Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie mogę spać w nocy, bo myślę o przyszłości - to dziś jedno z częstszych wyznań w Europie.

Ten stan lękowy dopada studentów zastanawiających się, czy będą mieli jakąś pracę, bezrobotnych niemogących jej znaleźć i ludzi pracujących, którzy obawiają się, że ich stabilizacja nagle się skończy. Jedynie garstka szczęśliwców może czuć się bezpiecznie. Wyznania dotyczące strachu i bezsenności słyszę też w Polsce od młodszych i starszych, choć u nas wciąż panuje większy optymizm niż w wielu rozwiniętych krajach kontynentu.

Mniej strachu przed tym, co będzie, ujrzałem wśród licealistów, nie tylko z dobrych wielkomiejskich szkół, lecz także z tych oddalonych od metropolii. To, rzecz jasna, tylko moje intuicje, ale myślę, że ci młodzi albo mają jeszcze czas, by się bać, albo też sądzą, że potrafią świat zmienić na lepsze. Czego im serdecznie życzę, nawet jeśli na nas, starszych, postawią krzyżyk, bo zostawiamy im rzeczywistość paskudnie niedorobioną.

***

Nasza Europa jest dziś bowiem bardziej wspólnotą lęków i neurozy niż kontynentem pięknych nadziei. W ogarniętej kryzysem Portugalii 87 proc. mieszkańców jest niezadowolonych z ustroju demokratycznego - podaje sondaż sprzed dwóch miesięcy. Nasila się też nostalgia za dawną dyktaturą obaloną w latach 70. - pozytywnie ocenia ją blisko połowa Portugalczyków. Jasne, że gdy nadchodzi potężny kryzys, nastroje szaleją, rządzą strach, wściekłość i rozpacz. Co więcej, jeśli człowiek ogarnięty poczuciem nieszczęścia nie ma gdzie się zwrócić po pocieszenie, bo religie chrześcijańskie zerodowały, a wielkie ideologie obiecujące lepsze jutro wyparowały, to jedyną ostoją zdaje mu się przeszłość.

Toteż Europa wypruta z wiar, wszystko jedno, religijnych czy świeckich, jest skazana na ożywianie duchów przeszłości, także tych, które, jak się nam wydawało, dawno unicestwiliśmy. Zresztą to już się dzieje. Wszędzie atakują nas agresywne zombi odkopane z cmentarzy historii. Mnożą się nostalgie za silnym porządkiem, za energicznymi wodzami, blednie zaś europejska pamięć dyktatur i nieszczęść, jakie sprowadzały one na ludzi.

Widać to także w Polsce, choćby w coraz śmielszych działaniach ruchów nacjonalistycznych, w wyklinaniu - zwłaszcza w internecie - gejów, Żydów czy nawet Ślązaków w imię ''zdrowego'' lub ''polskiego'' porządku. Widać to również w próbach uczynienia z Romana Dmowskiego, czołowego ideologa polskiego agresywnego nacjonalizmu, patrona współczesności.

Tyle że takie działania powiększają jedynie pulę lęków w społeczeństwie. Pośród majaków o zdrowym narodowym porządku przyszłość zdaje się jeszcze bardziej chora.

Przekleństwem tej sytuacji jest to, że jak Europa długa i szeroka właściwie opuszczamy ręce, kapitulujemy przed naszymi lękami i dajemy im się pożerać. Jakbyśmy się przyzwyczajali do myśli, że ani demokracja, ani Europa nas nie ochronią.

Jeszcze kilka lat temu ów przywołany przeze mnie portugalski sondaż wywołałby poruszenie nie tylko w Portugalii, lecz także w całej Europie. Teraz przemknęły o nim ledwie wzmianki, nie wzbudził większych emocji ani zainteresowania. Nie tylko dlatego, że podobne zmiany nastrojów i stosunku do demokracji obserwujemy też w innych krajach, choćby we wstrząsanej kryzysowymi spazmami Grecji. Co ważniejsze, tę narastającą niechęć do demokracji uważamy za zjawisko naturalne. Cóż, jest kryzys, więc demokracja słabnie, to oczywiste - zewsząd dopadają nas takie komentarze. A to nie tak.

