Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dorota Wodecka: Żyje pan tylko z pisania?

Szczepan Twardoch: Tak. Dlatego nie piszę niczego za darmo. To moja praca, więc trudno, bym ją wykonywał charytatywnie. Z pieniędzmi bywa różnie. To taka gospodarka cudów.

Dlaczego cudów?

- No bo zawsze, od kiedy pamiętam, jest tak, że jak na koncie mam 5 zł, a właśnie dzwonią, że trzeba zapłacić rachunki za prąd, za dwa telefony, kredyt, przedszkole, ubezpieczenie auta i nianię naszych synów trzeba opłacić, i ja sobie myślę, że no, teraz to już naprawdę nie wiem, co zrobię, to właśnie wtedy niespodziewanie znikąd przychodzi przelew za jakiś przez Boga i ludzi zapomniany tekst, który kiedyś gdzieś tam opublikowałem i o którym zapomniałem, a ktoś sobie właśnie przypomniał o honorarium.

Etat dałby panu większy komfort.

- Wierzę gorąco, że polscy przedsiębiorcy nie są tak głupi, żeby zatrudnić kogoś takiego jak ja. Zresztą pracując na etacie, nie mógłbym pisać książek, bo zajmuje mi to bardzo dużo czasu. Jestem roztrzepany, zdekoncentrowany, więc żeby wykrzesać z siebie dwie, trzy godziny pisarskiej kreatywności, muszę odsiedzieć przy komputerze z dziesięć godzin. Facebook, maile, no, nie ma na to siły.

Traci pan czas na portale informacyjne?

- Na portale nawet nie. W ogóle z obrzydzeniem stronię od newsów. Nie chcę wiedzieć, co się dzieje na świecie, bo i tak nie dzieje się nic interesującego. Nie oglądam wiadomości, nie słucham radia, choć i tak przecież o wszystkim wiem, bo znajomi na Facebooku wklejają linki do strasznie ważnych informacji o tym, co się dzieje na świecie, ale ja mam w dupie, co się dzieje na świecie, bo najpierw chciałbym raczej zrozumieć, co się we mnie samym dzieje. Nie chcę czytać o mamie Madzi, o premierze Tusku ani prezesie Kaczyńskim. Mam do przeczytania dużo książek, ale przede wszystkim mam życie do przeżycia i nie będę go marnował na te symulakra, które się zewsząd na mnie wylewają. Nawet tzw. poważnych gazet już nie czytam. Staram się przynajmniej.

Zaczniemy od ''dziecka Frondy'' czy od ''opcji niemieckiej''?

- Musimy w ogóle o tym? Ciągle to samo. Nienawidzę mówić o polityce, a już partyjniactwo w literaturze mnie obrzydza. To pierwszy poziom, od którego zaczyna się w Polsce ocena książki.

Pańskie wychwalała prawica. Za przedostatnią powieść ''Wieczny Grunwald'' został pan nominowany do Nagrody im. Mackiewicza. Za ostatnią, ''Morfinę'', dostał pan Paszport ''Polityki''.

- No właśnie. Na jednym z prawicowych forów ktoś napisał, że doszło do wymiany agentów. Oni nam dali Masłowską, myśmy im dali Twardocha.

Dowcipne.

- Dowcipne, owszem, ale mnie wcale nie bawi, mnie to wkurwia, bo to właśnie dowcipny przykład tego, jak wygląda w Polsce myślenie o literaturze, to znaczy jest to myślenie w kategoriach ''nasz - nie nasz'', w kategoriach politycznych, a nie artystycznych. Wszystkim się w ogóle wydaje, że pisarza można ideologicznie zawłaszczyć. Że pisarze są do wzięcia.

Mnie się nie da zawłaszczyć. Czy ja jestem bibelot na półce, żeby ktoś mógł mnie zwinąć do kieszeni i ustawić sobie na własnej? Owszem, wiem, że wielu moich dawnych prawicowych znajomych, dziś zaangażowanych patriotycznie i smoleńsko, raczej mnie już nie lubi. Dla nich jestem zdrajcą. Z drugiej strony pewnie na lewicy są ludzie, dla których zawsze zostanę jakimś tam czarnosecinnym oprawcą. Ale to nie mój problem.

A jak jest naprawdę?

- Naprawdę to nie jestem niczyj, tylko swój własny. Ale wedle powszechnych po obu stronach debaty kryteriów ludzie dzielą się na tych, którzy są z nami, i na tych, którzy są przeciw nam. Ja tego naprawdę nienawidzę, tych znaczących pytań: - No jak to możliwe, publikował pan we ''Frondzie''? No jak to tak, pisać o Máraiu w ''Wyborczej''? W ''Polityce''? W ''Arcanach''? W ''Znaku''? Nikogo nie obchodzi, co ja tam pisałem i o czym, i po co, tylko ważne gdzie. Bo jak gdzie - to można sobie, kurwa, wyobrazić, pod kogo jest podczepiony, nie? Dwa barbarzyńskie plemiona napierdalają się pałami po łbach, ale oficjalnie to się nazywa debata i życie publiczne. No więc teraz prawica mnie chyba nie kocha. Ale ja się w to nie bawię, w to walenie pałą.

