Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Poruszam w tym krótkim kończącym rozdziale [książki ''Rok 1989''] sprawy różne, które uważam za istotne dla naszego dalszego rozwoju. Wiem, że każda z nich wymaga osobnej refleksji i że mój namysł nad nimi przedstawiam tu skrótowo i syntetycznie. Łączę je jednak, bo tak rysują mi się najważniejsze otwarte pytania naszej teraźniejszości i przyszłości.

1. Równość szans

Egalitaryzm został po 1989 r. obśmiany. Winny temu był posługujący się hasłem równości poprzedni ustrój. Cały jego antyrozwojowy charakter - mimo zarządzanych co pewien czas zwrotów i programów naprawy - przypisano zrównaniu w biedzie. Tymczasem to system nomenklatury, wprowadzając odgórne zarządzanie całą gospodarką, uniemożliwiał konkurencję i stał się barierą rozwoju nie do przekroczenia. Wprowadził on jednak cenioną przez ludzi zasadę pełnego zatrudnienia. Dawał poczucie pewności pracy oraz różne świadczenia socjalne, do których, jako należnych z samej zasady od państwa, miliony ludzi się przyzwyczaiły.

Egalitaryzm stanowi jedną z sił motorycznych historii. Nie da się dostrzegać go tylko w wielkich momentach historii, takich jak rewolucja francuska czy amerykańska, a zapominać o tym, że drzemie on w każdych warunkach. System demokratyczny opiera się na wyjściu naprzeciw egalitarnym aspiracjom ludzi, nie zaś na ich negowaniu lub lekceważeniu.

W polityce demokratycznego państwa to wyjście naprzeciw wartościom egalitarnym określa zasada równych szans. Problemem jest to, czy i na ile zasada ta daje się urzeczywistnić i pogodzić z wymaganiami ekonomicznego rozwoju. Gospodarka rynkowa zakłada bowiem zróżnicowanie sytuacji ekonomicznej obywateli, zróżnicowanie posiadania i zarobków jako warunku napędowego rozwoju.

Polityka demokratycznego państwa polega na przezwyciężaniu sprzeczności. Prawda, że to przezwyciężanie nie zawsze zachowuje równowagę. Ale zasadą demokratycznego państwa musi pozostawać to, że korzyści z rozwoju przypadają całemu społeczeństwu, a nie tylko jego części. Zasada ta nie tylko nie dopuszcza do zbyt drastycznych różnic, ale przede wszystkim zapobiega pozostawaniu wielkich odłamów społeczeństwa poza udziałem w rozwoju. To właśnie wyraża pojęcie społecznej gospodarki rynkowej, które zakłada, że ekonomicznemu rozwojowi musi odpowiadać społeczny rozwój, dla którego państwo ma stwarzać warunki.

Wyrównywanie szans stanowi podstawowy element tego społecznego rozwoju. Mówię o tym jako o procesie ciągłym, nie zaś o zadaniu zniwelowania wszelkich różnic w poziomie materialnym. To ostatnie byłoby antyrozwojowe. Odróżniłbym więc egalitaryzm utopijny i doktrynerski od egalitarnego komponentu rozwojowego demokratycznego społeczeństwa i państwa.

Jednakże antyrozwojowa jest również sytuacja, w której ten proces wyrównywania szans zostawiany jest tylko rynkowi i wolnej grze sił lub co najwyżej działalności dobroczynnej. Chodzi zatem o aktywne zaangażowanie państwa, takie jak wyrównywanie różnic w dostępie do wykształcenia, zagwarantowanie dobrego funkcjonowania służby zdrowia czy pomoc rodzinom wielodzietnym, także jako element świadomej polityki demograficznej.

Państwo musi szanować indywidualną zaradność i społeczną samoorganizację. Ale są obszary, z których państwo nigdy nie będzie mogło się wycofać. Dlatego egalitaryzm musi być czymś stale obecnym w polityce i myśleniu o rozwoju, a nie tylko elementem interwencjonizmu, do którego dochodzi w sytuacji kryzysowej.

Cywilizacyjna zmiana Polski musi prowadzić do poprawy jakości życia wszystkich.

