Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
REMIGIUSZ GRZELA: To prawda, że chciałaś zostać pianistką?

TERESA TORAŃSKA: Muzyka była całym moim życiem. Miałam sześć lat, kiedy zdawałam do szkoły muzycznej. Miałam za małe rączki, więc powiedziano mi, że za rok zostanę przyjęta bez egzaminu. Przez całe lata uczyłam się gry na fortepianie. Mając 14 lat, zagrałam koncert z orkiestrą, poprawnie, ale czułam, że w tym wykonaniu nie ma duszy. Wiedziałam, czym jest dobra muzyka. Zrezygnowałam z pianistyki. Piszę tekst tak długo, aż uznam, że już lepiej nie umiem. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy tym razem się nie będę wstydzić. Jestem samokrytyczna, bo tego uczyła mnie mama.

Jakie są twoje najwcześniejsze wspomnienia z domu?

- Białystok. Mama i my dwie w jednym łóżku sprężynowym z siennikiem - miało miedziane gałki na oparciach, a nad nim wisiał gobelin z końmi. Mama czytająca nam książki w tym łóżku. Cudowne wieczory, najlepsze w życiu. Mama nie lubiła bajek, czytała nam dorosłe książki, na przykład "Pana Tadeusza". Nic z tego nie rozumiałam, ale pamiętam, że bardzo mnie podniecała Telimena, zadawałam sobie pytania: dlaczego te mrówki, po co ona tam usiadła, po co w ogóle tam poszła? Zasypiałyśmy przy Czechowie, którego mama uwielbiała, bo dziadek czytał jej Czechowa po rosyjsku.

Wiesz więcej o rodzinnej przeszłości?

- Mama urodziła się w 1915 roku w Wołkowysku - dzisiejsza Białoruś - ale była pierwsza wojna, w caracie przenoszono całe instytucje i dziadek z pocztą, której był naczelnikiem, został przeniesiony do Smoleńska. Mama była kilkumiesięcznym dzieckiem. Do Wołkowyska wrócili dopiero w 1923 roku, kiedy miała osiem lat. Tam mieszkała dziesięć lat, zapisała się na romanistykę w Warszawie, zaczęła studia. Był czerwiec 1939 roku, mama pojechała na wakacje do domu. Kiedy wybuchła wojna, wybrała się z moim ojcem pociągiem do Warszawy po książki, które tam zostały. Spakowała, m.in. encyklopedię Gutenberga, z której do dzisiaj korzystam, zwłaszcza kiedy szukam wiedzy o przedwojennej Polsce, dojechali do Małkini, dalej już nic nie kursowało, i pieszo wracali do Wołkowyska. Kiedy weszli Rosjanie, przekraczali granicę, siedzieli jeszcze dwie doby na ziemi niczyjej, na której podobnie tak jak oni siedział tłum ludzi. W Wołkowysku była już władza radziecka i mama, będąc osobą wykształconą, dostała nakaz pracy na polskiej wsi. Prowadziła białoruską szkołę w Janowiczach. Wołkowysk, gdzie i ja się urodziłam, jest naszą siedzibą.


Teresa Torańska w 2006 r.; Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta

Nie mówisz nic o ojcu i jego rodzinie.