''Newsweek'' o Twardochu: ''Pisarz, krawiec, żołnierz, szpieg''


Szczepan Twardoch opowiada o ''Morfinie''.

Do tego dziadek w Wehrmachcie

- To pewnie jeszcze można byłoby przełknąć, gdybym się tego wstydził i ukrywał albo odprawiał za to jakieś ekspiacje. Ale nie zamierzam.

...i pańska deklaracja: nie czuję się, nie jestem Polakiem.

- Czy panią to oburza?

Ciekawi.

- Mieszkańcy centralnej Polski nie rozumieją Śląska. Dla was bycie Polakiem i kwestie narodowościowe są przyrodzone. Jeśli człowiek się urodził, to znaczy, że jest Polakiem. Tak jak ma kolor włosów albo oczu. Wejście w paradygmat, że kwestia przynależności narodowej jest efektem wyboru, jest dla niektórych intelektualnie niewyobrażalne. Na pograniczu można się urodzić Niemcem, a zostać Polakiem, albo odwrotnie, albo jeszcze ciekawiej. Mój pradziadek miał trzech braci i tylko on jeden chciał zostać Polakiem. Zmienił swoje nazwisko z Josefa Smolki na Józefa Smołkę, a jego bracia nie. Mogę ich nawet pani pokazać, chce pani zobaczyć?

Bardzo.

- Trzymam ich zdjęcia w telefonie. To jest mój pradziadek Józef. Bardzo śliczny, prawda? Ma tutaj jakieś 18 albo 17 lat, jakoś początek wojny światowej, pięknie się, karlus, nosił.

Urodził się w budynku, który mi pan pokazywał w drodze do Pilchowic?

- Nie. W Żernicy, wtedy to się Deutsch Zernitz nazywało, tam się urodził Jorg Draga, mój dziadek, w 1920 roku. Znajomi czasem śmieją się ze mnie, że noszę ich zdjęcia ze sobą, ale lubię mieć ich blisko. To moi poprzednicy. Od przodków się tylko pochodzi, a po poprzednikach się następuje i zajmuje ich miejsce na świecie. I ja je jakoś zajmuję, chociaż robię coś innego, ale w tym samym miejscu. A to jest mój dziadek Draga, na weselu swojego kuzyna, który przyjechał na nie z frontu wschodniego. Jeszcze jako szeregowiec, ale już z Krzyżem Żelaznym. Na przełomie wieków woziłem do niego dziadka na wizyty do Żernicy. Były urocze. Siadali, dawali mi kołocz i kawa i zaczynali rozmawiać po niemiecku, a ja ni w ząb nie rozumiałem, bo od dziecka dziadkowie tak bardzo chcieli mnie nauczyć niemieckiego, że ja przez przekorę do dzisiaj się porządnie nie nauczyłem, czytam tylko. A na tym zdjęciu jest mój pradziadek Józef, ale jeszcze jest Josefem, i jego bracia: Fritz, Erich i Heinrich.

Bohater ''Morfiny'' i jego matka są pogmatwani tożsamościowo. Związani ze śląskim rodem szlacheckim Strachwitzów raz są Niemcami, raz Polakami. Konstanty dochodzi jednak do konstatacji, że w dupie ma, czy jest Niemcem, czy Polakiem, mierzi go polskość, ''ojczyzna i tym podobne pierdolenie''.

- No, tak właśnie zostałem zdrajcą polskości po raz kolejny. A wulgaryzmy jednak się przydają czasem, prawda?

Przekleństwo rozładowuje? Wzbogaca przekaz?

- Rozładowuje chyba tylko strasznie napiętych, mnie nie. Przekleństwa są wielkim bogactwem języka, jako wzmocnione czasowniki, jako obelgi, wreszcie w funkcjach wykrzyknień czy podkreśleń pauz w zdaniach. Po polsku się zresztą bardzo fajnie przeklina, bo jest pod tym względem polski językiem całkiem bogatym, na pewno bogatszym od angielskiego chociażby. Proszę zobaczyć, oni mają jedno smutne ''fuck'', poza tym to już jakieś omówienia lokalne, a w polskim jest piękne, indoeuropejskie jeszcze ''jebać'', późniejsze ''pierdolić'', a dalej jest jeszcze śląskie ''dupić'', nie licząc już wszystkich lżejszych eufemizmów. Przy pani wolałbym nie przeklinać, ale nie bardzo mi chyba wychodzi, bo jak się unoszę, to taką mam ekspresję, no. No i oczywiście przy mojej mamie w życiu nie powiedziałem brzydkiego słowa.

Jeden z wybitnych polskich aktorów, w wieku czterdzieści i cztery, powiedział mi, że nigdy nie zapalił przy mamie papierosa. A odpala jednego od drugiego.