Jak rozpada się wspólnota: ''Separatyzmy cofają Europę do Średniowiecza''; ''Radykałowie, męczennicy czasów recesji''


Sławoj Żiżek opowiada Amerykanom, jak Europejczycy szukają kozłów ofiarnych.

Bo choć takie stwierdzenie o demokracji i kryzysie można traktować jako czysty opis i wtedy bywa prawdziwe, to obawiam się, że w naszej sytuacji znaczy ono co innego. Przebija z niego wiara w nieodwołalny wyrok losu - w kryzysie demokracja musi pękać. Nauczyliśmy się bowiem w całej Europie, więc też w Polsce, że demokracja jest tylko na niezłe czasy, i nie wiemy, jak jej używać i po co jest, gdy nadchodzą czasy gorsze. Tyle że jeśli bezwolnie przyglądamy się złym koniunkturom, to swoją biernością, czyli przyzwoleniem, sami je wzmacniamy i tym łatwiej padniemy ich ofiarą. To właśnie nasza sytuacja.

Owszem, bardzo wiele osób działa na różnych podwórkach. Zajmują się ekologią, kulturą, dziećmi, pilnują swoich ulic i osiedli. Zapewne nigdy w dziejach Europy nie było większej ''puli'' zaangażowania w sprawy publiczne. Tyle że większość tych aktywistów, zwłaszcza młodszych, działa poza polityką, ba, nie chce mieć z nią, z partiami, z rządami, do czynienia. Te swoje podwórka i zaangażowania traktują niemal jak twierdze broniące ich przed zasięgiem polityki. Jednak siła tych twierdz jest złudna, jeśli ta tak pogardzana przez nich demokratyczna polityka nie będzie ich chroniła.

***

Nie biadam ani nie piętnuję takich form niepolitycznego zaangażowania, bo łatwo pojąć ich przyczyny. Z badań Instytutu Spraw Publicznych nad młodymi ludźmi w wieku 18-24 lat wynika, że czują się oni odseparowani od systemu i sami chętnie się od niego separują. W polityce widzą głównie durne walki polityków o władzę i stołki. Zniechęca ich też ''podejmowanie nieistotnych dla nich tematów, jak katastrofa smoleńska, krzyż w przestrzeni publicznej czy legalizacja marihuany, zamiast kwestii związanych ze szkolnictwem, pracą, emeryturami''. Z podobnych przyczyn nie interesują się również mediami.

Ok. 20 proc. z nich dopuszcza sensowność rządów niedemokratycznych. To niewiele, ale więcej niż wśród starszych Polaków.

Łatwo zauważyć, że według tych młodych politycy, państwo, media, czyli świat oficjalny, nie zajmują się tym, co najważniejsze dla życia, co wzbudza największe lęki. Właśnie praca, właśnie emerytura, właśnie przyszłość. Na tym tle następuje separacja z systemem. Ale separacja oznacza również brak konsekwentnej presji, by system naprawiać. Nikt nie zmusza polskiej polityki, by stała się poważniejsza, bardziej zorientowana na życie ludzi, a mniej na majaki. Toteż nader często wędruje ona ścieżkami odległymi od społecznych potrzeb, co jedynie wzmaga poczucie porzucenia przez system i nasila społeczne lęki.

Karnawał dla zalęknionych

A koi je karnawał. Substytut rewolucji biednych. Takim właśnie mianem niemiecki filozof Peter Sloterdijk określa późnośredniowieczny karnawał tworzący świat na opak, znoszący codzienne hierarchie i upływający na zatracaniu się w chwilowej wolności. ''Można było kłamać i mówić prawdę, być obscenicznym i porządnym - pisze Sloterdijk - pijanym i nierozumnym''. A rządził wszystkim wybierany na jedną dobę król błaznów. Ale Sloterdijk nie zatrzymuje się w przeszłości, widzi bowiem ciągłość między tamtym karnawałem sprzed setek lat a postawami Niemców czy w ogóle Europejczyków w latach 80. zeszłego stulecia.