- To będzie moja ostatnia książka. Dziadek ze strony ojca był Rosjaninem, carskim oficerem, babcia poznała go przed wojną jako uczennica Institutu Błagorodnych Diewic w Białymstoku, w którym był nauczycielem. Potem jako kurator w Warszawie, a później w Płocku, gdzie urodził się mój ojciec, rusyfikował Polaków, ale jak widać po mnie - nie udało mu się. Z Płocka dziadkowie przenieśli się do Petersburga. Nadszedł rok 1917. Mój ojciec miał cztery lata, jego siostra sześć. Dziadek Aleksander wpadł w nocy do domu ze swoim adiutantem, obudził dzieci, wziął je na ręce. Były zaskoczone, na guziczkach carskiego munduru nie było prezentów: cukierków, czekoladek. Zmienił ubranie, pożegnał się z nimi i zniknął. Babcia mówiła, że prawdopodobnie uciekał na Kaukaz, gdzie miała powstać białogwardyjska republika. Być może został zabity po drodze. Kiedy uciekł, babcia nie mogła wyjechać z Rosji. Była Polką, ale dzieci zostały uznane za Rosjan i zabrano je do ochronki. Rodzina w Wołkowysku - bo podobnie jak rodzina mojej mamy też stamtąd pochodziła - przez kilka lat toczyła batalię przez Czerwony Krzyż, żeby babcię z dziećmi wydostać ze Związku Radzieckiego. Chodziło też o to, żeby uznano dzieci za Polaków. Wrócili w 1923 roku, kiedy otworzono granice. Pamiętam jedno zdjęcie dziadka Aleksandra. Po śmierci Stalina panował w Polsce strach. Babcia zawołała mnie i moją siostrę, pokazała nam zdjęcie dziadka siedzącego w fotelu w zakładzie fotograficznym, trzymał w ręku lorgnon, mnie wydał się bardzo stary, łysy i brzydki. Kazała nam to zdjęcie zapamiętać i je spaliła.

Odwiedziłaś kiedykolwiek Wołkowysk?

- Pojechałam tam pięć lat temu razem z przyrodnimi braćmi, Alikiem i Błażejem. Był z nami też mój mąż Leszek. Znałam nasze adresy, ale zmieniono nazwę ulicy i numerację domów. Poszłam do najstarszej chałupinki. Kiedy otworzyłam drzwi, wyskoczył kot i już wiedziałam, że to na pewno Polacy, bo Białorusini nie trzymają zwierząt w domu. Otworzyła starsza pani. Powiedziałam, że szukam domu Bernatowiczów, a ona, że to następny. Zapytała, dlaczego szukam. "Bernatowicz to był mój dziadek". Zapytała: "Tereska czy Halinka?". Wyobrażasz sobie, co czułam. A potem wyjeżdżamy z Wołkowyska i Leszek mówi: "Popatrz, drogowskaz na Janowicze". W Janowiczach urodziła się moja starsza siostra. Skręcamy, słyszymy szczekanie psów. No, to już absolutnie Polska. Właśnie w tej wsi mama miała sowiecki nakaz pracy. Szukamy szkoły. Wszyscy rozmawiają po polsku. Podchodzi do nas jedna pani: "Kogo szukacie?". Mówię, że mama tutaj uczyła. "A jak mamy nazwisko?". "Eleonora Torańska". "Halinka czy Tereska?" - pyta. "Boże, a ja jestem Karusia! Gdzie jest pani Lonia?". Miała kilkanaście lat, kiedy mama zabrała ją z tej wsi do Wołkowyska, żeby pomagała przy dzieciach. Mój ojciec został aresztowany. Mama woziła paczki do Grodna, bo tam miał sprawę sądową o przekazywanie fałszywych informacji i sabotaż władzy radzieckiej. Karusia opowiedziała, jak raz mama wróciła z Grodna z paczką w plecaku, nie zastała ojca w więzieniu. Był już wywieziony na Syberię, do gułagu w Mołotowsku. Powiedziano jej, że połucził diesiat' let.

Za co?

- Mama mówi, że za dowcipy o władzy sowieckiej, czyli za "sianie wrogiej propagandy". Karusia zapamiętała, że uklękły przed obrazem Matki Boskiej. W Grodnie ojciec siedział blisko rok i chociaż cała mamy rodzina już z Wołkowyska wyjechała, bo powtarzano, że to już ostatni transport przed zamknięciem granicy, mama ze względu na areszt ojca nie decydowała się na to. Na blacie węglowej kuchni smażyła karmelki, które sprzedawała - z czegoś musiałyśmy żyć. Wkrótce po wywiezieniu ojca na Syberię przyszedł znajomy kolejarz. Powiedział, że to już naprawdę ostatni transport. Mama sprzedała dobytek, za fortepian dostała dwa kilogramy wełny owczej. Wywiozła nas, mimo że ojciec był na Syberii. To była jej najmądrzejsza decyzja w życiu. Granicę zamknięto.