- Też nie palę przy rodzicach. Jakoś nie mam śmiałości. Myślę, że sprawiłoby im to przykrość. Zresztą moja ciocia, siostra mojej mamy, do dzisiaj nigdy chyba nie zapaliła w towarzystwie mojego dziadka. Na rodzinnych weselach wymykaliśmy się, żeby wspólnie zapalić za rogiem, ja się ukrywałem przed rodzicami, ciocia przed moimi dziadkami.

Z czego to wynika?

- Chyba z szacunku, choć oczywiście nie uważam, że kiedy ktoś pali przy rodzicach, to ich nie szanuje. W różnych rodzinach są różne formy szacunku. To oczywiście nie wyczerpuje śląskości, ale szacunek dla rodziców jest ważnym jej elementem. Rodzina jest na Śląsku chyba na pierwszym miejscu. Wie pani, że do liceum myślałem, że rozwody są tylko w filmach. Kiedy bodajże w pierwszej albo drugiej klasie kolega mi się zwierzył, że jego rodzice się rozwiedli, nie uwierzyłem. Bo brzmiało to tak, jakby obwieścił: ''Właśnie leciałem statkiem kosmicznym w » Star Treku «''. Póki nie poszedłem do liceum, nie znałem nikogo, kto by się rozwiódł.

Orliński o pisarstwie Twardocha: ''Narodowa fantastyka''


Twardoch czyta fragmenty ''Wiecznego Grunwaldu''.

Na rozwód nie pozwala Ślązakom wasz głęboki katolicyzm?

- Kiedyś tak myślałem, ale teraz wydaje mi się, że to nieprawda. Bo ten rzekomo głęboki katolicyzm jest, albo przynajmniej był, na Śląsku taki trochę protestancki w nastroju, to raz, a dwa, to nie powstrzymuje on Ślązaków przed praktykowaniem wielu innych niezbyt katolickich postaw. Mówię był, a nie jest, bo mam też wrażenie, że większość konceptualizacji Śląska odwołuje się do jego przeszłości, nikt nie umie rozpoznać, jaki Śląsk jest teraz, nie, jaki był, jak to się u nas mówi, ''za starego piyrwy''. Co do rodziny, to mam swoją amatorską teoryjkę na ten temat. Ślązacy nie mają silnie rozwiniętej świadomości narodowej. I to nie tylko polskiej czy niemieckiej, ale w ogóle swojej własnej, żadnej. Tożsamość wspólnoty większej niż rodzinna czy sąsiedzka nigdy nie była dla Ślązaków specjalnie ważna. Państwa i realia polityczne zmieniały się, więc nigdy nie byliśmy w nie zaangażowani. A człowiek, jak sądzę, ma w duszy naturalną potrzebę zaangażowania, oddania się czemuś, którą musi czymś wypełnić. Skoro Ślązacy nie mieli tożsamości narodowej, to angażowali się w rodzinę i w państwo rozumiane jako coś zewnętrznego, obcego i boskiego. To państwo obejmowało również chyba Kościół i pracę. Ale rodzina zawsze była i jest na pierwszym miejscu.

Polski topos stawia na pierwszym miejscu Polskę. Helenka musi być przede wszystkim Polką, dopiero potem matką i żoną Willemanna.

- Nigdy tego polskiego podejścia nie rozumiałem. Wychowywano mnie w przekonaniu, że rodzina jest ponad wszystko, a powinności wobec państwa, narodu czy Kościoła to owszem, ale w drugiej kolejności. Zresztą nie wiem, może moi rodzice mieli coś innego na myśli, może to mój dziadek taką hierarchię wartości mi suflował albo ja się sam tak wychowałem. No nie wiem, naprawdę. Jakoś nie zastanawiałem się, jak to jest ze mną. Próbowałem skonfrontować się z polskimi paradygmatami, których zupełnie nie rozumiem, czytałem dużo książek, by odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jestem.

Sądzi pan, że nas, Polaków, więzi polskość?

- Tak, więzi was, tak jak każda peryferyjna tożsamość jest jednocześnie więzieniem i fundamentem człowieka.

Nie uważam, żeby w moim poczuciu śląskości było coś wzniosłego. Ślązacy ten etniczny charakter mają, powiedzmy sobie, taki sobie raczej. Są bierni, ospali i nie potrafią rozpoznać samych siebie. Są na to zbyt leniwi.