Konstatuje: dla nich ''karnawał nie oznacza już »świata odwróconego na opak «, lecz ucieczkę w bezpieczny świat narkozy ze świata odwróconego na stałe, pełnego codziennych absurdów''.

Możemy, rzecz jasna, powydziwiać nad problemami ówczesnych ludzi żyjących na ogół w dobrobycie i wolności. Ale każdy czas ma swoje lęki i tym, którzy je przeżywają, zawsze wydają się one ważne. Do dawnych lęków jeszcze wrócimy. Teraz trzymajmy się tej karnawałowej ciągłości. Bo przecież widać ją także dziś. W rzucaniu się w zabawowe ekscesy, w seks, alkohol, narkotyki, w zakładaniu masek, by wydawało się, że jesteśmy inni, przynajmniej na czas nocnego święta, w udawaniu luzu, choć na co dzień strach skręca kiszki, w pozorowaniu własnej siły, choć żyjemy w dygocie i niepewności. To jest ten nasz karnawał, chwilowe ucieczki z rzeczywistości, która zbyt przygniata, by dało się w niej wytrzymać bez przerwy. To substytut rewolucji przerażonych i bezradnych.

Tyle że substytuty dają wytchnienie, ale niczego nie zmieniają. Poświęcamy się udawaniu takich, jakimi nie jesteśmy, zamiast robić coś w imię tego, jacy jesteśmy i czego potrzebujemy - to najgorszy rezultat karnawałowych ucieczek od świata. Bo gdy karnawał mija, pozostajemy z naszymi lękami i naszą bezradnością. Nic się nie zmienia.

Zachód wykluczenia

Tak dzieje się nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Zachodniej podkopywanej przez kryzys. Ale lęki, tak dobitnie dziś obecne, nie wytrysnęły nagle spod ziemi. Przeciwnie, tliły się od lat, wyprzedzając sam kryzys. Bo kryzys dramatycznie wyostrza tylko to, co i tak dawało o sobie znać wcześniej, przede wszystkim rosnącą niepewność przyszłości. Nie odczuliśmy tego w Polsce tak silnie, ponieważ w naszym zbiorowym pędzie do bogacenia się nic jeszcze nie zepchnęło nas ze szlaku. Co najwyżej mieliśmy przerwy w podróży do dobrobytu, ale dotąd nie zwątpiliśmy, że ten cel jest osiągalny. Teraz to się zmienia w przypadku młodych ludzi masowo szukających przyzwoitej pracy, tak jak już zmieniło się na Zachodzie.

Tam wcześniej wielu pędzących do dobrego życia powypadało ze szlaku. Narastające lęki stanowiły prostą reakcję na ten trend.

''Od słów do czynów''; ''Mocni w gębie'' - Claus Leggewie mówi o organizacji społecznego gniewu na niemieckim przykładzie, Mariusz Janicki i Wiesław Władyka przyglądają się polskim i europejskim radykałom.


''Right-wing winds blow as crisis hits Germany'' - Russia Today o nastrojach w Niemczech.

Trudno uwierzyć, ale w bogatej Francji od 1993 roku nieco ponad połowa Francuzów obawia się, że ''pewnego dnia zostaną osobami wykluczonymi'' - pisze socjolog Julien Damon w książce ''Wykluczenie''. A co jeszcze bardziej zdumiewające, w - jak się dziś zdaje - spokojnym 2007 roku bezdomności obawiało się więcej Francuzów (ok. 13 proc.) i Włochów (12 proc.) niż Polaków (10 proc.). Utrwalił się już wtedy w Europie także strach przed zubożeniem. Że może się to przytrafić każdemu - sądziło w 2002 roku 86 proc. Francuzów i 62 proc. mieszkańców Unii Europejskiej.

Gdy więc wchodziliśmy do Unii, myśleliśmy, że łączymy się z Europą silną, prężną i zadowoloną. Tymczasem była to Europa opanowana przez podstawowe lęki życiowe. Ta tendencja narasta i choć trwa od lat, nikt wcześniej nie odczytał, jakie niesie to niebezpieczeństwa. Teraz biedzimy się z tym zaniechaniem w bardziej dramatycznej sytuacji - gdy Europie grozi rozpad i chaos.

