Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu


Nie jest nam wszystko jedno, co czytamy

Bo wiemy, że książki zmieniają nas, nasze życie i świat. Najlepsze książki wciągają jak narkotyk. Pytamy bohaterów tekstów w ''Magazynie Świątecznym'', naszych rozmówców i autorów, od jakich lektur się ostatnio uzależnili. Dziś: pisarze nominowani do nagrody Nike.


Bargielska: Porywająca głupota

Och, jak chciałabym napisać ''Błękitny zamek'' Lucy Maud Montgomery!


Justyna Bargielska, autorka ''Bach for my baby''

Kryterium najbardziej inspirującej książki w przypadku, gdy się samemu pisze książki, powinno się wyrażać w pytaniu, jaką książkę sama chciałabym napisać, gdybym mogła napisać tylko jedną i gdyby to nie mogła być książka, którą już napisałam bądź napiszę. W moim przypadku byłby to ''Błękitny zamek'' Lucy Maud Montgomery. Och, jakże chciałabym napisać ''Błękitny zamek'' Lucy Maud Montgomery!

Fabuła? Klasyk. Taki klasyk, że jak ją teraz przytoczę - w przykrym, niestety, skrócie - łącznie z puentą, to nikt rozsądny nie będzie mi mógł zarzucić spoilerowania. W Kanadzie (tam, gdzie bohaterki Alice Munro, tak, tak) żyje sobie z matką i ciotką nieszczęśliwa i zahukana stara panna. Któregoś dnia ta ostatnia dowiaduje się, że ma chore serce i został jej rok życia. Nie informując rodziny o powodach, dla których ją opuszcza, bohaterka skutecznie opuszcza tę rodzinę i, oględnie mówiąc, dokonuje kilku niekonwencjonalnych posunięć mających jej w ciągu ostatniego roku życia choćby przybliżyć ideę szczęścia. Między innymi oświadcza się ekscentrykowi, który wedle lokalnej opinii ma być gangsterem, pod koniec książki okazuje się pisarzem, autorem książek, które bohaterkę utrzymywały przy życiu, w sensie psychicznym, gdy jeszcze była zmuszona żyć ze swoją toksyczną matką, a na koniec wychodzi z niego również milioner i jedyny syn producenta suplementów dietetycznych, które kupuje cała Kanada (w tym pewnie bohaterki Munro).

Bargielska walczy o Nike: ''Trzecia finalistka''


Fabuła jest znakomita, porywająca, obezwładniająca i głupia, ale tą głupotą, której wielu tak rozpaczliwie pożąda, że hej, tylko się do tego nie przyznaje. Do tego operuje niezbędnymi gadżetami w rodzaju sznura pereł, który bohaterka dostaje od narzeczonego, a potem męża - kocha je miłością tak samo tkliwą jak ofiarodawcę, tym bardziej że ta, jak sądzi, urocza imitacja musiała kosztować z 15 dolarów, co niewątpliwie nadszarpnęło ich domowy budżet (przypominam, że to się dzieje, jeszcze zanim wyjdzie na jaw milionerstwo i autorstwo bestsellerów głównej postaci męskiej ''Błękitnego zamku'').

Że to jest ozdóbka warta kilkadziesiąt tysięcy dolarów, chyba nie muszę wspominać.

Opowieść Bargielskiej: ''Schwytajcie nam lisy, małe lisy''


Jak Bargielska pisze o kobietach

Bator: Uwodzą mnie porzucone książki

Nie ma bardziej perwersyjnych czytelników niż pisarze


Joanna Bator, autorka ''Ciemno, prawie noc''

Z książkami jest tak jak z kochankami. Wyjątkowi towarzyszą nam do końca życia. Inni na zawsze zostają w naszej dobrej pamięci, nawet jeśli już się nigdy nie spotkamy. Zdarzają się też przyjemne spotkania, z których niewiele wynika, i takie, po których zostaje niesmak. Czasem, mimo iż się wie, że powinno się porzucić książkę już po pierwszych stronach, bo wieje z niej fałszem, efekciarstwem i impotencją, trwamy do końca z perwersyjnej ciekawości. A nie ma bardziej perwersyjnych czytelników niż pisarze.

