Rodzice byli zajęci pracą, a mną i siostrą opiekowała się głównie babcia i to ona zapytała tamtego wieczoru: "A kogo tu licho niesie?". Opowiadanie Joanny Bator
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

________________________________________________________________________

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika "Książki. Magazyn do Czytania". Bezpłatny dostęp do opowiadania Joanny Bator jest możliwy dzięki partnerstwu z fundacją Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową . Już teraz możesz pomóc podopiecznym fundacji w walce o życie, wpłacając na rzecz fundacji 1 proc. podatku: KRS 0000086210.

_________________________________________________________________________

Jestem człowiekiem nauki i mój sprzeciw budzi każde ludzkie zachowanie mające znamiona przesądu. Zdaję sobie sprawę, że lepiej mi wychodzi wycinanie guzów niż przekonywanie pacjentów, że raka nie da się zagłodzić drakońską dietą ani wypalić wodą utlenioną czy modlitwą. Czasem ponoszą mnie nerwy i bywam szorstki. Jak papier ścierny z grubym ziarnem, tak to określała moja żona. Sądzę jednak, że mam umysł otwarty na tyle, by po prawie pięćdziesięciu latach pracy nadal mieć zdolność wątpienia i kwestionowania tego, co w moim zawodzie wydawało się pewne i sprawdzone. Teraz, gdy moje ciało i umysł powoli odmawiają posłuszeństwa, pragnę wrócić do wydarzeń sprzed sześćdziesięciu pięciu lat, gdy zobaczyłem tę kreaturę po raz pierwszy. Postaram się po prostu opowiedzieć wszystko, co pamiętam, nie analizując zanadto i nie starając się tłumaczyć tych doprawdy osobliwych wspomnień na racjonalny język.

Miałem wówczas dziesięć lat i byłem dzieckiem ponad wiek poważnym. Mieszkałem z rodzicami i dziadkami ze strony ojca w dużym, starym domu na obrzeżach Wrocławia. Dom składał się z wielu ciasnych, pokracznych pokoi, z których używaliśmy tylko czterech, i nawet strych podzielony został na mniejsze pomieszczenia, jakby przed wojną była tu siedziba krasnoludków.

Rodzice byli zajęci pracą, a mną i siostrą opiekowała się głównie babcia i to ona zapytała tamtego wieczoru: „A kogo tu licho niesie?”. Pochylona nad stolnicą, na której wałkowała ciasto na pierogi, szepnęła: „To pewnie pani Malinowska z jajkami”. I chyba chciała coś dodać, może jednak mnie powstrzymać, ale nie zdążyła, bo już chwyciłem za klamkę. W progu stała obca osoba.

W przeciwieństwie do pani Malinowskiej, naszej sąsiadki, chuda jak wiór. Ogarnął mnie osobliwy zapach czegoś stęchłego, starego. Taką woń wydziela powoli psujące się jedzenie zapomniane w lodówce, stare zsiadłe mleko. Poczułem przeciąg, gwałtowny powiew chłodu i tej tamującej oddech wilgotnej starości, która owionęła mnie, wpadając do mieszkania. Nieznajoma nie odpowiedziała na „dzień dobry”, które wydobyło się z mojego gardła ściśniętego przerażeniem. Weszła, przeciskając się koło mnie, a jej dotknięcie wydało mi się obmierzłe, choć była przecież tylko małą, chudą staruszką, jak wtedy myślałem. Podobnie bezceremonialnie potraktowała moją babcię, która pojawiła się w drzwiach kuchni z wałkiem w dłoni. Trzymała go jak broń, jak maczugę i wyglądałoby to trochę śmiesznie, gdyby nie groza wciąż wisząca w powietrzu, sprawiająca, że ciepło naszego domu, żar rozpalonej kuchni ściął chłód.

>> Nastolatka nie zgłosi, że została zgwałcona. Przecież szczerze o seksie nie rozmawia sama ze sobą

Nieznajoma wymamrotała coś pod nosem i usiadła za stołem, a ja wiedziałem, że popełniłem straszliwy błąd, wpuszczając ją, zanim jeszcze zdjęła kaptur i podniosła twarz. Miała tylko jedno oko. Drugi oczodół był pusty, a powieka zszyta. Jej twarz wydawała się nieforemna jak bryłka gliny. Niskie czoło tuż nad linią grubych brwi porastały włosy w kolorze popiołu. Nos miała szpiczasty, jego zaczerwieniony koniuszek poruszał się jak u zwierzęcia, a szerokie spierzchnięte usta mełły coś, materię albo słowa. Te sine wargi wzbudziły we mnie strach i obrzydzenie większe niż jej cyklopie oko. Strzępki skóry odchodziły od nich, jakby przed chwilą je odgryzła, pod nimi krwawiły pionowe szczeliny. Siedziała przy kuchennym stole rozparta i pewna siebie, jak zaproszony gość, a my staliśmy w milczeniu, które przerwała moja babcia. Kazała mi wyjść z siostrą do ogrodu. Jej głos był stanowczy i bardzo smutny, bo – w przeciwieństwie do mnie – wiedziała, że stało się coś, czego ciężar będzie odtąd musiała dźwigać.