Zmagać się z tymi lękami tym trudniej, że dokonuje się właśnie pewna zmiana. Widać ją na przykładzie Francji. W latach 80. poprzedniego stulecia nastąpiła tam mała rewolucja w polityce społecznej. Wcześniej państwo opiekuńcze zwalczało biedę, kierując się głównie tym, by przed jej skutkami uchronić całą zbiorowość. Przyświecała temu oczywista idea, że jeśli biednych bądź bezrobotnych pozostawi się samym sobie, wcześniej czy później zagrożą całemu systemowi, czyli głównie niebiednym i pracującym. Ale w tej idei kryło się pewne założenie owocujące jawnymi konsekwencjami. Takie mianowicie, że klienci opieki społecznej są potencjalnie niebezpieczną masą oddzieloną od ''zdrowego'' społeczeństwa.

Jednak wraz z przemianami samej demokracji, gdy jej centralną figurą - w miejsce zbiorowości - stała się jednostka wraz ze swymi prawami, zmieniła się także polityka społeczna. Odtąd wykluczeni, bezrobotni mieli być traktowani nie jako zagrożenie dla ''lepszej'' reszty, lecz jako równoprawni obywatele, którzy mają prawo nie tylko do pomocy, lecz także do szacunku i respektowania ich godności. Przejawiała się w tym konsekwencja dominującego przekonania, że demokracja jest nie tylko dla wszystkich, ale także dla każdego z osobna, bez względu na jego pozycję w społeczeństwie.

Tak zmieniało się również w innych krajach europejskich. Obawiam się jednak, że dziś, w kryzysie, wicher zmian wieje w inną stronę. Umacnia się, choć jeszcze nie dominuje, kryzysowa pedagogika dowodząca, że ci, którzy sobie dobrze radzą w trudnych czasach, są bardziej wartościowi niż ich słabsi współobywatele. Silni zasługują na szacunek, słabi - zaledwie na to, by ich tolerować.

Tyle że we współczesnej Europie, w tym w Polsce, jest coraz więcej ludzi słabych, przestraszonych, niepewnych swej egzystencji, a coraz mniej silnych panów własnego losu. Jeśli więc utrzyma się tendencja, by z tego, że ktoś jest silniejszy w społeczeństwie, wyciągać wnioski moralne, iż jest także lepszy - wtedy ci liczni słabi będą jeszcze dodatkowo poniżeni. Tym dotkliwiej pogrążą się w swych lękach i w swym gniewie. Na dłuższą metę taki system nie może istnieć, poniżeni go zdmuchną. Demokracje, które lekceważą lęki obywateli, mają marną przyszłość.

A z szanowaniem tych lęków jest kiepsko. Wielu polityków, zwłaszcza starszych, którzy pamiętają komunistyczną dyktaturę czy mają przed oczyma krwawy rozpad Jugosławii, uważa te współczesne lęki za luksusowe. Coś jest, oczywiście, na rzeczy. Dziś Europejczycy nie boją się o własne życie - obawiają się życia gorszego. Trapi ich nie widmo głodu, tylko konsumpcyjnej ascezy. Nie lękają się fizycznej przemocy, gwałtów, więzień - przeraża ich brak karier i niestabilna egzystencja.

Tyle że tamte straszniejsze lęki są dla współczesnych jedynie abstrakcją, znakiem egzotycznych czasów i terytoriów. Realne jest to, czego sami się boimy. Ale czy rzeczywiście między tamtym strachem a obecnym nie ma żadnej ciągłości? Pozornie wszystko jest inne.

Wielka trwoga

Dawne lęki dzieliły się zresztą wzdłuż żelaznej kurtyny odgradzającej zachodnie demokracje od obozu sowieckiego. W Polsce komunistycznej bano się zwłaszcza władzy oraz wojny, czego odpryskiem był strach, że Niemcy odbiorą swoje dawne ziemie. We Wrocławiu i w Szczecinie nieraz odnotowywano wtedy paniczne nastroje i gotowość do ucieczki na wschód Polski. A gdy rosło napięcie między USA i ZSRR, Polacy w obawie przed wojną atomową gorączkowo wykupywali w sklepach, co tylko mogli. Choć jeszcze w latach 70. w niejednym tliła się myśl, że tylko nowa wojna może nas wyrwać z sowieckich kleszczy. Powiedzonko z tużpowojnia: ''Truman, Truman, zrzuć ta bania, tu jest nie do wytrzymania'', długo zachowało jaką taką żywotność.