Teresa Torańska rozmawia z Agnieszką Kublik o katastrofie smoleńskiej i książce, którą na ten temat przygotowuje


Pamiętasz podróż?

- Nic nie pamiętam. Znam ją z opowiadań. Jechałyśmy pociągiem. W czasie postoju w Warszawie mama zostawiła nas w pociągu, poszła zobaczyć miasto. Było w gruzach, postanowiła jechać dalej. W Szczecinku wyszła na ulicę. Spotkała brata. Zamieszkałyśmy w pięknym poniemieckim domu z ogrodem, do którego prowadziły wahadłowe drzwi. Mama wieczorem zastawiała je szafą, żeby nikt się do nas nie włamał. Przeniosłyśmy się do Sulechowa. I raptem mama ojca dostała wiadomość z Czerwonego Krzyża, że ojciec wraca. Był rok 1948, Stalin przeprowadził amnestię, żeby oczyścić obozy i przygotować je dla "kosmopolitów". Obejmowała więźniów z tak zwanymi krótkimi wyrokami. Babcia zawiadomiła nas depeszą. Ojciec miał nasz adres, ale mama była pewna, że najpierw wysiądzie w Białymstoku, żeby zobaczyć swoją mamę. Wsadziła nas w pociąg i pojechaliśmy do babci. Tymczasem ojciec nie wysiadł w Białymstoku, tylko pojechał do Sulechowa. Tam dowiedział się od drugiej babci, gdzie jesteśmy, więc wsiadł w kolejny pociąg, co przecież nie było takie proste, i przyjechał do nas. Rodzice rozstali się po dwóch latach, ojciec był nie do życia. Mama mieszka teraz z nami, więc wiem, jaka jest niezależna i uparta. A ojciec, no, co mam powiedzieć - mam sporo przyrodniego rodzeństwa.

Miałaś potem kontakty z ojcem?

- Minimalne.

Nie brakowało ci go?

- Dziecku zawsze brakuje, zwłaszcza kiedy inni ojcowie przychodzą do szkoły muzycznej wieczorem, żeby je odebrać. Mnie odprowadzała i przyprowadzała mama.

O co zapytałabyś ojca?

- Nie mam żadnych pytań. A złość wykrzyczałam, kiedy byłam w klasie maturalnej. Nie kochał ani mnie, ani innych swoich dzieci, nie potrafił. Może ciężkie życie go takim zrobiło.

Jakiego pytania byś nie zadała?

- Uważam, że każde pytanie można zadać. Tylko po co?

Wiesz, kiedy ludzie kłamią?

- Wyczuwam. Patrzę w oczy. Może jeszcze nie wiem, co ktoś kombinuje, ale potem jest autoryzacja i zdejmowanie majtek. Ludziom drży ręka, kiedy mają skłamać na papierze.

Jakie masz marzenia?

- Nie mam czasu na marzenia. A jak się czegoś boję, to sobie wyobrażam, że jest odwrotnie. Zaklinam, żeby się nie spełniło. Boję się, że się dom spali, że mama upadnie, a mnie nie będzie w pobliżu.

Co jest najważniejsze?

- Praca. Kończę książkę i zaczynam następną. Ale robię przerwy. Wiesz, co robiłam dzisiaj, zanim przyszedłeś? Prasowałam. Bo co to jest praca? Poczucie, że komuś jestem potrzebna, że się do czegoś nadaję.

kwiecień 2011

Fragment pochodzi z książki Remigiusza Grzeli ''Wolne'' wydanej właśnie przez Krytykę Polityczną

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.