...

Pamiętam tylko, że kiedy wróciliśmy, jednookiego gościa nie było, a babcia nie wspomniała o dziwnej kobiecie ani słowa. Wydawało mi się jednak, że coś zaległo w naszym domu, nieuchwytne, lecz wszechobecne.

W tamtym czasie interesowałem się biologią i zjawiskami nadprzyrodzonymi, nie mogąc się zdecydować, czy zostać wielkim czarodziejem czy wielkim naukowcem. Doszedłem do wniosku, że ta gęstość powietrza, sprawiająca, że czasem brakowało nam tchu i nie pomagało wietrzenie, to ektoplazma. To ona, gęstniejąc, powodowała hałasy w nieużywanych pokojach i na strychu, sprawiała, że psuło się jedzenie i nastroje mieszkańców, a do tego częściej niż zwykle dochodziło do awarii elektryczności. W domu pełnym ektoplazmy babcia była rozdrażniona, dziadek coraz częściej wychodził na ryby, a nasi rodzice kłócili się i milkli, gdy ja albo moja siostra Misia pojawialiśmy się w pobliżu. Przyzwyczailiśmy się do nowych warunków, a wizyta jednookiej wypadła mi z głowy, bo nastał czas, o którym potem w ogóle się nie mówiło w naszej rodzinie i tylko mój dziadek nazywał go do końca życia armagedonem, wzdychając: „Nie chcę o tym armagedonie nawet myśleć!”. A więc milczeliśmy i staraliśmy się nie wspominać.

Armagedon zaczął się od płaczu mojej matki, i to zupełnie wytrąciło nas z równowagi, bo nie była osobą skłonną do takich wybuchów. Tymczasem siedziała skulona na podłodze łazienki, z rozmazanymi oczami roniącymi czarne łzy, bo zło już się do niej dobrało. Zawsze czuła i delikatna, teraz, gdy podeszliśmy do niej z siostrą, odepchnęła nas, krzycząc: „Czego wy wszyscy ode mnie chcecie?! Wynoście się!”.

Brutalne słowa matki zupełnie zbiły mnie z tropu, a Misia, która wówczas miała tylko trzy lata, w popłochu uciekła po schodach.

Była nieposkromionym dzieckiem o ciekawskiej naturze i choć często złościła mnie konieczność opieki nad nią, byliśmy bardzo związani. Gdy matka zatrzasnęła za nami drzwi łazienki, uderzyła mnie absolutna cisza panująca w domu. Dziadek był na rybach, babcia musiała chyba pójść do ogrodu, a przez okno zauważyłem znikający w perspektywie uliczki samochód ojca. Stałem tak przez chwilę pogrążony w głębokim smutku, osamotniony, czując, że coś nieodwołalnego stało się w chwili, gdy matka nas odepchnęła. Miałem rację. Wkrótce dowiedziałem się, podsłuchując rozmowę rodziców, że mama ma raka, o czym nam, dzieciom, nikt do końca nie powie. Została z nami jeszcze tylko przez rok.

>> Chłop Lives Matter. Szlachta traktowała wieśniaków jak bydło, ale oni nie byli wcale tacy głupi

Tamtą ciszę, która zwiastowała zbliżające się nieszczęście, przerwał znany mi hałas na górze domu. Zawołałem Misię, ale nie odpowiedziała. Czasem tak robiła, gdy była niezadowolona, obrażona na mnie czy po prostu w nastroju do zabawy, i na ogół zajmowało mi dużo czasu odnalezienie jej w starej szafie czy pod łóżkiem, gdzie zdarzało jej się zasnąć z nudów i zmęczenia. Najpierw obszedłem drugie piętro, ale mojej siostry nie było w żadnym z nieużywanych ponurych pokoi i zacząłem się niepokoić. Tym bardziej że znów usłyszałem trzaski i szurania, które prześladowały nasz dom od jakiegoś czasu. Dobiegały ze strychu, przestrzeni zakazanej, gdzie wspinała się czasem tylko babcia. Ale teraz jej nie było, a mnie trawiły przerażenie i osobliwa złość. Na zmienioną pod wpływem ektoplazmy atmosferę naszego domu, na matkę, na ojca, który po prostu odjechał, na pewno znów do pracy w laboratorium, gdzie spędzał całe dnie i noce, na babcię, która wyszła, zamiast mnie przytulić i pocieszyć. I na Misię, bo akurat teraz musiała schować się tak skutecznie i to tam, gdzie zabroniono nam się bawić.