Zmartwienia Polaków, zmartwienia sąsiadów: ''Czego obawia się świat, czym martwią się Polacy''; ''Czego obawiają się Polacy? Bezrobocia i wzrostu cen''


Czego boją się Polacy - Anna Grodzka i Piotr Ikonowicz realiach rynku pracy i propozycjach jego liberalizacji.

Ale najbardziej dotkliwy i wszechobecny był strach przed władzą, milicją, urzędem, Służbą Bezpieczeństwa. To byli nasi władcy, bezkarni, niepodlegający prawom, decydujący o ludzkich losach, a nawet życiu. Z lat 70. pamiętam wiele przypadków, zwłaszcza na prowincji, gdy milicja zatłukła na śmierć ludzi, którzy, często pijani, stawiali się funkcjonariuszom. Winni takich zabójstw nieodmiennie pozostawali bezkarni. W dodatku, choć wraz z destalinizacją skończył się okrutny masowy terror, pamięć o nim władała Polakami aż do końca PRL. Stalinizm wszyscy mieli w kościach, co tylko pogłębiało lęk przed władzą. Zaczął on pękać w 1980 roku, za ''Solidarności'', a późniejszy stan wojenny mimo represji już takiego strachu przed władzą nie przywrócił. Co, jak dziś widzimy, zwiastowało koniec dyktatury.

Przez cały PRL dawało też o sobie znać to, co historyk Marcin Zaremba nazwał wielką trwogą lat 1944-47 w książce pod takim właśnie tytułem. Społeczeństwo straumatyzowane wojną intensywnie odczuwało zagrożenia realne i wyimaginowane. Bano się Armii Czerwonej, nowych władz, bandytyzmu, głodu, epidemii, wywózek na Sybir. Ale strach wzbudzali także Żydzi, Ukraińcy, Białorusini i, rzecz jasna, Niemcy. Obawiano się konfiskat mienia, wymiany pieniędzy. Polacy żyli w pogłębionym stanie lękowym. Ten strach przed chaosem, przed mniejszościami nierzadko uważanymi za wrogie, przed rządami czyhającymi na obywateli trwa do dziś. Jest wciąż wykorzystywany przez polityków, choćby przez PiS.

Zachodnia Europa tak intensywnych lęków nie zaznała. Przede wszystkim nie obawiano się władzy wybieranej demokratycznie. I choć Zachód też doświadczył powojennego ubóstwa i chaosu, to szybka droga do dobrobytu lepiej zatarła te wspomnienia. Także sowiecki komunizm nie wprawiał większości w dygot, zdawał się bowiem zbyt odległy. Natomiast znacznie silniej niż w Polsce, niemal obsesyjnie odczuwano tam strach przed wojną nuklearną.

Wielu wydawało się oczywiste, że w końcu obie strony atomowego konfliktu zrzucą swoje bomby na Europę. Stąd siła ruchów i licznych manifestacji za rozbrojeniem. Owszem, wykorzystywanych przez sowieckie służby, lecz przede wszystkim ożywianych prawdziwym strachem przed końcem świata. Dlatego - komentowano w latach 70. i 80. - tak wielu młodych Europejczyków wyjechało do egzotycznych krajów. Do 1989 roku Europa bardziej żyła w cieniu bomby niż w cieniu komunizmu.

Wiele z tych dawnych wielkich lęków szczęśliwie przepadło wraz ze swoimi czasami. Ale coś łączy nasz dawny strach przed władzą, strach Zachodu przed bombą i współczesne lęki o pracę i przyszłość. Za każdym razem są to obawy ludzi, którzy czują się wywłaszczeni ze swej autonomii i kontrolowani przez arbitralne siły, na które sami nie mają wpływu. Nie porównuję, rzecz jasna, policyjnej dyktatury do sił rynku. Byłby to nonsens, bo rynek poddany kontroli wspomaga wolność; nie byłoby demokracji bez rynku. W tym porównaniu chodzi więc o doświadczenie ludzi, o to, że ich poczucie wolności, ich prawo do kształtowania własnego losu i otoczenia, czyli obywatelska suwerenność, są zagrożone w starciu z nieokiełznaną mocą, także rynków. Przerabiamy to w kryzysie.