Socjolog Maciej Gdula o Polsce po 1989 r.: ''Elita reszty nie pyta''


Klip kampanii ''Daj dzieciom równe szanse''

2. Chrześcijaństwo i pluralizm

Mało kto w Polsce drążył problem wolności tak jak Józef Tischner. Pytał sam siebie ironicznie: Czy Pan Bóg, pozwalając nam odzyskać wolność w 1989 r., zastawił na nas pułapkę? Czy zatem wolność pojmuje się przede wszystkim jako szansę daną człowiekowi, czy też dostrzega się w niej jedynie zagrożenia?

Tischner tropił polski integryzm zamykania się w sobie i dla siebie, katolicyzm lęków, fobii i podejrzeń ''prawdziwych Polaków''. Analizował integryzm, który za klęskę chrześcijaństwa uważa rozdział Kościoła od państwa, odróżnienie sfery duchowej i sfery świeckiej - bo traktuje to jako niedopuszczalne zrównanie w prawach prawdy i błędu.

W 1994 r., po dojściu SLD do władzy, pisał: ''Oczywiście, nikt nie twierdzi, że demokracja liberalna nie podlega krytyce. Wręcz przeciwnie, demokracja tym się różni od totalitaryzmu, że demokracja jest krytykowalna, a totalitaryzm jest wyłącznie » pochwalny «. Jest jednak krytyka i krytyka, jest krytyka, która ulepsza demokrację, i krytyka, która ją niszczy. Krytyka integrystyczna należy do tej drugiej kategorii.

I tu powracamy do sprawy głównej. Sprawa główna tkwi w Polsce, w polskim katolicyzmie, polskim Kościele. Trzeba dziś odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu integrystyczna krytyka zasad demokracji, tak szeroko u nas rozpowszechniona, przyczyniła się do tego, że po upadku komunizmu ludzie dawnego systemu znowu są u władzy'' (''W krainie schorowanej wyobraźni'', Znak, 1998).

W tym kontekście Tischner dawał wyraz swojemu poczuciu zawodu wobec polskiego Kościoła, który po odzyskaniu wolności stał się ''konkurentem w wyścigu po panowanie''. I rozliczał się samokrytycznie ze swojego wcześniejszego zachwytu i optymizmu wobec rozwoju sytuacji w Polsce. Po pięciu latach wolności postawiłby więcej znaków zapytania.

Te obawy i poczucie zawodu towarzyszą dziś wielu ludziom w jeszcze większym stopniu niż 18 lat temu. Podzielam je, gdy słyszę aprobatę Kościoła dla rozgłośni, która co wieczór głosi, że Polska stoi dziś nad przepaścią. Gdy widzę takie wtargnięcie polityki do Kościoła. Gdy uchodzący za katolicki głos zamiast jednoczyć, dzieli i staje się coraz mniej chrześcijański. W efekcie mamy pełzające naruszanie ustaleń i erozję społecznego autorytetu Episkopatu.

Ta erozja wskazuje, że niepozbawiony racji jest niepokój, iż możemy brnąć w sytuację krytyczną, tak jak to się stało w wielu współczesnych krajach. Polski model przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa może być więc zagrożony. Ten model, który nie neguje obecności Kościoła w życiu publicznym, ale obecność tę zasadza na rzeczywistym, a nie tylko werbalnym poszanowaniu autonomii obu porządków: kościelnego i państwowego. Ten polski model, który może być naszą ambicją we współczesnej europejskiej cywilizacji, a na pewno jest elementem polskiej tożsamości.

Trzeba go ocalić w interesie i państwa, i Kościoła. Wymaga to ze strony Kościoła respektu dla świeckiego charakteru państwa, niemieszania retoryki moralnej i retoryki politycznej. Z drugiej strony wymaga zrozumienia, że przyjazny charakter tego rozdziału nie jest uleganiem politycznej potędze Kościoła, lecz uszanowaniem roli formacyjnej, jaką odgrywa on w społeczeństwie demokratycznym.