Drzwi strychu były zamknięte na zasuwę i gdy jej dotknąłem, poczułem nieprzyjemną tłustą powłokę, bo ktoś niedawno naoliwił żelazo.

Na pewno babcia, ale po co? Po co w ogóle tam zagląda i dlaczego nie pozwala nam? Hałas się powtórzył i teraz byłem pewny, że ktoś buszuje wśród starych gratów. Ta mała nieznośna gówniara. Co za pożytek z młodszej siostry? Co za szkoda, że nie mam brata!

Otworzyłem drzwi i cicho zamknąłem je za sobą. Uderzył mnie spotęgowany zapach czegoś zimnego, znałem go, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Panował tu utrudniający oddychanie półmrok i gdy ruszyłem do przodu, miałem wrażenie, że powietrze jest gęste jak woda. Strych został podzielony na cztery boksy i w każdym leżało pełno rzeczy o trudnych do rozróżnienia kształtach. Niepokojące dźwięki dobiegały z najdalszego kąta, gdzie nigdy jeszcze się nie zapuściłem, ale teraz nie miałem wyjścia. Byłem starszym bratem, a Misia najwyraźniej znalazła się w tarapatach, bo wydawała z siebie pisk przypominający skomlenie. Musiałem się przeczołgać pod przechyloną na bok szafą, a za nią moim oczom ukazało się pomieszczenie przypominające więzienną celę. Było tam tylko posłanie, a na nim siedziała jednooka kobieta i mechanicznym ruchem głaskała po głowie moją siostrę. Misia unieruchomiona między nogami nieznajomej patrzyła na mnie z grozą wymalowaną na okrągłej buzi, która nagle wydała mi się ponad wiek dojrzała, prawie stara. Nie wiem, skąd wziąłem odwagę i jaka siła sprawiła, że oderwałem od podłogi skamieniałe stopy, rzucając się Misi na ratunek. Jednooka tylko się śmiała, obnażając poczerniałe ostre zęby, bardziej kocie niż ludzkie, a kiedy wygrymaszała usta, jej suche, popękane wargi krwawiły. Nade wszystko bałem się, że jedna z tych kropel spadnie na głowę mojej siostry.

...

Nie pamiętam, jak wydostaliśmy się ze strychu i kto powiedział mojemu ojcu o wypadku Misi. „Spadła ze schodów”, to były słowa babci. „Ganiała i spadła”. Mój ojciec oglądał siniaki na piersiach i plecach córki, a ja rozpoznawałem ślady paluchów jednookiej na Misi skórze. Nic nie powiedziałem, nie wiem dlaczego.

Tamtego wieczoru babcia przyszła do mojego pokoju z kubkiem gorącej czekolady, jakbym miał urodziny, i wyznała mimochodem, że kobieta ze strychu jest jej znajomą jeszcze z dzieciństwa.

„Zza Buga”, tak to określiła, bo nigdy nie definiowała dokładnie miejsca swojego przedwojennego życia. „Musi z nami chwilę zostać”. „Akurat tutaj?”. „Tak”. „Nie możemy jej wyrzucić?”. „Nie. Nie pozbędziemy się jej”, odparła babcia. „Długo zostanie?”. „Licho wie!”, wzruszyła ramionami. Mamy gościa nie denerwować i nie chodzić na strych. Nie zawracać tym wszystkim głowy tacie, a już na pewno nie mamie. Babcia zmusiła mnie do złożenia obietnicy i zobowiązała do pilnowania siostry. Kilka razy znalazłem Misię pod drzwiami strychu, a raz przyłapałem ją, jak przepychała pod nimi kolorowe cukrowe groszki. Nie chciała mi powiedzieć, dlaczego karmi tę ohydę, tylko płakała, trąc oczy.