Jeśli dla kogoś oś świata rozpina się między grubem, czyli kopalnią, domem i kościołem, to jaka jest jego życiowa perspektywa? Przednowoczesna, bardzo spokojna, bez napięć, ale jednak przyziemna. Albo, dosłownie rzecz biorąc, podziemna. Chtoniczna. Dodajmy do tego jeszcze pracę jako świętość i wartość autoteliczną. Ślązacy nie chodzą przecież do pracy po to, żeby zarabiać pieniądze. Chodzą do pracy, bo żyje się po to, żeby pracować. I będą pracować, służąc dokładnie w ten sam sposób Piłsudskiemu, Hitlerowi, Stalinowi, nie zauważając, że świat się zmienia, że przetaczają się po nim wojny. Ale póki można, stanąć o 5 rano, eblyc się, pójść na gruba, potym szychta, wyjechać na wiyrch, wrócić do dom, świat jest w porządku. Szanuję to w jakiś perwersyjny sposób, bo w tym tkwi sedno naturalnego śląskiego konserwatyzmu. Konserwatyzmu rozumianego nie jako niechętna refleksja nad nowoczesnością, tylko jako przednowoczesna postawa. Więc szanuję, bo gdybym nie szanował, to gardziłbym samym sobą, moim własnym dziedzictwem.

Pan tak żyje?

- Ależ skąd! Nie chcę i nie umiem żyć w taki sposób, jestem artystą, który najbardziej zajęty jest samym sobą. Ale pewnie na jakimś poziomie, gdybym moje życie zredukował do tego, co stanowi o jego istocie, to może wyszłoby coś podobnego. Nie wiem. Bo skoro sam określam siebie i definiuję się przez swoją pracę, przez bycie pisarzem, to może to w sumie jest coś podobnego? Jestem potwornie nudny w swojej śląskości. Ślązacy są nudni.

Pana bohater nie ma zbiorowej pamięci. Czy to go czyni wolnym?

- Wręcz przeciwnie. Brak zbiorowej pamięci czyni go bardziej podatnym na zniewolenie przez innych ludzi. Kiedy człowiek czuje przynależność do jakiejś wspólnoty, nie da się zwieść manipulacjom indywiduów.

Pan czuje?

- Nie wiem, cholera. Wiem, za kogo się mam. Ale z drugiej strony na Śląsku nie ma już żadnej wspólnoty. Kiedyś była, a teraz nie ma. To, co zostało ze śląskiej tożsamości, to smutne resztki po pożarze. W sensie: zgliszcza. Śląskość umarła. Kiedy spotykam wielkomiejskich działaczy RAŚ-u z Katowic, to z moim backgroundem bywam dla nich Marsjaninem tak samo jak dla moich przyjaciół z Warszawy, bo też oni się od swoich rówieśników z Warszawy niewiele różnią. Wielu z nich odkryło swoją śląskość, kiedy byli już dorośli. Niektórzy godają, większość nie godo, partyjne nasiadówki RAŚ-u, przynajmniej tych parę, które obserwowałem, toczą się po polsku. To zresztą pięknie powtarza wzorce litewskiego odrodzenia narodowego, którego początki w całości działy się po polsku, bo litewscy działacze swoją litewskość odkrywali i nie znali języka. Jorg Gorzelik uczy się śląskiego. Zresztą nie jest tzw. echt Ślonzokiym, tylko krojcokiem. Chyba nie obrazi się o to, bo sam o tym mówi. Zresztą nie ma się o co obrażać.

Twardoch w rozmowie z ''Krytyką Polityczną'': ''Cenię sobie życie w Kryształowym Pałacu''


''Co to znaczy Ślązak?'' - sodpowiada Twardoch.

Kto to jest krojcok?

- No miszling. Mieszaniec.

Pochodzi tylko w połowie z rodziny śląskiej?

- Wiem, wiem, że to potworne. W sumie jakoś się tym brzydzę, bo to jest fundament śląskiej ksenofobii, która oczywiście jest ogromna, jak w każdej przednowoczesnej wspólnocie. A jednocześnie jakoś mam to w sobie. Ale nie lubię tego babrania się w korzeniach, wydaje mi się to jakoś jednak żałosne. Kiedy spotyka się czterech Ślązaków, to koniec końców ich spotkanie przypomina nasiadówkę Ahnenerbe, to znaczy kto z kim, kto ma czysto w papierach, a kto nie ma, fto mioł staroszka gorola, a fto starka z Moraw. Przecież Ślązakiem nie da się zostać, więc nic dziwnego, że śląskość umiera, skoro w ogóle nie jest inkluzywna, całe napięcie bycia Ślązakiem skupia się na tym, kto Ślązakiem nie jest, na wykluczeniu z tego wielkiego, acz nikomu poza Ślązakami niepotrzebnego zaszczytu bycia Ślązakiem. Nie wiem, czy to jest takie fajne, chyba nie jest, ale śląskość bez tego się nie obędzie. Bo Ślązacy poza przekonaniem o swojej niezwykłej śląskiej czystości, która nikogo poza nimi nie interesuje, niewiele więcej mają. Nie tylko, że niewiele albo w sumie nic jako ethnos nie wnieśliśmy do kultury europejskiej, to jeszcze nie potrafiliśmy się nawet sami zdefiniować. Słowacy, Łotysze, Bośniacy czy Białorusini też Europie sobą, swoim istnieniem, niewiele albo nic nie dali, ale przynajmniej zdołali samych siebie wymyślić, lepiej lub gorzej, ale jakoś. Ślązaków nawet na to nie było stać. Nie wiem, czy to dobrze o nas świadczy.

