w stylu: "Po co będziemy tam chodzić, jak już baby to zrobiły?"
Chuligan w kościele JP2
Jest takie coś, co od biedy dałoby się nazwać Bogiem albo absolutem, i niechby sobie to było, jakie chce, tylko wydaje mi się, że to ma bardzo mało wspólnego z tym, co rzekomo mieszka w kościołach. Z poetą Jackiem Podsiadłą rozmawia Dorota Wodecka
Pokusa mocy zbiorowej
Skrajna prawica osiągnęła świetne wyniki we francuskich wyborach lokalnych. Czy zagraża nam faszyzm? Ruch tego typu już się w Polsce zadomowił

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.