Moją pierwszą miłością była literatura iberoamerykańska. Zderzenie przaśności późnych lat 80. z realizmem magicznym robiło ogromne wrażenie. Kosmos, wykreowany świat, wioska Macondo - te obrazy pozostały ze mną do dzisiaj, powracają w tym, co piszę. Wtedy też, przeważnie na wagarach spędzanych na starym cmentarzu w Dziećmorowicach, gdzie wokół walały się niemieckie kości, albo na dachu mojego mrówkowca na Piaskowej Górze, czytałam Gombrowicza i Witkacego. Gombrowicz ''nabergował'' mi w języku, Witkacy był młodzieńczym snem o tym, że literatura jest szalonym stylem życia, który włącza takie przyjemności jak używki zmieniające wyobraźnię. Po latach przekonałam się, że literatura to faktycznie styl życia, ale taki, w którym trzeba mieć czysty umysł, czyste biurko, a z używek lepiej niż pejotl sprawdza się zielona herbata i bieganie.

Następne ważne spotkania były związane z moją pracą naukową. Najpierw, gdy studiowałam kulturoznawstwo - Freud, obsesyjny hermeneuta, niestrudzony poszukiwacz sensu snów, pomyłek, bezsensów. Gdy pisałam doktorat - literatura feministyczna. ''Orlando'' Virginii Woolf do tej pory jest jedną z moich ulubionych książek. Kiedy porzuciłam pracę naukową, całą tę biblioteczkę - kilkaset tomów - wypuściłam w świat, lecz oczywiście Woolf została.

Pisarka w podróży: ''Panie na książkach''


W ostatnich latach byłam w jury Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, co sprawiło, że co roku musiałam przeczytać kilkadziesiąt reportaży. Niezwykle ważne były spotkania z książkami Swietłany Aleksijewicz, Jeana Hatzfelda, Liao Yiwu. Czytając reportaże, upewniłam się, gdzie jest moje miejsce w narracji. Reportaż jest jedną z dróg, którymi nie poszłam. I dobrze, bo pisałabym pewnie reportaże, które mi się nie podobają - nie potrafiłabym utrzymać w ryzach swojego ego, niosłoby mnie w stronę fikcji i przygód Joanny B. Wystarczy, że pozwoliłam być reporterką Alicji - bohaterce ''Ciemno, prawie noc''. To ślad tych lektur.

Przez wiele lat uprawiałam junk reading. Nie mogłam się oprzeć, by nie przeczytać druku - etykiet, szyldów, nekrologów. Podglądałam, co czytają ludzie, połykałam każdą najgorszą książkę, jaka wpadła mi w ręce. Teraz się miarkuję, szkoda oczu. Jednak wciąż w podróży czytam książki porzucone przez hotelowych gości, wyjmuję je na chybił trafił z biblioteczek. Bywa, że znajduję takie, które przejmują dreszczem albo przynajmniej okazują się bardzo inspirujące. Ostatnio na Itace czytałam historię bliźniaczek, które odgrodziły się od świata - stworzyły swoją rzeczywistość zamknięte w pokoju, w którym odgrywały przedstawienia, układały scenariusze, pisały powieści. Przejmująca historia dwóch ciał i jednej duszy. Miłości i nienawiści. Zaraz potem trafiłam też na zaczytaną na śmierć książkę ''Perfect Victim'' Elizabeth Southall i Megan Norris - opowieść o więzionej i wykorzystywanej przez mężczyznę kobiecie, która ma milion okazji, by uciec, a jednak tego nie robi. Ekstremalny przykład na to, że zostać w tym, co się zna, jest zawsze łatwiej, niż odejść w nieznane.