Skoro naród nie był dla was kwestią istotną, to jak mogliście się zdefiniować?

- Ja tego właśnie nie rozumiem, ale próbuję to zrozumieć. Wszędzie w Europie po kongresie wiedeńskim coś się zaczyna dziać, a najmocniej po 1848 roku. Nagle kilkanaście albo i więcej narodów i narodków powstaje, czasem prawie z niczego, wymyślane są sztuczne tradycje, nowe języki literackie, wszystko - a na Śląsku nic. Polakami nie zostają, Niemcami też nie, co najwyżej jakoś tam zostajemy Prusakami, w znaczeniu mimowolnego przyjęcia jakiegoś modelu moralnego stosunku do państwa czy prawa. Ale siebie samych nijak nie potrafimy wymyślić. Byle yno robota była, kościoł boł i na jodło dla dzieckow stykło. To jest właśnie ta potworna społeczna, intelektualna gnuśność. Ślązacy są tak bardzo pracowici, że już nie starcza im jakiejkolwiek energii na inne działanie. I przez swoją gnuśność nie zdążyli się wymyślić wtedy, gdy był na to czas.

Teraz jest za późno?

- Myślę o tym przebudzeniu śląskim z sympatią i sentymentem, ale bez szczególnej nadziei, że się ten projekt może powieść. Ale pomogę, jeśli będę jakoś mógł, chociaż pomocy porywczych artystów to takie ruchy za bardzo nie potrzebują, bo ja za bardzo raczej dzielę włos na czworo i nie bardzo umiem skandować. No i to oczywiście jest wymyślanie śląskości na nowo. Z drugiej strony jeśli nie zostanie wymyślona, to w ogóle zniknie.

Mnie osobiście nie interesuje autonomia, która jest postulatem o charakterze administracyjnym i gospodarczym, bo na tym się nie znam. Interesuje mnie Śląsk i śląskość, czymkolwiek jest, a oni coś sensownego, jak mi się zdaje, dla przetrwania śląskiej tożsamości robią. Reszta mnie nie obchodzi. Nie znam się na gospodarce, więc nie mam zdania. Kiedy byłem młodszy, znałem się na wszystkim. Nawet na organizacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na długu publicznym, na gospodarce i na Marynarce Wojennej.

Pan musiał być nie do zniesienia

- Byłem. Na każdy temat miałem opinię. A jak nie miałem, to musiałem sobie wyrobić. Dobry Boże, ja miałem zdanie nawet na temat keynesizmu, sensu filozofii analitycznej albo transhumanizmu u Kurzweila. Dzięki Bogu, w końcu mój nieposkromiony egotyzm został trochę ujęty w ramy. Zrozumiałem, że znam się na bardzo niewielu rzeczach. I że mogę sobie pozwolić na luksus nieposiadania zdania na temat całej reszty. Mam bardzo konkretną opinię na temat tego, jak powinna wyglądać powieść, co to znaczy się przyjaźnić, jakie są obowiązki mężczyzny w życiu.

Twardoch o stolicy i małej ojczyźnie: ''Nie wyjadę do Warszawy, mogę żyć tylko u siebie, na Górnym Śląsku''


Twardoch mówi o zbiorze opowiadań ''Tak jest dobrze''

Jakie?

- No, zdaje mi się, że mężczyzna ma wypełniać obowiązki wobec swojej rodziny, wobec przyjaciół i wobec samego siebie. W tej kolejności właśnie. Nie mam na myśli konserwatywnej utopii, że ja pracuję, a żona siedzi w domu, bo jak pani widzi, my sobie gadamy, dziećmi zajmuje się niania, a moja żona właśnie użera się ze studentami. Ale nie zniósłbym tego, gdyby to żona mnie utrzymywała. Chociaż nie umiałbym też żyć z kobietą, która zajmuje się tylko tym, że jest moją żoną i matką moich dzieci.

Dlaczego nie?

- Boby nudno było trochę. To znaczy gdyby było nas na to stać, a moja żona postanowiłaby teraz, że nie będzie już więcej pracować, to oczywiście nie miałbym z tym problemu, bo ona już bardzo dużo w życiu osiągnęła, świetny doktorat, praca naukowa i projektowa. Między innymi zaprojektowała nam ten dom.

W którym pan realizuje swoje pasje.

- Ale mi za to płacą i dlatego mogę je sobie realizować do woli, bo to nie są pasje, tylko praca. Zawód. Nienawidzę słowa ''samorealizacja''. To prosty i głupi wytrych, który ma ludziom pozwalać na słabość, na lenistwo i na egoizm. Jak słyszę to smutne pierdolenie o odnajdywaniu samego siebie, o tym, żeby postawić siebie na pierwszym miejscu, mieć odwagę bycia szczęśliwym, to mi się robi niedobrze. Zresztą tak mówią i mężczyźni, i kobiety.