Tyle że dawniej i na Wschodzie, i na Zachodzie wiedzieliśmy, że zmagać się z siłami wzbudzającymi w nas lęki można, tylko działając politycznie. To znaczy: stowarzyszając się w trwałych ruchach i organizacjach, by wywierać nieustającą presję na decydentów. To przynosiło sukcesy.

Poza polityką?

Dziś ci, którzy się buntują, zwłaszcza młodzi, pragną funkcjonować poza polityką. Chcą w swych gniewnych poczynaniach pozostać takimi, jakimi są na co dzień: rozproszonymi, niezorganizowanymi na trwałe jednostkami. Widzieliśmy to w ruchach europejskich Oburzonych czy amerykańskim Occupy Wall Street. Te protesty odniosły sukces moralny, wpłynęły na ton debaty o kryzysie, ale nie wykształciła się z nich siła polityczna zdolna zmienić rzeczywistość. Zgoda, na razie. Jednak przygasło dziś przekonanie, że, jak pisała Hannah Arendt, ''ludzie są wolni tak długo, jak długo działają'', bo tylko w publicznym zbiorowym działaniu manifestują się zasady, na jakich chciałoby się budować rzeczywistość.

Odrzucanie polityki jako formy działania prowadzi do jeszcze jednej słabości. Do redukcji marzeń o lepszym świecie. Bo przytłoczeni koniecznościami żyjemy tylko w ich ramach, godząc się na ich władzę. A dzieje się tak, ponieważ tylko w zorganizowanym zbiorowym działaniu, właśnie w polityce, można sformułować obietnicę zmian i przekonywać do niej ludzi.

Czyli uświadamiać wszystkim, że nie są skazani na swoje lęki.

Korzystałem z: Hannah Arendt, ''Między czasem minionym a przyszłym'', przeł. Mieczysław Godyń, Wojciech Madej, Fundacja Aletheia, 1994; Julien Damon, ''Wykluczenie'', przeł. Agnieszka Karpowicz, Oficyna Naukowa, 2012; Peter Sloterdijk, ''Krytyka cynicznego rozumu'', przeł. Piotr Dehnel, Wydawnictwo Naukowe Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, 2008; Marcin Zaremba, ''Wielka trwoga. Polska 1944-1947'', Wydawnictwo Znak i ISP PAN, 2012

Dlaczego syci Europejczycy się buntują: ''Chcemy dostać swoją porcję ciastka''; ''Jak ubóstwo dopadło klasę średnią''.


''Riots and Revolutions: Europe's young radicals?'' - debata publicystów i badaczy o przyczynach frustracji młodych Europejczyków.

''Gazeta'' zaprasza do nowej akcji: ''Jak urządzić świat?''

* Po co nam ekologia? * Na czym polega kryzys ekonomiczny? * Internet nas wzbogaca czy spłyca?

W nowym programie edukacyjnym ''Gazety Wyborczej'' i Centrum Edukacji Obywatelskiej publikujemy skłaniające do dyskusji teksty i organizujemy debaty. Wszystko z myślą o uczniach szkół ponadpodstawowych i ich nauczycielach, którzy chcieliby sprawić, żeby świat był lepszy.

Zachęcamy szkoły do rejestracji. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na ceo.org.pl/jak. Partnerem akcji jest Enea. Więcej na wyborcza.pl/jakurzadzicswiat

Na pytanie, jak urządzić świat odpowiedzieli już:
Ivan Krastev: ''Wielki Brat śledzi polityków''; ''Wnuku, dasz dom dziadkowi?'';
Andrzej Elżanowski: ''Krowa też człowiek'';
Jan Hartman: ''Mięsożerco, nie czuj się winny''
Rafał Stec: ''Jądro cyberciemności''

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.