Ciekawe jest to, że wpadła mi w ręce akurat teraz, gdy pracuję nad powieścią, w której próbuję odpowiedzieć na pytanie, czy można zamknąć za sobą drzwi, zacząć wszystko od nowa. Rozpoczyna się od słów ''Znikła bez śladu''. Będzie o miłości. O horrorze miłości, rzecz jasna.

Czym żyje Joanna Bator: ''Moje przykazania od III do X''


Joanna Bator o pracy pisarki: ''Słowa, które prześladują''

Malanowska: Dickens wiecznie żywy

Wyobraźnia Dickensa jest miejscami tak dziwna, że prawie wychodzi z tego Kafka


Kaja Malanowska, autorka ''Patrz na mnie, Klaro''

Właśnie złapała mnie pani na czytaniu Mankella. W kryminały wciągnęłam się parę miesięcy temu, bo piszę coś nowego i podpatruję innych. Patrzę, w jaki sposób rozkładają tempo, jak podtrzymują napięcie, a u Skandynawów - jak konstruują bohatera, bo w tym są mistrzami.

Niedawno ''Tygodnik Powszechny'' poprosił mnie o wskazanie jednego ulubionego pisarza i dotąd zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, pisząc o Williamie Faulknerze. Tym bardziej że takie rozważania są dla mnie trudne. Nie mam w tej chwili ukochanych pisarzy mistrzów. W liceum, owszem, zacięcie dyskutowaliśmy o wyższości Márqueza nad Cortázarem czy odwrotnie, nigdy nie pamiętam. Te czasy, niestety, minęły bezpowrotnie. Ale teraz pomyślałam sobie o Charlesie Dickensie. Dickens uchodzi chyba w powszechnym odczuciu za sentymentalnego nudziarza. Owszem, wszyscy doceniają jego wpływ na zmiany społeczne w XIX-wiecznej Anglii, no i jeszcze specyficzny humor i satyrę, w której jest dobry, ale poza tym chyba nie jest traktowany do końca poważnie. Wydaje mi się to krzywdzące. To dla mnie jeden z ciekawszych pisarzy, który wciąż budzi mój podziw swoim rzemiosłem.

Malanowska walczy o Nike: ''Do finału Nike wchodzi >>Patrz na mnie, Klaro!<<''


Weźmy na przykład moją ulubioną ''Małą Dorrit''. To jest 800 stron żelaznej konstrukcji, która ani na moment się nie załamuje. Wszystko jest przemyślane. Każda z postaci ma swój sens, każda scena swój cel. To była powieść pisana w odcinkach, tak że Dickens nie mógł w trakcie pracy wracać do początku książki i coś poprawiać czy dopisywać. Trudno w to uwierzyć, kiedy się ją czyta i postać, która pojawia się na stronie 40, powraca później w bardzo logiczny i przemyślany sposób na 500.

Ale to też powieść, w której ujawnia się niesamowita wyobraźnia Dickensa. Miejscami jest tak dziwna, że prawie wychodzi z tego Kafka. Oczywiście Dickens jest realistą, w rezultacie wszystko znajduje swoje wyjaśnienie, ale niektóre fragmenty robią wrażenie wręcz fantastycznych.

No i jest to chyba jedna z nielicznych książek Dickensa, w których postaci są złamane, nieoczywiste. Naprawdę świetni drugoplanowi bohaterowie - na przykład szalona, pełna gniewu i emocji Fanny, siostra Małej Dorrit, która rusza na podbój wielkiego świata, żeby udowodnić arystokratom, że nie jest od nich gorsza, i ukarać ich za wszystkie wcześniejsze upokorzenia. Albo panna Wade - uratowana z sierocińca uboga dziewczyna, która nienawidzi swoich wybawców za to, że musi czuć do nich wdzięczność.