Jak facet z Marsa

- Słowa ''facet'' też nienawidzę. Wiem, że to absurdalne i irracjonalne, ale nienawidzę. Wzbudza we mnie skojarzenia z chłopakiem dziewczyny z ''Cosmopolitan''. Dziewczyny w ''Cosmo'' mają facetów, prawda? Te wszystkie teksty ''Jak sprawić, żeby twój facet nie oglądał się za innymi''. I to jest coś potwornego. Świat, który mnie przeraża i brzydzi.

Aż tak?

- Bo to przecież są martwi ludzie. Wydrążeni, skorupki takie z chińskiego plastiku. Te wszystkie wypindrzone dupki podobne do siebie, jakby je w jednej fabryce robili, Warszawa, Kraków czy Poznań, korporacja, mieszkanko na strzeżonym osiedlu, pierdolony kotek i jego kuweta, bo na dzieci jeszcze ''się nie zdecydowały'', wydaje im się, że o wszystkim decydują, takie pewne siebie, samorealizacja, samodoskonalenie i inwestowanie w siebie, a do tego ci ich, kurwa, ''partnerzy'', bo to przecież nie chodzi o żaden romans, tylko właśnie ''partnerzy'', wykastrowane toto zupełnie, bo się baby własnej boją nawet bardziej niż szefa w robocie - czy oni w ogóle sypiają ze sobą?

Jak można sypiać z kimś, z kim zasady pożycia negocjuje się jak kontrakt? W tym jest tyle seksu co w umowie o dzieło. Jakby to spółka była, nie coś, co się dzieje między dwojgiem ludzi w łóżku i potem przy stole, i w życiu w ogóle. Przecież nawet licealne ''mój chłopak'' czy ''moja dziewczyna'' albo seryjny i niedokonany ''narzeczony'' jest lepszy od tego pierdolonego ''partnera'' czy ''partnerki'' rodem z kodeksu handlowego. I potem czarna rozpacz, jak te biedne laski patrzą nagle w lustro po czterdziestce, partner poszedł w cholerę razem z ich młodością, kotek zdechł, tylko kuweta zasrana została i nagle - przepraszam - gdzie się podziało nasze życie? Ale dobra, czy my możemy już porozmawiać o literaturze?

Jeśliby za obowiązek mężczyzny uważać obronę ojczyzny, to Polacy nie wywiązali się z niego w trakcie kampanii wrześniowej. Proszę tak na mnie nie patrzeć. Przecież ''Morfina'' pełna jest takich ocen.

- Miało być o literaturze, ale dobra. Jasne, że się nie wywiązali. Próbowali, ale się nie wywiązali. Jak ja będę bardzo próbował zarobić na życie, ale mi się nie uda, to czy to znaczy, że jestem zaradny, bo się starałem? A podobno mieli być zwarci i gotowi, nie oddać ani guzika od płaszcza, a przesrali cały kraj w trzy tygodnie. Czy to jest powód do chwały? Jak się wojnę przegrywa, to znaczy, że się, za przeproszeniem, dało dupy i nie należy tego afirmować. Nie znoszę obnoszenia zbitej dupy na drzewcach jako powodu do chwały narodowej. Nie rozumiem polskiego kultu klęski. 20 lat pracy całego narodu wzięło w łeb, bo paru generałów uwierzyło we własną propagandę.

Willemann ma zadanie, by umożliwić dogadanie się Polaków z Niemcami. Pan sądzi, że to była właściwsza opcja dla Polski?

- No świetnie. Dzień dobry, nazywam się Szczepan Twardoch i mogę państwu opowiedzieć, jak zostałem hitlerowskim kolaborantem. Tego pani chce?

Na forach internetowych jest pan już faszystą.

- O, czym ja już nie byłem na forach internetowych! Dla niektórych lewaków zawsze będę faszystą, komunistą też już byłem, byłem już Żydem, Niemcem i pedałem, to ostatnie to dlatego, że się ładnie ubieram, a prawacy się zwykle ubierają strasznie brzydko i ponuro, i wszystko, co ładne, kojarzy im się z homoseksualizmem, bidulkom. A wracając do kwestii właściwej, to oczywiście, że powinni się byli dogadać z Niemcami! Zerwać po raz pierwszy od trzystu lat z irracjonalną polityką i zachować się jak dojrzały europejski kraj. Ale to oczywiście nie w Polsce, w Polsce dojrzałość to niekoniecznie.

Honor żołnierza polskiego nie pozwalał.

