Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mit przepysznej meksykańskiej kuchni przez kilka pierwszych dni, które spędziłam na Jukatanie, podtrzymywał we mnie niejaki Lorenzo.

Na maleńkiej wyspie Holbox prowadzi knajpę na plaży. Lokal to mało wytworny, ot, kilka plastikowych stolików na piasku ustawionych pod dachem z wysuszonych liści palmowych i plastikowych worków po mące. W blaszanej budce o powierzchni nie większej niż dwa metry kwadratowe Lorenzo przyrządza przepyszną pastę z awokado z drobno posiekanym pomidorem i cebulą, przyprawioną sokiem z limonki i pieprzem, czyli po prostu guacamole, meksykański hit przystawkowy. Robi też ceviche. Paski surowej ryby marynowanej w limonce miesza z pomidorem, cebulą i ogórkiem, obficie posypuje kolendrą i skrapia oliwą.

Jakże głębokie było moje rozczarowanie, gdy po kilku dniach stołowania się u Lorenzo wyjechałam z Holboxu. Przez tydzień zamawiałam wszędzie te same potrawy, ale już nie smakowały tak dobrze jak u niego. Ceviche brakło aromatu kolendry, a placki quesadillas nie były tak chrupkie i pachnące. Lorenzo jest bowiem Włochem. Przypominał mi trochę francuską kucharkę z opowiadania Karen Blixen "Uczta Babette", która nawet z obrzydliwej pulpy z rozgotowanego dorsza z chlebem, czyli tradycyjnej zupy norweskich rybaków, potrafiła zrobić przysmak. On także umiał zawiesistej meksykańskiej kuchni nadać włoskiej lekkości i finezji.

Lorenzo ma 37 lat. Był architektem w Trieście. - Znudziło mnie zabójcze tempo, gdy harujesz cały dzień, a wieczorem już jesteś tak zmęczony, że masz siłę tylko zwalić się na łóżko - tłumaczył decyzję o wyjeździe. Na Holboxie rzeczywiście czas płynie wolniej. Lorenzo nie porzucił całkowicie zawodu. Robi kilka projektów rocznie, ale żyje głównie z gotowania. Po zamknięciu knajpy spędza długie wieczory na plaży. Głaszcząc leniwie sukę Tequilę, sączy leciutkie meksykańskie piwo. Czasem przychodzą do niego przyjaciele - kilku miejscowych albo paru freaków, którzy tak jak on porzucili Zachód dla Jukatanu. Jarają jointy, patrzą na morze. To dopiero jest prawdziwe dolce vita.

***

Drugi jukatański mit to ruiny Majów. Dla dyletantów, czyli dla mnie i, podejrzewam, 99,9 proc. odwiedzających, kompletnie rozczarowujące. Najsłynniejszy kompleks prastarych budowli w Chichén Itzá przypomina bazar. Wszędzie wciśnięte są stragany z pamiątkami. Przeciskając się wśród nich, trudno podziwiać kamienne piramidy.

Chichen Itza
Kompleks w Chichén Itzá okiem turysty

Trochę lepszy jest kompleks w Cobie, gdzie ruiny położone są wśród dżungli zamiast na spalonej słońcem płaskiej polanie, a handel wypchnięto poza teren dawnego miasta. Tam przynajmniej czuć tę dziwną atmosferę innej, może okrutnej, ale tajemniczej cywilizacji, w tak bestialski sposób wyniszczonej przez konkwistadorów i europejskie choroby.

Jest jednak w okolicy znacznie ciekawsze zjawisko - cenote. To wielkie podziemne groty wypełnione krystalicznie czystą i zaskakująco ciepłą wodą. Przy odrobinie szczęścia i poza sezonem (czyli nie w grudniu, styczniu i lutym) można kąpać się w tych krasowych jeziorkach samemu, a nie w towarzystwie tłumów turystów.

***

Prawdziwym cudem Jukatanu są jednak zwierzęta, które w Polsce znamy tylko z filmów i albumów przyrodniczych. Ogromne warany spokojnie wygrzewają się na słońcu dosłownie na każdym kroku: na skałach nad morzem, na poboczach ulic. Różowe flamingi i wielkodziobe pelikany przysiadają na wychodzących w morze drewnianych falochronach i brodzą po białym piasku mielizn. Wieczorami kraby olbrzymy łypią bystrymi oczkami z zakamarków pod pomostami i dziur przy ścieżkach między nadmorskimi bungalowami.

Ale największe wrażenie zrobiły na mnie żółwie. Siedzieliśmy wieczorem na tarasie hotelu w Tulum. Nagle zobaczyłam na piasku dwa niezdarnie pełznące drobne kształty. Po chwili było już kilkanaście takich stworków. - To żółwie - krzyknął któryś z gości.

Zaalarmowana obsługa hotelu natychmiast wyległa na plażę zaopatrzona w wyniesione w pośpiechu z kuchni wielkie blaszane miski. - Trzeba wyzbierać wszystkie żółwie. Szybko! - tłumaczyli turystom, którzy porzucili wieczorne drinki i udali się na ratunek.


Meksykańskie żółwie i inne podwodne zwierzęta

Okazało się, że biedactwa przed chwilą wykluły się z jajek złożonych przez matkę w piasku. W dzikiej przyrodzie żółwiki instynktownie pełzną w stronę światła, czyli w stronę morza, bo w jego tafli odbijają się księżyc i gwiazdy. Jednak pobudowane wzdłuż plaży hotele zachwiały naturalny rytm życia gadów. Światła palące się długo w noc jak magnes przyciągają zdezorientowane zwierzęta, które zamiast do morza masowo pchają się w drugą stronę.

Napełnione kilkoma setkami żółwi miski przeniesiono nad samą wodę. Jeden z Meksykanów poinstruował towarzystwo, że teraz ktoś musi wejść z latarką do wody, a reszta ma zwierzątka wybierać po kolei z misek i stawiać je na wilgotnym piasku. - Powinny same dojść do morza. Gdyby wrzucić je od razu do wody, potopiłyby się - tłumaczył.

Dziesięć osób z różnych krajów i w różnym wieku przez kwadrans sadzało ofiarnie małe żółwie na piasku i tęsknym wzrokiem odprowadzało każdego, któremu udało się dobrnąć do ciepłej, zalewającej raz po raz plażę fali. Te mniej bystre, mimo naszych usilnych prób wciąż zawracające w kierunku hotelu, cierpliwie braliśmy do rąk, rozkładaliśmy ich pomarszczone łapki i delikatnie popychaliśmy do morza.

Następnego dnia kilka metrów od brzegu zobaczyłam w wodzie szybko przemieszczający się kształt wielkości dużego psa, tylko bardziej pękaty. To płynął dorosły żółw. Może żółwica. - Hej, ty tam, to twoje dzieci wczoraj uratowaliśmy? - zawołałam do przesuwającego się pod wodą zwierzęcia i natychmiast pomyślałam, że chyba już kompletnie zdziecinniałam.

Nic dziwnego, to było jak na filmie o żółwiku Sammym.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.