O podobnej postaci pisze w swoim tekście ''Wdzięczność i wstyd'' Eliza Szybowicz. Zresztą to bardzo fajny tekst. O zupełnie innej literaturze, bo jest częścią cyklu artykułów o książkach młodzieżowych w PRL. Ale w tym konkretnym tekście, przy okazji powieści Jurgielewiczowej, pojawia się określenie ''gniewny plebejusz''. Myślę, że to określenie idealnie pasuje do panny Wade z Dickensa.

Społeczny język Malanowskiej: ''Daleko od stereotypu''




Ostachowicz: Męczennik za literaturę

Karpowicz rozchrzania język, ale nigdy nie wychodzi z tego kakofonia


Igor Ostachowicz, autor ''Nocy żywych Żydów''

W Polsce człowiek, który czyta, jest w większości kręgów synonimem obiboka i lesera - jak się czyta, słyszy się zwykle: ''Wziąłbyś się za coś, zrobiłbyś coś''. Kiedyś dotknęło mnie to dość boleśnie. Pracowałem wtedy jako pielęgniarz i na przerwach, zamiast jak inni iść na papierosa albo coś, sięgałem po książkę. Siostrę oddziałową doprowadzało to do szału. I któregoś razu, gdy znów przyłapała mnie na czytaniu, musiałem za karę wyczyścić wszystkie cewniki na oddziale. Więc można powiedzieć, że zaliczyłem męczeństwo za literaturę.

Żadnej książki nie czytam dwa razy, bo zbyt jestem ciekawy następnej. Oczywiście zaznaczam co ciekawsze fragmenty, notuję, kreślę po kartkach, ale to jak z zakopywaniem przez wiewiórki orzeszków na zimę: rzadko zdarza mi się je potem odkopywać.

Czytam zawsze od początku do samiutkiego końca, nawet jeśli strasznie się przy tym męczę. Wydaje mi się, że takiemu autorowi, którego książkę wzięło się do ręki, powinno się dać szansę. A nuż jedno zdanie, może nawet to ostatnie, wywróci wszystko do góry nogami, sprawi wielkie ''wow''. Niestety, zwykle jednak niezbyt dobrze na tym wychodzę.

Prowokacja w walce o Nike: ''>>Noc żywych Żydów<< Igora Ostachowicza w finale''


Przez to jednokrotne czytanie większość książek mi się zlewa i nie jestem dobry w streszczaniu fabuł. Pamiętam raczej klimat i to, co mnie zaskoczyło. Z tego powodu padam na kolana przed Jane Bowles, amerykańską pisarką, która w wieku 40 lat dostała wylewu i niestety nie napisała dużo. Zostało po niej trochę opowiadań i jedna powieść. Na nie też trafiłem przypadkowo, po prostu kiedyś ściągnąłem coś jej autorstwa z półki mojej mamy. Bowles pisze z kobiecym humorem, choć nie podejmuję się nazwania, na czym owa kobiecość humoru polega. Czuję to, i już.

To taki humorek lekko podszyty smutkiem. U Bowles najbardziej lubię, że ze zdania na zdanie jesteśmy zaskakiwani. Trochę jak w muzyce, gdy po serii przewidywanych dźwięków mamy ochotę na coś innego. Z tego często wychodzi kakofonia, ale jak ktoś potrafi te nuty połamać tak, że wychodzi z tego coś zaskakującego, ale jednocześnie spójnego, to jest najfajniej. I Bowles jest w tym wirtuozerką.

W poezji odpowiednikiem Bowles jest dla mnie Tymoteusz Karpowicz. Rozchrzania on język, ale nigdy nie wychodzi z tego kakofonia. Wręcz przeciwnie, człowiek łaknie tej niesamowitej świeżości, która bije z każdej kolejnej strony. Po przeczytaniu wielu książek fajnie jest natrafić na kogoś tak świeżego, kto przełamie wszystko, co się dotąd znało.

Trudne pytanie Ostachowicza: ''No dobra, jest Polska, i super. A co z Żydami?''