Niechęci do współczesnego Kościoła są prawdziwe, ale i fałszywe. Kościół bowiem - i to nie tylko Kościół polski, lecz także Kościół uniwersalny - musi być także znakiem sprzeciwu wobec wielu tendencji we współczesnym społeczeństwie relatywizującym wartości. Prawo naturalne czy prawa człowieka dotyczą praw podstawowych, ale dzisiaj często pod hasłem walki o prawa człowieka rozumie się sprawy, które niekoniecznie należą już do tych praw podstawowych. Stąd też napięcia między Kościołem a światem są naturalne. Problem polega na tym, żeby nie były one niszczące.

''Śmierć Kościoła otwartego''. Czy rzeczywiście? - pyta Katarzyna Wiśniewska


''Credo katolika otwartego'' - spotkanie z publicystą ''Tygodnika Powszechnego'' Piotrem Sikorą

Ocalenie owego przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa to jest nie tylko problem w stosunkach międzyinstytucjonalnych państwa i Kościoła. Chodzi o to, w jakim stopniu chrześcijaństwo współczesne traktuje i kształtuje wolnego człowieka w społeczeństwie pluralistycznym. Ale człowieka wolnego.

W tym podejściu do człowieka wyraża się też stosunek Kościoła do instytucji państwa. Czy ma być to ''państwo prawdy'', jak chcieliby integryści, czy też Kościół ujrzy, że w systemie demokratycznym jest to państwo pluralizmu, który Kościół powinien szanować.

3. Polska w Europie

Polska myśl polityczna i polska polityka formowały się długo w obliczu dogmatu nieszczęśliwego położenia między Rosją a Niemcami. Czasem też dokonywania wyboru. W okresie I wojny światowej był to wybór orientacji. W okresie międzywojennym było to szukanie wyjścia między zagrożeniem z jednej i z drugiej strony. Dziś sytuacja geopolityczna Polski zmieniła się zasadniczo. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i należy do NATO.

Niemcy przeszły wielki proces demokratycznej budowy. Z przynależności europejskiej uczyniły nieodwracalną podstawę swego bytu narodowego i państwowego. Traktaty i proces pojednania ukształtowały już zupełnie inaczej stosunki polsko-niemieckie.

Wobec Rosji pozostajemy ciągle z pytaniem, w jakim stopniu kultywuje ona politykę imperialną. Dla naszych wzajemnych stosunków istotne jest, że nie jest to już tylko problem Polska - Rosja, ale także problem stosunków Unia - Rosja. Polska może wpływać na te stosunki, jeśli nie jest podejrzewana, że jej stanowiskiem rządzą dawne urazy. Rosja dzisiejsza natomiast ciągle bardziej chce rozmawiać z tymi europejskimi państwami, które uznaje w swej grze politycznej za partnera, niż liczyć się z Unią jako całością.

Unia ciągle jest w toku przekształcania się, stawania się. Ciągle jest niedookreślona ta jej finalité i ciągle istnieje w niej potrzeba wizji przyszłości. Dziś raczej dominuje technokratyczne i ekonomiczne rozwiązywanie sprzeczności, jakie się w Unii pojawiają, niż jedna porywająca wizja.

Od dawna istnieją dwa bieguny europejskiej wyobraźni. Jeden to Europa ojczyzn, określenie przypisywane de Gaulle'owi, choć mówił on o Europie państw. Drugi to Stany Zjednoczone Europy. Jest to dylemat pozorny, bo Europa przekroczyła już pewne progi. Unia nie jest zwykłym sojuszem państw, ale rzeczywistość polityczna i zróżnicowane dziedzictwo narodowe nie pozwalają na porównanie sytuacji europejskiej z amerykańskimi stanami. Identyfikacja europejska dokonuje się poprzez identyfikację narodową i państwową.

Ten dylemat dwóch biegunów inspiruje jednak europejską wyobraźnię. Jacques Delors mówił, że Europa jest i pozostanie tworem sui generis. Tak zapewne będzie, bo różnorodność europejska stanowi bogactwo Europy. Jeśli więc unia polityczna będzie federacją, to federacją, jakiej dotąd nie było - federacją państw. To jest kierunek, w którym Europa idzie, ale atrakcyjności tej wizji i pokonania jej skomplikowania nikt nie potrafi pokazać.