Po kilku miesiącach, z powodu pogłębiającej się choroby naszej matki, zostaliśmy z Misią wysłani do stryja, który miał dom w Górach Izerskich i, jak to dzieci, trochę popłakiwaliśmy przed snem, ale za dnia po prostu ganialiśmy po wielkim ogrodzie i lesie, bawiliśmy się z psami i kotami, karmiliśmy kury. Gdy wróciliśmy po wakacjach, opaleni i silni jak dwa szczeniaki, nie mieliśmy już matki. Strych był uprzątnięty i pusty, a wystawiony na sprzedaż dom znalazł kupca. Babcia nie chciała rozmawiać o jednookiej. „Coś ci się przewidziało! Daj mi spokój”, oganiała się ode mnie. Przeprowadziliśmy się na drugi koniec miasta i w końcu przestałem pytać, a z czasem zacząłem wątpić, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło.

...

Minęło wiele lat, zanim znów spotkałem licho. Rozpoznałem ją od razu, choć teraz zamiast byle jak zaszytej powieki miała paskudne szklane oko rozpychające za mały dla niego oczodół w jej chudej twarzy. Misia powiedziała mi o niej przez telefon ostrożnie, oględnie. Podczas jej nieobecności intruzka wdarła się do domu w Górach Izerskich, który odziedziczyliśmy po stryju. To był nasz azyl. Zbiła okno w ogrodowej szopie i jakoś się przecisnęła mimo krat, narobiła bałaganu, wylała benzynę i zniszczyła kosiarkę, pomazała ściany. Jednak moja siostra nie zdołała jej wyrzucić. „Żal mi jej”, tłumaczyła nieporadnie. „Wygląda, że nie ma gdzie się podziać. Może chwilę poczekamy?”.

Misia miała teraz trzydzieści pięć lat i była delikatną, skłonną do melancholii kobietą, oddaną swojej pracy dydaktycznej i pomocy przy moich dzieciach. Przede wszystkim nadal była moją młodszą siostrą, opiekę nad którą obiecałem babci. Gdy zirytowany i zaniepokojony sytuacją przyjechałem w góry tej samej nocy, pokraka siedziała na drabinie wśród ogrodniczych sprzętów i śmiała się obrzydliwie, ukazując zęby drapieżnika. Zamiast płaszcza z kapturem nosiła teraz ortalionową kurtkę i narciarską czapkę, czarne od brudu, a na chudych nogach miała ubłocone buty do konnej jazdy, którymi tupała w takt swoich rechotów.

Zabrałem stamtąd Misię. Mimo iż widywaliśmy się dość często, nie wiedziałem, co czuje, czy doskwiera jej samotność, czy z kimś się spotyka. Zwykle rozmawialiśmy o pracy, rzadko o życiu osobistym, a nigdy o złych wspomnieniach z czasów armagedonu. Ale teraz Misia złapała mnie za rękę. Miała dłonie drobne jak dziewczynka. „Pamiętam ją”, szepnęła tak cicho, że może było to tylko westchnienie, które odczytało moje serce. Tak przynajmniej powiedziałaby moja żona. Jednak ja nie umiałem roztrząsać emocjonalnych delikatności, więc mówiąc za dużo i za głośno, wywiozłem siostrę do Wrocławia, a nazajutrz prawie siłą zmusiłem, by przyszła do mnie na oddział na badania.

Wydawała mi się w trudny do uchwycenia sposób odmieniona, ale tak naprawdę doświadczyłem tego, co ludzie nazywają intuicją. To nic magicznego, lecz jedynie wiedza, której w danym momencie nie potrafi się do końca zracjonalizować. Gdyby moja siostra trafiła do szpitala kilka miesięcy później, straciłbym ją tak, jak straciłem matkę. Przyczaiła się w niej inna choroba niż ta, którą bała się odziedziczyć. Przechytrzyłem zło!

Po jednookiej intruzce zostały tylko brudna podłoga i para starych butów jeździeckich, wielkich jak dla rosłego mężczyzny, a moja siostra po odzyskaniu zdrowia zabrała się do generalnego remontu, który odwlekała wcześniej, uważając, że nie warto podejmować takiego wysiłku, skoro jest sama. Znalazła pracę w lokalnej szkole i dom naszego stryja, w którym spędzaliśmy najlepsze chwile dzieciństwa, stał się znów miejscem rodzinnych spotkań. Szopa została przerobiona na wygodny gościnny domek i zamieszkała w nim energiczna, ciemnowłosa gospodyni parę lat tylko starsza od mojej siostry. Połączyła ją z Misią głęboka przyjaźń, nie wnikałem w resztę.

Po roku zaczęły razem prowadzić pensjonat i nigdy nie widziałem Misi tak szczęśliwej, jakby dopiero teraz przezwyciężyła smutek po śmierci naszej matki. Przez kolejne dekady łudziłem się, że nie zobaczę już nigdy jednookiej nieznajomej inaczej niż we śnie, w którym usiłowała mnie polizać szarym jęzorem, dysząc mi z bliska w twarz chłodem swoich trzewi. Ale myliłem się.