Sieńczyk: Złapać uczucia

Podziwiam White'a za wierność sobie. Trochę na mnie wpłynął, skoro rysuję komiksy, których nie czytają tłumy, i żyję na niskiej stopie


Maciej Sieńczyk, autor ''Przygód na bezludnej wyspie''

Nie wiem, czy sam bym je kupił, ale dostałem w prezencie, więc teraz siedzę nad przedwojennymi pamiętnikami Josepha Goebbelsa. Pisał krótkimi, żołnierskimi zdaniami, często równoważnikami, a jednak sporo można z nich wyczytać. Nie przypuszczałem, że wcześniej Goebbels miał tak pozytywny obraz Polski i Polaków. A to notuje: ''Jestem już w samolocie, do widzenia, piękny kraju'', a to zachwyca się śpiewem Jana Kiepury. Piłsudskiego uważał za męża stanu, cenił Józefa Becka, ciepło wyrażał się o Józefie Lipskim, naszym ambasadorze w Berlinie.

Jednak co z tego, skoro był impulsywny, histeryczny i zachwyty zamieniały się u niego w antypatie w ciągu sekundy. No i jeszcze to bezkrytyczne wpatrzenie w Hitlera już od pierwszego spotkania.

Przy okazji dowiedziałem się, że Goebbels był sfrustrowanym literatem. Napisał na przykład mocno afektowaną powieść ''Michael'' o robotniku i jego przyjacielu, który zginął w kopalni. Zwłaszcza emocje przedstawione są tam kiczowato, wręcz pensjonarsko. A mało rzeczy tak denerwuje czytelnika - przynajmniej mnie - jak pisanie o uczuciach wprost. No, może tylko sztucznie wykreowane dialogi, które zamieniają się w pseudofilozoficzne. Potem się czyta, jak dwóch pasażerów siedzi w przedziale i jeden wciela się w Heideggera, drugi w jakiegoś egzystencjalistę i udają, że w pociągu to niby tak wszyscy rozmawiają.

Sieńczyk walczy o Nike: ''>>Przygody na bezludnej wyspie<<. Komiks w finale Nike''


Na drugim biegunie literackim postawiłbym ''Vossa'' Patricka White'a, czyli jedną z moich ulubionych powieści. Tu nie mówi się o uczuciach wprost, ale pokazane są tak, że czytelnik łapie je natychmiast. Książka opowiada o podróżniku, który chciał przejść wszerz Australię. Znalazł sponsora i choć z natury był samotnikiem, wśród ekipy, która go wspomagała, cieszył się sporą sympatią i szacunkiem. Ekspedycja jednak mu się nie udaje, ginie w jej trakcie.

Miłośnicy akcji będą ''Vossem'' zawiedzeni - oprócz lekko zarysowanego wątku miłosnego niewiele się tu dzieje. Podstawą książki jest bowiem podróż metaforyczna, a wątła akcja podporządkowana jest stanom ducha głównego bohatera i jego drodze do osiągnięcia harmonii. Bardzo White'a za to lubię i podziwiam za wierność sobie.

I trochę chyba na mnie wpłynął, skoro rysuję komiksy, których nie czytają tłumy, i żyję na niskiej stopie. Zamiast na przykład zatrudnić się w jakiejś agencji reklamowej i obwiniać wszystkich i wszystko dookoła za zmarnowanie mi życia.

Sieńczyk o pisarstwie graficznym: ''Nike dla komiksu? Maciej Sieńczyk i maszyna raczej kuriozalna''


Rozmowa z rysownikiem

Surmiak-Domańska: Strzał w serce

Mikal Gilmore wywrócił moje myślenie o reportażu. Uświadomił mi, jak ciekawą przestrzenią jest rodzina


Katarzyna Surmiak-Domańska, autorka ''Mokradełka''

Skręciło mnie z zazdrości, gdy dwa lata temu przeczytałam ''Lato'' J.M. Coetzeego. Aby napisać autobiografię, wyobraził sobie, jak opisałyby go ważne dla niego kobiety, i oddał im głos. Dzięki temu zabiegowi nie najciekawsza w gruncie rzeczy historia stała się fascynująca. Prosty pomysł, znakomity do zastosowania także w non fiction. Niestety, już spalony.