Następne co najmniej dziesięciolecie będzie wypełnione przez ten proces. Towarzyszyć więc będzie Polsce zasadnicze pytanie, dokąd zmierza Unia i dokąd my razem z nią idziemy. Wiele błędów popełniano w historii, ale błąd rozpadu Unii byłby niewybaczalny. Będzie w tym procesie istotne, ile suwerenności własnej, a ile suwerenności unijnej. A także na ile ta unijna suwerenność staje się także naszą własną i tak jest odczuwana. Zależy to od naszego znaczenia w Unii, od tego, na ile ją współkształtujemy.

Musimy więc w naszym widzeniu tych spraw pogodzić wielkość Polski z wielkością Unii, analogicznie jak kiedyś panowie krakowscy musieli pogodzić obie te wielkości w unii Jagiellonów, na co wskazywał Jan Paweł II. Uczestnicząc w doraźnym formułowaniu polskich interesów ekonomicznych i politycznych, nie należy tracić widzenia historycznej perspektywy. Polska nie może sobie pozwolić na izolację od tego procesu, powinna go współtworzyć.

Technokratyczne spojrzenie na dzisiejsze kłopoty unijne nie powinno przesłaniać tego, że obok potrzeby określenia owej wizji odzywa się w debacie europejskiej ciągle to, że Europa potrzebuje ducha. Nie ma i nie będzie zapewne narodu europejskiego, ale konieczne jest poczucie europejskiej tożsamości. Wielobarwnej i zróżnicowanej, ale jednak świadomej tego, co ją określa i formuje.

Tadeusz Mazowiecki o Unii: ''Projekt Europa. Problemy, demony i przyszłość''


Dominikanin Maciej Zięba w głębokim szkicu o Europie podjął ten temat. Analizując dziejowe przeobrażenia zachodniej cywilizacji, od chrześcijańskiej civitas, przez oświeceniową wiarę w wolność i rozum, po społeczeństwo otwarte w duchu Karla Poppera, szukał tego, ''co łączy owe trzy warstwy budujące Europę przez kolejne stulecia''. Formułuje on postulat ''koalicji antropologicznej'' różnych światopoglądów opartej na personalistycznym fundamencie godności człowieka, koalicji chrześcijan i humanistów różnej maści (''Nieznane, niepewne, niebezpieczne? Szkic o Europie'', PIW, 2011).

Jest to zbieżne z tym, co kiedyś postulował ''Richard von Weizsäcker'', mówiąc o społeczeństwie w sensie świeckim, ekumenicznym. I z pewnością wybiegające naprzeciw owej potrzebie Europy ducha. Potrzeby tej nie zaspokoi konsumpcyjny i relatywistyczny ideał życia i kultury. Czy więc ta koalicja antropologiczna okaże się czymś ważnym dla odnowienia tożsamości europejskiej? Jest to - obok wizji owej europejskiej finalité - pytanie zasadnicze, które rozstrzygać się będzie już nie na gruncie instytucji Unii Europejskiej, lecz na gruncie kultury i cywilizacji.

4. Kultura polityczna

Co to takiego:

- szacunek dla własnej wartości,

- tożsamość otwarta,

- tolerancja i wartość demokratycznego kompromisu,

- nadrzędność dobra wspólnego nad interesem partyjnym,

- dialog w miejsce ideowego fanatyzmu.

Czym nie powinna być:

- polityką przypodobania się,

- zagłaskiwaniem istotnych różnic,

- klientelizmem i korupcją polityczną,

- sięganiem do nienawiści w walce politycznej.

Kulturę polityczną tworzą nie tylko politycy, lecz także cała opinia publiczna. Nie mam złudzeń, że można tę kulturę łatwo ukształtować. W Polsce, zmienionej przez wolność, zły stan życia publicznego może hamować nasz rozwój. Otwarte zatem pozostaje pytanie, czy skłonność do swarów i zaczadzenie nienawiścią zadomowiły się u nas na długo.

Przyszłość nieść też może nowe problemy i niespodzianki wynikające z cywilizacyjnych zmian. Już dziś widać, jak partycypacja obywatelska musi szukać sobie nowych form wyrazu w systemie demokratycznym.