- Ale przecież ci, którzy podejmowali te decyzje, nie złożyli swojego życia w imię honoru, tylko wysłali na wojnę młodych żołnierzyków, a sami spierdolili do Rumunii. Dowódca wojska nie jest od unoszenia się honorem, tylko od myślenia o tym, co zrobić, żeby wygrać albo przynajmniej przegrać jak najmniej. A poza tym trzeba być idiotą, żeby myśleć w kategoriach honoru o polityce międzynarodowej. Tu trzeba kalkulować, liczyć zyski i straty. I jak ten rachunek wygląda? Józef Beck i marszałek Rydz przegrali Polskę w imię fantazmatów będących w rzeczywistości nieuprawnioną ekstrapolacją cnót osobistych na wartości polityczne. Potraktowali kraj jak własny folwark, który można przegrać w pokera dla elegancji odważnego blefu. Trudno sobie wyobrazić większą klęskę: Polska straciła drugi i czwarty ośrodek polskiej kultury, czyli Lwów i Wilno, nie mówiąc o stratach gospodarczych, ludzkich i półwiecznej prawie moralnie rozkładającej zależności od Związku Radzieckiego. Nie jestem w stanie zrozumieć tego kultu kampanii wrześniowej w Polsce. Myślenie o tym wzbudza we mnie wściekłość.

O sobie: ''Tożsamość samotna''


Fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Widzę.

- Koniec. Już jestem spokojny. To śmieszne, żeby po tylu latach się tym emocjonować. Jezu, ja naprawdę nie chcę o tym gadać, to mnie wcale aż tak bardzo nie obchodzi, a wszyscy mnie o to pytają. A mnie życie obchodzi, nie trupy.

Polska jest już dojrzałym narodem?

- No i jedziemy dalej. Dobra. Z niewinnymi polskimi trupami w centrum swojej tożsamości? Z trupami jako narzędziem polityki? Mam wrażenie, że w Polsce podaż historycznych trupów prześcignęła już popyt sumienia. A przecież trupy nie należą do nikogo, tymczasem co rusz odzywają się jacyś ich właściciele i trzęsą się nad swoimi truchłami, reklamują je albo zgłaszają swoje roszczenia do ich własności. I te niewinne trupy wypierają pamięć o całej reszcie polskiej historii. Tak jakby składała się ona tylko z ofiar. Jakby polski oficer musiał być oficerem z rękami związanymi drutem i z dziurą w potylicy, a polski żołnierz z patykiem zamiast z karabinem.

Jakby nie było polskiej kawalerii wjeżdżającej do Moskwy w 1612 i w 1812, jakby nie było lisowczyków siejących terror po całej Europie czy szeregu zwycięskich wojen toczonych na rubieżach imperium, jakim była Polska przez kilkanaście dziesięcioleci, przez cały XVI wiek. Ale póki Polacy będą sami siebie definiować przez pryzmat ofiar, celebrować swoje klęski i machać sztandarem z truchła, póty pozostaną ofiarami historii. Bielik-Robson przykłada do myślenia o polskości narzędzia psychoanalityczne. Narcyzm pierwotny, niewyjście poza łono matki itd. To jest dobra terminologia do opisywania polskości jako niedojrzałości.

Tylko, co najśmieszniejsze, polskość kiedyś była dojrzała, była jednocześnie republikańska i imperialna i na pewno nie była peryferyjna, bo była wsobna i sama się definiowała. To jest jakiś przeklęty wtórny infantylizm, którego romantyczna tradycja jest najdoskonalszym i najstraszniejszym wcieleniem.

Odetchnął pan z ulgą po głosowaniu w Sejmie nad projektami ustaw partnerskich?

- No, błagam. Mam w dupie głosowania w Sejmie. Jestem pisarzem, a nie dziennikarzem na sejmowej galerii. Nie interesuje mnie to. Acz wiem, że mojemu przyjacielowi, który mieszka ze swoją dziewczyną, to na tej ustawie zależało z jakichś tam praktycznych powodów. Ale ja naprawdę nie wiem, o co w ogóle dokładnie chodzi, bo mnie to nie interesuje. OK? Naprawdę wkładam dużo wysiłku w to, żeby nie wiedzieć, co się dzieje wokół mnie. Więc może już skończmy. Choć nie, muszę zapytać. Pani uważa, że rządzący są po stronie rządzonych?

Pan uważa, że nigdy nie będą.

- No, jakoś nie wierzę w założycielski mit demokracji, który mówi, że został w niej jakoś przekroczony podział na rządzących i rządzonych. Mam przekonanie, że każdy ład społeczny jest tak skonstruowany, że ktoś musi być z niego wykluczony. Ludzie nie mogą być w społeczeństwie, kogoś zeń nie wykluczając. Girard i Eliade, w sumie, prawda? Mnie to wcale nie cieszy, bo to smutne jest, ale wydaje mi się, że tak właśnie jest. I jest to bariera nieprzełamywalna, której nie da się zmienić żadnym przewrotem. Między ludźmi zawsze będą rządzący i rządzeni, tak skonstruowana jest natura człowieka. Między tymi, co rządzą, i tymi, co są rządzeni, istnieje taka przepaść jak w Biblii między niebem a piekłem, żadnego porozumienia, żadnej komunikacji. Dyskursy emancypacyjne zakładają, że ta bariera jest przełamywana, ale każdy zrealizowany dyskurs emancypacyjny nie równa, przetasowuje tylko rządzących i rządzonych, zmienia ich skład. Może rewolucje są w porządku o tyle, że dlaczego tylko jedni mają władać, a inni być władanymi. Tak w każdym razie uważam dziś, co nie znaczy, że mi się to nie odmieni za kilka lat. Wszystko mi się zmienia.