Czytam dużo od dzieciństwa. Kiedy byłam mała, ojciec nagrywał mi dodatkowo książki na kasety i słuchałam ich przed snem. W ten sposób poznałam na przykład całego Juliusza Verne'a. Miałam może z 12 lat, gdy wyjęłam z biblioteczki rodziców biografię Marii Stuart autorstwa Stefana Zweiga. Ona chyba zaważyła trochę na tym, czym dzisiaj zajmuję się zawodowo. To biografia napisana jak powieść - z fabułą, dramaturgią, emocjami, osobistym stosunkiem do bohaterki. Porywająca.

Igor Newerly powiedział kiedyś, że zanim zacznie się coś pisać, dobrze jest to komuś opowiedzieć. Ja lubię właśnie tak napisane książki - gdy czytając, mam poczucie, że autor siedzi przede mną i z pasją opowiada mi historię. Moim ulubionym pisarzem jest Truman Capote. Zgadzam się z nim, że ''Z zimną krwią'' to najlepsza powieść wszech czasów. Powieść, w której każdy szczegół jest prawdziwy. Ciekawy jest zresztą sam Capote - chłopiec z zapyziałej Alabamy, który stał się nowojorskim celebrytą. Jak sam mówił, droga z tzw. pasa biblijnego Ameryki do Nowego Jorku jest dłuższa niż z Ziemi na Księżyc.

Surmiak-Domańska o seksualności: ''Beznadziejna ucieczka przed Basią''


Książką, która wywróciła na drugą stronę moje myślenie o reportażu, jest jednak ''Strzał w serce'' Mikala Gilmore'a. Rzecz również o amerykańskiej prowincji. Brat autora Gary Gilmore w latach 70. zabił dwie osoby w stanie Utah, bo chciał zostać stracony przez strzał w serce. Dostał wyrok, ale w USA akurat zawieszono wykonywanie kary śmierci. Gilmore procesował się o prawo do egzekucji. Mikal, najmłodszy z braci, zrekonstruował los swojej rodziny, by dociec, co kierowało Garym. Napisał opowieść o rodzinnej traumie. Trzymającą w napięciu jak kryminał, pełną zwrotów akcji, dygresji, osobistych refleksji, ale i niepozbawioną historycznego tła. ''Strzał'', który przeczytałam z dziesięć lat temu, uświadomił mi, jak ciekawą przestrzenią dla reportera może być rodzina. Trudną do przeniknięcia, bo każdy tę przestrzeń chroni, ale to przecież tam wykluwają się najważniejsze społeczne zjawiska. Pewnie z tej książki wzięły się potem moje teksty zebrane w ''Żyletce'' oraz ''Mokradełko''. Lubię reportaże, które dzieją się blisko. Jednym z zadań reportera jest oswajanie Obcego, tyle że ten Obcy nie zawsze mieszka w egzotycznym kraju.

Czytam rano. Zanim wstanie córka, szykuję sobie kąpiel, zabieram do wanny herbatę, śniadanie i książkę. Moje książki noszą więc zwykle ślady zamoczenia. Inne rytuały? Mam zasadę, by zawsze czytać z ołówkiem. Jednak gdy trafiam na ważny fragment, zazwyczaj nie mam akurat ołówka, więc zaginam róg. Niby mam w domu mnóstwo zakładek, ale gdy odkładam książkę, przeważnie żadnej nie ma pod ręką i znowu zaginam róg. Przestrzegałabym raczej przed pożyczaniem mi książek.