Polityka nie jest wszystkim, ale wpływa na atmosferę życia publicznego. Podnosi jej poziom lub ją zatruwa i niszczy. Zbliża obywateli do państwa lub ich odpycha. Istotne jest więc i będzie w najbliższych dziesięcioleciach, w jaką stronę rozwija się nasze życie polityczne: czy wzmacnia naszą kulturę polityczną, czy ją osłabia.

Jak ze sobą rozmawiamy: ''Język po '89 - agresja stała się wartością''


''Język polityki'' - historyk opowiada, czy kiedyś było lepiej

5. Czy polskość jest reformowalna?

Václav Havel przestrzegał Czechów przed pogodzeniem się z myśleniem prowincjonalnym. Naród małego kraju nie może zamykać się w sobie. My wykazujemy skłonność odmienną, potrzebując zawsze dla naszego narodowego samopoczucia tchnienia wielkości. Czyż nie takie jest dziedzictwo naszej romantycznej literatury pytającej nawet wtedy, gdy Polski nie było na politycznej mapie świata: wielkości, jakie twoje imię? Bo przecież było to pytanie o Polskę i polskość.

Nie mówię tu o megalomanii narodowej, lecz o tym, co naprawdę rzeźbiło przez ponad dwa stulecia polskie doświadczenie, historię i kulturę.

Teatr Polski w Warszawie wystawił sztukę ''Polacy'' opartą na dziennikach Witolda Gombrowicza i zapiskach kard. Stefana Wyszyńskiego. Ci dwaj ludzie, Stefan i Witold, którzy w rzeczywistości chyba nigdy się nie spotkali, toczą tam dialog między sobą. Kard. Wyszyński w swych przejmujących zapiskach prowadzonych w uwięzieniu mówi o wierności, wierności Bogu i Polsce, jej historii, jej wielkości. Gombrowicz chce, aby Polak przestał być jedynie wytworem tej historii, by ona go nie ograniczała, chce, jak mówi, ''zalegalizować drugi jego biegun - życia indywidualnego'', bo tylko wtedy Polak odzyska w pełni swoje człowieczeństwo.

W społeczeństwie wolnym te dwa spojrzenia, te dwa sposoby myślenia - perspektywa Wyszyńskiego i perspektywa Gombrowicza - nie muszą już być wobec siebie antagonistyczne.

Socjologia przemian współczesnych pokazuje, jak Polacy się zmieniają pod wieloma względami. Wyrosły pokolenia ludzi przedsiębiorczych, innowacyjnych, poruszających się ze swobodą po świecie. To ważne.

Wtedy jednak, kiedy zaczynamy debatować o tym, czym polskość jest i czym ma być, łatwo wracamy na stare tory. Zdumiewającą trwałość wykazuje nasz polski specyficzny prowincjonalizm zadufania w sobie, w mentalności postendeckiej, polskości zamkniętej w sobie, wyższej niż wszystko co niepolskie. Czy więc jesteśmy skazani bądź na zapatrzenie się w Europę i europejskość, bądź na wierność wykluczającą z patriotyzmu wszelką myśl krytyczną?

Podziwiałem zawsze, jak Karol Wojtyła już od chwili wyboru na papieża potrafił w naturalny sposób znaleźć właściwy ton godzący jego przywiązanie do polskości z uniwersalizmem. Tak było w tym, co mówił zawsze o Polsce i do Polaków. Czerpał z dziedzictwa tego, co, jak określał, Polskę stanowi.

Nie za bardzo umiemy iść po tych śladach w naszym rozumieniu polskości. Nie za bardzo potrafiliśmy im zapewnić obecność w polskim życiu publicznym i w polskim Kościele. Jedno jest pewne: tylko taki ton będzie włączał polskość w debaty uniwersalne.

Artykuł za książką Tadeusza Mazowieckiego ''Rok 1989 i lata następne. Teksty wybrane i nowe'', Warszawa 2012, Prószyński Media Sp. z o.o.

Socjolog o naszym charakterze narodowym: ''Polacy, smutni sabotażyści''


Jak młodzi czują polskość - klip ''Polski charakter'' rapera Łukiego

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.