To czym są wybory?

- Średniowiecznym świętem głupców, kiedy na jeden dzień rządzący i rządzeni zamieniali się miejscami. Wie pani, przebierali pijaków za biskupów, robili orgie w kościołach i tak dalej. Każdy ład potrzebuje takiego okresu karnawału jako wentylu bezpieczeństwa. Więc w czasie kampanii wyborczej elita władzy musi się podlizywać każdemu lumpowi, a w dniu głosowania ten lump może sobie na chwilę być władcą i pokazać Tuskowi czy Kaczyńskiemu, gdzie raki zimują. Ale tak na niby, oczywiście, bo waga jednego głosu jest żadna. A potem znowu przez trzy lata z hakiem upokorzeni kampanią wyborczą politycy darzą lumpa i mnie, i panią pogardą i szczerą nienawiścią i śmieją się w kułak na myśl o swoich wyborczych obietnicach.

Konstanty jako Niemiec służy Polsce, bo uważa, że jest mu to potrzebne. Do czego? Na co on liczył?

- Nie wiem. Nie panuję nad procesem twórczym i nie wiem, dlaczego coś napisałem tak, jak napisałem. Panuję w bardzo wykoncypowany sposób nad warstwą artystyczną, warsztatową, ale nie nad stroną intelektualną. Bo gdybym miał coś bardzo konkretnego do powiedzenia na temat tożsamości, przynależności narodowej, obowiązku obywatela wobec państwa, to nie pisałbym na ten temat powieści, tylko esej. Uważam, że wielką krzywdą, jaką się robi powieści, szczególnie w Polsce, jest traktowanie jej instrumentalnie. Powieść to nie jest narzędzie do niczego. Powieść niczemu nie służy, to wszystko inne może służyć powieści, nie odwrotnie. A u nas wielu ludzi, którzy mają coś do powiedzenia, zamiast powiedzieć to wprost, że, powiedzmy, Zbyszek jest złodziejem, Piotrek agentem, albo że wszyscy mężczyźni to łajdacy, albo wszystkie panie to dziwki, piszą powieść. Lewicową, prawicową, ekologiczną, feministyczną, militarystyczną, pacyfistyczną, jakąkolwiek. I to jest marnowanie czasu. Lepiej takie rzeczy mówić wprost, jeśli ktoś chce je mówić.

Kim jestem? - to pytanie zadaje sobie Konstanty.

- To najważniejsza sprawa w życiu człowieka, by postawić sobie to pytanie i odpowiedzieć na nie. Ze wszystkich kłamstw, z którymi jesteśmy w życiu konfrontowani, najtrudniej obalić własne. To znaczy sami siebie okłamujemy najlepiej.

No, pojechał pan teraz niczym Coelho.

- No super, dzięki. Ja bym powiedział, że chyba przeczytałem to gdzieś u Rochefoucauld, ale co kto tam woli.

Pan sobie już na nie odpowiedział?

- Cały czas odpowiadam sobie od nowa. Codziennie. Kim jestem, co jest dla mnie najważniejsze, jak chcę żyć. Może to jest dorosłość?

I jaka jest pańska hierarchia?

- Życie jest najważniejsze, a życie nie poddaje się jakiejkolwiek światopoglądowej konceptualizacji - lewicowej czy prawicowej. Mnie więc interesuje życie i człowiek, jego egzystencjalna sytuacja wobec siebie, świata, wobec drugiego człowieka, wobec absolutu, wobec immanentnej rozpaczy świata i wobec śmierci. Wobec tego, czy śmierć to ostateczna klęska, czy raczej wybawienie. Wobec tego, czy coś jest nas w stanie zbawić, czy sami możemy się zbawić, czy w ogóle pojęcie zbawienia ma sens, czy jest jakaś nadzieja na cokolwiek, czy raczej zamiast nadziei należy trenować obojętność. Wobec płci. To jest życie, nie? Wszystko inne może być ciekawe, ale jakby trochę mniej.

*Szczepan Twardoch - ur. w 1979 r. Pisarz, felietonista, autor m.in. powieści ''Wieczny Grunwald'' i zbioru opowiadań ''Tak jest dobrze''. Studiował socjologię i filozofię. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku. Za powieść ''Morfina'', której akcję umieścił w Warszawie w 1939 r., otrzymał Paszport ''Polityki''

''Jak słyszę, że ktoś jest jakimś polskim kimś tam, to mnie cholera bierze'' - rozmowa z Twardochem.


 Fot. www.twardoch.frCzego szukać w księgarni - galeria okładek Szczepana Twardocha

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.