...

Poprzedniej nocy byłem w zastępstwie na dyżurze. Koledzy chętnie korzystali z mojej nieustającej gotowości do pracy. Po śmierci żony zacząłem cierpieć na bezsenność i nocne dyżury były dla mnie błogosławieństwem. Czułem się przydatny i zajęty, a to był sens mojego życia.

Joanna Bator
Joanna Bator  Fot. Wojciech Olszanka / East News

Ktoś ją ponoć podrzucił pod drzwi prosektorium na tyłach budynku. Nie było żadnych śladów i nikogo nie zarejestrowały kamery, jakby spadła z nieba albo wypełzła spod zamarzniętej ziemi. Znalazł ją pracownik kotłowni, który wyszedł na papierosa, nie zważając na sypiący śnieg i mróz. Może dlatego, że był mocno podpity i nie do końca świadomy, co się dzieje. „Bezdomny dzieciak prawie zamarzł”, wybełkotał. I dodał, że „dziwny jakiś”. Miała związane nogi i ręce, ledwie wyczuwalny oddech i była naga, jej ciało pokrywała rzadka szorstka sierść. Gdy odwinąłem brzeg termicznej płachty, zobaczyłem jej małą mysią twarz, choć chyba chwilę wcześniej już przeczuwałem, kogo licho przyniosło w tę lodowatą noc. Wydawała się jeszcze mniejsza, niż pamiętałem, mniej straszna. Nie miała piersi, tylko dwa rzędy sutków, a na jej brzuchu brakowało pępka. Powoli uchyliła powieki i jej jedyne oko spojrzało na mnie. Ze spierzchniętych ust wydobył się pisk jak u kocięcia, a język zlizał z warg krople zaschniętej krwi. Nie pozwoliłem nikomu do niej wchodzić, a kiedy zamykałem za sobą drzwi izolatki, zostawiłem uchylone okno.

Partnerem wydania „Książek dla Dzieci i Młodszych Dorosłych” jest fundacja Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową. Już teraz możesz pomóc podopiecznym fundacji w walce o życie, wpłacając na rzecz fundacji 1 proc. podatku: KRS 0000086210.

Fundacja Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową (www.naratunek.org) działa od 30 lat na rzecz małych pacjentów Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei”.

Zapowiedzi, recenzje i wywiady z autorami. Zapisz się na newsletter książkowy

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Mocno podchodzi Lovecraftem i Poe.
@trzeciadroga
Droga Trzeciadrogo..... w zyciu rzeczy czesto czyms mocno podchodza, bo taka jest istota i zycia i literatury.......
już oceniałe(a)ś
6
1
@zdanidis
Ale brawa za uwagę, bo kto dziś jeszcze czyta Lovecrafta i Poe'go.
już oceniałe(a)ś
7
0
@Serratiamarcescens
Poe jeszcze ujdzie, Lovecraft dzisiaj jest dla mnie nie do przejścia
już oceniałe(a)ś
1
1
@zdanidis
Bardzo dziękuję za tą wspaniałą lekcję. Nie miałem pojęcia że taka jest życia i literatury istota, żeby akapit po akapicie iść wypracowanym schematem literatury grozy.
Nie napisałem, że to złe opowiadanie, tylko że podchodzi Lovecraftem i Poe, który zresztą też podchodził Poe. A i jeszcze to licho nieco Gaimanowskie.
Mam wrażenie, że pisarze nie chcą tworzyć nowych rzeczy tylko kawałek po kawałku powielać pewne gotowe pomysły podmieniając Shoggotha na Licho, psa na kota i tak dalej.
Tak, pani Bator potrafi pisać i pisze ciekawie i inteligentnie. To opowiadanie jest świetne, jednak podążą pewną utartą ścieżką podstawiając inne miejsca, w puste pola szablonu. Nie mówię, że to coś złego. To też trzeba umieć zauważyć w literaturze i życiu droga zdanidis. Kto ścieżkę wytycza a kto ścieżką idzie i po co.
już oceniałe(a)ś
3
0
Pani Joanna umie pisać...
już oceniałe(a)ś
5
1
To ma byc ksiazka dla dzieci? Pamietam jak Buka z Muminkow zryla mi moj dzieciecy beret :)
już oceniałe(a)ś
5
1
W tekście; ?Coś ci się przewidziało? czy przywidziało.
już oceniałe(a)ś
0
0