Surmiak-Domańska zagląda pod kamienie: ''Mamo, odkryj kołdrę''


''Pedofilia w polskim Kościele'' - Surmiak-Domańska rozmawia o tabu

Twardoch: Fallaci złapała mnie na wędkę

Czytając ''Kapelusz cały w czereśniach'', nie mogłem opędzić się od myśli: ''Napisać jedną taką rzecz w życiu i potem można już robić cokolwiek''


Szczepan Twardoch, autor ''Morfiny''

Nigdy nie pozbyłem się żadnej książki, co wydaje mi się absurdalne, bo nie mam do książek nabożnego stosunku. Co więcej, uważam, że w czytaniu jako takim nie ma żadnej wartości. Można znakomicie funkcjonować w świecie i uczestniczyć w kulturze, w ogóle nie czytając książek. Lepiej jest obejrzeć dobry serial, niż przeczytać słabą książkę. Natomiast oczywiście warto czytać książki, które człowieka zmieniają, w tym jest sens literatury.

W 2006 roku na trekking po Spitsbergenie zabrałem ''Dzienniki'' Sándora Máraiego i od tej pory towarzyszą mi one cały czas, nie ma miesiąca, żebym nie zdjął ich z półki i choć trochę nie poczytał. To był pierwszy raz, kiedy spotkałem się z mądrą melancholią - taką, w której jest więcej mądrości niż melancholii. Potem czytałem jeszcze wiele jego książek, kupiłem wszystkie, które ukazały się po polsku, ale już nigdy nie miałem tak silnych doznań. Wiele jego rzeczy po prostu się zestarzało. Choć są oczywiście wyjątki. Gdy przeczytałem ''Żar'', siedziałem z zapartym tchem i nie wiedziałem, jak wrócić do rzeczywistości. Lubię powieść ''Sindbad wraca do domu'', która jest życzliwym persyflażem ''Sindbada'' Gyuli Krudyego, w których rzeczony Sindbad to żeglarz budapeszteńskich trotuarów, kawiarni i restauracji.

Krudy to pisarz, którego chciałbym lepiej poznać, ale niestety, jest prawie nietłumaczony na polski. Pisarz i tłumacz Feliks Netz mówił mi, że największą wartością prozy Krudyego jest właściwa tylko węgierskiemu odległa melodia azjatyckości w języku, niemożliwa do uchwycenia w przekładzie. A jednak to właśnie w jego ''Laurze dla Natalii''znalazłem jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań, jakie znam: ''Demon, który panuje nad całym światem, przybył pewnego razu do Pesztu i obrał sobie za kryjówkę dom przedsiębiorcy pogrzebowego''.

Czym Twardoch walczy o Nike: ''Polska, męskość, ciemność''


Mam przy łóżku stos książek, które zacząłem i odłożyłem między pięćdziesiątą a setną stroną. Nie czuję moralnego przymusu skończenia rozpoczętej książki. Gdy lektura sprawia mi trud, to ją odkładam. Jednak gdy autor chwyci mnie jak rybę na haczyk, gdy wbije się w podbródek i ciągnie, to daję się ciągnąć. Ostatnio tak było z ''Kapeluszem całym w czereśniach'' Oriany Fallaci. To wielka powieść o tym, co w życiu najważniejsze - o miłości, o śmierci, o pożądaniu, o dzieciach, o następstwie pokoleń, o tym, że żyjemy w naszych przodkach, a oni w nas. Czytając, nie mogłem opędzić się od myśli: ''Napisać jedną taką rzecz w życiu i potem można już robić cokolwiek''.

Nie mam nabożnego stosunku do książek, ale mam w swojej bibliotece - blisko stołu, przy którym pracuję - półkę z książkami, które nazywam formacyjnymi. Lubię je mieć blisko siebie, jestem do nich przywiązany. Nie wymieniłbym wytartych ''Dzienników'' Máraiego na nowy egzemplarz, bo każde zagięcie, plama, przetarcie o czymś mi przypomina.

Twardoch bez kompromisów: ''Więzi was polskość''


''Czytanie jest przereklamowane'' - przekonuje Twardoch

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.